Szczęk odsuwanych rygli poderwał ich na nogi. Stanęli razem z pozostałymi więźniami i czekali. Ciężkie drzwi otworzyły się z głośnym zgrzytem, wpuszczając do środka poranne promienie słoneczne. Odruchowo zamrugali. Daniel przysłonił sobie oczy dłonią. Stopniowo ich wzrok przyzwyczajał się do światła.
- Wychodzić! - Głos strażnika zabrzmiał niczym smagnięcie bata.
Ludzie pospiesznie ruszyli ku wyjściu, pochylając głowy w geście pokory. O`Neill spojrzał porozumiewawczo na Daniela. Zdecydowanie nie podobało mu się to, co właśnie oglądał. Wykonał w stronę archeologa gest zapraszający go do wyjścia i ruszył tuz za nim na zewnątrz. Po przekroczeniu progu wyprostował się i rozejrzał dookoła, mrużąc oczy. Znajdowali się w naturalnej dolinie, ze wszystkich stron otoczonej wysokimi, niemal pionowymi skalnymi ścianami. Wszyscy więźniowie, pod czujnym okiem kilku strażników, skierowali się do odległego końca doliny, gdzie leżały pozostawione przez nich dnia poprzedniego narzędzia. Strażnicy z niemałym zaskoczeniem przyglądali się pułkownikowi. Nie tylko śmiało patrzył im w oczy, ale jeszcze stał swobodnie, z rękami opartymi na biodrach i sprawiał wrażenie znudzonego całą tą sytuacją. Zarządca dał znak jednemu ze swych podwładnych. Młody mężczyzna podszedł szybkim krokiem do O`Neilla, chwycił go za ramię i popchnął w stronę reszty więźniów. Nie podejrzewał jednak, że człowiek ten może tak błyskawicznie zareagować. O`Neill odwrócił się na pięcie, a w jego oczach błysnęła furia.
- Zabieraj łapy, skurwielu! - Gwałtownym ruchem odtrącił ręce spoczywające na jego ramieniu. Cofnął się i zamarł przyczajony niczym tygrys. Jedynie jego oczy poruszały się, nerwowo przeskakując z jednego strażnika na drugiego. - Mówię poważnie. Nie waż się więcej mnie dotykać.
Młody strażnik stał wyraźnie zdumiony. Jeszcze nigdy żaden z więźniów nie okazał mu takiego nieposłuszeństwa. Przyzwyczajony był do strachu, błagania o litość lub po prostu niemej rezygnacji, ale nie do czegoś takiego. Więźniowie cofnęli się i obserwowali całe zajście z niespodziewanym zainteresowaniem.
Zarządca wybuchnął nagle ochrypłym, przywodzącym na myśl rechot żaby, śmiechem. Powoli zbliżył się do obcego, mierząc go uważnym wzrokiem i ściskając w olbrzymich dłoniach gruby, pleciony rzemień. Wszyscy więźniowie, którzy przewinęli się przez te kamieniołomy, byli słabi. Nie mieli w sobie ani krzty ducha walki. A ten człowiek był inny. Był niebezpieczny. Jego upór, jego bunt sprawiały, że inni więźniowie mogli pójść za jego przykładem. Do tego nie mógł dopuścić. Musiał złamać tego człowieka. Pozbawić go jego siły, a wtedy nikt więcej nie będzie śmiał kwestionować jego rozkazów. Uśmiechnął się pod nosem. To potrafił najlepiej. Mógł złamać każdego, nawet najbardziej twardego człowieka. Wystarczy tylko trochę czasu i odpowiednich argumentów. Czasu miał pod dostatkiem. Nie musiał się nigdzie spieszyć. Mężczyzna wpatrywał się w niego be zmrużenia oczu, ale on i tak wyczuwał przez skórę, że pod tym opanowaniem, pod maską skupienia kryje się ziarenko strachu. Nieważne, że wcale nie boi się o siebie. On wykorzysta ten strach. Znajdzie jego źródło i obróci je przeciwko temu arogantowi. Oto wyzwanie dla niego. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, ukazując w grymasie żółte zęby.
- Więcej tego nie rób, człowieku. - Powiedział cichym, lecz zimnym, przyprawiającym o dreszcze głosem. - Nie wygrasz ze mną. Nawet nie próbuj. Teraz tylko cię ostrzegam. Za następny przejaw nieposłuszeństwa spotka cię kara. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo surowa. - Rozejrzał się po twarzach pozostałych więźniów. Nieznacznie podniósł głos. - Każdy opór z waszej strony pociągnie za sobą przykre konsekwencje. Im szybciej się z tym pogodzicie, tym lepiej dla was. A teraz jazda do pracy!
