Lucjusz obserwował ukradkiem jak Harry dołącza do nich. Parter Ministerstwa lśnił tak mocno od zaklęć ochronnych, że cały ten dodatkowy blichtr nie był potrzebny. Musieli jednak powyciągać wiekowe zasłony, które pamiętały jeszcze czasy Merlina. Specjalne złote klamry błyszczały w sztucznym świetle sprawiając, że nad nimi unosiła się lekka łuna – jakby to oni teraz zajmowali miejsce najsłynniejszego z magów, którego wydała ich ziemia.
Zabieg ten oczywiście stosowano od lat, a podobne tradycje w innych krajach sprawiły, że Norwedzy nie wydawali się pod wrażeniem. Grupa rosłych blond włosych mężczyzn wyraźnie odcinała się od tła złożonego z oddziału aurorów.
Potter pochylił się w jego stronę i Lucjusz starał się nie zwracać uwagi na to jak kołnierzyk zaciskał się na szyi chłopaka. Harry ewidentnie nie był przyzwyczajony do czarodziejskich szat i nie wiedział jak dopasowywać je do siebie. Lucjusz bez wahania rzucił niewerbalne i dostrzegł, że chłopak rozluźnił się niemal od razu i spojrzał na niego zaskoczony tymi swoimi wielkimi zielonymi oczami.
Może to gra światła albo przypadłość największych, ale zdawały się migotać.
- Dziękuję Lucjuszu – powiedział Potter może odrobinę zbyt formalnie.
Lekki dreszcz i tak przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa. Kiedy Potter szeptał, jego głos stawał się niższy, bardziej męski.
- Chciałem zapytać czy nie masz krewnych w dalekiej Norwegii. To wyjaśniałoby dlaczego jesteście tak podobni – Harry rzucił niby niezobowiązująco.
I może to nawet nie był komplement. Chłopak miał tendencje do nieprzemyśliwania niemal niczego, co wychodziło z jego ust. Nieświadomie porównał Lucjusza do krzepkich Norwegów, z których każdy miał interesującą urodę. Nazwałby ich przystojnymi bez wahania i nawet jeśli to nie był komplement – czuł się pochlebiony nieświadomością chłopaka. Nie zdarzało się często, aby ktoś tak młody jak Harry dostrzegał w nim urodę. Nikt nie nazywał go przystojnym, gdy dorastali w Hogwarcie. Nikt nie zwracał uwagi na jego wygląd i później. Oboje z Narcyzą bardziej cenili swoje umysły.
Na pytanie chłopaka potrafił znaleźć setki odpowiedzi. Od takich całkiem nieprzyjemnych, przez obojętne do takich, które bazowały na flircie. Nie był do końca pewien, która będzie najlepsza. Potter nigdy nie reagował tak jak oczekiwał. Lucjusz obraził jego inteligencję raz czy dwa, ale nie dostał błysku gniewu. Harry zaśmiał się wtedy jednak tak dźwięcznie, że nie żałował. I chłopak dodał nie całkiem zrozumiale dla niego, że tęskni za Snape'em. Jak to się łączyło w gryfońskim umyśle – Lucjusz nie miał pojęcia.
Norwedzy znajdowali się jednak już u podnóża niewielkiego podestu i ich ciężkie kroki dało się słychać na drewnianej powierzchni schodków. Lucjusz słyszał plotki o ich wzroście, ale zaczął w nie wierzyć dopiero w tej chwili.
- Witamy w Czarodziejskiej Wielkiej Brytanii, bracia z Dalekiej Północy – zaczął dokładnie tak jak nakazywał zwyczaj.
Mężczyzna skłonił się lekko, ale jego ruchy pozostały sztywne.
- Jesteśmy radzi, że udało nam się dotrzeć bez przeszkód – odparł tamten.
- Lucjusz Malfoy – przedstawił się bez zbędnego wahania.
Jego dłoń została przyjęta i niemal utonęła w wielkiej łapie.
- Mistrz Halldor – odparł tamten.
Lucjusz uniósł brew nie bardzo wiedząc, co powinien zrobić. Nigdy nie mieli ambasadorów w tamtych rejonach. Źródła magiczne były na tyle niestabilne, że wymagały ciągłego przenoszenia się z miejsca na miejsce, a to utrudniało kontakty – zarówno z Wielką Brytanią jak i Norwegami. Nie przygotowano ich zatem należycie, a to jak zawsze wytrącało go z równowagi.
