Przy sobocie, po robocie...
I tak sprawy zaczynają się komplikować i komplikować, ale przecież wszyscy to uwielbiają, prawda? Życzę przyjemnego czytania.
Czterech nieprzytomnych mężczyzn leżało już w równym rzędzie pod ścianą domu. Teal`c właśnie dźwigał ostatniego z Jaffa. Niósł go przerzuconego przez ramię jak worek kartofli. Zrzucił swój ładunek koło pozostałej czwórki i wyprostował się. Carter stała ponad jeńcami z rękoma wspartymi na biodrach. W zamyśleniu przygryzała wargi. Mieszkańcy osady tłoczyli się dookoła. Wspinali się na palce, by ponad głowami swych braci choć przez chwilę popatrzeć na ludzi, którzy od zawsze wzbudzali w nich strach, a w tej chwili leżeli całkowicie bezbronni i nieszkodliwi. Ciche z początku rozmowy wkrótce przybrały na sile. W tej chwili wokoło huczało już zarówno od płaczu jak i od pomstowania.
Pomiędzy zgromadzonymi przepchnął się Daniel Jackson. Doprowadził się już do porządku. Był jeszcze blady, ale jego oczy odzyskały już dawny blask. Kolejna porcja aspiryny złagodziła nieco ból głowy. Zerknął na leżących mężczyzn, rzucił Carter porozumiewawcze spojrzenie, po czym zniknął w drzwiach budynku stojącego tuż przy placu. Krótki korytarz zaprowadził go do sali obrad. Zebrała się tu rada osady. Oprócz Tenetha zasiadało w niej czterech mężczyzn i trzy kobiety. Wszyscy w średnim lub w podeszłym wieku. W tej chwili wszyscy byli wzburzeni. Próbowali przekrzykiwać się nawzajem. Powstał z tego trudny do opisania harmider. Jackson wpadł w sam środek tego zgiełku. Zdezorientowany rozglądał się w poszukiwaniu O`Neilla. Stał pod ścianą z ramionami splecionymi na piersi, wyraźnie zirytowany. Dostrzegłszy przybycie archeologa zrobił krok w przód i wzniósł ręce w górę.
- Cisza! - Wrzasnął na całe gardło. - Nie wszyscy naraz!
Na moment wszyscy zamarli. Spojrzeli na pułkownika, jakby dopiero teraz go zobaczyli. Daniel postanowił wykorzystać sytuację i wysunął się naprzód.
- Słuchajcie. - Zaczął. - Proszę, wysłuchajcie nas. To zajmie naprawdę chwilę. Przez przypadek trafiliśmy do waszego świata akurat w tak trudnym dla was momencie. Ale może to nie był przypadek? Może mieliśmy się zjawić właśnie teraz?
- Jak śmiesz mówić o przeznaczeniu? - Zaczęła jedna z kobiet. Była w średnim wieku, lecz jej włosy już oprószone były siwizną, a na twarzy wokół oczu i ust rysowały się zmarszczki. - Nie wiem po co i dlaczego tu przybyliście, ale wasze pojawienie się sprowadziło na nas nieszczęście. Nasze życie już nigdy nie będzie takie samo i to wy jesteście temu winni!
- Masz rację. Wasze życie na pewno się zmieni, ale tylko od was zależy, czy będzie to zmiana na lepsze. - Ciągnął Daniel. - Macie wybór, a my możemy wam pomóc.
- O czym ty mówisz, przybyszu? - Zdumiał się Teneth.
- O tym, czego my Ziemianie dokonaliśmy dawno, dawno temu, a co może być i waszym udziałem. Mówię o wolności, o wyzwoleniu się spod władzy tyranii.
- Nie możemy przeciwstawić się naszemu bogu. - Wtrąciła druga z kobiet. Jej oczy, otoczone siateczką drobnych zmarszczek, patrzyły smutno i łagodnie.
- Wolicie oddawać w niewolę swoich synów i córki? - Wybuchnął pułkownik. - Czemu godzicie się by tak okrutny los spotykał wasze dzieci?
- Bo takie jest nasze prawo. - Rzekł spokojnie Teneth. - Jedni rodzą się bogami, inni niewolnikami i nic na to nie poradzimy. Naszym przeznaczeniem jest służba naszemu panu. Musimy wykonywać naszą powinność jak tylko najlepiej potrafimy.
- Nieprawda. - Przekonywał Daniel. - Wcale nie musicie się na to godzić. Jesteście silni. Możecie się przeciwstawić.
