Ciało O`Neilla znieruchomiało. Leżał, dysząc ciężko. Odczuwał nieprzyjemne mrowienie, przebiegające wzdłuż całego ciała. Pozostałość po impulsie elektrycznym. Na szczęście ból już minął. Starając się uspokoić oddech, otworzył oczy. Wszystko było zamazane. Zamrugał kilkakrotnie i wreszcie odzyskał ostrość widzenia. Wszyscy wpatrywali się w niego. Zacisnął i rozluźnił dłonie, sprawdzając, czy odzyskał władzę w kończynach. Czuł się taki słaby. Stęknął i przetoczył się na łokcie i kolana, czując, jak wszystkie jego mięśnie drżą. Zarządca jednak nie pozwolił mu się podnieść. Brutalnie popchnął go na ziemię. Pułkownik nie miał dość sił, by mu się przeciwstawić. Wylądował twarzą w brudnym piasku. Odruchowo zaczerpnął powietrza i poczuł, jak jego nos wypełnia się drobnym pyłem. Zaczął parskać i krztusić się. Dźwignął się na ramionach, lecz strażnik chwycił go za kark i ponownie docisnął do ziemi. Tego już było za wiele. Szarpnął się gwałtownie. Zarządca przydusił go do ziemi własnym kolanem, uniemożliwiając mu wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Leżał bezradny, wstrzymując oddech, by nie wciągnąć do płuc więcej piachu. Zarządca pochylił się nisko, opierając dłoń na ziemi, tuż przed twarzą Jacka.
- Mówiłem ci człowieku, żebyś ze mną nie zaczynał. - Powiedział cicho. Tak, żeby tylko pułkownik mógł go usłyszeć. - To była tylko próbka tego, co może cię spotkać, jeśli dalej będziesz się stawiał. Każda następna kara będzie bardziej dotkliwa. Może jesteś silny. Może wytrzymasz jeszcze więcej bólu. Ale czy wytrzyma go także twój towarzysz? Zapamiętaj to sobie dobrze. Za twoją arogancję będę karał ciebie, a także kogoś z pozostałych więźniów. Pozwolisz, by inni cierpieli za twój niewyparzony język? Chcesz tego? Dobrze rozważ, czy ci się to opłaca.
Zarządca wstał i spojrzał na pozostałych więźniów. Wszyscy jak na komendę pochylili głowy.
- Ktoś jeszcze ma ochotę oberwać? - Warknął. Nikt nawet się nie poruszył. Spokojnie odszedł na bok i splótł ręce na piersi. - Macie teraz przerwę. Wykorzystajcie ją.
Więźniowie ponownie ustawili się w kolejce po wodę. Tym razem już nikt się nie przepychał. Ukradkiem zerkali na rozciągniętego na ziemi człowieka. Nikt jednak nie ruszył się, by mu pomóc. Jackson, drżąc od powstrzymywanej złości, dał się porwać tłumowi. Z daleka obserwował, co robi jego dowódca. O`Neill uniósł głowę i pluł zawzięcie. Strażnik szturchnął go ponaglająco czubkiem obitego w metal buta. Powoli dźwignął się na nogi i zatoczył się. Jego mięśnie były sztywne i obolałe. Bardziej jednak dokuczały ślady pozostawione przez bat. Żałował teraz, że zdjął bluzę. Mogła, choć trochę ochronić skórę. Czuł jak krew ścieka po jego plecach, powodując dodatkowo nieznośne swędzenie. Ponaglany przez strażnika niezbyt łagodnymi szturchnięciami, zmusił nogi do ruchu. Większość więźniów otrzymał już swoją porcję wody. Siedzieli teraz w cieniu skał i wpatrywali się w niego w milczeniu. Podszedł w stronę beczki z wodą. Zarządca jednak zastąpił mu drogę.
- Ty nie. - Rzekł krótko z paskudnym uśmiechem na twarzy. - Ty musisz najpierw nauczyć się pokory.