- Witaj Mistrzu Halldor – odezwał się nagle Potter z szerokim uśmiechem.
Mała dłoń chłopaka również utonęła w tym uścisku.
- Nazywam się Harry Potter i najwyraźniej jestem waszym gospodarzem – poinformował ich chłopak bez skrępowania.
Nie przeszkadzała mu najwyraźniej różnica wzrostu między nim, a starszym czarodziejem. Ani fakt, że nie wiedział o tej kulturze nic. W zasadzie dla Pottera może nie było to coś całkiem nowego. Wiele o ich zwyczajach też nie wiedział, co zapewne powinno irytować Lucjusza, ale nie potrafił być jakoś obruszony. Potter przedstawił się wszystkim gościom z luzem kogoś, kto nie ma pojęcia jak ważne jest pierwsze wrażenie.
Chłodni Norwedzy jednak zdawali się topnieć w rękach Harry'ego ku zaskoczeniu Lucjusza i Halldor we własnej osobie pokazywał mu już w parę minut później swoją różdżkę.
Lucjusz zerknął niepewnie na Kingsleya, który po prostu wzruszył ramionami, jakby to nie była najdziwniejsza rzecz jaką widział.
- Próbowałem dowiedzieć się o waszej kulturze jak najwięcej, ale najwyraźniej trudne warunki magiczne uniemożliwiają nam stały kontakt – podjął Potter. – Czy to będzie obraźliwe, jeśli spytam dlaczego nie przedstawiacie się nazwiskami? – zainteresował się Potter.
Nie minęło dobre pięć minut, a Lucjusz zamarł w połowie podawania kieliszka z winem kolejnemu z Norwegów, Gormowi. Imiona przybyłych zdawały się pochodzić z goblińskiej kultury i na pewno należało to zbadać.
Uśmiech Halldora nie zbladł, gdy objął ramię Pottera, prowadząc go do stolika, jakby to on był gospodarzem, a nie chłopak.
- Porzuciliśmy nazwiska w chwili, gdy staliśmy się Mistrzami. Teraz to określa nas oraz kim jesteśmy. Nadal utrzymujemy kontakt z naszymi rodzinami, ale Mistrz to coś większego – wyjaśnił mężczyzna spokojnie. – W zasadzie jednym z tutaj przybyłych jest mój syn, Halvor – odparł Norweg i skinął w stronę chłopaka, który rozmawiał z Bootem.
Na pierwszy rzut oka mężczyzna nie różnił się wiele od swoich towarzyszy. Ewidentnie był jednak młodszy. Jego rysy nie były tak toporne i twarde, ale może to przychodziło z wiekiem, gdy trudy mieszkania na zimnym odludziu odciskały się na ich skórze. Lucjusz zauważył jak szorstkie były ich dłonie i był pewien, że każdy z nich pracował fizycznie.
Halvor skłonił się lekko Potterowi zanim podał mu dłoń i Lucjusz odniósł wrażenie, że jeszcze nikt nigdy nie przystąpił do ataku tak szybko. Przeważnie łowcy majątków czy sławy podsyłali swoje pociechy Potterowi po wypowiedzeniu więcej niż dwóch zdań. Chłopak miał niesamowity zmysł, jeśli chodziło o takie zagrania i zawsze odsyłał wszystkich z kwitkiem. Teraz jednak ku przerażeniu Lucjusza, policzki Harry'ego stały się o ton czerwieńsze. Na jego ustach zagościł znajomy lekki nieśmiały uśmiech.
Lucjusz rozpoznawał symptomy, gdy takie widział na oczy, ale to i tak nie było łatwe, aby przejść nad tym do porządku dziennego.
- Myślę, że czas, abyśmy rozpoczęli kolacje. Jestem pewien, że nasi goście są strudzeni podróżą – rzucił, starając się brzmieć neutralnie.
Jeszcze sto lat wcześniej Norwedzy przebyliby morze na miotłach. Teraz sieć Fiuu dawała takie możliwości, że zmieniali kominki zapewne tylko dwa razy. Tradycja jednak pozostawała tradycją.
ooo
Harry chciał myśleć, że Halvor jest subtelny, ale nie potrafił. Mężczyzna uścisnął jego rękę, a potem palcem wskazującym połaskotał wnętrze jego dłoni. Harry nigdy nie sądził, że to strefa erogenna, ale najwyraźniej się pomylił. Albo hormony zaczynały w nim buzować, ponieważ jego penis zareagował na ten dotyk.
