Odgłos kroków wyrwał Sam ze snu. Uniosła głowę i przez chwilę rozglądała się po swojej celi. Nie do końca rozbudzona w pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie się znajduje. Wtedy jej wzrok spoczął na kracie oddzielającej ją od korytarza. Natychmiast przypomniała sobie wszystko. Z trudem wsparła się na łokciach. Po nocy spędzonej na twardej podłodze całe ciało miała sztywne i obolałe. Kroki przybliżyły się. Na korytarzu pojawił się cały oddział Jaffa. Poczuła, że zaschło jej w ustach. Wojownicy zatrzymali się tuż przed jej celą, ale nie zwracali na nią najmniejszej uwagi. Zgrzytnęły metalowe kraty. Z celi naprzeciwko zaczęły wychodzić kobiety. W milczeniu kierowały się w stronę, z której przyszły wczoraj wieczorem. Jaffa oddalili się także, pozostawiając celę kobiet otwartą. Carter dźwignęła się na nogi i podeszła do kraty, ostrożnie wyglądając na korytarz. Był pusty. Z daleka jeszcze niosło się echo licznych kroków. Zrezygnowana wróciła pod ścianę. Poruszyła głową, krzywiąc się z bólu. Delikatnie obmacała szyję oraz twarz. Skóra była opuchnięta i tkliwa. Mogłaby założyć się z każdym, że widnieją na niej ciemne sińce.
W ciszy korytarza ponownie rozbrzmiały odgłosy kroków. Przekonana, że tym razem strażnicy przyszli po nią, wstała i wyprostowała się. Zacisnęła pięści aż do bólu. Wciągnęła powietrze głęboko w płuca i wypuściła je powoli, starając się uspokoić bijące zbyt szybko serce. W polu widzenia pojawił się mężczyzna. Młody człowiek w stroju niewolnika. Kucnął tuż przy kracie i położył na ziemi przyniesiony przez siebie tobołek. Potem wyprostował się i spojrzał na Carter wyczekująco. Gdy ta nie ruszała się z miejsca, gestem przywołał ją do siebie, jednocześnie wciąż wskazując to na nią, to na spoczywający u jego stóp pleciony koszyk. Nie wydał przy tym ani jednego dźwięku. Sam oderwała się wreszcie od ściany i zbliżyła do nieznajomego. Poczuła niezwykle przyjemną woń jakiegoś posiłku i nerwowo przełknęła ślinę. Była wściekle głodna. Na dnie koszyka stały gliniane naczynia. Mężczyzna uśmiechnął się zachęcająco i zrobił krok w tył. Wtedy dostrzegła, że nie jest on sam. Nieco z tyłu stał Jaffa i przyglądał się jej badawczo spod przymrużonych powiek. Zamarła. Niewolnik jeszcze raz uśmiechnął się, zanim odszedł w głąb korytarza. Stała niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Wojownik, jakby w zamyśleniu, zmierzył ją wzrokiem. Coś dziwnego czaiło się w głębi jego oczu. Nie potrafiła tego określić. Wykrzywił wargi w półuśmiechu, odwrócił się i po prostu odmaszerował.
Odetchnęła głęboko. Chwilę stała niezdecydowana. Burczenie w brzuchu przypomniało jej o pozostawionym przed celą posiłku. Sięgnęła po niego przez kratę i po chwili zanurzyła zęby w pachnącym chlebie. Zjadła wszystko, wyskrobując z naczynia resztki kiepsko doprawionego gulaszu. Popiła wodą i poczuła, że wstępują w nią nowe siły. Nie pierwszy już raz przekonała się, że pełny żołądek potrafi zdziałać cuda. Odstawiła naczynia na miejsce i usiadła. Po pewnym czasie niewolnik powrócił. Albo przyszedł sam, albo Jaffa czekał poza zasięgiem jej wzroku. Gdy mężczyzna schylił się po kosz, wyciągnęła w jego kierunku rękę.
- Dziękuję. - Powiedziała cicho.
