Kingsley nie wiedział nic ponad to co sami wiedzieli. Lucjusz nie był nawet bardzo zaskoczony. Szef Biura Aurorów był fatalnym politykiem. Jak każdy, kto wolał posługiwać się różdżką niż słowem – przechodził od razu do meritum, skutkiem czego nie miał zbyt wielkiego poparcia w Wizengamocie, co jednak nie przeszkadzało mu w dalszym wnioskowaniu o dodatkowe fundusze.
Lucjusz rozumiał, że nominowano Kingsleya za jego doświadczenie w boju, ale mężczyzna był niezdolny do wyciągania informacji z ludzi bez pomocy Veritaserum. Pojenie gości szczytu jednak podobnymi miksturami było jednak karygodne. A przynajmniej gdyby ktoś się zorientował.
Harry siedział na swoim ulubionym fotelu naprzeciwko kominka z filiżanką w dłoni. Herbata ewidentnie mu smakowała, co cieszyło Lucjusza. Nie ukrywał nawet jak bardzo zależało mu na reakcji chłopaka. A ten miał w kącikach ust błąkający się uśmiech, co mówiło wszystko.
Przyjemnie było raz w życiu nie kluczyć między prawnymi klauzulami nawet podczas spotkań z kimś, z kim planował przyszłość. Nie wątpił, że Potter nie okłamałby go. Chłopak był zbyt szczery i jego intencje na pewno były czyste. Nigdy do tej pory nie wahał się wygarnąć Lucjuszowi prawdy prosto w twarz i zaczynał to doceniać.
- Co u Norwegów? – spytał Kingsley. – Nie umknęło nam, że dogadujecie się całkiem dobrze – dorzucił mężczyzna tonem, który nie pozostawiał wiele do dopowiedzenia.
Harry zaczerwienił się lekko, odkładając swoją filiżankę na stolik.
- Ty też? – westchnął chłopak. – Nie umawiam się z Halvorem. A Halldor wcale nie zamierza mi wcisnąć swojego syna… Po prostu dobrze się dogadujemy, co chyba oznacza, że robię dobrą robotę, bo o to nam chodziło przez cały czas, nieprawdaż? – spytał retorycznie Harry, ewidentnie kpiąc z nich. – Nie interesuje ich nic. Kompletnie nic. Przybyli, ponieważ chcieli rozeznać się w sytuacji. Jeśli Bellatriks była kiedykolwiek w Norwegii, nie widzieli ich. Nikt z tamtejszych czarodziejów się z nią nie spotkał, a Halldor obiecał, że poinformuje kolejne wioski, w których mieszkają magiczni.
- Niczego nie chcą? – upewnił się Lucjusz.
Harry zmieszał się i polizał wargi jak zawsze nerwowo, gdy nie wiedział jak sformułować swoją wypowiedź. Lucjusz był tak obznajomiony z jego reakcjami, że powinno go zaskoczyć, iż nie zauważył swojej fascynacji chłopakiem. Może brał to jako ciąg dalszy emocji związanych z nocą, którą spędzili wspólnie. Seks jednak nie zostawiał takiej dawki uczuć, tego przyciągania, które czuł teraz. Nie sprawiał, że nie potrafił nie wodzić za Harrym wzrokiem nawet gdy znajdowali się w sali pełnej ludzi.
- Chcieliby stałego kontaktu z naszą społecznością – odparł Harry, ewidentnie ważąc słowa.
- Ambasadora – odgadł Boot.
Możliwe, że Niewymowny wiedział od razu. Oczywiście dom Pottera był zabezpieczony przed zaklęciami podsłuchującymi, Draco upewnił się, że takowych nie nałożono, gdy nad barierami pracował Hitchens, ale jednak wciąż Lucjusz miał wątpliwości. Granger od czasu zmiany pracy mogła być poza obiegiem informacji i chociaż znała standardowe czary, Niewymowni zajmowali się głównie udoskonalaniem ich. Nigdy nie można było być pewnym co chowają w zanadrzu.
Sam swój dom skanował przynajmniej raz w tygodniu, a wiele drogich artefaktów sprawiało, że trudno było komuś z poza rodziny działać na ich terenie magią. Zaklęcia bywały słabe. Trzymały krótko i alarmowały właściciela.
- Dokładnie – odparł Harry, a jego głos miał jakieś takie dziwne brzmienie, które od razu zwróciło uwagę Lucjusza.
