Harry przeciągnął się, starając się wyzbyć zesztywnień w mięśniach, ale okazało się to niemożliwe. Otworzył oczy, zaskoczony trochę, że słońce oświetla nie tę część jego twarzy co zawsze. Pomieszczenie wydawało mu się zupełnie obce. Ciężkie zasłony, firany i zdobienia nie były czymś co wybrałby dla swojego domu.
Zamarł, gdy wspomnienia wczorajszego wieczora wróciły do niego.
Jego szata, wyczyszczona zapewne przez noc przez skrzaty, leżała już gotowa na oparciu krzesła. Rana na czole musiała się już goić, bo czuł charakterystyczne swędzenie, do którego zdążył się już przyzwyczaić. Nigdy nie rozumiał dlaczego blizna się otwierała, ale Hermiona tłumaczyła to tym nienaturalnym połączeniem z Voldemortem, które miał od lat. Nawet teraz cząstki jego magii żyły i logicznym byłoby, gdyby starał się wszystkich śmierciożerców zamknąć w Azkabanie, wyizolować od siebie, aby spokojnie żyć.
To były jednak tylko teorie, ponieważ zarówno Znak Draco czy Lucjusza nie wzbudzał w nim żadnych emocji. Coś podobnego mógł powiedzieć na temat Snape'a, ale mężczyzna nie żył.
Skrzat zmaterializował się w pomieszczeniu z cichym pop, tak charakterystycznym dla tych stworzeń.
- P-pan p-prosi n-na śśśśśniadanie – wyjąkał elf domowy.
Harry nawet nie pytał o kogo chodzi. Nie miał pojęcia dlaczego w ogóle zgodził się zostać na noc w tym domu. Możliwe, że był półprzytomny i półświadomy. Wszystko z wczorajszego wieczora pamiętał jak przez mgłę. Kingsley i Lucjusz byli chyba tymi, którzy go znaleźli. Nie sądził nawet, że zaczną go szukać tego samego dnia.
Poczekał aż skrzat zniknie z jego pokoju i wstał, czując jak jego kolana uginają się pod nim. Dopiero teraz czuł jak bardzo obolały był. Kilka kolejnych godzin snu na pewno by mu nie zaszkodziło, ale musieli z Hermioną wracać. Nie chciał zostawać w dworze Malfoyów ani chwili dłużej. Wiedział, że strach, że Lucjusz cokolwiek odkryje był tylko zwykłą paranoją bez podstaw, ale jednak i tak spędzał z mężczyzną zbyt wiele czasu.
Widywali się podczas spotkań Wizengamotu, Lucjusz pomagał mu przy przygotowaniu domu i omawiali razem szczyt dyplomatyczny. Nie sądził, aby uwolnił się od mężczyzny w czasie trwania tej konferencji. Jak przedtem prawie nie widywał Malfoya, teraz on zdawał się być wszędzie. Może po prostu nie zauważał mężczyzny podczas wcześniejszych balów i ich wzajemny stosunek do siebie uległ zmianie, gdy obudził się skacowany w domu Amelii.
Hermiona uznałaby, że to miało sens. Dla niego jednak to wciąż było za mało i najchętniej wróciłby do status quo ante bellum.
Wsunął na siebie szatę i wziął głębszy wdech, wpatrując się w swoje zmęczone odbicie.

ooo

Hermiona poderwała się na równe nogi, gdy wszedł do sporej sali, która zapewne spełniała rolę jadalni. Lucjusz i Draco zajęci byli omawianiem jakiegoś artykułu w Proroku, ale umilkli na jego widok.
- Harry – zaczęła jego przyjaciółka, ale machną ręką, gdy próbowała odgarnąć jego grzywkę.
Rana nie zasklepiła się do końca, czuł to wyraźnie.
- Nic mi nie jest – odparł spokojnie. – Poobijany i zmęczony. Nic czego kilka dni spokoju nie załatwi – dodał, widząc wątpliwość w jej oczach. – Komu powinienem dziękować za ratunek? – spytał, spoglądając na obu Malfoyów.
Usta Lucjusza drgnęły tak, że był pewien, iż mężczyzna powstrzymał uśmieszek.
- Obaj wiemy, że nie potrzebowałeś ratunku – odparł Lucjusz, lustrując go wzrokiem.
