Carter siedziała pod ścianą z kolanami podciągniętymi pod samą brodę. Głowę odchyliła do tyłu i oparła o zimną skałę. Znajdowała się w przestronnej celi, oddzielonej od korytarza grubymi, metalowymi prętami. Była sama. Strażnicy przyprowadzili ją tutaj i wepchnęli do środka. Na szczęście już nie miała związanych rąk. Splotła je teraz na swych kolanach i czekała. Pomieszczenie nie miało okien, nie wiedziała więc, czy już zapadła noc. Bardziej się tego domyślała, bo do innych cel wzdłuż całego korytarza przyprowadzane zostały inne kobiety. Były w różnym wieku i miały różny kolor skóry. Wszystkie ubrane były w proste, trochę siermiężne tuniki. Strój oraz pełen rezygnacji wyraz twarzy sprawiał, że wydawały się do siebie podobne. Próbowała z nimi porozmawiać. Patrzyły na nią ze zdziwieniem i trochę ze strachem. Nie ufały obcej. Odwracały się i siadały jak najdalej od krat. Być może bały się jej lub strażników, którzy od czasu do czasu patrolowali korytarz.
- Mam na imię Samantha. Proszę, porozmawiajcie ze mną. Potrzebuję waszej pomocy. - Powtarzała aż do znudzenia.
Potem przestała i tylko patrzyła na nie w milczeniu. Kilka kobiet zerkało w jej kierunku, jednak żadna nie wykonała choćby najmniejszego gestu świadczącego o chęci nawiązania rozmowy. Sam poddała się. Stwierdziła, że jest na to za wcześnie. Najpierw kobiety muszą przyzwyczaić się do jej obecności tutaj. Wtedy może któraś nabierze nieco odwagi. Sprawdziła dokładnie całą celę. Światła zamontowane były wyłącznie na korytarzu. W głębi wszystkich cel panował półmrok. Obmacała i opukała dokładnie ściany tak wysoko, jak tylko mogła sięgnąć. Obejrzała uważnie grube pręty. Gdzieś z góry dobiegał delikatny powiew zimnego powietrza. Musiał tam znajdować się wylot jakiegoś szybu wentylacyjnego. Nie potrafiła jednak go dostrzec. Zrezygnowana i zmęczona usiadła pod ścianą, schowana odrobinę w cieniu.
Na korytarzu zadudniły ciężkie kroki kilku wartowników. Zatrzymali się naprzeciwko jej celi. Jeden z nich podszedł do ściany i dotknął jakiegoś panelu. Metalowe pręty uniosły się w górę, aż zniknęły w okrągłych otworach wydrążonych w sklepieniu. Strażnicy czekali na korytarzu. Zza ich pleców wolnym krokiem wyszedł Kaleb. Carter odruchowo cofnęła się pod samą ścianę. Twarz mężczyzny była pozbawiona wyrazu, ale jego oczy błyszczały niebezpiecznie. Podszedł do niej blisko, wyciągnął rękę i niemal pieszczotliwym gestem pogładził jej policzek. Sam wstrzymała oddech.
- No, moja droga. - Zaczął Kaleb. - Bądź dla mnie miła.
- Niedoczekanie twoje. - Warknęła i odsunęła się poza zasięg jego reki.
Kaleb splótł ręce na piersi i przyglądał jej się spod przymrużonych powiek. Na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech.
- Gdzie są moi towarzysze? - Spytała zaciskając pięści. - Czego od nas chcesz?
- Czego chcę? Powiem ci. Ktoś bruździ pod moim nosem. Spiskuje i naprawdę nieźle mu to wychodzi. Muszę dowiedzieć się kto. Znajdę go wcześniej, czy później. Nie pozwolę, by te szczurze pomioty wodziły mnie za nos. I myślę, że mogłabyś mi w tym pomóc.
