Potter musiał stanowić zagadkę dla każdego, kto kiedykolwiek się z nim zetknął. Lucjusz nie był wyjątkiem. Obserwowanie jak chłopak porusza się z coraz mniejszą ostrożnością po swoim własnym domu dziwnie na niego wpływało. To jak Potter oswajał się z całą atmosferą domu, jego zakamarkami i zaklęciami, które wciąż gdzieniegdzie nie straciły swojej mocy.
Gdyby ktoś jeszcze kilka tygodni wcześniej spytał go czy spotka się z Harrym Potterem, odpowiedziałby, że na pewno nie. Chłopak nie był zainteresowany polityką, więc i jego sporą częścią życia. Obaj wiedzieli, że tamta noc była błędem, ponieważ do niczego dobrego nie prowadziła, a mogła przynieść tylko niepotrzebne kłopoty.
Potter był młody. Nieukształtowany. Zapewne wciąż szukał miłości swojego życia. Kogoś w swoim wieku, kto zobaczyłby w nim nie tylko Wybrańca, chłopca, który dwukrotnie pokonał Voldemorta, ale też mężczyznę, którym Potter bez wątpienia był. Udowadniał to każdym dniem, w którym wspierał Granger, a nie uniesieniem różdżki. Tym jak przyjmował porażki, a nie zwycięstwa, ponieważ tych w życiu bywało niewiele.
Lucjusz szybko zauważył, że Potter nie poddawał się łatwo. Chłopak potrafił ledwo trzymać się na nogach, gdy pierwszy raz wypowiadał w kółko tę samą sentencję. Za każdym razem z delikatnym błędem, który Lucjusz mu wykazywał. Sądził, że po dziesiątym razie różdżka Harry'ego zostanie skierowana w jego stronę, widział jak zdenerwowany jest chłopak. Potter jednak zamknął oczy i potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić z niej wszystkie myśli, a potem po raz pierwszy tego dnia wypowiedział całą formułę poprawnie i drzwi ukrytego pokoju ukazały się ich oczom.
Potter spojrzał na niego szczęśliwy niczym dziecko oglądające czarodziejski cyrk.
- Dziękuję – powiedział chłopak zachrypniętym głosem.
Lucjusz sądził, że to jedyne pomieszczenie, które odkryją tego dnia. Był nawet przygotowany do tego, aby siłą wyciągnąć chłopaka z domu, ale z coraz większą łatwością odblokowywał kolejne pomieszczenia. Jakby teraz było z górki.
Obecnie dom posiadał nawet swoje ostatnie piętro. Lucjusz nie mógł uwierzyć, że poszło im tak łatwo. Potter wydawał się zadowolony, dziwnie dumny z każdej kropli potu, którą tutaj wylał. Lucjusz ograniczył się do cichych gratulacji, ponieważ nie wiedział tak naprawdę jak rozmawiać z chłopakiem. Czasami miał wrażenie, że Potter podczas ich rozmów wędruje pamięcią naprawdę daleko. W okolice tej nocy, która nigdy nie powinna się przydarzyć. A jednak chłopak nie próbował na siebie zwrócić jego uwagi.
I Lucjusz wiedział, że pomylił się podczas tamtego spotkania w gabinecie. Potter musiał go omyłkowo zaliczyć jako swojego przyjaciela. Ponieważ to oni sobie wzajemnie pomagali. A Granger ewidentnie zrobiłaby dla chłopaka wszystko tak samo jak on dla niej. Może w tym tkwiła siła Gryfonów.
Potter stanowił dla niego zagadkę, ponieważ mógłby mieć wszystko, gdyby chciał. A on wybrał podrzędną pozycję w Wizengamocie i projekt, który wymagał miesięcy o ile nie lat pracy. Nikt nie pisnąłby słowa, gdyby chłopak przestał przychodzić na zebrania, ale on był na każdym. Swingwood poinformował go, że Potter bywał na nich nawet częściej niż on sam – przewodniczący.
I sprawa z szatami. Lucjusz sądził, że po jego uwadze chłopak po prostu zamierzał zakpić z czarodziejskich zwyczajów. Jednak ciemne proste szaty stały się nieodłącznym punktem jego ubioru. Chłopak początkowo nie radził sobie z chodzeniem w nich. Widać było brak wprawy, a co za tym idzie brak gracji, ale szybko opanował podstawy, co pomogło mu nie potykać się na każdym kroku o własne nogi. Na pewno przydatne.