Draco wydawał się zaniepokojony, ale w zasadzie chłopak był pewien jeszcze wczoraj, że Voldemort powrócił. Harry nosiłby w sobie podobną wątpliwość, gdyby nie poczuł, że gad rozstaje się z tym światem na dobre. Horkruksy zostały zniszczone. Każdy jeden – nawet ten, który znajdował się w nim, a o którym nie wspominali głośno.
Hermiona wciąż stała tuż koło niego, cała spięta i niepewna, jakby była krok od tego, żeby zdjąć z niego szatę i naocznie upewnić się, że nie ma żadnym poważnych ran. Jego warga nadal była spuchnięta, ale zaklęcie lecznicze zawsze potrzebowało więcej czasu w stosunku do zranień, którym pozwolono się rozprzestrzenić.
Popchnął dziewczynę w stronę stołu samemu zajmując miejsce zaraz obok i zaczął zastanawiać się czy to nie będzie najdziwniejsze śniadanie w jego życiu.

ooo

W zasadzie powinien podziękować śmierciożercom, że wybrali tak dogodny termin na porwanie go. Weekend dopiero się zaczynał, więc miał czas dojść do siebie i chociaż Hermiona dreptała po kuchni wyraźnie wzburzona, nic nie było w stanie popsuć jego humoru. Sądził, że Terry nie żyje, ale Boota tylko ogłuszono. Niewymowny podobnie jak on sam też nie przepadał za uzdrowicielami. Zapewne jednak mieli ku temu całkiem różne powody.
Hermiona przestrzegła go, że wystarczyło jedno zaklęcie diagnostyczne, aby wykryto, że nie tylko jedno serce biło w jego ciele. Sama robiła badania jemu, ponieważ nie istniały rzeczy, których nie wiedziała lub nie potrafiła. A jeśli jeszcze do czegoś nie dotarła, oznaczało to tylko, że następnego dnia będzie miała już o tym jakieś fundamentalne pojęcie.
Harry czuł na sobie łaskotanie jej magii, gdy sprawdzała czy z nim i z dzieckiem wszystko w porządku. Starał się odsypiać, ale w miarę upływu czasu, męczył się coraz szybciej i stało się to wyraźnie zauważalne, gdy został zaatakowany i zmuszony do obrony. Starał się nie używać połączenia ze śmierciożercami, nie wiedząc dokładnie kto nosił Mroczny Znak. W Ministerstwie do agonalnego bólu doprowadziłby Draco i Lucjusza, więc nie odkryto jednej z jego wielu niewielkich tajemnic, które wiązały się bezpośrednio z jego połączeniem z Voldemortem.
Nie mówili o tym głośno, ponieważ nie chciał, aby uważano go za kolejnego Czarnego Pana. Mrocznego Czarodzieja, który zajmie miejsce tego, którego pokonał. Hermiona przez pierwsze tygodnie po pokonaniu Voldemorta obserwowała go uważnie, jakby czekała na nagłe załamanie, ale ono nigdy nie nadeszło. Dumbledmore mówił, że z wielką mocą szła wielka odpowiedzialność. On nie chciał ani jednego, ani drugiego. Jego rola w czarodziejskim świecie powinna się zakończyć, ale nikt nie wydawał się z jego osoby rezygnować. Ani Ministerstwo, które widziało w nim świetny sposób na odzyskanie zaufania ludzi, ani śmierciożercy chcący pomścić swojego Pana.
Bywały dni takie jak ten, gdy Harry najchętniej oddałby im całą swoją magię i po prostu odpoczął, nie licząc się z konsekwencjami.
- Przez kilka dni staraj się nie używać za wiele magii – poradziła mu Hermiona, kończąc ostatnie zaklęcie.
- Coś poważnego? – spytał wprost, ponieważ musiał wiedzieć w jakim jest stanie, gdyby doszło do kolejnego nieprzewidzianego incydentu.
W tej chwili spodziewał się śmierciożerców nawet na progu swojego domu, dlatego Draco miał od tej pory korzystać z kominka. Lucjusz wyjaśnił mu również z krzywym uśmieszkiem na ustach, że każde dziecko w czarodziejskim świecie wiedziało jak działa sieć fiuu. Harry nie lubił być traktowany jak ignorant. A mniej więcej to sugerowała uwaga Lucjusza, więc nie wrócili do domu w zbyt radosnych humorach.