Pułkownik zacisnął zęby. Przez chwilę wpatrywał się w zimne oczy mężczyzny. Potem odwrócił wzrok i wyprostowany dumnie skierował się do cienia, z daleka od pozostałych robotników. Z westchnieniem ulgi opadł na ziemię i wyciągnął przed siebie nogi. Krzywiąc się z bólu, oparł plecy o skałę. Być może zanieczyści rany, ale w tych warunkach to i tak było nieuniknione. Skała za to była przyjemnie chłodna i przynosiła ulgę rozpalonym ramionom.
- Jack! - Daniel natychmiast znalazł się obok niego. - O mój Boże. Jak się czujesz?
- A jak ci się wydaje? - Warknął, lecz zaraz pożałował swych słów. Sam był sobie winien. Daniel przecież go ostrzegał. Zerknął na bladą, wystraszoną twarz przyjaciela i natychmiast zmienił ton. - Nie jest tak źle.
- Twoje plecy… krwawią.
- Owszem. Ale nic na to nie poradzimy. Obejrzałeś dokładnie to miejsce?
- Co?
- Rozglądałeś się po dolinie? - Jack ze znużeniem ukrył twarz w dłoniach. - Pamiętasz? Musimy się stąd wydostać.
- Jack. Jeśli nas złapią… Oni mogli cię zabić.
- Nie przesadzaj. Przecież żyję. I póki żyję, nie pozwolę sobą pomiatać. - Uniósł głowę i rozejrzał się, mrużąc powieki. - Nic mi nie będzie, Danielu. Powinniśmy pomyśleć, jak uwolnić Carter i Teal`ca.
Archeolog wzruszył ramionami. Taki właśnie był Jack. Wybiegał myślami daleko do przodu. Wierzył, że z każdej trudnej sytuacji można znaleźć jakieś wyjście. Podziwiał go za to. Sam zaczął już pogrążać się w rozpaczy. Miejsce wydawało się prawdziwą twierdzą. Było zbyt dobrze strzeżone. Można się było tu dostać tylko przez bramę, zbudowaną u wylotu wąskiego wąwozu. Jedynej drogi prowadzącej do tej doliny. Brama była niestety dobrze strzeżona. Liczni wartownicy rozstawieni byli też po całej dolinie. Może w nocy liczba straży zostaje zmniejszona? Ale wtedy więźniowie zostają zamknięci w swoich celach. Też dobrze zabezpieczonych.
Zarządca skinął na strażników, a ci pospiesznie zaganiali ludzi z powrotem do pracy. Jackson dźwignął się na nogi i wyciągnął rękę w stronę Jacka. Ten nie protestował. Chwycił dłoń Daniela i z jego pomocą wstał także. Lekko zakręciło mu się w głowie. Jego nogi były dziwnie miękkie. Wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze.
- W porządku? - Daniel wciąż trzymał go za rękę.
- Jasne. Wszystko gra. - Skłamał.