W Potterze nie było tego buntu, który obserwował przez lata, nawet wtedy gdy walczyli z szaleńcem. Ogień wciąż błyskał w tych zielonych tęczówkach, ale został poskromiony przez coś, co Lucjusz nazwałby dorosłością.
Wiele działo się przez ostatnie tygodnie. Potter raz w tygodniu bez słowa komentarza schodził z nimi do sfery, oddając odrobinę swojej magii. Chłopak nie zauważał nawet, że cokolwiek zostawało mu zabrane. On sam przeważnie czuł się po tym wyzuty z sił i wracał do domu, żeby posiedzieć z kieliszkiem wina przy kominku.
Potter jednak pozostawał w Ministerstwie do późnych godzin, jak mu doniesiono nie tak dawno.
Lucjusz nie wiedział czy czcić Weasleya za to, że sprowokował u Pottera przyspieszony kurs dorastania czy przeklinać go za fakt, że chłopak utracił ostatnie lata szaleństwa młodości, które powinien był wykorzystać w łóżkach nieznajomych. Może nie w wieku Lucjusza, którzy chcieliby go wykorzystać jakoś do swoich celów, ale rówieśników z Hogwartu – młodych i nieszkodliwych przez braki powiązań.
Potter jednak się opierał. Albo nie zauważał jak wiele osób zwracało uwagę na niego na korytarzach lub nie chciał zauważać. Kolejnych ministerialnych urzędników, którzy przychodzili do tamtego gabinetu przez przypadek lub po to, aby Potter złożył podpis pod jakimś nieznaczącym dokumentem. Ich wymówki musiały być coraz bardziej skomplikowane, ponieważ Harry czytał wszystko.

ooo

Harry siedział w salonie z książką na kolanach, gdy Hermiona pojawiła się w drzwiach, ubrana w jedną z tych swoich rozciągliwszych sukienek, które miał jakoś ukryć spory już brzuch. Harry nie widział sensu w chowaniu czegoś o czym wszyscy już wiedzieli. Hermiona w ciąży błyszczała radością tak charakterystyczną dla młodych matek. Nikt nawet nie zwracał uwagi na jej brzuch, jeśli raz spojrzał w jej oczy.
A przynajmniej takie było jego przekonanie.
- Wyglądasz prześlicznie – zaczął, wstając.
Uśmiechnęła się nerwowo, najwyraźniej mu nie wierząc.
- Gdzie wychodzicie? – spytał, zerkając na zegarek.
Zamierzał obedrzeć ze skóry Malfoya, jeśli ten spóźni się chociaż o sekundę.
- Nie wiem. Nie mówił. To ma być niespodzianka – odparła, wzruszając ramionami.
Jej nerwowość jednak nie znikła. Ramiona Hermiony wydawały się nienaturalnie sztywne, jakby czekała na coś ostatecznego.
- Wyglądasz pięknie – powtórzył, patrząc jej prosto w oczy. – Czy kiedykolwiek cię okłamałem? – spytał retorycznie.
- Jesteśmy przyjaciółmi. Jesteś zobowiązany do mówienia takich rzeczy – odparła bez wahania.
- I mam prawo się nie zgodzić z tym założeniem. Teza kompletnie błędna. Mam obowiązek mówienia ci prawdy. A brzmi ona tak, że wyglądasz wspaniale. I wzięłaś jakąś kurtkę? Wieczorami bywa chłodno – dodał.
Hermiona przewróciła oczami i spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Jestem dorosła. Nie wypuszczasz na randkę… - zaczęła.
- A jednak to randka. Mówiłaś, że zwykłe spotkanie przyjaciół po pracy. Może powinienem strzelić Malfoyowi pogadankę o tym…
- Nawet nie próbuj – weszła mu w słowo i zaczęła grozić palcem. – Nie podaruję ci tego – dodała.
Uśmiechnął się lekko, a potem wybiegł niemal na korytarz, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Hermiona z lekkim opóźnieniem podążyła za nim.
- Nie waż się! – krzyknęła jeszcze, ale on już był przy drzwiach.
- Cześć Draco – przywitał się tak radośnie, że chłopak cofnął się o krok. – Masz ją odprowadzić przed dwudziestą drugą i w twoim interesie jest, aby wciąż była dziewicą – dodał.
Malfoy spoglądał na nich ogłuszony.
- Uhm – zaczął chłopak, marszcząc brwi. – Nie sądzę, żebyśmy zdążyli wrócić, ale możemy zostać na Pokątnej? – zaproponował.
