Coś było nie w porządku. O`Neill powoli odzyskiwał przytomność. Słyszał dookoła odgłosy kroków, ciężkie oddechy. Wciąż jednak nie mógł się ruszyć. Otworzył wreszcie oczy. Leżał z twarzą wciśniętą w miękką trawę. Była na tyle wysoka, ze całkowicie zasłaniała mu widok. Spróbował poruszyć rękoma. Pozostawały zdrętwiałe i nie poddawany się jego woli. W pierwszym impulsie pomyślał, że jest sparaliżowany. Zanim jednak zdążył wpaść w panikę, zdał sobie sprawę, że jego ramiona są wykręcone do tyłu pod nienaturalnym kątem. Zebrał się w sobie i skupił na mięśniach swoich nóg. Pomimo niewygodnej pozycji pozostawały sprawne. Odetchnął z ulgą, wiedząc już, że jest związany, a brak czucia w rękach jest spowodowany krępującymi go więzami. Tylko kto i dlaczego go związał? W jednej sekundzie przypomniał sobie wszystko. Wesele, oddział Jaffa i wyraz oczu Jareda, gdy ten do niego strzelał. Spróbował się rozejrzeć, lecz zdrętwiały kark skutecznie mu to uniemożliwił. Za to gdzieś obok siebie usłyszał jęk. Jęk powtórzył się nieco głośniej i z całą pewnością mógł stwierdzić, że zna osobę, która go z siebie wydała.

- Carter? - Szepnął. Nie mógł jej dostrzec, ale wiedział, że leży tuż obok, za zasłoną zielonej trawy.

- Carter! - Powtórzył głośniej.

- Sir? - Wydawała się zdezorientowana.

- W porządku? - Już w momencie zadawania pytania wiedział, ze zabrzmi głupio. - Nic pani nie jest?

- Głowa mi pęka. - Odrzekła. - I jestem związana.

- No, to już coś. - Zauważył.

Nie zdążył zadać jej kolejnego pytania. Odgłos ciężkich kroków zbliżał się w ich stronę. Po chwili silne ręce pochwyciły jego ramiona i pociągnęły go w górę. Stanął niepewnie na drżących nogach i nareszcie mógł się swobodnie rozejrzeć. Dwaj Jaffa, którzy postawili go na nogi pochylali się teraz nad lezącą tuż obok Carter. Nieco dalej leżał Daniel oraz Teal`c. Obaj skrępowani jak wieprze. Dochodzili już do siebie. Dwóch innych Jaffa stało nieopodal z włóczniami gotowymi do strzału. Znajdowali się na łące w pobliżu gwiezdnych wrót. Z tej odległości osada była ledwie widoczna. Nikogo więcej nie było. Tylko oni i ich strażnicy. Horyzont zdarzeń błyszczał w promieniach słońca niczym tafla wody. Jeden z Jaffa pchnął pułkownika w plecy, zmuszając go do przejścia w kierunku wrót. Wysokie trawy utrudniały marsz. Słyszał za sobą zduszone jęki swych towarzyszy, lecz nie zdołał się do nich odwrócić. Pchnięty silnie w plecy zanurzył się w horyzoncie zdarzeń.

Zamrugał szybko, oślepiony jaskrawymi promieniami słonecznymi. Czekał już na niego kolejny oddział Jaffa. Uzbrojonych po zęby i bardzo nieprzyjemnych. Po chwili obok niego wyłonili się pozostali członkowie jego zespołu. Nieco oszołomieni, ale cali i zdrowi, choć związani. Za nimi pojawili się Jaffa. Horyzont zdarzeń rozpłynął się jak bańka mydlana. O`Neill rozejrzał się dookoła. Znajdowali się w środku skalistej pustyni. Przynajmniej tak to wyglądało z miejsca, w którym się obecnie znajdowali. Dookoła nic tylko piach i kamienie. Wysokie wydmy zasłaniały widok na dalszą część planety. Jego uwagę zwrócił stojący pomiędzy Jaffa niewysoki mężczyzna. Nie był pewien, czy ma przed sobą kapłana, którego rano obezwładnili, bo miał kaptur głęboko nasunięty na czoło. Zrobił krok w jego stronę.