Nie rozglądał się, nie chcąc zwracać na siebie uwagi, ale czuł, że ktoś mu się intensywnie przyglądał. Miał jedynie nadzieję, że reakcje jego ciała umknęły każdemu zainteresowanemu. Nie chciał zobaczyć następnego dnia w Proroku Codziennym artykułu o swojej niespodziewanej i bardzo niepożądanej erekcji.
Hermiona wspomniała, że coś podobnego może zdarzyć mu się w ciąży, ale miał nadzieję, że tylko żartowała. To było upokarzające siedzieć z tymi wszystkimi czarodziejami z napełnionym penisem krwią. Może dlatego czarodzieje nosili tak długie szaty, aby ukrywać swoje erekcje.
Ta myśl była tak abstrakcyjna, że parsknął – na szczęście w odpowiedniej chwili, ponieważ Halvor wydawał się zadowolony, że go rozśmieszył.
Lucjusz prowadził rozmowę przy stole z wprawą kogoś kto robił to od lat. Ewidentnie brakowało mu kogoś u boku, ponieważ cały czas zerkał w stronę miejsca, które kiedyś musiało należeć do Narcyzy. Teraz zajmował je Kingsley. Szef Biura Aurorów i Terry wmieszali się pomiędzy Norwegów z łatwością. To Lucjusz zdawał się zdystansowany i Harry zastanawiał się czy nie obraził mężczyzny tym wcześniejszym porównaniem.
Norwedzy byli szorstcy. Ich dłonie wyglądały na spracowane, a ich niezgrabność niczym nie przypominała eleganckich ruchów Lucjusza – teraz to widział. Porównywanie zresztą ludzi tylko dlatego, że mieli podobne włosy – wydawało mu się teraz niezwykle krzywdzące. Sam nie chciał, aby myślano o nim jak o Harrym Potterze.
- Jeśli mogę powiedzieć… - zaczął Halvor, zwracając ponownie jego uwagę. – Sądziłem, że tak osławiony bohater będzie…
- Starszy? – zaryzykował. – Wyższy?
Halvor uśmiechnął się przepraszająco, jakby właśnie tego na głos nie chciał powiedzieć. Harry też przez wiele lat sądził, że więksi byli silniejsi. Albo ci, którzy mieli za sobą szeregi złożone z ludzi, którzy nie cofną się przed niczym. Prawda była jednak taka, że wystarczyło jedno nie, aby zmieniać świat i w to chciał teraz wierzyć.
- Może właśnie dlatego zwyciężyłem, ponieważ mnie nie doceniano – rzucił, chcąc aby to zabrzmiało na żart, ale nikt się nie zaśmiał.
Lucjusz spoglądał na niego jakoś inaczej i to też mu się nie podobało. Halvor obserwował go uważnie, ale nie nazbyt intensywnie. Kulturalna ciekawość – tak nazywała to Hermiona, gdy ktoś nie przekraczał granic, które wyznaczyli podczas wywiadów. Rita nigdy nie została na żaden zaproszona. Może ktoś nazwałby ich pamiętliwymi, ale oni po prostu wiedzieli co ich czeka, gdy raz pióro Seeker znajdzie się w ruchu.
- Będziemy o tym pamiętać na przyszłość – odparł Lucjusz, gdy cisza przedłużała się.
ooo
Hermiona przywitała ich w progu herbatą. Norwedzy rozłożyli swoje rzeczy w korytarzu i Harry z trudem wszedł do salonu. Ich kamienica była za mała dla tak wysokich gości. Czuł się, jakby nagle znalazł się w krainie olbrzymów i Hermiona raczej odniosła podobne wrażenie. Halldor zmarszczył brwi na widok ogromnego brzucha jego przyjaciółki, najwyraźniej wyciągając błędne wnioski.
- Jesteśmy współlokatorami – poinformował ich, gdy rozsiedli się w salonie.
Nadal nie znał imion wszystkich, a ich małomówność nie sprzyjała bliższemu zapoznaniu.
- Znamy się od dziecka – dodał, wzruszając ramionami.
- To co Harry chce powiedzieć to to, że pracujemy razem, ale nie łączą nas więzy silniejsze od bratersko-siostrzanych – Hermiona pomogła mu jak zawsze.
- Jak długo…? – zaczął jeden z mężczyzna, najwyraźniej faktycznie zainteresowany, bo jego wzrok cały czas spoczywał na brzuchu Hermiony.