- Ja o niczym nie wiem. - Wyjąkała, a jej serce gwałtownie przyspieszyło. Ze wszystkich sił starała się zachować kamienną twarz. - Przecież już ci mówiliśmy, że zostaliśmy zaproszeni do osady dopiero, po naszym przybyciu na planetę. Wcześniej nie mieliśmy o niej zielonego pojęcia. W jaki więc sposób mielibyśmy spiskować z mieszkańcami?
- Mieszkańcy tej nędznej planety to głupcy. Nie wierzę, żeby to oni planowali spisek. Ktoś inny musiał ich do tego nakłonić. Ktoś, kto jest na tyle potężny, by nie bać się zakwestionować woli naszego Boga. Ktoś, kto dobrze zna technologię gwiezdnych wrót i z łatwością przemieszcza się z planety na planetę. I wreszcie ktoś, kto jest na tyle podstępny, żeby odsunąć od siebie podejrzenia. Ale jak już mówiłem ci ludzie to głupcy. Strach tak ich zaślepił, ze woleli podać nam na tacy wasze głowy, aby tylko ocalić swoja skórę.
- Co się z nimi stało? Co zrobiłeś tym ludziom? - Wyszeptała.
- Ukarałem ich. - W oczach Kaleba znów zalśniło coś bardzo, bardzo złego. - Tak jak ukażę ciebie, gdy okażesz się krnąbrna.
- Ja nic nie wiem. - Powtórzyła ze złością. - Gdzie jest reszta mojego zespołu?
- Jesteś tu sama. - Zniżył głos prawie do szeptu. - Nikt ci nie pomoże. Mogę zrobić z tobą, co tylko zechcę i nikt mi w tym nie przeszkodzi.
- Nie boję się ciebie! Jesteś zwykłą mendą!
Uderzył ją w twarz. Siła ciosu powaliła ją na podłogę. Poczuła, jak po brodzie cieknie jej krew z rozciętej wargi. Jednocześnie poczuła gorącą falę wściekłości zalewającą ją od głowy, po czubki palców. Krew zawrzała w jej żyłach. Wstała powoli, wpatrując się w mężczyznę z nienawiścią.
- Nie boję się. - Powtórzyła i splunęła mu pod nogi. - Do niczego mnie nie zmusisz.
- Jak śmiesz. - Wycedził Kaleb przez zęby i podszedł do niej jeszcze bliżej, niż za pierwszym razem. - Jak śmiesz mi się przeciwstawiać? Jesteś niczym. Rozumiesz? Niczym! Jesteś nędznym robakiem, którego w każdej chwili mogę rozdeptać na miazgę. Żyjesz tylko dlatego, że coś ukrywasz. Muszę wydusić z ciebie te informacje. I zrobię to. O tak. Zrobię to z przyjemnością. Będziesz żałować, że nie zabiłem cię od razu. To, co spotka twoich przyjaciół będzie niczym, w porównaniu z tym, co zaplanowałem dla ciebie.
To mówiąc wyciągnął rękę w jej kierunku. Znów się cofnęła, lecz on zrobił krok naprzód i jego palce zacisnęły się na jej krtani. Dysponował niesamowitą siłą. Próbowała się szarpnąć, a potem odtrącić jego ramię. Przycisnął ją do ściany tak, że miała żadnej możliwości ruchu. Chwyciła jego palce, próbując oderwać je od swojej szyi. Nie pozwolił jej na to. Jaszcze bardziej wzmocnił uścisk. Po jej czole zaczęły spływać kropelki potu. Z jej gardła wydobywał się stłumiony charkot, płuca domagały się powietrza. Zebrała się w sobie i kopnęła na oślep. Nawet nie zauważyła, gdzie go trafiła. Z nieukrywana satysfakcją usłyszała zduszony jęk, a jego dłoń na moment się rozluźniła. Niestety, tylko na moment. Był nie tylko silny, ale i niezwykle wytrzymały. Taki cios powinien go powalić, on natomiast wyprostował się szybko i przycisnął ją do ściany całym ciałem, skutecznie blokując możliwość zadania kolejnego ciosu. W oczach ujrzała wirujące czarne płatki i pomyślała, ze to już koniec. Niespodziewanie puścił ją i cofnął się kilka kroków. Opadła na kolana, krztusząc się i kaszląc. Dobrą chwilę trwało, zanim zdołała wreszcie zaczerpnąć haust powietrza. Otarła łzy spływające po jej twarzy i spojrzała w górę. Musiała kilkakrotnie zamrugać, by odzyskać ostrość widzenia. Kaleb znów splótł ramiona i uśmiechał się, najwyraźniej bardzo zadowolony. Spróbowała wstać, lecz nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Odetchnęła jeszcze raz i mocniej wsparła się na drżących ramionach. Z niemałym trudem dźwignęła się wreszcie na nogi.
