Harry chciał powiedzieć, że wszystko się układało, ale nie potrafił. Ginny odwiedziła ich w mieszkaniu i, ponieważ wychodził akurat na spotkanie z Kingsleyem, nie wiedział o czym rozmawiała z Hermioną. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego przyjaciółka jest najsilniejszą osobą, którą znał kiedykolwiek, ale chęć chronienia jej, asystowania podczas takich rozmów wcale przez to nie była mniejsza. Chciał być jej tarczą, tak jak ona broniła jego przez te wszystkie lata przed zakusami polityki i zaklęciami, z którymi sam nigdy by sobie nie poradził. Nie wyobrażał sobie przechodzenia przez ten magiczny bałagan samemu, zamkniętemu w lichym namiocie na pustkowiu. Wsparcie Rona i właśnie Hermiony naprawdę wiele dla niego znaczyło. Jego przyjaciółka uspokajała go, ponieważ wiedział, że jej nie umyka nic.
Terry wydawał się tylko odrobinę zaskoczony widząc Ginny w ich salonie i Harry po prostu czekał na pierwsze pytanie. Nie był tylko pewien czy zainteresowanie Boota wyniknie z jego ciekawskiej natury czy faktu, że był Niewymownym. Z drugiej jednak strony Departament Tajemnic naprawdę nie miał powodu, aby się nim interesować. Zdali już relacje z poszukiwania horkruksów i nawet sprawdzili dwa razy czy on nie stanie się Mrocznym Czarodziejem.
Pomijając ciążę i skomplikowane życie uczuciowe Harry był naprawdę normalnym facetem. Gdy akurat nie zostawał oskarżony przez byłego przyjaciela o uwiedzenie jego żony i nie przyznawał się do tego, że jest gejem.
- Ginny wygląda na starszą – rzucił Terry.
- Tak to bywa, gdy nie widujesz kogoś tak często jak kiedyś – odparł Harry i zerknął na Boota, który tylko parsknął.
- Dobra, dobra. Nie możesz mi zarzucić, że jestem zaskoczony, że widzę twoją byłą w twoim domu. A do tego po tych przejściach z Ronem… - Terry sugestywnie urwał.
- Życie nie jest proste. To, że Ron popełnił błąd nie oznacza, że Hermiona skreśla resztę rodziny. W końcu nosi wnuki Molly, bratanków Ginny, może kuzynów jej przyszłych dzieci – westchnął Harry. – Nie można się pozbywać ludzi. Zresztą Ginny zdaje sobie sprawę, że chronienie Rona w takiej sytuacji to czyste szaleństwo. Do Molly to na pewno dotrze już niedługo.
Terry pokręcił głową, jakby do końca do niego nie docierało, co Harry tak naprawdę mówi. Chłopak spojrzał na niego, jakby próbował go rozgryźć, a potem znowu potrząsnął głową z niedowierzaniem.
- Kiedy mi opowiadano jaki jesteś, nie wierzyłem. Nie spędziliśmy w Hogwarcie zbyt wiele czasu nawet w tych samych partiach zamku, ale krążyły plotki, że wybaczasz wszystkim, jaki to jesteś dobry i kochający, że wasza przyjaźń jest nierozerwalna… Takie dziecięce bajania – podsumował Terry. – Po prostu nie wierzę w to co mówisz. Jaką masz pewność, że coś podobnego się nie powtórzy, jeśli dopuścicie Weasleyów do siebie ponownie?
Harry wzruszył ramionami.
- Nie mówię, że mamy o wszystkim zapomnieć i kochać się jak jedna wielka rodzina, ale jaką mam pewność w stosunku do kogokolwiek, że nie spróbuje nas wykorzystać? – odbił piłeczkę. – Poza tym, to decyzja Hermiony nie moja. To ona ma z Ronem dzieci.
- I pracuje nad tym, aby zabrać mu prawo do opieki – rzucił Terry. – Wasza ustawa ma jej to umożliwić.
Harry prychnął, przypominając sobie nagle rozmowę w windzie, której był świadkiem.
- Hermiona nigdy nie odebrałaby Ronowi dzieci. Tym się od siebie różnią. To, że ubezpiecza się na wszelki wypadek, to normalna sprawa, ale Ron zawsze pozostanie ojcem jej dzieci. Podobnie jak Molly pozostanie ich babką – wyjaśnił.