Może to w Norwegii było normalne, ale Harry czuł się z tym dziwnie.
- Urodzę jeszcze w tym miesiącu – odparła jego przyjaciółka lekko.
- Jak długo nosisz ten czar? – sprecyzował Halvor i Hermiona pobladła na twarzy. – Chyba, że to nie jest coś o co powinienem pytać… - dodał szybko chłopak i wydawał się naprawdę zawstydzony.
W salonie zapadła cisza i Harry zaczął nerwowo stukać palcem w blat stoliku.
- Od początków ciąży – powiedziała w końcu Hermiona, odzyskując głos. – Ale nie jest to coś o czym chciałabym rozmawiać – dodała uśmiechając się sztucznie. – Myślę, że położę się wcześniej – poinformowała ich wstając.
- Przepraszam, jeśli – zaczął Halvor, ale Hermiona machnęła dłonią.
- Zobaczymy się jutro na śniadaniu. Dopóki nie przybędzie reszta dyplomatów, będę naprawdę szczęśliwa mogąc panów oprowadzić po Pokątnej i Ministerstwie – odparła jego przyjaciółka, prostując się lekko.
Halvor skinął głową, przepuszczając ją w drzwiach. Harry przygryzł wnętrze policzka i uśmiechnął się nieszczerze. Jego szata nadal gryzła. Nie wiedział jakiego zaklęcia użył Lucjusz, ale najwyraźniej należało je rzucać co jakiś czas. Nie dosłyszał inkantacji. Podejrzewał, że mężczyzna użył niewerbalnego, co tylko mocniej go zaskoczyło.
Sam panował nad tą magią nadal tylko wtedy, gdy instynkt go do tego zmuszał. Hermiona pokazała mu kilka ćwiczeń, ale przy ciąży był zbyt zmęczony. Miał do nich wrócić, gdy wszystko się ustabilizuje.
- Zastanawiałem się czy nie będziecie zainteresowani zwiedzeniem jedynej na świecie prawdziwie magicznej wioski. Powiadomiłem dyrektor McGonagall o tym, że istnieje szansa, iż przybędziemy do Hogwartu – powiedział, orientując się nagle, że jako gospodarz powinien poprowadzić rozmowę.
Halldor zdawał się faktycznie zainteresowany.
- Szkoła Czarodziejstwa – powiedział Norweg kiwając głową z aprobatą.
- Nie mamy takich w Norwegii. Nasze dzieci korzystają z Durmstrangu, ale większość uczy się w domach – wyjaśnił Halvor. – Czy twoje dziecko też będzie uczęszczało do Hogwartu?
Harry zaśmiał się krótko i zaczerwienił.
- To nie są moje dzieci – poinformował ich. – Hermiona jest naprawdę moją przyjaciółką – dodał.
Halvor zerknął niepewnie na niego, a potem na jego brzuch tak wymownie, że Harry podniósł się ze swojego fotela. Norwedzy obserwowali go ze zmarszczonymi brwiami, jakby nie wiedzieli co jest nie tak. I Harry wyciągnął różdżkę przed siebie, ale żaden z nich nawet nie drgnął.
- Skąd wiecie? – spytał ostrożnie.
- Magia – odparł Halvor. – Czy to jest kolejna tajemnica? Czy znowu obraziłem gospodarza domu? – zaniepokoił się.
Harry nie opuścił swojej różdżki nawet na chwilę.
- To nie jest normalne. W naszej kulturze czarodzieje płci męskiej nie rodzą dzieci – wyjaśnił im, badając ostrożnie ich reakcje.
Halvor wydawał się naprawdę zaskoczony.
- Trzymamy to w tajemnicy, ponieważ ataki… - urwał Harry sugestywnie.
- W Norwegii nie ma znaczenia czy powstałeś z kobiety czy magii – poinformował go Halldor.
Norweg zmarszczył jednak brwi, jakby się głęboko nad czymś zastanawiał.
- Ukrywasz ciążę przez cały czas? – zdziwił się mężczyzna. – Czy to, aż tak niebezpieczne?
- Nie niebezpieczne. Po prostu te dzieci są wykorzystywane do manipulacji. Legendy głoszą, że rodzą się z niesamowitą siłą, magią – powiedział Harry i Halldor skinął głową.
- To prawda. Dlatego jesteśmy Mistrzami – poinformował go mężczyzna i Harry zamarł spoglądając na twarze każdego z mężczyzn.