Pomiędzy zgromadzonymi dało się usłyszeć lekki pomruk, wciąż jednak stali w miejscu niezdecydowani. O`Neill stał także i mierzył się wzrokiem z zarządcą. Wreszcie ruszył z miejsca, omijając mężczyznę szerokim łukiem, wciąż zwrócony do niego twarzą. Reszta więźniów podążyła za nim. Zarządca zatknął oba kciuki za szeroki pas przytrzymujący jego spodnie i obserwował mijających go ludzi spod przymrużonych powiek. Po jego ustach wciąż błąkał się lekki uśmiech. O tak. Ten nowy będzie wspaniałym wyzwaniem
- Jack, co ty wyprawiasz? - Daniel Jackson zrównał się z pułkownikiem. Spoglądał na niego zmartwionym wzrokiem.
- Nie wiem. Poniosło mnie. - Odburknął. - Nie znoszę takich nadętych dupków.
- Lepiej uważaj. Oni mogą być naprawdę niebezpieczni.
- Wiem. - Westchnął zrezygnowany. - Musimy znaleźć jakiś sposób, żeby się stąd wydostać.
- Jack... - Daniel rozejrzał się ukradkiem po całej dolinie. - Zobacz ilu tu strażników. Jak chcesz stąd uciec?
- Jeszcze nie wiem. Ale coś wymyślę…
Doszli do przeciwległego końca doliny. Jak się okazało, było to miejsce, z którego wydobywany był materiał na budowę nowej świątyni. Teraz dopiero przypomnieli sobie, że przecież gdy prowadzeni byli do kamieniołomu, mijali plac budowy. Więźniowie podchodzili do leżących na ziemi kilofów i ciężkich młotów. Podnosili je i w milczeniu rozchodzili się po całym terenie. Wspinali się na stojące pod ścianami drabiny. Wkrótce dolinę wypełniły miarowe odgłosy pracy. Zgrzyt metalu na kamiennym materiale, ciężkie oddechy pracujących ludzi, huk odłupywanych bloków skalnych, spadających z wysokości na ziemię. Widząc zbliżających się do nich strażników, Daniel natychmiast chwycił jeden z kilofów. Spojrzał znacząco na Jacka. Ten skrzywił się, ale także chwycił kilof. Zarządca ruchem dłoni wskazał im miejsce, w którym mieli pracować. Daniel mocniej chwycił trzonek i zamachnął się. Ostrze uderzyło w skałę z głośnym jękiem i odskoczyło. Mało brakowało, a wypuściłby narzędzie z ręki. No cóż, nie był przyzwyczajony do pracy fizycznej. Słysząc pogardliwy śmiech strażników, zacisnął zęby i zamachnął się ponownie. Jack przyglądał mu się przez chwilę, po czym sam również zabrał się do pracy.
Pot spływał po ich plecach. Ramiona mdlały. Dłonie pokryły się bolesnymi pęcherzami. Zdjęli mokre od potu bluzy i pozostali wyłącznie w podkoszulkach. Pozostali więźniowie również porozbierali się prawie do naga. Pułkownik rozważał przez chwilę, czy nie zdjąć także podkoszulka. Zrezygnował jednak z tego pomysłu. Słońce grzało mocno. Całkowicie rozebrany mógłby ulec poparzeniu. Coraz bardziej dokuczało im pragnienie. Wyschnięte wargi pękały samoczynnie. Głowa aż puchła od nieustannego huku. Kiedy już wydawało się, że są u kresu sił, zarządca krzyknął coś głośno i wszyscy znieruchomieli. Ze znużeniem odkładali narzędzia i podchodzili do stojącego z boku strażnika. Stała przed nim pokaźnych rozmiarów beczka. Więźniowie stłoczyli się wokół niego. Po kolei brali drewniane naczynie i czerpali wodę z beczki. Jack i Daniel także podeszli do zgromadzonych. Więźniowie przepychali się między sobą, każdy chciał jak najszybciej ugasić pragnienie. O`Neill pokręcił głową z dezaprobatą. Przepchnął się pomiędzy innymi, ciągnąc za sobą Daniela. Robotnicy napierali na nich coraz mocniej. Strażnik wreszcie zareagował. Krzyknął głośno i ruszył do przodu, odpychając brutalnie tych, którzy stali najbliżej niego. Tuż przed nim pojawił się nagle pułkownik. Strażnik wykrzywiając twarz z wściekłości pchnął go tak mocno, że O`Neill aż się zatoczył. Błyskawicznie odzyskał równowagę i nie myślą o niczym, zrewanżował się tym samym. Zaskoczony mężczyzna potknął się i poleciał w tył z rozrzuconymi ramionami. Więźniowie zamarli w bezruchu, w idealnej ciszy. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby któryś z nich podniósł rękę na strażnika. A ten człowiek zrobił to już dwukrotnie.