- Chyba żartujesz...
- Nie ma w tym dowcipu. Zresztą temat też nie sprawia, że jest mi do śmiechu – zauważył Harry, spoglądając na niego tak długo, aż Terry w końcu spuścił wzrok.
- Nie moja sprawa, wybacz – powiedział Niewymowny.
Harry prychnął.
- Dobrze, że do tego doszliśmy – odparł.
Nie był urażony, ale to nadal była sprawa Hermiony i to do niej należała decyzja. Wiedział mniej więcej jak jego przyjaciółka postąpi, gdy nadjedzie czas, ale to wciąż nie był łatwy temat. Nie chował uraz długo, ale kwestie bezpieczeństwa to była całkiem inna sprawa. Ron już raz okazał się nieodpowiedzialny. Chociaż ten eufemizm źle brzmiał nawet w jego własnej głowie. Nie poradzili sobie nadal oboje z tematem ich byłego przyjaciela – byłego męża Hermiony i wątpił, aby miało do tego dojść szybko.
Może nadal byli w szoku.
Harry nie był niczego pewien w tym temacie.
Kingsley otworzył im drzwi jak zawsze zapraszając do środka. Lucjusz zajmował już fotel, który stał się jego zwyczajowym siedziskiem. Hespera nie było nigdzie w zasięgu wzroku.
- Niewymowny został wykluczony. Sprawy bezpieczeństwa zostały zamknięte definitywnie – poinformował go Lucjusz, jak zawsze czytając z jego twarzy jak z otwartej księgi.
- Aurorzy sprawdzili zabezpieczenia i dodali własne zaklęcia. Im więcej różnorodnej magii związuje się w jedno, tym trudniej jest złamać podobne bariery – wyjaśnił Kingsley, ale chyba nikt nie potrzebował tego uściślenia.
Harry liznął odrobinę teorii, gdy Hermiona tłumaczyła mu tajniki jednego ze swoich planów zniszczenia medalionu, ale nawet ich związane moce nie mogły unicestwić horkruksa. Dopiero Ron i miecz Godryka dały mu radę. Harry nigdy nie dowiedział się co wtedy Weasley widział, ale Ron nigdy później nie spojrzał na niego tak samo.
Zaręczyli się z Hermioną zresztą szybko po Ostatecznej Bitwie, ale wrażenie, że medalion miał coś z tym wspólnego pozostało.
- Bellatriks nie widziano w granicach kraju – dodał Lucjusz. – Żaden z departamentów o tym nie donosi. Francuzi wręcz twierdzą, że może nie przebywać a Europie. Powątpiewam jednak w te dane.
- Sądzisz, że nie ruszyłaby się zbyt daleko od swoich celów? – spytał Terry.
- Sądzę, że na wieść o śmierci męża jest w drodze – odparł Lucjusz. – Pytanie czy zdąży znaleźć bezpieczne przejście jeszcze w trakcie szczytu. Lepiej dla nas byłoby, gdyby śmierciożercy zaatakowali wtedy… - dodał.
- Zwariowałeś? – wyrwało się Harry'emu, a potem pospiesznie zamknął usta, widząc wyraz twarzy Lucjusza. – Względy polityczne. Zaatakowani dyplomaci poprą nasze działania i zwiększą ochronę w swoich krajach – pojął w lot.
- I Pokątna będzie najbardziej chronioną ulicą świata. Już zwiększyliśmy patrole, a wraz z ochroną dyplomatów oraz standardowymi procedurami Ministerstwa, które zostaną wprowadzone, nawet jeśli mysz się wśliźnie, nie wyjdzie stamtąd żywa – oznajmił mu Lucjusz. – Względy pijarowe natomiast…
- Jak zwykle pragmatyczny – wtrącił Kingsley. – A to moi chłopcy oberwą – dodał.
- Wizengamot nie bez powodu przekazał rezerwy na dozbrojenie aurorów i wymianę przestarzałych tarcz na szatach – zauważył Lucjusz chłodno.