- To z mugolskiego filmu – odparła od razu Hermiona. – Ojciec wita w drzwiach chłopców dziewczyny i czasem grozi im bronią. Zawsze mają wrócić punkt ta i ta godzina, bo inaczej on ich dorwie… - wyjaśniła.
- Mugole to brutale – stwierdził Malfoy, a potem spojrzał na niego, jakby chciał spytać; Potter, co do cholery?
- Zostałem wychowany przez mugoli – przypomniał mu Harry, starając się, aby to brzmiało jak groźba.
Malfoy ewidentnie się zawahał.
- Jeśli chcesz możemy zostać tutaj – zaproponował chłopak.
- Nie – Hermiona niemal krzyknęła, przeciskając się do wyjścia.
Malfoy musiał być zaskoczony jej reakcją równie mocno co on, bo obejrzał się za ramię, spoglądając na Harry'ego, jakby pojęcia nie miał co właśnie się wydarzyło.

ooo

Kominek w domu Syriusza rzadko kiedy tak naprawdę służył do rozmów. Harry zawsze uważał za dziwne, gdy cudza głowa wystawała z płomieni, dlatego prawie dostał zawału, gdy zielony ogień pojawił się na niezapalonych drwach.
- Proszę? – spytał ostrożnie, odkładając na stolik swój notatnik.
Głowa Terry'ego pojawiła się w płomieniach niemal natychmiast.
- Zebranie. Tym razem u Malfoya za jakieś dwadzieścia minut. Powiedział, żeby podłączyć twój kominek pod jego linię – rzucił chłopak. – Hasło to oswoić smoka. Zgadnij kto je wymyślał – dodał Terry i Harry z trudem dostrzegł jak chłopak przewraca oczami.
- Będę - odparł krótko, kończąc połączenie.
Jego czarodziejskie szaty zwisały z drzwi sypialni, którą rzadko teraz zamykał. Hermiona przez kilka pierwszych nocy miewała koszmary, o których dowiedział się przez przypadek. Udawali, że on nie wie, a ona nie komentowała otwartych drzwi. To nawet działało nie najgorzej.
Nie był w dworze Malfoyów od czasu, gdy ich schwytano. Był zaskoczony, że Lucjusz wciąż mieszkał w posiadłości, która stała się na wiele miesięcy jego więzieniem. Miejscem, gdzie zmarła jego żona. Musiało być coś w tym, co mówił na temat domów, które po prostu wydawały się prawidłowe. Jak Dolina Godryka dla niego. Chcąc nie chcąc, rozważał przeprowadzkę tam. Nie byłby sam. Hermiona i dzieci potrzebowali miejsca, a pokoje pomimo wielu lat nieużywania były w znakomitym stanie. Większe zniszczenia z powodu ataków i nieuważnego warzenia eliksirów miał dom Blacków. Posiadłość w Dolinie Godryka nie potrzebowała remontu, jedynie dobrego wysprzątania, a to mógł załatwić siłą swoich własnych rąk. Doszedł do perfekcji w używaniu ścierek, co mocno zaskoczyło Hermionę przez pierwsze tygodnie ich wspólnego mieszkania.
Wszedł do kominka z notatnikiem w dłoni i wziął głębszy wdech.
- Oswoić smoka – powiedział, czując się trochę jak idiota.
Miał zamiar wypomnieć to Draco przy pierwszym ich spotkaniu.

ooo

Już w chwili, w której wylądował w salonie obcego domu wiedział, że coś jest nie tak. Lucjusz nie powitał go wraz z Kingsleyem, a zamiast tego cudza różdżka wbiła się mu w gardło. Nie drgnął nawet, kiedy dwie pary rąk wyciągnęły go z paleniska. Nie mógł się czuć nawet dumnym, że tym razem się nie potknął podczas używania Sieci Fiuu.
Blizna na jego czole zaczęła szczypać i to była pierwsza podpowiedź, której w zasadzie nie potrzebował, ponieważ twarz Lestrange'a poznałby wszędzie. Śmierciożerca nie wyglądał dobrze, co sprawiło mu pewną satysfakcję. Wieloletnia ucieczka dawała mu się we znaki dokładnie tak jak powinna. Harry miał nadzieję, że w końcu zaczną popełniać błędy, ale najwyraźniej to on dał się wciągnąć w pułapkę.
Nie wiedział gdzie się znajduje, ale sieć fiuu nie miała dużego zasięgu. Na pewno nadal przebywał na terytorium czarodziejskiej Wielkiej Brytanii i tyle w zasadzie mu wystarczyło.