- Mówiłem, żebyście trzymali z daleka ode mnie swoje brudne łapska! - Krzyknął Jack stając tuż nad leżącym mężczyzną.
Odwrócił się w stronę robotników i odszukał wzrokiem Daniela. Oczy archeologa zrobiły się wielkie z przerażenia. Wciągnął gwałtownie powietrze, lecz krzyk zamarł w jego gardle. Tuż koło pułkownika pojawił się nagle zarządca. Dosłownie wyrósł spod ziemi. Wziął szeroki zamach. W jego ręku śmignął bat. O`Neill dostrzegł ruch kątem oka, lecz nie zdążył nawet zareagować. Ciężki rzemień spadł na jego ramiona i powalił go na ziemię. Upadł na nogi leżącego wciąż młodego strażnika. Poczuł jak ten próbuje wydostać się spod jego ciała. Drugi cios spadł na jego plecy i pozbawił go tchu. Zwinął się w kłębek, ochraniając głowę ramionami i z całych sił zacisnął zęby, by zdusić w sobie krzyk. Udało się. Spadł trzeci cios. Jęk bólu mimowolnie wyrwał się z jego gardła. Przygotował się na następne uderzenie, ale nie nadeszło. Uniósł głowę i rozejrzał się szybko. Strażnik już poderwał się na nogi i teraz schylał się po coś. Wyprostował się, a wyraz jego oczu zdradzał bezgraniczną wściekłość. Jack dostrzegł ruch jego ręki. W ułamku sekundy rozpoznał trzymany przez niego przedmiot, a chwilę potem jego ciało eksplodowało. Ból zadany przez bat był niemal nie do wytrzymania, ale to było nic w porównaniu z tym, co czuł teraz. Jego ciało płonęło. Każdy nerw z osobna topił się w niewyobrażalnych mękach. Wszystkie mięśnie nagle stężały, ciało wygięło się w łuk, a z ust uciekł krzyk prawdziwej agonii. Nie zdawał sobie jednak z tego sprawy. Zatracił zupełnie poczucie własnego ciała. Czuł tylko ból. Ból rozdzierający, nie do opisania. Wokół niego. W nim. Wszędzie. Cały świat składał się wyłącznie z jego bólu. Było mu już wszystko jedno. Chciał tylko, żeby wszystko wreszcie się skończyło. Żeby ktoś zakończył jego cierpienie.
Daniel Jackson przerażony patrzył, jak jego przyjaciel miota się w agonii. Z jego oczu, z jego szeroko otwartych ust strzelały wiązki jasnego światła. Drgnął gwałtownie, gdy ktoś niespodziewanie położył rękę na jego ramieniu.
- Ciii… nic nie rób. - Jared pojawił się koło niego, nie wiadomo skąd. - Nic nie rób. Tylko pogorszysz jego sytuację.
- Zabiją go… - Wyszeptał Daniel samymi tylko wargami.
- Wytrzyma. - Pewność w głosie mężczyzny dodawała nieco otuchy, ale tortury wciąż trwały.
Jack krzyczał i krzyczał, a Daniel na to patrzył. Nie mógł odwrócić wzroku od udręczonej twarzy pułkownika. Boże, jak długo jeszcze? Zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę.
Zarządca przyglądał się całej scenie ze spokojem i nawet uśmiechał się łagodnie. Odczuwał prawdziwą satysfakcję. Tak, to pierwsza lekcja. Każda następna będzie jeszcze gorsza. Wkrótce zrobi z tego człowieka posłusznego niewolnika. Gdy uznał, że kara dobiegła końca, położył dłoń na ramieniu młodego strażnika, a ten natychmiast opuścił kij bólu w dół.