- Urodziłeś Halvora? – wyrwało mu się, gdy zdał sobie sprawę co Halldor sugerował.
- Nasze kultury są odcięte od siebie. Nie mamy wiosek jak wy. Często między kolejnymi domostwami są tysiące kilometrów. Magia zawsze szuka sposobu, aby przetrwać – wyjaśnił mężczyzna.
Harry przygryzł wargę i usiadł z powrotem na swoim miejscu. Jego różdżka pozostała w dłoni. Ufał im i ich słowom, ale poznali się stosunkowo niedawno. Halvor spoglądał na niego przepraszająco, ale to nie była jego wina. Harry w zasadzie zaczynał cieszyć się, że ten temat wypłynął. Może inni, którzy przyszli na świat w ten sposób też widzieli nad nim jakąś magiczną aurę. Na dobrą sprawę nigdy o nikim takim nie słyszeli, ale skoro on ukrywał ciążę – wielu innych też mogło być do tego zdolnych.
- Gdzie jest ojciec dziecka? – spytał Halldor spokojnie.
- Nie było dobrym pomysłem go informować – przyznał Harry gorzko. – Nie chcę, aby ktokolwiek wiedział – dodał lustrując ich wzrokiem.
ooo
Lucjusz nie był specjalnie zaskoczony, gdy Potter pojawił się w towarzystwie Norwegów następnego dnia w Ministerstwie. Do czasu rozpoczęcia oficjalnego szczytu to Harry był ich opiekunem i zamierzał zapewnić im rozrywkę, aż będą zmuszeni do faktycznych obrad, na które przygotowywali się od tygodni. Lucjusz zaczynał nawet zastanawiać się nad tym czy nie zrobić z tych spotkań swoistej tradycji.
Boot był inteligentny. Potrzebowali zresztą informacji od Niewymownych i równie dobrze to Terry mógł się stać jego źródłem. Kontakty z Biurem Aurorów polepszyły się odkąd Kingsley opróżniał jego piwniczki. Potter był dobrym dodatkiem. Zawsze znajdywał dziury w całym, ale z równym zacięciem je łatał. Wizengamot miał stoczyć niejedną bitwę przeciwko Gryfonowi i Lucjusz nie zamierzał stać po przeciwnej stronie barykady.
Chłopak miał jego ciche poparcie – do czego pewnie nigdy nie przyznałby się otwarcie.
Halvor otworzył przed Potterem drzwi, co nie umknęło uwadze Lucjusza. Harry zresztą zdawał się dziwnie oczarowanym podobnym zachowaniem, a nigdy nie brał chłopaka za tak naiwnego. Norwedzy mogli chcieć wielu rzeczy. Poparcia dla swoich wniosków, wpływów w ich Ministerstwie, informacji albo po prostu Pottera. I Lucjusz zawsze sądził, iż chłopak jest mądrzejszy niż to. Że nie da się złapać pierwszemu manipulantowi, ale najwyraźniej się mylił.
- Dzień dobry – przywitał się Halldor.
Uprzątnięty partner Ministerstwa nie wyglądał już aż tak reprezentacyjnie. Nadal nie dokończono napraw po ostatnich atakach. Te braki w tynkach pokryto zaklęciami, ale do czasu balu miały zostać kompletnie załatane.
- Mam nadzieję, że wypoczęliście – odparł Lucjusz. – Czy pan Potter zaplanował dla panów wycieczkę na dzisiaj? – spytał, może lekko zbyt oficjalnie, bo Harry spojrzał na niego wyraźnie zaskoczony.
Halldor uśmiechnął się lekko.
- Harry obiecał nas zabrać do Hogsmeade. Wiele słyszeliśmy o niej, ale nigdy nie mieliśmy okazji spróbować choćby kremowego – odparł Norweg.
I Lucjuszowi nie umknęło jak akcentował imię Pottera. Chłopak zresztą spoglądał to na jednego to na drugiego z nich, jakby próbował rozgryźć co się działo. Nigdy jednak nie był dobry w wyłapywaniu aluzji. Lucjusz nie bronił swojego terytorium. Harry nie należał do niego. Ale dobro czarodziejskiej Wielkiej Brytanii leżało mu na sercu, a częściowo zależało od złamanego serca ich naczelnego bohatera.