Pomieszczenie, w którym się znajdował było nieoświetlone, więc śmierciożercy musieli się tutaj ukrywać. Może nawet od wielu miesięcy, patrząc na porozkładane wokół przedmioty osobiste. Nie było ich więcej niż dziesięciu, ale Harry czuł, że nie wyjdzie stąd żywym.
- A Bella twierdziła, że nie dasz się nabrać – zaczął Lestrange.
Jego chropowaty głos nie był przyjemny dla ucha.
- Gdzie twoja urocza żona? Miejscowi psychiatrzy piszą o niej prace – rzucił i poznał, że to błąd, gdy dostał w twarz od jednego z przytrzymujących go ludzi.
Jego różdżkę odebrano wcześniej, bo gdyby miał ją teraz, policzyłby się drabem.
- Moja żona będzie niezwykle szczęśliwa – ciągnął dalej Lestrange. – Zastanawiam się tylko czy dostarczyć ciebie żywym czy martwym… - dodał mężczyzna.
Harry wziął głębszy wdech, starając się nie patrzeć śmierciożercy w oczy. To nigdy nie był przyjemny widok. Ludzi martwych od środka. Możliwe, że zabijanie czyniło ich tak podatnymi na śmierć wokół. Harry nie rzucił wielu avad w swoim życiu, ale każdą jedną pamiętał bardzo dobrze.
Nie sądził też, aby w tym przypadku miał jakąś inną możliwość. Lestrange musiał wiedzieć, że porwanie Harry'ego Pottera to ich kończące posunięcie. Szukać miał go cały świat i w tym przypadku nie była to hiperbola. Nie sądził, aby nawet niezwiązani z Ministerstwem politycznie obywatele, pozwolili śmierciożercom od tak mordować ich bohatera, a potem uciekać w siną dal.
Nie mogli go przetrzymywać. W końcu uwolniłby się jakoś. Nie wiedzieli jaką mocą dysponuje, ale musieli wyczuwać, że jest silny. Według Hermiony wciąż nie był dorosły magicznie. Przed nim był długi trening i zapoznawanie się z własnymi możliwościami. Granicami, których nadal nie znał.
Może tych dziesięciu ludzi właśnie taką stanowiło. Nie był pewien.
Jego blizna zaczynała krwawić, więc zagryzł zęby, skupiając się wyłącznie na cienkim strumyczku, który spływał mu po czole. Ból był wiążący. Odczuwał go każdy. A w tym pomieszczeniu wszyscy nosili na sobie działania Voldemorta. Te Znaki Mroczne nałożone dobrowolnie i jego blizna, którą zrobiono przemocą.
Starał się nie skupiać na pieprzeniu Lestrange'a. Śmierciożercy zawsze mieli wiele do powiedzenia i nie zdawali sobie sprawy, że nikt nie zamierzał ich już słuchać. Wszyscy byli szaleni i byli mordercami. Harry widział to na własne oczy tak wiele razy. Mijali spalone domy ze zwłokami w środku. Ron nigdy nie pozwalał im wejść, gdy badał takie miejsca, ale oboje z Hermioną wiedzieli co znajduje się w środku.
- Coś jest nie tak – usłyszał wyraźnie jednego z drabów, który przytrzymywał go przed Lestrange'em.
Było jednak już za późno. Czuł Mroczny Znak każdego z nich, więc przygryzł wargę mocniej, wyszarpując z siebie więcej magii, która uderzyła w każdy symbol Voldemorta, który nosili z taką dumą.
Dłonie przytrzymujące go zniknęły, a on usłyszał krzyki. Nie otwierał oczu, czekając aż wszystko umilknie, ale ten wrzask nie cichł, przyprawiając go o mdłości. Nie wiedział czy najpierw zemdlał, czy krzyki p[o prostu ustały a on tego nie zauważył.

ooo

Lucjusz sądził, że to będzie spokojny wieczór, więc rozlał wino, gdy Draco wbiegł do jego biblioteczki, ciągnąc za sobą Granger. Dziewczyna wyglądała na mocno przerażoną i ściskała w dłoni kawałek pergaminu, który najwyraźniej wiele przeszedł.
- Czy jest tutaj Harry? – spytała pospiesznie dziewczyna.
- A widzisz gdzieś Pottera? – odparł, zirytowany.
Alkohol poplamił jego spodnie i księgę, która kosztowała więcej żyć niż wojna z Grindenwaldem.