- Przepraszam... - Zaczął tonem, w którym trudno byłoby doszukiwać się choćby cienia skruchy. - Czy mógłbyś mi wyjaśnić…

Urwał, gdy stojący obok kapłana dowódca Jaffa zamachnął się i uderzył go w twarz.

- Zamknij się psie! - Warknął. - Jak śmiesz odzywać się do Najwyższego Kapłana?

- Nie miałem okazji zapoznać się z tutejszą etykietą. - Sarknął O`Neill i splunął.

Jaffa znowu podniósł rękę, lecz mężczyzna w kapturze powstrzymał go.

- Nie. - Powiedział dobitnie. - Mamy odprowadzić ich do pałacu. Czcigodny Kaleb chce ich osobiście przesłuchać.

Po tych słowach odwrócił się na pięcie i pomaszerował w górę jednej z wydm. Jaffa natychmiast wykonali jego rozkaz. Pognali więźniów za odchodzącym mężczyzną. Szli jeden za drugim. Ośmiu Jaffa kroczyło dookoła nich. Nie mieli nawet szansy, by choć przez chwilę porozmawiać. Buty zapadały się w miękkim piachu. Z rękoma wykręconymi na plecy mieli trudności z utrzymaniem równowagi. Ciężko dysząc, wdrapali się na szczyt wydmy. Za nią była następna. Kiedy wdrapali się już na jej grzbiet, ich oczom ukazał się niezwykły widok. Ogromny, wzniesiony z kamienia budynek, zapewne pałac, wyrastał ponad białe piaski. Wokół niego rozrosła się spora osada. Niskie, zbudowane z kamienia i trzciny domki przytulały się do wysokich murów. W oddali majaczyły góry.

Gdy zbliżyli się do głównej bramy, z wnętrza pałacu wyszła grupa kilkudziesięciu mężczyzn. Kilkanaście osób odłączyło się od niej i zniknęło pośród zabudowaniami. Pozostali prowadzeni przez uzbrojonych Jaffa skierowali się kamienistym traktem w stronę odległych gór. O`Neill nie rozpoznał nikogo konkretnego. Wydawało mu się jednak, że przynajmniej kilku mężczyzn widział wczoraj na terenie osady. Wprowadzono ich do pałacu. W porównaniu z żarem pustyni, tutaj panował przyjemny chłód. Przeszli szerokimi korytarzami, odprowadzani zdumionym wzrokiem niewolników i straży. Doszli do obszernej sali, pośrodku której ustawiony był wysoki tron. Tron wykonany był zapewne ze złota i ozdobiony licznymi malowidłami. O`Neill uznał, że trąci kiczem. Strażnicy ustawili ich w szeregu i zmusili do uklęknięcia. Pułkownik stęknął i posłał swojemu strażnikowi mordercze spojrzenie.

- Bądź łaskaw trochę bardziej uważać. - Ironizował. - Moje kolana nie są już w takiej formie, jak kiedyś.

W oczach Jaffa pojawiły się groźne błyski. Uniósł lancę na wysokość twarzy pułkownika i odbezpieczył ją. O`Neill skrzywił się. Pochwycił zaniepokojony wzrok Jacksona i pełne nagany spojrzenie Carter.

- Dobra, dobra… Już więcej nic nie mówię…

Mężczyzna w habicie stanął z prawej strony tronu i zsunął kaptur z głowy. To jednak nie był ten sam kapłan, którego spotkali wcześniej. Był starszy i znacznie dostojniejszy. No, ale w końcu był Najwyższym Kapłanem. Drzwi w końcu Sali otworzyły się z hukiem i wszedł kolejny mężczyzna. Był Jaffa. Na czole nosił tatuaż z imieniem swojego pana Olokuna. Jednak nie nosił zbroi, lecz wyszukane, bogato zdobione szaty. Stojący z tyłu strażnicy oraz kapłan z szacunkiem pochylili głowy. Ten, stojący za o`Neillem oparł lancę o podłogę.