- My nie potrafimy walczyć. - Zaprotestowała druga kobieta. - Jesteśmy rolnikami.
- Słuchajcie… - Jackson był już w swoim żywiole. - Przed wiekami nasza planeta również pozostawała pod władaniem jednego z Goa`uldów. Nasi przodkowie uznawali go za boga, oddawali mu cześć i byli mu całkowicie posłuszni. Pewnego dnia jednak wszczęli bunt. Podobnie jak wy, nie byli wojownikami, ale osiągnęli sukces. Przegnali Ra z planety i zakopali wrota. Dzięki nim następne pokolenia dorastały wolne. Wy możecie dokonać tego samego. Jesteście silni, jesteście zjednoczeni. Wszyscy razem możecie stanowić naprawdę realne zagrożenie.
- Występując przeciwko Olokunowi, narażamy się na jego gniew. Ryzykujemy życie swoje i swoich dzieci. Czemu wam tak bardzo zależy na tym, żebyśmy się narażali? - Odezwał się milczący dotąd mężczyzna. Najmłodszy z całego towarzystwa. Najwyżej czterdziestoletni.
- To nie tak. - Archeolog pokręcił głową. - Nie możemy was do niczego zmusić i nie chcemy. Czasami jednak pewne ryzyko jest konieczne. Wielokrotnie spotykaliśmy już tych, którzy podają się za bogów. Wierzcie mi, ze można ich pokonać. Zwiedziliśmy już wiele światów i wielu ludziom pomogliśmy w ich walce z fałszywymi bogami.
- Czy walczyliście u ich boku? - Nie ustępował mężczyzna.
- Owszem. Walczyliśmy i ginęliśmy. - Wtrącił O`Neill.
- Jesteście gotowi ginąć także za nas?
- Jeśli będzie trzeba…
- Otwarta walka nie jest waszą jedyną opcją. - Daniel nie pozwolił wyprowadzić się z równowagi. - Możemy wam pomóc się ukryć. Możemy was przenieść w inne miejsce, nawet na inną planetę.
- Nie! Nie opuścimy tego miejsca. – Głos zabrał najstarszy mężczyzna. Był siwiuteńki i przygarbiony. Jego ręce zaciśnięte na sękatym kiju trzęsły się lekko. Jedynie oczy nie pasowały do pooranej bruzdami twarzy. Wciąż tlił się w nich ogień i młodość ducha. - To jest nasz dom. Nasza przystań. Tutaj spoczywają prochy naszych zmarłych i tutaj mają przyjść na świat nowe pokolenia.
- Może chociaż to przemyślicie?
- Zostaniemy tutaj. Ta kwestia w ogóle nie podlega dyskusji. - Starzec był niewzruszony.
- No dobrze. - Daniel wciąż nie dawał za wygraną. - Poznałem już wasze poglądy, ale czy wasze dzieci również je podzielają? Decydujecie w ich imieniu. Rozmawialiście z nimi? Pytaliście ich o zdanie? W końcu to oni są zabierani z wioski. To oni muszą służyć Olokunowi. Oni zostają niewolnikami.
- Znamy zdanie naszych dzieci. - Rzekł ze znużeniem Teneth. - Młodzi uważają nas za tchórzy. Chcieliby walczyć.
- Widzicie więc. - Daniel tryumfował. - Jeśli już teraz o tym myślą, to pewnie wytrwają w swoich przekonaniach. Prędzej czy później musi dojść do buntu.
- Młodzi nie pamiętają, do czego zdolny jest Olokun. Jak bardzo potrafi być okrutny i bezwzględny. - Kontynuował Teneth.
- O czym mówisz? - Dopytywał się archeolog, a Jack nadstawił uszu. Domyślał się już, o czym za chwilę usłyszy.
- Byłem wtedy dzieckiem, ale pamiętam doskonale tamte wydarzenia. - Starzec patrzył Danielowi prosto w oczy. - Zebrał nas wszystkich na tym placu i zaczął zabijać. Zabił wszystkich starszych, większość młodych i dzieci. Szedł po prostu przez plac i zabijał na prawo i lewo. Mnie oszczędził, ale zginęła wtedy cała moja rodzina. Zostałem zupełnie sam. Obok leżeli we krwi moi rodzice i moje rodzeństwo. Potem Olokun odszedł, ale zapowiedział, ze powróci i jeśli nadal będziemy nieposłuszni, ukarze nas znowu. Ledwie przetrwaliśmy zimę. Zostało nas tak niewielu. Po upływie roku Olokun wrócił. Tym razem okazał nam łaskę i oszczędził wszystkich. W następnym roku już zażądał swojej daniny. Tak jest co roku. Zabiera kilku lub kilkunastu z nas. Nasz lud zdołał się odrodzić. Osada znów tętni życiem. Nie zapomniałem jednak uczucia, gdy patrzyłem śmierci w oczy. Nie chcę tego dla moich dzieci i wnuków.