- Kto przekazał wam informację o naszym przybyciu? - Spytał Kaleb głosem zimnym jak stal.
- Nikt. - Patrzyła wprost przed siebie.
- Kto was uprzedził?
- Nikt.
- Kto dowodzi w spisku przeciwko Olokunowi?
- Nie wiem.
- W jaki sposób przekazujecie sobie rozkazy?
- Nie wiem.
- Na ilu planetach macie szpiegów?
- Nie wiem.
- Macie szpiega tutaj?
- Nie wiem. - Przeniosła wzrok na Kaleba i zmusiła się, by wytrzymać jego spojrzenie. - Już ci powiedziałam. Ja nic nie wiem.
- Te psy was zdradziły, a ty ich chronisz?
- Naprawdę nie wiem, o czym mówisz.
- Ty suko!
Kaleb znów ją uderzył. Osunęła się na podłogę, a gdy spróbowała się unieść, postawił stopę na jej klatce piersiowej i przygwoździł ją do podłogi.
- Wydaje ci się, że jesteś odważna? Że jesteś szlachetna? Jesteś tak samo głupia, jak pozostali. Ale ja znajdę na ciebie sposób. Będziesz mnie błagać o skrócenie twoich cierpień. Wyśpiewasz mi wszystko. Jeszcze nikt mi się nie oparł. Ty też ulegniesz. Jestem tego absolutnie pewien.
Ucisk na jej piersi nagle ustał, a do jej uszu doleciał odgłos oddalających się kroków. Po chwili zgrzytnęły kraty, opuszczające się do podłogi. Została sama. Leżała obolała i oszołomiona, powstrzymując łzy cisnące się jej do oczu. Powoli przekręciła się na bok i doczołgała do narożnika, jak najdalej od korytarza, na którym mógł się pojawić jakiś strażnik. Miała gdzieś, czy kobiety z celi naprzeciwko przyglądają się jej, czy też nie. Wszystko miała gdzieś. Wcisnęła się w kąt i wtuliła twarz w swoje kolana, które z całej siły otoczyła ramionami. Wzięła głęboki oddech. Potem drugi. Jej serce powoli się uspokajało. Udało się. Przeżyła pierwsze starcie. Zdołała postawić się temu gnojkowi i cieszyła się z niezadowolenia, jakie wywołała swoją postawą. Nie podda się. Wytrzyma wszystko. Nie pozwoli się złamać. Musi dać radę, bo gdzieś tam, poza murami celi, znajdują się jej przyjaciele. Kaleb wygadał się zupełnie przez przypadek. Wiedziała jednak, że żyją.
W uszach poczuła dziwny szum. No tak. Zarwana wczorajsza noc, strach, ból i zmęczenie zrobiły w końcu swoje. Oczy same zaczęły się jej zamykać. Wzdrygnęła się, słysząc kroki, ale to tylko strażnik przeszedł korytarzem, nawet nie zaszczycając jej swoim spojrzeniem. Dźwięki zaczęły do niej dobiegać jakby z oddali. W kilka chwil potem zasnęła, skulona w swoim kącie