- Nie wiem – odparła Hermiona szczerze. – Wszystko wydaje się w porządku, ale twoje ciało za wszelką cenę stara się chronić dziecko. Użyje twojej magii, jeśli zajdzie taka potrzeba, więc uważaj na to co robisz… - urwała.
- Myślisz, że dałem się porwać specjalnie? – zakpił. – Wbrew powszechnej opinii nie mam wpływu na wszystko co się dzieje wokół mnie. W ogóle nie mam na nic wpływu! – krzyknął.
- Harry, wiem… - zaczęła Hermiona, ale on zapinał już koszulę.
- Mam dziecko, mam cholerne dziecko, a śmierciożercy na mnie polują! – krzyknął, nie wiedząc nawet dlaczego podnosi głos. – Mógłbym z nimi pogadać, ale najwyraźniej są bandą szaleńców, do których nic nie dociera!
- Twój sarkazm nijak na mnie nie wpływa – odparła Hermiona. – A nerwy szkodzą dziecku – dodała, patrząc wymownie na jego brzuch.
To uciszyło go niemal natychmiast. I tylko jedna myśl pojawiła mu się w głowie.
- Czy ty mną manipulujesz? – zdziwił się.
- Nie, miałam nadzieję, że przynajmniej jedno z bliźniaków stanie się muzykiem, ale wydzierasz się tak głośno, ale nie słyszę własnych myśli – poinformowała go Hermiona.
Harry mógł przysiąc, że nie podniosła głosu, ale czuł się tak, jakby ktoś przełożył go przez kolano.
- I nie wiesz nawet jak się przestraszyłam – ciągnęła dalej. – Przywracamy starą zasadę. Poruszamy się tylko dwójkami – dodała.
Zamrugał kompletnie zaskoczony.
- To nie ma sensu – rzucił.
- Wychodzimy razem do pracy i razem wracamy – odparła Hermiona.
- I na randki z Malfoyem też będę z tobą chodził? – prychnął.
- Nie. Wtedy będziemy we dwójkę. Draco i ja. Ty zostaniesz w domu. Jeśli macie wieczorne spotkanie, Terry po ciebie wpadnie i razem udacie się do Kingsleya… - wyjaśniła mu, jakby to naprawdę było proste do zorganizowania. – Albo porozmawiam ze Swingwoodem na temat ministerialnej ochrony, ale wiesz, że nie możemy sobie pozwolić na to, aby być ciągle kontrolowanymi.
Otworzył usta, ale w zasadzie nie wiedział co powiedzieć. Zabił Lestrange'a. To był w pewnym sensie wyrok. Wątpił, aby Bellatriks zapomniała mu coś takiego. Może była szalona, a miał na to dowody, ale kochała swojego męża w ten dziwny popaprany sposób, którego kompletnie nie rozumiał.
Środki bezpieczeństwa należało zwiększyć, ale pojęcia nie miał jak mógłby być jeszcze bardziej przezornym. Już teraz teraz dwa razy spoglądał za swoje ramię zanim przeszedł przez ulicę. Przemieszczali się z Hermioną tylko siecią fiuu z przymusu, ale ich kominek był jednym z lepiej zabezpieczonych. Dosłownie nikt nie miał prawa do kontaktu z nimi, jeśli sobie tego nie życzyli i to mocno zastopowało prasę.
W domu był kompletnie bezpieczny. Hermiona uczyniła z niego niewielką fortecę i Hesper to potwierdził podczas swojej wizyty. Co też przekazał im na spotkaniu. Dom Syriusza w końcu tez miał się stać tymczasową siedzibą dyplomatów.
- Dobrze – odparł, ponieważ nikt nie mógł mu zarzucić, że walczył z rozsądkiem.
Hermiona w końcu przeważnie miała rację.

ooo

Lucjusz nawet nie drgnął, gdy Amelia weszła do biblioteki dworu. Nie bywała zbyt często w jego domu, ale jednak doskonale wiedziała gdzie chował najlepsze wino, sądząc po kolorze alkoholu w jej kieliszku.
- Draco mnie wpuścił. Nie wydawał się zaskoczony – rzuciła zamiast powitania.
- Zapewne uważa to za logiczne następstwo naszych poprzednich gości – odparł, robiąc głębszy wdech. – Pottera porwano.