- Czcigodny... - Zaczął kapłan podnosząc wzrok. - Zgodnie z twoją wolą przyprowadzamy przed twoje oblicze pojmanych dzisiaj więźniów.

- Czcigodny? - Zaczął znowu Jack. - Więc nie mamy przyjemności poznać jaśnie oświeconego pana Olokuna? Szkoda, tak liczyłem na to spotkanie.

Jaffa dźgnął go w plecy końcem swojej, na szczęście zabezpieczonej już, lancy. Pułkownik zachwiał się, lecz utrzymał równowagę. Kaleb patrzył na niego z rozbawieniem.

- W porządku. - Rzekł spokojnym tonem. - Słyszałem już co nieco o niewyparzonym języku wojowników z Tau`ri.

- Świetnie. - Ucieszył się Jack. - Jesteśmy sławni.

- Jesteście też bardzo cenni. Zwłaszcza ty, przyjacielu. - Przeniósł wzrok na Teal`ca. – Imię zdrajcy jest nam wszystkim bardzo dobrze znane. Nasz pan ucieszy się. Wiele może kupić za twoją głowę. Nasi zwiadowcy mieli niesamowite szczęście, znajdując was na tej zapomnianej przez wszystkich planecie.

- Tak. Niesamowite szczęście. - O`Neill przywołał na twarz wymuszony uśmiech. - A jednak Olokun nie spieszy się zbytnio, by napawać się uczuciem tryumfu.

- Niebawem powróci na planetę. I zadecyduje o waszym losie. Pod jego nieobecność ja sprawuję rządy. Mnie zaś bardziej interesuje powód, dla którego znaleźliście się w wiosce akurat w tym konkretnym dniu.

- To proste. - Wypalił Jack. - Zostaliśmy zaproszeni na wesele.

- Rozumiem. - Kaleb przyglądał im się bardzo uważnie. - Często dostajecie podobne zaproszenia?

- No wiesz… jesteśmy bardzo popularni.

- A mi się wydaje, że jednak mieliście inny cel. Ci wieśniacy są w gruncie rzeczy bardzo niebezpieczni. Ciągle są z nimi jakieś problemy. Czyżby liczyli na wasze wsparcie?

- Nasze wsparcie w czym? - Spytał bezczelnie Jack.

- Ciągle marzy im się rebelia. Głupcy. Powielają błędy swoich przodków. Tak jak ich przodkowie poniosą zasłużoną karę. Najpierw jednak muszę się dowiedzieć, kto mąci im w głowie. Który z nich jest na tyle bezczelny, że ośmiela się podburzać przeciwko Olokunowi resztę tej hołoty.

- No to masz problem. - Mruknął O`Neill.

- Kto was wezwał? - Warknął teraz Kaleb. Dobrotliwy ton jego głosu zmienił się w zimną stal. - Który z tych parszywych psów spiskuje przeciwko swojemu bogu?

Pułkownik zerknął dyskretnie na swoich towarzyszy. Tylko on i Carter wiedzieli o szpiegu wśród ludzi Olokuna. Daniel był zalany w trupa, a Teal`cowi nie zdążył tego przekazać. Twarz Jaffa jak zwykle pozostawała bez wyrazu. Jackson wyglądał na zdezorientowanego. Za to Sam była spięta. Zauważył to. Pomimo jej kamiennej twarzy dostrzegł minimalne drgniecie mięśni ust. Patrzyła przed siebie, lecz on i tak potrafił wyłowić z jej wzroku nakaz milczenia. Znał ją tak dobrze, że nie potrzebował słów. Właściwie, sam również nie zamierzał tym dupkom niczego ułatwiać. Stawanie okoniem po prostu leżało w jego naturze. Inna sprawa, że na wspomnienie ludzi, którym obiecali pomoc, a którzy ich sprzedali, niemal zgrzytał zębami. Przeniósł wzrok na mężczyznę stojącego tuż przed nim i z dezaprobatą pokręcił głową.

- Człowieku, o czym ty mówisz? Jaki spisek? To już nie można potańczyć i napić się bimbru w miłym towarzystwie?