- Zemsta Olokuna wkrótce nas dosięgnie. - Rzekł najmłodszy z mężczyzn. - Nie unikniemy kary. Wszystko przez wasze przybycie i wasz atak na jego wysłanników!
- Hej! - Wtrącił się O`Neill. - On groził mojemu człowiekowi. Nie wiem, czy zauważyliście, ale przystawił mu broń do skroni. Broniliśmy członka naszego zespołu.
- Zły los was tu zesłał. - Mężczyzna zaciął się w swoim gniewie. - Gdybyście nie zostawali na weselu, nie doszłoby do tej tragedii.
-Słuchajcie. - Uspokajał Jackson. - Nie ma sensu zgadywać, co by było gdyby... Byliśmy tutaj i niestety stało się. Spróbujmy może lepiej ustalić, co zrobimy teraz?
- On nas ukarze! - Powtarzał jak mantrę czterdziestolatek.
- A ten znowu swoje! - Zirytował się O`Neill. - Nie podoba mi się ten Olokun. Jest zdecydowanie zbyt pewny siebie. Myślę, że przydałaby mu się porządna nauczka.
Carter zdała sobie sprawę, że ktoś natrętnie się jej przypatruje. Dyskretnie rozejrzała się wokoło. W morzu twarzy wyłowiła wreszcie tę, której oczekiwała przez cały czas. Kalia patrzyła na nią poważnie. Porozumiewawczo skinęła jej głową. Ruch był niewielki. Zaledwie drgnięcie, ale i tak Carter zdołała je prawidłowo odczytać. Kalia wycofała się poza zgromadzonych i jakby od niechcenia odeszła na bok, wciąż nie spuszczając z Sam wzroku. Wreszcie zniknęła za rogiem jednego z budynków. Carter pochyliła się ku Teal`cowi.
- Wrócę za chwilę. - Szepnęła. - Muszę natychmiast z kimś porozmawiać.
- Rozumiem. - Odpowiedział. - Proszę na siebie uważać.
Ostrożnie, by nie wzbudzić zbyt dużego zainteresowania, Carter przesuwała się ku miejscu, w którym zniknęła Kalia. Gdy znalazła się już poza zasięgiem wzroku zgromadzonych na placu ludzi, przyspieszyła kroku. Kalia stała oparta o ścianę. Gdy usłyszała zbliżające się kroki, podniosła głowę. Sam zatrzymała się tuż przed nią i w milczeniu czekała.
- Nie rozumiem. - Zaczęła dziewczyna. - Nie powinni zjawiać się już teraz. Oczekiwaliśmy ich dopiero jutro. Coś musiało się stać.
- Wcześniej termin przybycia ludzi Olokuna był przewidywalny?
- Od pewnego czasu wiedzieliśmy dokładnie, którego dnia do nas zawitają.
- Szpiedzy?
- Tak. Dlatego teraz jestem tak zaniepokojona. Musiało wydarzyć się coś, o czym informatorzy nie zdołali nas poinformować.
- Zostali zdemaskowani?
- Nie, raczej nie. Wtedy od razu by nas zaatakowali, a oni zachowywali się tak, jak zwykle. Tyle, że przybyli dzień wcześniej. A wy ich zaatakowaliście. To całkowicie pokrzyżowało nasze plany.
- Nie mieliśmy innego wyjścia. Mam nadzieję, że to rozumiesz.
- Oczywiście. - Kalia westchnęła głęboko. - Ale będzie strasznie trudno wybrnąć z tej sytuacji. Obawiam się, że cokolwiek byśmy zrobili i tak dojdzie do rozlewu krwi.
- Nie zostawimy was teraz samych. Wmieszaliśmy się w wasze sprawy i jesteśmy odpowiedzialni za wszystkie wyrządzone szkody. Jestem pewna, że moi przełożeni będą tego samego zdania. Pomożemy wam. Jeszcze nie wiem jak, ale pomożemy.