- Wiem. Kingsley złożył mi raport – oznajmiła mu i nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu.
- A więc to jest następstwo wydarzeń poprzedniego dnia – stwierdził.
Amelia potrząsnęła głową, zajmując drugi fotel. Wydawała się zmęczona, ale w tych czasach niemal każdy dorobił się dodatkowych zmarszczek. Coś wisiało w powietrzu. Cały czarodziejski świat to czuł i Lucjusz miał tylko nadzieję, że nie wybuchnie podczas dyplomatycznego szczytu.
- Na jakim etapie są twoi prawnicy? – spytała kobieta.
Nie musiała dodawać, że chodzi o sensowny podział jego majątku. Chciał sporą część przepisać wyłącznie na Draco. Amelia nie miała swoich dzieci, ale jej siostra i owszem. Dom Bonesów zatem miał przejść we władanie jej siostrzeńców.
- Kończą – odparł krótko. – Zajęło im to dłużej niż się spodziewałem. Sprawy spadkowe rodziny Narcyzy nie były do końca jasne, ale już wszystko się rozwiązało pomyślnie dla nas.
Amelia skinęła głową.
- Pierwszego dnia szczytu zostanie zorganizowany ogromny bal w moim domu – podjęła Minister Magii. – To będzie chyba dobry czas, aby zaczęto widywać nas razem.
Lucjusz wgapił się w płonące w kominku drewno. Oczywiście tak niewielkie źródło ciepła nie było w stanie ogrzać biblioteki, ale było w tym coś co rozganiało całkiem inny rodzaj chłodu, który przenikał ściany posiadłości. W niezamieszkałych domach jest coś strasznego. Potter musiał podobnie czuć się w rezydencji ojca . Chłopak drżał, gdy pierwszy raz tam weszli.
- Wiele się dzieje – zaczął Lucjusz, nie wiedząc nawet do czego zmierza.
Ogłaszanie jednak, że spotyka się z Amelią, wydawało mu się mocno nie na miejscu.
Kobieta poruszyła się niespokojnie na swoim miejscu.
- Co masz na myśli? – spytała, skupiając na nim całą swoją uwagę.
- Twoim przedstawicielem podczas szczytu będzie Potter – odparł Lucjusz spokojnie. – Jeśli powiążą nasze nazwiska, może wyniknąć z tego przekonanie, że Ministerstwo steruje Wizengamotem albo Wizengamot Ministerstwem.
- Każdy kto zna ciebie, mnie lub Pottera nie będzie miał problemu z odrzuceniem tej teorii – stwierdziła, ale w jej głosie pojawiła się dobrze znana mu nutka niepewności.
- Każdy kto nas zna jest kluczowym elementem wypowiedzi – zwrócił jej uwagę, odkładając na stolik księgę.
- Nie będzie to dobrze wyglądało publicznie. Zamiast jednego Pana, teraz będą mieli przed sobą trzech i nie będą wiedzieli nawet kto rządzi – odgadła Amelia.
Ujawnienie ich małżeńskich planów w obecnej chwili wydawało mu się mocno nie porządane. Za wiele działo się wokół Ministerstwa i Wizengamotu. Granger była powodem jednego skandalu. Kolejny tym razem z Minister w roli głównej nie był im konieczny, a w obecnej sytuacji Prorok szukał sensacji. Nie miał wpływu na to jak gazeta opisze i wspólne pokazanie się przy tak ważnej okazji.
Amelia westchnęła i założyła nogę na nogę upijając kolejny łyk wina.
- Może naprawdę masz rację – stwierdziła. – Zbyt wiele się dzieje – odparła.

ooo

Harry nie mógł nie odnieść wrażenia, że Hermiona wyglądała lepiej. Nie chodziło tylko o normalny dla kobiet w ciąży blask, który bił z ich oczu. Jej chód stał się jakby lżejszy i trzymała się prosto, pomimo sporej wielkości już brzucha. Nie chciał tego wiązać z Draco, ale nie potrafił, więc kiedy nadeszła w końcu okazja, nie mógł nie odchrząknąć, zwracając na siebie jej uwagę.
- Znalazłeś ten fragment o prawie rozwodowym? – spytała, odrywając się od czytanego tekstu.