Jaffa stojący za nim zamachnął się i uderzył go końcem lancy w bark. Stracił równowagę i poleciał do przodu, uderzając twarzą w zimną, kamienną posadzkę. Wprawdzie nie stracił przytomności, ale upadek ogłuszył go. Jak przez mgłę usłyszał głos Daniela Jacksona.

- Czekaj, on mówi prawdę. Trafiliśmy na tę planetę przez przypadek. Nic nie wiedzieliśmy o uroczystości, dopóki nie dotarliśmy do osady. Mieszkańcy zaprosili nas. Zostaliśmy, żeby lepiej poznać ich kulturę. Przybycie Jaffa zaskoczyło nas. Co prawda mieszkańcy oczekiwali tej wizyty, w końcu tak podobno postępujecie od lat. Nikt jednak nie spodziewał się, że przybędziecie akurat w tym dniu.

- Czekaliście na naszych ludzi. Urządziliście na nich zasadzkę. - Stwierdził zimno Kaleb. - Jeszcze raz pytam. Kto was tam ściągnął? Od kogo dowiedzieliście o naszym przybyciu?

- Nie wiem, o czym mówisz. - Głos Daniela brzmiał coraz bardziej rozpaczliwie. - Oni nas nie zapraszali. Nawet nie chcieli naszej pomocy. Przerazili się, kiedy was zaatakowaliśmy. Jestem pewien, że szczerze żałowali, że pozwolili nam zostać.

- Więc czego szukaliście na planecie?

- Mieliśmy nadzieję na współpracę. - Ciągnął Daniel. - Zamiast tego oni nas sprzedali, żeby ratować swoją skórę.

- Zdradzieckie psy. Myśleli, że się wykpią. Że unikną kary, jeśli przyniosą mi wasze głowy. Ale ja nie dam się tak łatwo oszukać. Wiem, że ktoś się z nimi kontaktuje. Prędzej czy później wyduszę to z nich albo z was.

O`Neill potrząsnął głową. Odzyskał już ostrość widzenia. Silne dłonie pociągnęły go w górę i znów wylądował na kolanach. Kaleb stał teraz tuż przed Carter i trzymał jej brodę w swojej dłoni. Przyglądał się jej w sposób, który Jackowi bardzo się nie spodobał.

- Słyszałem, że Tau`ri wysyłają do walki swoje kobiety, ale nie wierzyłem w to. Teraz jednak widzę, że opowieści nie kłamały. Piękna i niebezpieczna. Fascynujące połączenie.

Carter szarpnęła głową, uwalniając się z jego uścisku.

- Żebyś wiedział, że niebezpieczna. - Wycedziła przez zęby. - Uwolnij mnie, a przekonasz się jak bardzo.

- Kogoś takiego, nikt nie będzie podejrzewał. - Ciągnął Kaleb w zamyśleniu. Palcem wskazującym pogładził jej policzek. Sam zacisnęła zęby i mimowolnie odchyliła się do tyłu. - Może to ty jesteś szpiegiem moja droga?

- Nonsens. - Warknął O`Neill. - Ona jest moją podwładną. Wykonuje tylko moje rozkazy. Wiedziałbym, gdyby coś knuła.

- Doprawdy? - Uśmiechnął się Kaleb. - Na szczęście ja mam czas. Mnóstwo czasu. I zawsze dostaję to, czego chcę.

Pstryknął palcami na dwóch Jaffa.

- Zaprowadźcie ją do pozostałych kobiet. Taki skarb trzema mieć cały czas na oku.

Wojownicy chwycili ją pod ramiona pociągnęli do jednego z wyjść. Szarpnęła się, chcąc się uwolnić z ich uścisku, lecz oni chwycili ją jeszcze mocniej.

- Dokąd ją zabieracie? - Zaniepokoił się O`Neill. - Czego od niej chcecie? Ona nic wam nie powie. Ona o niczym nie ma pojęcia. To ja jestem dowódcą. Mnie weźcie.