- O Boże! – jęknęła Granger i to przyciągnęło jego uwagę.
- Co się stało? – spytał szybko, ale podała mu tylko pogniecioną kartkę, zapisaną nierównym pismem chłopaka.
Potter informował ją, że przeniósł się do Lucjusza. Podał nawet niedorzeczne hasło do jego kominka.
- Draco, zawiadom Kingsleya – rzucił, oddając im pergamin. – Terry'ego Boota oraz Hitchensa.
- Hespera? – zdziwiła się Granger.
- To są osoby, które mogły zwabić Pottera na spotkanie. Jeśli ktokolwiek nie żyje, będziemy mieli odpowiedź. Powiedz Kingsleyowi, żeby sprowadził aurorów i przeprowadził ich przez kominek. Każdy ma podać to hasło – odparł Lucjusz.
To była stara zagrywka. Zahasłowywano kominek, dzięki temu uzyskiwano możliwość sterowania celem podróży celu. Potter wpadł im prosto w ręce, nie wiedząc nawet, że go oszukano. Wszystkie kominki w posiadłościach zabezpieczono tak, że bez problemu przechodzili członkowie rodzin. Natomiast obcy czekali na potwierdzenie tożsamości. Potter czekałby zapewne kilka minut w sieci fiuu i chłopak powinien był wiedzieć o tym.
Aportował się pod dom Kingsleya, akurat wtedy, gdy auror kończył rozmowę z Draco. Jego ludzie mieli wejść do kominków czasami nawet z własnych domów, ale to była szybsza metoda niż przenoszenie się jednym kanałem sieci. Oszczędzali czas, a jednocześnie na miejscu na raz pojawiało się więcej ludzi.
Kingsley nawet nie spytał co Lucjusz tutaj robił.
- Boot półprzytomny. Hitchens nie miał pojęcia co się dzieje. Mamy spotkać się na miejscu – rzucił szef Biura, a potem wszedł do swojego kominka.
Lucjusz podążył zaraz za nim, wypowiadając idiotyczne hasło, na które dał nabrać się Potter.
Kiedy wylądował na miejscu, sądził, że zastanie aurorów walczących ze znanym dobrze przeciwnikiem. Jednak ludzie Kingsleya przyklękali przy kolejnych ciałach śmierciożerców obwieszczając kolejno, że mają do czynienia z martwymi.
- Ten umiera – rzucił najdalej stojący auror.
Lucjusz nie był nawet zaskoczony, gdy rozpoznał Lestrange'a. Najdroższy szwagier jego zmarłej żony dogorywał. Z jego ust płynęła krew, ale Lucjusz nie dostrzegał żadnych widocznych ran. Jedynie rękawy ich szat były podwinięte, jakby próbowali odsłonić Mroczne Znaki.
Zamarł, gdy dostrzegł, że na samym środku tego skupiska ciał, leży zwinięty w kłębek Potter. Chłopak wyglądał, jakby spał, ale to mogło być tylko złudzenie. Miał tylko nadzieję, że nie przybyli za późno.
Kingsley podbiegł do Harry'ego i odwrócił go na plecy.
- Zabezpieczcie dom i sprawdźcie czy pozostał ktoś żywy! – zarządził szef Biura, odgarniając z twarzy Pottera przydługie już kosmyki.
Blizna na czole chłopaka krwawiła dokładnie tak jak podczas poprzedniego ataku.
Lucjusz ukląkł, zastanawiając się czy nie powinni wezwać magomedyków, ale Potter otworzył oczy i spojrzał na nich zaskoczony.
- Czy wszystko w porządku? – spytał chłopak.
Kingsley zaśmiał się krótko.
- Ja powinienem cię pytać czy wszystko w porządku – odparł auror, ale widać było, że całe napięcie zeszło z niego jak powietrze z napompowanego balonu.
Lucjusz chciałby powiedzieć, że czuje się podobnie, ale w kącikach ust Pottera było zbyt wiele krwi. A jego rozcięta warga już spuchła. Pojawili się z tak sporym opóźnieniem jak przypuszczał.
Potter podniósł się na łokciach i rozejrzał wokół. Brwi chłopaka zmarszczyły się, a Lucjusz nie wiedział do końca jakie emocje pojawiały się na jego twarzy. Gdyby miał się zakładać, powiedziałby, że Harry wydawał się zrezygnowany.