Kingsley nie wydawał się usatysfakcjonowany. Harry oczywiście wiedział o sporym dofinansowaniu. Bradley był wściekły, że te fundusze nie poszły na edukacje, ale nie mógł tego oficjalnie zakwestionować. Wszyscy w Wizengamocie zgadzali się, że ich priorytetem jest wywarcie dobrego wrażenia na dyplomatach, którzy mieli odwiedzić ich magiczną społeczność. Zaplanowano już nawet wzorcowe obrady Rady i Harry z przerażeniem obserwował szaty, które prezentował im Swingwood. Wyglądały jak żywcem wzięte z mugolskich seriali. Brakowało im wyłącznie gwiazdek i księżyców na tiarach. Nawet Hermiona nie była w stanie powstrzymać parsknięcia.
Dopiero wtedy dotarło do niego, że ze wszystkich obecnych tylko oni dwoje mieli pojęcie o mugolach. Pozostali stanowili typowo czystokrwistych magów, którzy nigdy nie zetknęli się z tamtym światem.
Zatem teorie Hermiony, które były żywcem wzięte z mugolskich konstytucji musiały brzmieć w ich uszach na wywrotowe.
- Czy nie powinniśmy omawiać naszego stanowiska względem przetrzebiania smoków w Rumunii? – spytał Harry, chcąc sprowadzić rozmowę na odpowiednie tory.
Oczywistym dla każdego było, że Aurorzy potrzebowali pieniędzy, a Lucjusz posiadał do nich dostęp. Jednak nie mogli marnować czasu na wałkowanie tego samego tematu w kółko. Ministerstwo nie było w stanie z siebie więcej wycisnąć, więc musieli zadowolić się tym, co było dostępne.
Harry widział nowe szaty aurorskie. Pierwsza partia została przydzielona oddziałowi, który chronił Ministerstwo na stałe i musiał przyznać, że były całkiem przyzwoite. Na pewno miały odeprzeć pierwszą falę ataku, a to było najważniejsze. Potem każdy i tak musiał polegać na własnych umiejętnościach. Z rozmów w Wizengamocie Harry wywnioskował również, że członkowie Rady też zamierzali się dozbroić. W tych czasach nie było najspokojniej, a dodatkowa obecność dyplomatów była jak kuszenie losu.
- Czytałem raport Weasleya – podjął Lucjusz jak gdyby nigdy nic. – Próbują opanować Rumunów, ale ci ciągną główne zyski ze sprzedaży łusek. To przegrana sprawa.
- A gdybyśmy im zaproponowali coś innego? – zainteresował się Harry. – Chodzi tylko o pieniądze, czyż nie? Ich kraj tonie w długach, czarodzieje aportują się poza granice, ale gdybyśmy powiedzmy zaproponowali im urządzenie obozów szkoleniowych?
Lucjusz podniósł głowę znad sterty swoich papierów i spojrzał na niego wyraźnie zainteresowany.
- Kontynuuj – rzucił mężczyzna, zakładając nogę na nogę.
- Nasi aurorzy nie są w najlepszej formie. Szkolenie, które odbywa się na kontrolowanym obszarze, nie przynosi efektów. Nie potrafią się znaleźć w polu, ponieważ oczekują dużych i przestronnych przestrzeni. Mieliśmy tego skutki nie tak dawno – zauważył Harry. – Rumunia to lasy i góry. Gdyby stworzyć im tam niełatwe warunki do ćwiczeń, gdzie jedna grupa atakowałaby, a druga broniła… Zmiany scenariusza dowolne – dodał szybko, widząc, że Kingsley chce wejść mu w słowo. – Chcemy przeszkolić ogromne rzesze ludzi. Nie tylko z naszego kraju, ale nie mamy na to miejsca u siebie. Nie jesteśmy na to przygotowani. Jestem jednak pewien, że pieniądze, które co roku przekazujemy Rumunom na ochronę smoków da się przesunąć.
Zmarszczka, którą Lucjusz miał pomiędzy brwiami od samego początku spotkania, nagle zniknęła. Harry naprawdę czuł dumę, ale nie zamierzał tego po sobie pokazać. To nie był jego pierwszy dobry pomysł, ani ostatni. Nie był już dzieciakiem z Hogwartu, który nie znał świata. Doskonale wiedział wokół czego ten się obracał. Fakt, że nie przepadał za tym, nie umniejszał jego świadomości.