- Właściwie jest jeden sposób. - Zaczęła z namysłem Kalia. - Ale musisz mi przyrzec, że cokolwiek się stanie, nie zdradzisz nikomu tego, o czym rozmawiałyśmy. Nikomu!
- Cóż… - Carter zmieszała się lekko. - Wczoraj powtórzyłam wszystko pułkownikowi, ale o niego nie musisz się martwić. Ręczę za niego własną głową.
- Mam nadzieję. Od tego zależy życie wielu ludzi.
- Rozumiem, ale jeśli mamy wam pomóc, powinnam porozmawiać z moimi przełożonymi.
- Nie! - Kalia opanowała się szybko. - Nie możesz z nikim rozmawiać. W każdym razie nie w tej chwili.
- Ale…
- Mówisz, że zrobiliście to, co musieliście. - Kalia mówiła teraz szybko i patrzyła gdzieś w bok. Zdecydowanie unikała wzroku Sam. - Ja również jestem w sytuacji, w której nie mogę podjąć żadnej innej decyzji. Mam nadzieję, ze ty także to zrozumiesz.
- O czym ty mówisz? - Zaniepokoiła się Carter.
- Przykro mi. To jedyny sposób…
Carter usłyszała za plecami charakterystyczny dźwięk, towarzyszący odbezpieczaniu zata. Nie zdążyła się nawet odwrócić. Nie zdołała dostrzec osoby, która do niej strzeliła. Wiązka energii sparaliżowała jej ciało. Nieprzytomna osunęła się na ziemię. Zanim zdążyła uderzyć w twardy grunt, Jared chwycił jej ciało i delikatnie złożył u swych stóp. Wyprostował się i wyciągnął rękę w kierunku swej żony.
- Musieliśmy to zrobić. - Szepnął ściskając jej dłoń. Dziewczyna zadrżała.
Teal`c rozglądał się niespokojnie dookoła. Carter powinna już wrócić. Nigdzie jednak nie mógł jej dostrzec. Zza rogu budynku, z miejsca, w którym widział major po raz ostatni, wyłoniła się dwójka młodych ludzi. Rozpoznał w nich wczorajszych nowożeńców. Widział ich tylko przez chwilę, bo prawie natychmiast zniknęli w tłumie wciąż kłębiącym się wokół niego i nieprzytomnych Jaffa. Sam wciąż się nie pojawiała. Coraz bardziej zaniepokojony sięgnął po krótkofalówkę.
- O`Neill.
- Mów, Teal`c. - Jack zareagował natychmiast.
- Kilka minut temu major Carter oddaliła się, żeby z kimś porozmawiać i do tej pory nie wróciła.
- Co zrobiła? - Warknął zniecierpliwiony.
- Myślę, że powinniśmy jej poszukać. Doradzam zachowanie szczególnej ostrożności. Wydaje mi się, że zauważyłam jakieś poruszenie wśród mieszkańców osady.
- Rozumiem.
Wzrok pułkownika odruchowo powędrował w stronę członków rady osady. Wyraz twarzy zgromadzonych tu osób nie zmienił się w żaden sposób. Za to on sam musiał okazać zdenerwowanie, gdyż Jackson w jednej chwili znalazł się obok niego.
- Jack, co się stało?
- Nie wiem. - O`Neill pokręcił głową. - Chyba coś niedobrego.
Cofnął się pod ścianę z daleka od członków rady osady i ponownie sięgnął do przycisku krótkofalówki.
- Teal`c? - Odpowiedziała mu cisza. - Teal`c, odbiór!
Wszyscy zgromadzeni w Sali z zaskoczeniem patrzyli jak przeładowuje broń i rzuca się w stronę drzwi.
- Jack! - Daniel chwilę stał niezdecydowany, a potem ruszył za nim.
O`Neill wypadł na zewnątrz jak bomba. Rozejrzał się szybko i zaczął się przepychać do miejsca, w którym powinien znajdować się Teal`c. Ludzie nagle rozstąpili się i Jack stanął jak wryty ponad leżącym na ziemi, nieprzytomnym przyjacielem. Odruchowo przełknął ślinę. Potem podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Jareda. Nie zdążył nawet unieść broni, gdy z trzymanego w dłoni mężczyzny zata wystrzelił błękitny promień. Całe jego ciało zesztywniało. Oczy przykryła ciemna mgła. Poczuł, jak z impetem ląduje na twardej ziemi, a potem stracił przytomność. Tuż obok niego upadł nieprzytomny Daniel.