- Zaproponowano ci tę posadę – stwierdził bez żadnej wątpliwości.
Harry uśmiechnął się i wzruszył ramionami, jakby tyle miał na ten temat od powiedzenia.
Lucjusz poczuł jak jego serce zaczyna bić szybciej. Oczywiście gdy tylko spotkał Norwegów, wiedział, że będą problematyczni. Nie mieli z nimi zbyt wielkiego kontaktu, a przez to nie wiedzieli czego się po nich spodziewać. Jednak nie oczekiwał, że Mistrzowie będą chcieli zacieśnić z nimi więzy. A przynajmniej nie za pomocą Pottera.
- To byłoby fatalne dla twojej rozwijającej się kariery – stwierdził Lucjusz, starając się nadać swojemu głosowi neutralne brzmienie.
Harry jednak spojrzał na niego w prawdziwym szoku.
- Nie spodziewałem się, że mnie będziesz próbował odwieść od tego pomysłu. Sądziłem, że powiesz, że to dla mnie szansa albo coś w tym stylu… Obaj wiemy, że jestem fatalnym członkiem Rady… - zaczął Harry, a Lucjusz przygryzł wargę.
- To może wydawać ci się awansem, bo jako samodzielne stanowisko kusi, ale pomyśl jak daleko będziesz od Wielkiej Brytanii. To wygnanie – odparł.
Harry zaśmiał się krótko, jakby nie spodziewał się niczego innego.
- Nie zgodziłem się. Hermiona zostaje w Wielkiej Brytanii, mamy ustawy do przepchnięcia – ciągnął Potter. – Poza tym… Wydaje mi się, że tam jest zimno.
- Fatalnie zimno, lodowato – rzucił Lucjusz, kącikiem dostrzegając, że Boot zaczyna się na niego otwarcie gapić. – Wiesz, co byłoby, gdyby nasz wielki bohater uciekł na koniec świata…
- To tylko jedno morze – zauważył Potter.
- Miałem nadzieję, że poprowadzisz szkolenia dla aurorów, gdy szczyt dobiegnie końca – rzucił Kingsley i Lucjusz pierwszy raz miał ochotę podziękować aurorowi.
Potter jako ambasador na cholernej północy wcale mu nie odpowiadał. Wiadomość była niespodziewana, chociaż pewnie powinien jakoś na to wpaść wcześniej, że Norwegowie nie podjęliby się tej podróży bez jakiegoś określonego celu.
- Jesteś przekonany, że nie mają kontaktów z Bellatriks? – spytał Lucjusz.
Harry wyglądał na zszokowanego.
- Chyba nie sugerujesz… - zaczął chłopak.
- Ostatnim razem posłużyli się mną, aby wydostać cię z domu – odparł Terry. – To sensowne pytanie, ale nie wiem czy powinniśmy je zadawać tobie.
- Hermiona się ze mną zgodzi. Norwegowie nie mają kontaktów z Bellatriks – powiedział Potter z pewnością w głosie. – Zresztą… Pierwszego wieczoru wyczuli zaklęcie na Hermionie, zaklęcie Rona – uściślił chłopak w jego salonie zrobiło się cicho. – Byli zszokowali. Halldor zastanawiał się nawet czy nie byłby w stanie go ściągnąć, bo ten czar ich po prostu… Nie wiem. Obraża. Nawet ja nie czuje tej magii tak mocno, a Merlin mi świadkiem, że jestem w stanie odnaleźć każdy Mroczny Znak w obrębie mili – poinformował ich chłopak.
Lucjusz mimowolnie zacisnął dłoń na swoim ramieniu, jakby chciał schować swoje piętno, ale Harry po prostu potrząsnął głową.
- Może czuli przez całe to morze te wszystkie razy, gdy używano czarnej magii na naszej ziemi. Wątpię, aby im się to spodobało. Pewnie chcą trzymać rękę na pulsie na wszelki wypadek. Jeśli chcecie znać moje zdanie w tej kwestii; Norwegom powinniśmy ufać bardziej niż Francuzom – rzucił Harry, zerkając na Boota.