Ciężkie drzwi zatrzasnęły się z hukiem. O`Neill jeszcze długo wpatrywał się w nie zanim przeniósł wzrok na Kaleba. Poczuł ciarki przebiegające po plecach, gdy stwierdził, że ten uśmiecha się pełen satysfakcji.

- Możesz być pewien, że jeśli ta piękna główka skrywa jakąś tajemnicę, wydobędę ją prędzej czy później.

- Nie liczyłbym na to. - Warknął pułkownik. - Marnujesz tylko czas. Nic nie wiemy o żadnym spisku przeciwko temu cholernemu Olokunowi. Gdyby ci ludzie poprosili nas o pomoc, otrzymaliby ją. Ale oni nas sprzedali. Okłamali i zdradzili. Jeśli faktycznie planują jakieś powstanie, to na pewno bez naszego udziału.

- Przekonamy się. - Uśmiech nie schodził z ust mężczyzny. - Dla was też znajdziemy odpowiednie miejsce. Ciekawe, czy będzie się wam podobać?

Nachylił się ku Najwyższemu Kapłanowi i coś powiedział przyciszonym głosem. Ten kiwnął potakująco głową. Podszedł do klęczących i wskazał na O`Neilla i Jacksona.

- Pójdziecie ze mną. Jeśli przeżyjecie do przybycia naszego pana Olokuna, on zadecyduje o waszym przyszłym losie. Do tego czasu znajdziemy wam ciekawe zajęcie. Radzę wam nie próbować ucieczki. Jeszcze nikomu się to nie udało.

- Tego obiecać nie mogę. - Odparował zaczepnie O`Neill. Niemal natychmiast poczuł uderzenie lancy na swoich plecach. Tym razem jednak udało mu się utrzymać równowagę.

- Naucz się trzymać język za zębami człowieku. - Kapłan patrzył jak więźniowie gramolą się na nogi, ponaglani mało delikatnymi poszturchiwaniami. - W miejscu, do którego traficie bardzo łatwo stracić i jedno, i drugie.

Kapłan ruszył pierwszy jeńcy podążyli za nim pod czujnym okiem uzbrojonych Jaffa. W sali pozostał wciąż klęczący Teal`c. Wyprostowany dumnie, patrzył wprost przed siebie. Kaleb podszedł do niego bardzo blisko.

- Oto Teal`c. - Rzekł w zamyśleniu. - Pierwszy przyboczny Apophisa. Zdrajca. Jak możesz służyć ludziom? Ludzie są słabi.

- Nie służę nikomu. Jestem wolny. - Odparował Teal`c, wciąż zachowując kamienny wyraz twarzy. Odezwał się po raz pierwszy odkąd zostali sprowadzeni na tę planetę. - Sam dokonuję wyborów.

- Zdradziłeś i doprowadziłeś do upadku swojego boga.

- Apophis nie był bogiem. Żaden Goa`uld nim nie jest. Olokun także. Porzuć go. On okłamuje ciebie i twoich ludzi.

- Zamilcz! Jestem lojalnym Jaffa! - Oczy Kaleba miotały błyskawice. - Stoisz po stronie przegranych. Stałeś się słaby jak oni. Umrzesz jak nędzny robak.

- Jeżeli taka jest cena mojej wolności… - Teal`c spojrzał mężczyźnie prosto w oczy. - A ty jesteś tchórzem. Chowasz się za plecami innych. Tylko tchórz może walczyć z bezbronnymi kobietami.

Teal`c przemilczał fakt, że major Carter wcale nie jest bezbronną kobietą, ale jego słowa wywołały pożądany efekt. Kaleb poczerwieniał ze złości.

- Masz szczęście, że twoja skóra jest tak cenna. - Wysyczał. - Nie mogę odpłacić ci za tę zniewagę, ale pilnuj się. Kiedyś mogę stracić nad sobą panowanie.

Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi, z których przyszedł. Zatrzymał się już w wyjściu i zwrócił się do pozostałych w pomieszczeniu wojowników.

- Do celi z nim. - Zarządził. A potem zniknął pozostawiając Teal`ca samego z jego strażnikami.