- Bylibyśmy ich w stanie kontrolować finansowo. Od naszych funduszy zależałby budżet ich Ministerstwa – zauważył Lucjusz.
Harry przełknął ślinę.
- Chodziło mi o obopólną korzyść – przypomniał Lucjuszowi.
Mężczyzna uśmiechnął się krzywo z wyraźnym zadowoleniem.
- Wiem, dlatego ty przedstawisz naszą propozycję. Zabrzmi szczerze. Resztę zostaw politykom – rzucił Lucjusz.
Harry przygryzł wargę i po prostu potrząsnął z niedowierzaniem głową.
ooo
Harry przeglądał się w lustrze jak prawie co dzień. Hermiona prychała, gdy tylko dostrzegła wpatrującego się w swój profil. Jego brzuch był spory. Czarodziejskie szaty ukrywały wszystko, a jego twarz nie stała się wcale pełna jak początkowo się obawiał. Wpatrywanie się w zaokrąglający się brzuch stało się takim samym zwyczajem dla niego jak poranne golenie.
- Nie jest najgorzej – powiedziała Hermiona. – Zawsze to mogły być bliźniaki – dodała.
Harry spojrzał na nią, nie kryjąc swojego przerażenia. Nie wyobrażał sobie porodu jednego dziecka, a co dopiero dwójki. Tę myśl spychał jak najdalej, niemal zadowolony z tego, że działo się tak wiele.
Dyplomaci mieli pojawić się już jutro. Znaczy ich norweska część, którą gościli oboje z Hermioną. Pozostali mieli zjawiać się przez kolejne trzy dni. Ministerstwo nie chciało zapchać międzynarodowej sieci Fiuu, bojąc się ataków z tej strony. Zwieńczeniem całej tej akcji miał być sporej wielkości bal, na który Harry nie był gotowy.
Czuł się źle we własnej skórze. Nie przytył wiele, ale wcale nie działało to dobrze na jego wrodzoną nieśmiałość, z którą walczył przez szkolne lata. Nie chciał zmian we własnym ciele - czegoś nad czym nie panował i czego nie potrafił zrozumieć. Czuł w sobie dziecko. Nie wiedział czy tylko magię, czy faktyczne ruchy. Hermiona twierdziła, że to nadal za wcześnie, ale on miał pewne wątpliwości. Skoro zawsze udowadniał światu, że jest inny, dlaczego i tym razem miało być inaczej.
- Zawsze może być gorzej, ale mam dość startowania z takiego pułapu jak ten – westchnął Harry.
Hermiona prychnęła, ale brakowało w tym humoru.
- Przepraszam – powiedział szybko, naciągając z powrotem na siebie koszulkę.
Miał ochotę zlikwidować wszystkie lustra na korytarzach, ale Hermiona twierdziła, że są im konieczne. Pokryła ich powierzchnie zaklęciami odbijającymi i miały w razie kłopotów podwójnie ich chronić. Możliwe, że stawali się paranoikami, ale termin porodu Hermiony był lada dzień. Co prawda nie było tego po dziewczynie widać, ale Harry potrafił liczyć. Dziwiło go, że nadal nie wzięła urlopu, ale z drugiej strony podróżowanie w czarodziejskim świecie nie było męczące, a ich praca składała się głównie z siedzenia.
Może Hermiona również nie do końca ufała mu w kwestii samodzielnego przeprowadzania reform. Ich dom już niedługo miał przyjąć czterech gości i Harry naprawdę tego do końca nie przemyślał.
Jeśli ktoś miał powód do narzekania to na pewno jego przyjaciółka.
Czas, który spędzał w czarodziejskim świecie zawsze wydawał mu się dziwnie ściśnięty. Najczęściej był uwikłany w tak wiele zdarzeń, że jego głowa rejestrowała tylko co ważniejsze wydarzenia. Obecnie potrafił wymienić takich pięć, może sześć, ale nie był w stanie określić jak wiele czasu upłynęło pomiędzy nimi. Zaczynało mu się wydawać, że przez ostatnie kilka tygodni podejmował tylko trudne decyzje. Te dotyczące otwarcia domu, rozwodu Hermiony, Rona, ciąży. Wizengamot zajmował się zaskakującą ilością spraw; począwszy od kwestii doposażenia aurorów, sierot, które wychodziły na Pokątną, szczytem dyplomatycznym, a nawet wyborem nowego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią do Hogwartu, ponieważ uznano, że w latach jego nauki szkolnej na tym stanowisku jedynymi sensownymi osobami byli Remus Lupin i Severus Snape.