- Fakt – odparł Niewymowny. – Są tak dupkowaci… - urwał chłopak, spoglądając na niego niepewnie. – Nie obraź się, ale to wasze odcinanie się od normalnego życia prowadzi do tego, że słyszałem przez ostatnich kilka dni same superlatywy o czystokrwistych, a przypomnę ci, że większość z nich siedzi w Azkabanie albo już jest po Pocałunku Dementora. Część skazaliśmy zaocznie, żeby nie tracić nawet czasu na sądy, bo nikt nie ma wątpliwości, że Bellatriks należy się wyłącznie to. Nie jestem pewien czy rodowa lojalność spowinowaconych z wami Francuzów…
- Nie byłbym zaskoczony – wrócił Lucjusz spokojnie. – Draco z tego powodu wrócił przedwcześnie do domu. Powtarzanie pewnych teorii jest jak słowne Imperio.
- Pranie mózgu, tak nazywają to mugole – podpowiedział mu Potter. – Kiedy ktoś próbuje cię przekonać do swoich teorii za wszelką cenę. Czasami przemocą.
Lucjusz skinął, zapamiętując termin niemal od razu. Nigdy nie wiadomo było kiedy się przyda. A moda na mugolskie powiedzenia zaczynała rozkwitać pod rządami Harry'ego i Granger.
- Chcieliśmy ich wybadać – przyznał Lucjusz. – Szczyt bez Francuzów byłby jak wypowiedzenie wojny, ale prawdę powiedziawszy nikt ich tutaj nie chce – przyznał szczerze. – Mówili już czego chcieliby za zawiązanie współpracy?
- Nie wiem czy nie mojej własnej głowy – rzucił Terry. – Nie wiem czy nie będą chcieli zablokować zewnętrznie ustawy Wizengamotu, ale jeśli się powołają na stare prawo, osobiście wyzwę któregoś na pojedynek. Nie mają szans – odparł Boot.
- Naszej ustawy? – wyrwało się Harry'emu.
- Kiedyś czarodziejów było tak niewielu, że mieliśmy wspólną Radę, ale to uległo zmianie. Teoretycznie nie powinno się ingerować w sposób rządzenia danego kraju, ale teoretycznie każdy ma do tego prawo, o ile pozostali uznają to za pogwałcenie zasad ogólnych. Dziwi mnie jednak, że zamierzają zareagować teraz, a nie gdy Voldemort zabijał czarodziejów mugolskiego pochodzenia – rzucił Lucjusz.
- Pewnie dlatego, że są słabi – odparł Boot. – Nie mogli się przeciwstawić Voldemortowi, ale zmiana prawa to zawsze dobry sposób, aby pokazać jak są potężni.
- Chyba żartujecie? – spytał Harry i szok był widoczny na całej jego twarzy.
Lucjusz wziął głębszy wdech, wiedząc, że to będzie ciężka przeprawa. Harry nie do końca rozumiał politykę. Francuzom mogło nawet nie zależeć na tej ustawie, ale chcieli zamanifestować swoje stanowisko na poziomie międzynarodowym. Może przypomnieć im, że uwięzienie takiej ilości arystokratów nie przejdzie niezauważone. Dla Francuskiej szlachty zapewne było szokiem jak zostali potraktowali ich dalecy krewni. Jakoś zdawali się zapominać o jego zmarłej żonie i fakcie, że zabiła ją własna siostra. Nie zależało im na powiększaniu wpływów ludzi bez nazwiska i koligacji jak Granger i częściowo Potter, który wychowywał się poza ich światem i nie wiedział zapewne jacy ludzie i co byli winni jego rodzinie.
Francuzi nie chcieli podobnego buntu u siebie, ale ponieważ dzielił ich cały kanał, zapewne nie wiedzieli kto zaczął ten konflikt. Trudno było też uwierzyć obcym, gdy to ich rodziny zostawały skazane na Pocałunek Dementora. Zapewne ustawa Granger-Potter musiała być uznana za kolejny krok do zniszczenia arystokracji Wielkiej Brytanii.
Stare rody nie miały przyszłości. Lucjusz już teraz, gdyby chciał osiągnąć większe wpływy dzięki jakiemukolwiek małżeństwu Draco, nie miał kandydatów, którzy godnie zasililiby ich rodzinę. To dla innych byłby awans społeczny,a Lucjusz nie chciał nobilitować rodów, które jeszcze tak niedawno występowały otwarcie przeciwko Harry'emu i ich sprawie. Aranżowane małżeństwo nie miało sensu. Nie dla Draco i zaczynał dostrzegać, że i on nie chciał czegoś podobnego dla siebie.
Osiągnęli z Amelią naprawdę wiele na własne rachunki. Może tak bardzo przyzwyczaili się do myśli, że to jedyna droga, że nie dostrzegali pozostałych. Zamknęli się na opcje, a to w obecnych czasach było ogromnym błędem.