Z ociąganiem powrócili do pracy. O`Neill zdawał sobie sprawę, że zarządca czujnie go obserwuje i postanowił nie dać skurwielowi satysfakcji. Pomimo osłabienia, pragnienia, pomimo ran piekących przy każdym poruszeniu, chwycił kilof i uderzał nim raz po raz. Ślady pozostawione przez bat szczypały w kontakcie z potem. Zacisnął żeby. Wysiłek fizyczny dobrze zrobił na porażone prądem mięśnie. Z początku sztywne, wkrótce zaczęły pracować prawidłowo. Pęcherze na jego dłoniach popękały. Wkrótce zmęczenie dało o sobie znać. Miał coraz większe problemy z utrzymaniem rękojeści kilofa. Ślizgała się w spoconych i pokrwawionych dłoniach. Coraz trudniej też było mu złapać oddech. Ignorował jednak ból mięśni i zawroty głowy. Zawziął się i nie pozwolił sobie na chwilę wytchnienia, aż do momentu, gdy strażnicy ogłosili koniec pracy. Daniel odłożył swoje narzędzia i szybkim krokiem podszedł do niego. Jego ręce też były w fatalnym stanie. Razem z pozostałymi ruszyli z powrotem do baraków, w których mieli przenocować. Dopiero teraz O`Neill przyjrzał im się uważnie. Proste, zbudowane z kamienia budowle ciągnęły się wzdłuż skalnej ściany. Nie miały żadnych okien, a masywne drzwi opatrzone były w solidne zamki. Więźniowie zgromadzili się w jednym miejscu. Wkrótce okazało się dlaczego. Z jednego z budynków, mniejszego niż te, w których mieli spać, jakiś człowiek wypchnął wózek, na którym ustawione były parujące kotły. Wieczorny posiłek. O`Neill przełknął nerwowo ślinę. Czy i tym razem zostanie odsunięty od posiłku? Głód dokuczał mu dotkliwie. Co prawda mógłby jeszcze jakiś czas wytrzymać bez jedzenia, ale Jeśli nie dostanie żadnego pożywienia ani wody, wkrótce opadnie z sił. A wtedy będzie mógł się pożegnać z myślą o ucieczce. Mężczyzna od kotłów skinął na nich ręką. Wszyscy posłusznie wstali i po kolei podchodzili do niego, by odebrać swój przydział jakiejś zupy i chleba. Zarządca spoglądał na pułkownika spod oka, ale nie zareagował, gdy ten odebrał swoją porcję. Razem z Danielem siedli na ziemi i zaczęli jeść. Chleb był suchy i ościsty, zupa natomiast miała smak pomyj, ale zjedli i wypili wszystko. Podobnie zresztą jak inni więźniowie. Mając pełny żołądek poczuli, jak znów wstępują w nich siły. Uwagę Jacksona zwróciły stojące naprzeciwko baraków trzy, wkopane w ziemię, drewniane pale. Na ich widok ogarnęły go bardzo złe przeczucia. Mógł tylko domyślać się, do czego mogą służyć. Pomiędzy siedzącymi ludźmi podpełzł do nich Jared.
- Oszalałeś, człowieku? - Zaczął prosto z mostu, wpatrując się w Jacka. - Czemu zachowujesz się w ten sposób? Co chcesz uzyskać?
- Nie wiem. - Pułkownik ze znużeniem pocierał czoło. - Nie pozwolę traktować się w ten sposób.
- Lepiej do tego przywyknij. Oni… - Wskazał ręką na grupę otaczających ich strażników. - Oni potrafią naprawdę uprzykrzyć życie. Lepiej z nimi nie zadzieraj. I bez ich gniewu nie będzie tu lekko. Spróbuj zachować jak najwięcej siły. Przyda ci się, jeśli chcesz przeżyć tu jakiś czas. - Poklepał O`Neilla po ramieniu i zniknął w tłumie.
- On ma rację Jack. Uważaj na siebie. Nie pomożesz innym, jeśli sam stracisz życie.
- Dobrze, dobrze. - Zirytował się Jack. - Będę grzeczny. Obiecuję.
Po skończonym posiłku wszyscy więźniowie zostali zapędzeni do swoich cel. Patrząc, jak zamykają się za nimi wielkie drzwi, Jack pozwolił sobie na opuszczenie ramion. Zapadła ciemność. Nikt nie mógł dostrzec tego nieznacznego gestu słabości . Minął dzień, a on nie zyskał nic poza krwawymi śladami na plecach. Co dzieje się z pozostałymi członkami jego zespołu? Czy żyją? Zmęczone całodzienną pracą mięśnie gwałtownie domagały się odpoczynku. Jeden po drugim więźniowie siadali na ziemi i szukali dla siebie jak najwygodniejszej pozycji. Niebawem pomieszczenie wypełniło się głębokimi oddechami śpiących ludzi. O`Neill miał pewne trudności z ułożeniem się. Rany nie pozwalały mu leżeć na plecach. W końcu zwinął się w kłębek. Tuż obok wiercił się Daniel. Wkrótce obaj zasnęli.