Potter był młody. Nie spotykał się nikim, o ile to było wiadome Lucjuszowi, a dwudziestolatkowie nigdy nie byli znani z celibatu. Sam potrafił zrozumieć żądze cielesne czy nawet sam pociąg. Odczuwał podobny od tygodni i nie wstydził się tego przyznać przed samym sobą. To było ludzkie, a pomimo popularnej plotki – był człowiekiem. Odczuwał, ale potrafił się też pohamować, gdy wiedział, że granica jest blisko.
Potter natomiast był jak huragan. Ta jedna jedyna noc, którą spędzili razem, powiedziała mu więcej o chłopaku niż chciałby wiedzieć. Potter bywał czarujący i zabawny, walczył do ostatniej kropli krwi i się nie poddawał łatwo. Jednocześnie miał w sobie jakąś taką dziwną niewinność. I jeśli ktoś nie potrafił tego wszystkiego dostrzec w Potterze, powinien się wycofać. Chłopak za wiele przeszedł, aby odbierano mu coś jeszcze.
Lucjusz pamiętał jak Harry ostrożnie wchodził do domu swoich przodków. Domu, w którym zabito jego rodziców, a jego samego naznaczono na całe życie. Zrozumienie co przeszli na tej wojnie było zbyt trudne dla ludzi, którzy nie widzieli tego na oczy.
Czarodziejska Wielka Brytania potrzebowała swojego bohatera silnego i nie złamanego przez jakiegoś norweskiego manipulanta. Lucjusz nigdy nie pozwoliłby, aby chłopak cierpiał. Ponieważ Harry zasługiwał na kogoś więcej. Kogoś zainteresowanego polityką na tyle, aby potrafił go ochronić przed zakusami. Kogoś silnego i z możliwościami. Dawne aranżowane małżeństwa opierały się właśnie na czymś podobnym i dlatego żałował, że odchodzono od tego zwyczaju. Niektórzy ludzie z możliwościami nie byli dostatecznie chronieni. Potter do nich należał. I sam był w stanie wnieść do związku posłuch u ludzi – coś czego się łatwo nie zdobywa. Harry był symbolem i nie można było temu zaprzeczyć. Jednak polowanie na niego jako kawalera dla zdobycia samej władzy wydawała się Lucjuszowi naprawdę obrzydliwa.
On wiedział jak działa świat. Podobnie sprawa miała się u Amelii i dlatego zdecydowali, że dla dobra Wielkiej Brytanii połączenie ich rodzin zbuduje i scementuje coś naprawdę niesamowitego. Zamierzał odzyskać wiarygodność, a Amelia chciała większych wpływów, których nie miała nawet jako Minister Magii. Jego kontakty wiele ułatwiały.
Nagła myśl, że to wcale nie musi tak wyglądać uderzyła w niego naprawdę mocno. Bones radziła sobie od lat doskonale i Wizengamot przychylał się do większości jej decyzji przez wzgląd na ich przyjaźń. Pytanie co zrobiłby, gdyby nie musiał pchać się w kolejne małżeństwo bez miłości, przyszło niemal od razu. A odpowiedź była tak oczywista, że jego usta zbiły się w wąską kreskę.
Gdyby nie układ z Amelią, może nie odciąłby się od Pottera tamtej nocy. Może następnego ranka zostałby w łóżku, a nie uciekłby, zostawiając swojego kochanka samego. Nie wiedział do czego prowadziłoby to dalej. Może Potter był aż tak pijany, że po prostu nie wiedział nawet czyje usta znajdowały się na jego własnych.
W to Lucjusz jednak wątpił. Chłopak wydawał się być jednym z tych, którzy czekali na miłość całe życie. Mógł sypiać na lewo i prawo, ale nie robił tego. Zresztą widział jak Potter na niego patrzył, gdy sądził, że nikt nie widzi. Zbudowali coś tamtej nocy. Czuł tę więź. Potter bał się z nim flirtować, jakby nie wiedział czy nie zostanie wzięty na poważnie. A popełniał podobne błędy, gdy jego żarty nagle brzmiały jak najprawdziwsza prawda. Jak wczorajszego wieczoru.
Siła Pottera naprawdę kryła się w tym, że go notorycznie nie doceniano. Nikt nie mógł jednak powiedzieć, że Lucjusz należał do bandy tych głupców. Doskonale wiedział na co chłopaka stać. Nie tylko magicznie, ale przede wszystkim intelektualnie.
Potter zerknął przez ramię, gdy przechodzili z Norwegami do windy. Lucjusz skinął mu lekko głową, czując, że mieli naprawdę wiele czasu do nadrobienia.