Harry spoglądał z niedowierzaniem na Boota, który kontynuował.
- Zapewne stwierdzili, że mają szansę teraz, gdy rozeszła się plotka, iż Hermiona jest w zaawansowanej ciąży – zakończył Niewymowny.
- Mój syn z przyjemnością weźmie jej zobowiązania względem Francuzów na siebie – rzucił Lucjusz, nie próbując nawet udawać, że nie wie o związku, który zakwitł pod jego nosem.
ooo
Harry tak do końca nie potrafił zrozumieć dlaczego Francuzi chcieli cokolwiek im utrudniać. Stwierdzenie 'bo mogli' jakoś do niego nie przemawiało. Nigdy nie był dobry w planowaniu niczego, ale magia pod jego skórą buzowała. Zastanawiał się, co zrobiliby ci zacni arystokraci, gdyby pozwolił swojej mocy na wysunięcie się na pierwszy plan. Wiedział, że zrobiła dostateczne wrażenie na Lucjuszu, a to już było wiele, biorąc pod uwagę, że mężczyzna nie dał się nigdy nikomu nastraszyć.
Nawet w obliczu śmierciożerców – morderców własnej żony – zdawał się zachowywać spokój.
- Chciałbyś jeszcze herbaty? – spytał Malfoy, gdy pozostali zbierali się do wyjścia. – Mój kominek stoi dla ciebie otworem – dodał mężczyzna, jakby czytał w jego myślach.
Hermiona nadal nie pozwalała mu nigdzie wychodzić w pojedynkę, jakby sądziła, że ona – kobieta w ciąży – potrafiłaby go obronić. Może faktycznie tak było. Z dzieckiem pod sercem czuł się tak, jakby mógł góry przenosić tylko jednym pstryknięciem palców.
- Jasne – odparł, starając się uśmiechnąć lekko.
Kiedy szok na wieść o planowanym małżeństwie Lucjusza minął, Harry zdał sobie sprawę, że wiele im nie pozostało. Wiele nie pozostało jemu. Nie wiedział skąd się brało to dziwne uczucie w jego klatce piersiowej, skoro już tygodnie wcześniej zdecydował, że nie zamierza mieszać Lucjusza do swojej ciąży. Jednak jako wolny – Malfoy mógł stanowić przynajmniej obiekt jego fantazji. Tymczasem i one powinny się niedługo skończyć.
Sądził, że Lucjusz przywoła skrzata, ale mężczyzna sięgnął po niewielki czajniczek pozostawiony na ogniu.
- Czerwona, długoparzona, indyjska – poinformował go, jakby Harry'emu miało to cokolwiek mówić.
Wziął ostrożny łyk nie wiedząc czego się spodziewać, ale smak chociaż intensywny – był przyjemny. Na pewno nie do picia z mlekiem tak jak lubiła Hermiona, ale stanowił przyjemną odmianę.
- Nie powinieneś przejmować się Francuzami – poinformował go Lucjusz.
- Naprawdę? Zaskakujesz dzisiaj za każdym razem. Sądziłem, że będziesz chciał, żebym przygotował się na każdą ewentualność – prychnął Harry.
Lucjusz był pierwszym, który mówił takie rzeczy i naciskał na ludzi, aby przyłożyli się bardziej. Oczywiście to przynosiło efekty, więc Harry nigdy się z tym nie sprzeczał.
- Nie ma sensu, żebyś marnował czas na coś, co mogę załatwić jedną rozmowa przez Fiuu – odparł Lucjusz lekko.
- Czyli popierasz naszą ustawę? – spytał Harry.
Malfoy nigdy nie powiedział tego otwarcie. To oznaczałoby oficjalne obranie jakiejś ze stron, a mężczyzna ewidentnie tego nie lubił. Zresztą dawało mu to ogromną przewagę. Zarówno popierający zmiany jak ich przeciwnicy rozmawiali z Lucjuszem otwarcie. Harry nie wątpił, że mężczyzna zablokowałby wszystko, co było nie po jego myśli już u fundamentów, ale wciąż zostawała niewielka wątpliwość. Nigdy nie wiedział o czym myśli Lucjusz.
- Nie mam stada kochanek, które urodziły moje dzieci – rzucił Malfoy i pewnie to miał być żart, ale Harry jakoś nie potrafił tak na to spojrzeć.