- Nie – przyznał się z ociąganiem. – Nie mieliśmy okazji porozmawiać o twojej randce.
- Spotkaniu – poprawiła. – Ale może pójdziemy na randkę – dodała po dłuższej chwili.
Harry skinął głową, aprobując jej decyzję.
- Gdzie byliście? – spytał ciekawie.
- W Hogwarcie – odparła i uśmiechnęła się na widok jego zaskoczonej miny. – Też byłam zdziwiona. Ale w zasadzie było miło. Przeszliśmy po szkolnych korytarzach i pogadaliśmy w miejscach, w których się starliśmy w czasach szkolnych. Chyba chciał mi wyjaśnić jak to wyglądało z jego punktu widzenia. Nie wiedziałam, że byliśmy tak elitarną grupą – dodała.
- Chyba zwariował – obruszył się Harry.
- Nie wiem – odparła Hermiona, wzruszając ramionami. – Pomyśl o tym tak, że zawsze trzymaliśmy się we trójkę i rzadko rozmawialiśmy z innymi. Dla niego nie wyglądało to tak, że ty jesteś nieśmiały, a mnie nikt nie lubi.
- Nie powiedziałbym, żeby cię ktokolwiek nie lubił. Raczej się czuli onieśmieleni twoją inteligencją – poprawił ją.
- Uważali mnie za zarozumiałą mądrale i wiem o tym. Po prostu dla kogoś z zewnątrz byliśmy dzieciakami, które trzymały z Wybrańcem. Mnie to brzmi dość elitarnie – stwierdziła. – Zresztą i tak nie wiedzieliśmy wszystkiego. Lucjuszowi na ręce patrzyła szalenie lojalna szwagierka, więc Draco też był na cenzurowanym. Był tylko wystraszonym dzieciakiem. Jak my wszyscy – dodała.
- Przekonałaś się do niego – stwierdził lekko zaskoczony.
Hermiona wzruszyła ramionami.
- Już wcześniej odniosłam wrażenie, że zniknął z Wielkiej Brytanii, żeby się wyrwać spod kurateli Lucjusza. Nie było to takie znowu nieoczywiste. Ktoś kogo kroki tak kontrolowano… - urwała, spoglądając na Harry'ego tak, jakby on miał coś z Draco wspólnego.
Nigdy nie porównywał ich żyć, ponieważ z zasady stali po przeciwnych stronach. Nie znał prawdziwego Malfoya. Podejrzewał, że nie połączyłaby ich jakaś niewiarygodnie serdeczna przyjaźń, gdzie Draco wpadałby do niego bez zapowiedzi i wypłakiwałby mu się z powodu zawodów miłosnych. Bardziej prowadziłby rozmowy na poziomie tylko częściowo zdradzając swoje uczucia. Malfoyowie byli specyficznymi ludźmi i to nie tylko z powodu wojny.
- Odciął się, żeby stanąć na swoim. Żeby wiedzieć czego naprawdę chce on, a co jest tylko planem jego ojca – odparła Hermiona.
- Lucjusz na niego naciska? – spytał ciekawie.
- Nie. Raczej wie, że Draco nie miał tak naprawdę dzieciństwa i nie ingeruje. Nie sądzę, żeby jego marzeniem było, aby syn zajmował jakieś podrzędne stanowisko w Ministerstwie – stwierdziła z pewnością w głosie.
- Jak bardzo podrzędne? – spytał, ponieważ sądził, że Malfoy jest jakimś specjalistą od czarnej magii.
- Dwa dni temu rozbrajał dziecięcą zabawkę, ponieważ jakiś czterolatek twierdził, że jest nawiedzana przez Bellatriks Lestrange. Traktują takie zgłoszenia bardzo poważnie – poinformowała go.
Harry nie mógł sobie wyobrazić Draco siedzącego naprzeciwko dzieciaka i próbującego wyjaśnić mu, że żaden śmierciożerca nie mieszka w jego pluszaku. Nie wiedział nawet kiedy zaczął się śmiać.

ooo

Poniedziałek nie przyniósł niczego nowego. Kingsley wpadł do ich pokoju w Ministerstwie, sprawdzić jak się trzymają. Terry pokazał się zaraz później, przepraszając, że dał się z taką łatwością podejść i Harry nie potrafił się z nim nie drażnić. W końcu plotka głosiła, że Niewymowni posiadali nadprzyrodzone zdolności.