Harry pamiętał jak wiele rzeczy chciał zrobić po wojnie. Widział się jako zawodnika quidditcha albo aurora, który walczy o oczyszczenia imienia Syriusza i Severusa Snape'a. Chciał zmienić prawo dotyczące wilkołaków i zmienić postrzeganie dzieci wychowywanych w mugolskich rodzinach.
Utknął na prawie rodzinnym, co nie było najgorsze. Zakon sam zajął się sprawą Severusa Snape'a oraz Syriusza, więc Kingsley dzięki bogom go odciążył, ale jednak wciąż wydawało mu się, że nie przyczynił się za bardzo do rozwoju magicznego społeczeństwa.
I teraz stał przed lustrem jak ostatni idiota zastanawiając się ile przytył.
- Poznaję ten wyraz twarzy – podjęła Hermiona sucho. – Nie masz obowiązku radzenia sobie ze wszystkim, Harry. Masz prawo do chwil słabości – oznajmiła mu. – Nie jesteś robotem. A nawet gdybyś był to prócz nas jest naprawdę niewielu, którzy zrozumieliby tę metaforę – prychnęła.
Tym razem jej kąciki ust drgnęły i poczuł, że sam zaczyna się krzywo uśmiechać. Zdarzyło im się kilkukrotnie, że podczas obrad Wizengamotu któreś z nich zastosowało dla siebie całkiem naturalne porównanie, ale bariera kulturowa doprowadziła do całkiem ciekawych nieporozumień. Harry nie był do teraz pewien czy Lucjusz wiedział o czym mówili czy po prostu nie chciał się przyznać do swojej niewiedzy.
Z Malfoyem nigdy nie było nic wiadomo.
- Draco przyjdzie na kolację – poinformowała go Hermiona. – Rozumiem, że i tego wieczoru cię nie będzie – dodała z wahaniem w głosie.
- Przepraszam – zaczął, ale machnęła ręką. – Nie chcę cię zostawiać samej tak blisko… - urwał sugestywnie, patrząc na jej brzuch. – Może porozmawiam z Draco albo Terrym, albo Ginny – zawahał się.
Hermiona przewróciła oczami.
- Ze mną i Ginny wszystko w porządku. Bliźniacy przysłali nam nawet jakieś normalne słodycze. Jest dobrze, Harry – powiedziała otulając się mocniej swoim swetrem. – A Draco i tak uparł się, że będzie codziennie. Nie wiem dlaczego wydaje wam się, że mogę urodzić lada chwila. Pozostał jeszcze miesiąc – uświadomiła go.
- Nie wiem jak możesz być taka spokojna – odparł Harry, potrząsając głową z niedowierzaniem.
Uśmiechnęła się krzywo.
- Ktoś musi – zakpiła. – I nie dodawaj, że przepraszasz. Harry, jest naprawdę dobrze.
- Po prostu nie wiem jak mogło do mnie nie dojść, że twój termin i termin szczytu się pokrywają – jęknął, chowając twarz w dłonie.
- Nie jestem pierwszą kobietą na tym świecie, która będzie rodzić. Poza tym nigdy nie byłeś najbardziej spostrzegawczy. Od tego masz mnie i wiedziałam od samego początku, że te dwa wydarzenia się nakładają. Jednak jak wiesz trudno jest dostosować świat do swojego życia. Skup się na dzisiejszym spotkaniu, ponieważ wątpię, aby Lucjusz miał czas na rozmowy z tobą i Terrym, gdy dyplomaci znajdą się w naszych granicach – dodała.
Harry przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
- Draco naprawdę obiecał, że będzie tutaj codziennie? – zainteresował się, starając się obrócić to w żart, ale na czole Hermiony pojawiła się poprzeczna zmarszczka. – To chyba dobrze.
Wzruszyła ramionami, jakby sama nie była pewna.