Myślami wrócił niemal od razu do dziecka, o którym Lucjusz nie wiedział. Może gdyby był świadom, ta ustawa nigdy nie znalazłaby się na wokandzie. Chociaż Harry jakoś mocno w to wątpił. Lucjusz nie wyglądał na człowieka, który odrzuciłby własne dziecko.
- Taaak, zapewne to będzie dla niektórych problemem – rzucił, starając się brzmieć niezobowiązująco.
Miał ochotę nawiązać do tego co Terry mu zdradził, ale zapewne Lucjusz chciałby znać źródło. Nie chciał też, aby mężczyzna znowu myślał, że zamierza się uciec do jakiegoś śmiesznego szantażu. Jeszcze tego samego ranka wyjaśniali sobie na nowo wszystko i chyba dzisiejszy wieczór miał oznaczać początki przyjaźni. A nie chciał wroga w Lucjuszu. Jeśli Hermiona i Draco mieli być razem, widywaliby się w święta i pewnie kilka razy w tygodniu na jakiś śmiesznych kolacjach. Pracowali razem w Wizengamocie, Amelia była dla niego jak druga matka. Lucjusz też nigdy go nie zawiódł do tej pory.
Jeśli był im cokolwiek winien – to właśnie swoją przyjaźń.
- Jak bardzo poważnie rozważałeś propozycję Norwegów? – spytał szczerze mężczyzna.
Lucjusz obserwował go naprawdę uważnie, jakby od tej odpowiedzi zależało wiele.
- Nie mam powodu jej rozważać – odparł spokojnie. – Nie mogę wyjechać.
- Nie możesz czy nie chcesz – rzucił Malfoy.
Harry uśmiechnął się gorzko.
- Nie chcę – odparł. – Jeśli twoje kontakty we Francji nie pomogą… - zmienił pospiesznie temat.
- Pozostaje nam sfera. Stworzono ją i do takich spraw. To w końcu manifestacja naszej siły. Nasz Wizengamot potrafi się sam bronić i oni o tym nie wiedzą. Nie chcę, żebyś zawracał sobie głowę takimi sprawami, gdy pierwsze oficjalne spotkanie już za dwa dni. Myślałeś o partnerze na wieczór? – spytał Lucjusz i w uszach Harry'ego nie zabrzmiało to wcale niezobowiązująco.
- Chyba nie próbujesz mnie wyswatać z jakimś dalekim kuzynem albo coś w tym stylu. Draco jest zajęty – przypomniał mu Harry.
- Wszędzie widzisz spisek – zakpił Lucjusz. – Zastanawiałem się czy nie chciałbyś mi towarzyszyć. Wiem jak nie cierpisz tłumów, a jestem całkiem dobry w radzeniu sobie z ludźmi.
Harry zszokowany wpatrywał się przez chwilę w twarz Malfoya, próbując rozgryźć o co w tym chodzi. Amelia miała się również pojawić na balu organizowanym przez Ministerstwo, ale najwyraźniej nie chcieli pokazywać się razem z politycznych powodów. Plotki na pewno przyćmiłyby tak ważne wydarzenie jakim był sam szczyt.
- To jakaś forma manifestacji tego, że należę do Wielkiej Brytanii? – zaryzykował Harry.
- Powiedzmy, że coś w tym stylu – odparł Lucjusz, wydymając lekko wargi. – Oczywiście możesz odmówić, ale sprawiłbyś mi przyjemność wychodząc ze mną. Czuję, że mamy wiele do omówienia. Trzymałem cię na dystans, ponieważ miałem swoje powody i pewnie wyjawię ci je później, ale jeśli pozwolisz, chciałbym cię lepiej poznać – dodał Lucjusz i Harry poczuł jak zdradliwy rumieniec zaczął pchać mu się na policzki.
- Jasne – rzucił, starając się jakoś wypełnić ciszę. – Na Pokątnej jest taka restauracja, do której nie mogę wyjść, bo Hermiona nie pozwala mi być poza domem bez opieki. Jeśli nie przeszkadza ci bycie niańką… - urwał sugestywnie.