Hermiona dopinała na ostatni guzik przygotowania dotyczące spotkania z ludźmi, które zaplanowali na kolejny tydzień. Aurorzy mieli zapewnić im dodatkową ochronę, odkąd agresja śmierciożerców na Ministerstwo stała się faktycznym problemem. Monitorowano obecność skrzatów w Hogwarcie i pozostałych posiadłościach, których właściciele nie zgodzili się oddać swoich pomocy domowych.
Harry nie potrafił ich winić. Gdyby nie Zgredek, który wpadał do nich, gdy byli w pracy, zapewne nie doprowadziliby piętra do stanu używalności. A czas nieubłaganie biegł. Jeszcze niedawno przeżywali swoje pierwsze zebranie Wizengamotu, a już niedługo mieli podejmować gości zza granicy. Hermiona nie była zadowolona z obcych w domu, ale wiedziała, że nie mają innego wyjścia. W ich rutynie miało zmienić się od tej pory wszystko, a czarodziejskie szaty stały się jego nieodłącznym atrybutem.
Tył. Zauważył to przypadkowo, gdy wkładał na siebie spodnie i musiał przesunąć oczko paska, ponieważ zbyt mocno zaciskało się na jego brzuchu. Kiedy zdał sobie z tego sprawę stał przez kilka dłuższych chwil przed lustrem i spoglądał na swoje odbicie, chcąc dostrzec dodatkowy kilogram czy dwa. Przy jego wzroście to nadal nie było dużo, chociaż czuł, że całe jego ciało przechodziło jakieś dziwne zmiany.
Skóra czasami mrowiła go, jakby zbyt wiele magii gromadziło się pod nią. Jakby do końca nad sobą nie panował. Wydawała się dziwnie wrażliwa. Tak bardzo, że czasami dotyk Hermiony drażnił go. Innym razem miał ochotę usiąść przy niej na kanapie i po prostu tak trwać przez kilka długich minut.
Możliwe, że wariował, ale wszystko było tak obce, że z trudem sobie z tym radził.
- Harry? – spytała jego przyjaciółka, wyrywając go z zamyślenia.
- Tak – zaczął niepewnie.
- Proces Rona odbędzie się za dwa dni. Amelia wysłała to pocztą biurową – dodała, podając mu niewielki skrawek pergaminu.
Wizengamot musiał być gotowy. Harry słyszał o przesłuchaniach wstępnych i wiedział, że Molly kilka razy przychodziła do Ministerstwa, aby się z nimi skontaktować, ale nie miał ochoty z nią rozmawiać. Wiedział, że wiele dla niej znaczył, ale była przede wszystkim matką Rona. I zapewne chciała wydostać syna z więzienia – coś, co zrobiłaby każda matka.
Nie mógł jej pomóc, ponieważ to oznaczałoby poddanie w kłam słów Hermiony, a tego nie zrobiłby nigdy i dla nikogo. Nie chodziło jedynie o to, że była jego przyjaciółką, ale przede wszystkim o prawdę, która wisiała między nimi ciężko. Od pierwszych spotkań z Ronem czuł, że to wszystko nie skończy się dobrze i miał rację. Nie mógł sobie zarzucić, że nie próbował mu przemówić do rozsądku, ale nic nie poskutkowało. Teraz nawet nie był zaskoczony, że Weasley kazał trzymać mu się od tego wszystkiego z daleka. Wiedział, że gdyby Harry dowiedział się wcześniej o klątwie, osobiście wybiłby mu z głowy takie rzeczy.
Wiedział po co przychodziła Molly i wiedział, że nie może jej tego dać. Tym bardziej ze świadomością, że gdy tylko Ron zostałby oczyszczony z zarzutów, bez żadnych skrupułów odebrałby Hermionie dzieci.
To nie była też jedna z tych spraw, które załatwia się na zasadzie przysługa za przysługę.
- Będę zeznawać, jeśli zajdzie potrzeba – odparła jego przyjaciółka.
Nie był zaskoczony. Hermiona nigdy nie uchylała się wobec swoich obowiązków czy dotyczących szkoły czy czarodziejskiego społeczeństwa. Nie zawsze tylko cena była tego warta, ale to była już jego prywatna opinia na ten temat.