Chłopak pomimo protestów Kingsleya, podźwignął się na nogi i chwiejnym krokiem podszedł do Lestrange'a, który jako jedyny wciąż jeszcze żył. Lucjusz jednak nie dawał mu zbyt wiele czasu.
- Postaram się, żeby twoja żona szybko do ciebie dołączyła – rzucił Potter zaskakująco spokojnym tonem. – Bellatriks tutaj nie ma – poinformował ich chłopak, odwracając się z powrotem w ich stronę. – Podejrzewam, że nie ma jej w Wielkiej Brytanii. To chyba ich kwatera główna. Jeśli Prorok się nie dowie, może uda nam się zastawić tutaj pułapkę – dodał.
- Harry – zaczął Kingsley.
- Czy Terry czuje się dobrze? – spytał Potter, przerywając aurorowi.
- Z Bootem wszystko w porządku. Zabezpieczenia domu spłoszyły ich, ale mieli kosmyk jego włosów – poinformował go Kingsley.
- Powinienem był sprawdzić – westchnął Potter, a potem próbował przetrzeć swoje czoło.
Chłopak spojrzał na swoją dłoń całą umazaną w krwi i wytarł ją w przykurzoną szatę. Wzrok Lucjusza podążył za ruchem ręki, co nie pozostało niezauważone.
- Przestała krwawić – poinformował go Harry.
- To dobrze – odparł Lucjusz, nie wiedząc nawet dlaczego to mówi.
Odchrząknął, starając się zebrać jakoś myśli.
- Granger jest w mojej posiadłości – oznajmił Potterowi. – Proponowałbym, abyś spędził tam również noc. Chociaż Święty Mungo byłby lepszym wyborem – rzucił.
Potter przewrócił oczami, jakby nie spodziewał się z jego strony niczego innego.
- Dziękuję za zaproszenie Lucjuszu – odpowiedział chłopak, nadając swojej wypowiedzi tak oficjalny ton, że Kingsley parsknął.
- Tylko nie zakrwaw dywanów – rzucił Lucjusz, chcąc mieć ostatnie słowo.

ooo

Granger trzęsła się jeszcze długo po tym jak Potter poinformował ją, że wszystko z nim w porządku. Lucjusz nie chciał wiedzieć jak zabił dziesięć osób bez użycia różdżki, którą zwrócono mu po sprawdzeniu dziesięciu ostatnio użytych zaklęć. Dzięki temu dowiedział się, że Potter goli się czarem i również magii używa do podgrzewania herbaty. Oraz jego pióro samopiszące aktywuje się specjalnym hasłem, zapewne roboty Granger, aby ich wspólne notatki miały jeden charakter pisma.
Nie było wśród zaklęć, ani jednego czaru obronnego, co potwierdziło jego przypuszczenie, że Potter został zaskoczony. Kingsley wydawał się równie mocno zaintrygowany tym jak Harry pokonał tych wszystkich ludzi co on. Jednak obaj milczeli, gdy aurorzy kręcili się wokół. Szef Biura jednak towarzyszył im do posiadłości jako ochrona, chociaż Lucjusz wątpił, aby takiej teraz potrzebowali.
- Połóż się – polecił Hermionie Potter.
Dziewczyna spojrzała na nich wzrokiem pełnym wątpliwości. Jakby wiedziała, że zamierzali przesłuchać Pottera, który cudem tylko uniknął śmierci. Lucjusz miałby wyrzuty sumienia, gdyby czasy nie były tak ciężkie.
Granger wyszła, odwracając się jednak i spoglądając na nich, jakby ich chciała poinformować, że jeśli zrobią cokolwiek złego i ona się o tym dowie, jeszcze popamiętają. Znikła jednak w końcu na korytarzu i gdy jej kroki ucichły, Kingsley odchrząknął zwracając na siebie uwagę Pottera.
- Wiecie, że byłem połączony z Voldemortem. Widziałem w snach co robił z ludźmi – wyjaśnił chłopak, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać. – Kiedy on odszedł, to wydawało się, że tama puściła. Czuję każdego, kto nosi Mroczny Znak – poinformował ich chłopak, a potem zamknął oczy i Lucjusz poczuł najpierw swędzenie, a potem iskierki bólu w ramieniu, które miało pozostać poznaczone tatuażem do końca jego dni.
Draco wpadł do salonu, uderzając drzwiami o ścianę tak mocno, że jeden z wazonów spadł na podłogę, roztrzaskując się.
- On wrócił – rzucił jego syn.
- Nie, to Potter – odparł Lucjusz, spokojnie.