- Czyli następnym razem, gdy będziemy mieli wolne? – upewnił się Lucjusz.
ooo
Hermiona zaczęła rodzić jeszcze tej samej nocy. Sądził, że będą mieli więcej czasu, ale najwyraźniej cholerne czary Rona jakoś pomieszały ogólnie z jej magią, bo Harry czuł jak wszystko w niej walczy. Uzdrowiciele ze Świętego Munga pojawiali się w ciągu sekund, zaalarmowani przez specjalne zaklęcie, które umieścił na drzwiach Hermiony. Udało mu się nawet wyciszyć pokoje Norwegów, ale to było zbędne, ponieważ Halldor był na nogach zaraz później i szeptał coś w tym swoim szorstkim języku.
- Powiadomię młodzieńca – rzucił Norweg, ruszając zapewne na parter do kominka.
- Herm, chcesz, żeby Draco się tutaj pojawił? – spytał Harry, nie będąc pewnym czy jego przyjaciółka chce być oglądana w takim stanie.
Uzdrowiciel skanował tymczasem jej ciało, zapewne przyzwyczajony do tłoku, który panował podczas porodów.
- To za wcześnie – wysapała Hermiona.
- Nigdy nie jest za wcześnie – odparł Uzdrowiciel, zapewne chcąc ją pocieszyć, ale zignorowała go.
- To za wcześnie, ale lepiej żeby był tutaj on. Powiadom go i po prostu wycisz pokój. Nie chcę cię tutaj – poinformowała go przyjaciółka.
- Żartujesz?! – krzyknął Harry, nie mogąc w to uwierzyć.
- Poczujesz każde najmniejsze przepięcie magii – oznajmiła mu. – Odejdź tak daleko jak możesz. To dla was będzie niebezpieczne – dodała sugestywnie spoglądając na jego brzuch.
Zamrugał, nie wiedząc nawet co o tym myśleć. Już teraz czuł się wypompowany tym jak wiele czarów znajdowało się wokół niego, ale nie sądził, że mogło być jeszcze gorzej.
- Dobrze, ale jestem przy tobie… - zaczął.
- Idź Harry! – krzyknęła i możliwe, że był to kolejny skurcz, bo jego własna magia zaprotestowała.
Poczuł jak jego własne dziecko porusza się w nim i to na pewno nie było dobrze. Zbiegł na parter, wiedząc, że pewnie wygląda trochę jak idiota. Halldor próbował odblokować sieć Fiuu, ale połączenie z dworem Malfoyów dla bezpieczeństwa było zaszyfrowane. Wyszeptał hasło, wiedząc, że może ufać Norwegom, ale Lucjusz nie życzyłby sobie, aby dzielono się jego sekretami.
- Draco, zaczęło się – poinformował chłopaka, który w swojej śmiesznej piżamie popijał wino przed kominkiem.
Malfoy spadł z fotela niemal od razu i Harry pewnie śmiałby się z niego, ale naprawdę musiał wyjść. Halldor zresztą podtrzymywał go teraz swoimi wielkimi rękami. Wątpił, aby utrzymał się na nogach, gdyby nie pomoc Norwega.
Draco wpadł do ich salonu, ignorując go kompletnie i Harry nie miał nic przeciwko. Pojęcia jednak nie miał gdzie miałby się udać teraz w środku nocy.
- Chcesz poznać bliżej Lucjusza Malfoya? – spytał Halldora.
- On ma zadatki na Mistrza – odparł Norweg wzruszając ramionami.
Harry nie był zaskoczony, chociaż jakoś sobie nie wyobrażał Lucjusza w ciąży. Nie z jego dzieckiem. Chociaż, może… To byłoby kuszące. Harry wątpił, aby zdecydował się świadomie na drugą ciążę. Halldor twierdził, że były na tyle rzadkie, że mógł przestać o takiej marzyć. Jednak wciąż w nim pozostawała pewna wątpliwość. Nie wiedział, że Lucjusz dorównuje mu magią, gdy spotykali się przypadkowo na tych wszystkich przyjęciach. Nie chciał zdecydować się kolejny raz na seks z kimś i dowiedzieć się po fakcie, że to znowu mu się przydarza.
- Oczywiście, że ma – prychnął Harry.
- Wszystko w porządku? – spytał Lucjusz, podchodząc do wciąż nawiązanego połączenia.
- Mistrz Halldor chciałby uciąć sobie z tobą krótką rozmowę, jeśli pozwolisz – rzucił Harry.
Lucjusz okrył się mocniej swoim szlafrokiem.
- O tej porze? – zdziwił się mężczyzna.
- To Norwedzy, czego się spodziewałeś? – prychnął Harry i usłyszał za sobą cichy śmiech Halldora.