- Nie chcesz… - urwał, nie wiedząc nawet jak zakończyć to zdanie. – Go.
- Nie zawsze chodzi o to, co się chce, Harry – westchnęła jego przyjaciółka. – Czasami wybierasz to co dobre dla twoich dzieci.
Harry skrzywił się nieznacznie.
- Draco, pomimo swoich rozlicznych wad, wydaje się dość… Nie wiem… Opiekuńczy… - wyjąkał, ponieważ komplementowanie Malfoya zawsze przychodziło mu z trudem, ale musiał przyznać, że chłopak systematycznie pojawiał się w ich biurze, gdy z Hermioną zapomnieli o lunchu czy drugim śniadaniu.
Zawsze przynosił coś ze stołówki, nie tylko dla niej, ale również dla niego. Potrafił docenić gest. W zasadzie te obiady nawet nie były najgorsze. Po przebywaniu wśród radnych Wizengamotu – o wiele od nich starszych – obecność sarkastycznego rówieśnika była kojąca. Malfoy jakimś cudem wiedział dokładnie co Hermiona mogła jeść, a czego unikała. Wyśledził, że cytryna w herbacie sprawiała, że dziewczyna miała mdłości i zamiast tego przynosił im jakieś owocowe mieszanki.
Nikt nigdy nie myślał o Harrym. I troska Draco o Hermionę, sprawiała, że sam miał w brzuchu motyle. Możliwe, że hormony zaczynały igrać z jego oceną sytuacji, ale wydawało mu się też, że jego przyjaciółka również doceniała zainteresowanie chłopaka.
- Zawsze pozostaje pytanie czy na pewno jestem gotowa na kolejny związek – powiedziała Hermiona tak cicho, że wydawało mu się, że się przesłyszał. – Nie zwodzę go. Wie, że…. – urwała. – Od czasu rozwodu z Ronem minęło kilka tygodni. To jest naprawdę krótko. Staram się o tym nie myśleć i praca w tym pomaga, ale… On wie i dalej przychodzi – zakończyła niemrawo.
- I raczej się nie podda – zauważył Harry. – I jeśli się nie podda, głosuję za Draco. Nie wierzę, że to powiedziałem – dodał pospiesznie.
Hermiona uśmiechnęła się krzywo.
- Możesz przestać udawać, że go nie cierpisz. Oczywiście obaj jesteście uroczy z tą udawaną wzajemną niechęcią, ale jesteście też już dorośli – poinformowała go. – Nie wiem co się stanie, Harry – przyznała nagle całkiem poważnym tonem. – Nie znam go…
- To go poznaj – wszedł jej w słowo. – Nie wiem zresztą o czym rozmawiacie wieczorami, ale skoro zamierza tutaj bywać codziennie, to raczej będziecie mieli czas poruszyć sensowne tematy – zakpił. – Mówiłem ci, że nic nie tracisz na poznaniu go. Wydawał się naprawdę… nie wiem… Po prostu wtedy, gdy przyszedł wypytać czy się dobrze czujesz, co u ciebie… Normalnie ludzie tak nie robią.
- Chyba, że mają powód – wtrąciła Hermiona.
Nie mógł nie przewrócić oczami.
- Zaczynasz jak ja i Ron za starych dobrych czasów – prychnął i od razu pożałował tego stwierdzenia, bo cień pojawił się na jej twarzy. – Pocałował cię, chociaż? Próbował cię pocałować? – pospiesznie zmienił temat.
- Zwariowałeś? – spytała retorycznie.
- Czyli podsumowując, przynosi owoce, martwi się o ciebie, chce cię pilnować aż do porodu, a ty masz z tym problem? Problem tkwi w tym, że ci się narzuca, czy w tym, że to ci się naprawdę podoba? – spytał szczerze i nie musiał nawet czekać na odpowiedź. – Albo w fakcie, że w ogóle się nie narzuca i po prostu czeka, oddając ci kompletnie decyzję.
Hermiona przygryzła dolną wargę i doskonale znał ten jej wyraz twarzy. Jego przyjaciółka czasami zapominała, że nie tylko ona obserwowała wszystkich podczas szkolnych lat. Znał ją równie dobrze jak ona jego.