Uśmiechnął się w odpowiedzi, lecz odsunął na nieco większą odległość. Carter dźwignęła się na nogi, zaciskając dłonie na kracie.
- Zaczekaj. - Poprosiła. - Mam na imię Samantha. Muszę się stąd wydostać. Mógłbyś mi jakoś pomóc?
Mężczyzna zmarszczył brwi. Przez kilka sekund wpatrywał się w nią niezwykle intensywnie. Potem jednak wzruszył ramionami i odwrócił się.
- Nie odchodź. Proszę, pomóż mi!
Niewolnik nie zareagował. Spokojnym krokiem odszedł w swoją stronę. Przyciskając twarz do kraty, patrzyła na jego oddalające się plecy. Zdawało jej się, że dostrzegła jakiś ruch w miejscu, w którym korytarz zakręcał. A więc nieznajomy miał towarzystwo. Kto to był tym razem? Tajemniczy Jaffa, czy może jeszcze ktoś inny? W całej tej historii było stanowczo zbyt dużo zagadek.
Kiedy wreszcie po nią przyszli, czekała na środku celi. Stała wyprostowana z rękoma splecionymi z tyłu i dumnie uniesioną głową. Kaleb czekał cierpliwie, aż kraty ze zgrzytem powędrują w górę. Podszedł do niej powoli miękkim, kocim krokiem. Obszedł ją dookoła, lustrując dokładnie całą jej sylwetkę. Carter miała wrażenie, jakby prześwietlał ją na wylot. Zatrzymał się i pochylił w ku niej tak, że poczuła jego oddech na swoim policzku.
- Tęskniłaś za mną? - Mruknął prowokacyjnie.
- Chyba w twoich snach. - Zmusiła się, by patrzeć wprost przed siebie.
- Coraz bardziej mi się podobasz. - Nieprzyjemny uśmiech wypełzł na jego usta. - Rzadko można spotkać u kobiety taki hart ducha.
Palcem wskazującym pogładził jej policzek. Szarpnęła głową, uwalniając się od jego dotyku. Chwycił jej brodę, obrócił jej twarz ku sobie i zmusił, by na niego spojrzała.
- Bardzo nie lubię, gdy ktoś mi się przeciwstawia. - Kontynuował. - Jesteś wyjątkowa, ale i tak nie możesz ze mną zbyt długo walczyć. A ja zrobię wszystko, by wydobyć z ciebie interesujące mnie informacje.
- Chyba muszę cię rozczarować. - Sam patrzyła mu wyzywająco w oczy. - Ile razy mam ci powtarzać, że nie mam o niczym pojęcia?
Palce, trzymające brodę Carter, wzmocniły nagle uchwyt, powodując ból. Kobieta skrzywiła się, zaciskając mocno powieki.
- Kłamiesz. - Wycedził przez zaciśnięte zęby. - Złamię cię. Dasz mi to, czego od ciebie oczekuję. Będziesz mi posłuszna albo znowu zakosztujesz mojego gniewu.
Puścił ją i zrobił krok w tył. Znowu zmierzył ją wzrokiem.
- Myślisz, że jesteś równie twarda jak twój przyjaciel Jaffa? Chcesz przekonać się, co jego spotkało za odmowę współpracy?
- Blefujesz. - W ustach znów poczuła smak krwi. - Sam mówiłeś, że jest bardzo cenny dla Olokuna. Nie ośmieliłbyś się… Nie przeciwstawiłbyś się woli swojego boga.
- A jeśli mojemu panu już przestało na nim zależeć?
Skinął na strażników i ruszył korytarzem furkocząc szatą. Każdy jego ruch zdradzał furię. Jeden z Jaffa podszedł do Carter i pociągnął ją za swym dowódcą. Oszołomiona pozwoliła się poprowadzić. Reszta oddziału podążyła za nimi. Szli szybkim krokiem poprzez plątaninę korytarzy. Sam rozglądała się czujnie na wszystkie strony, starając się zapamiętać rozkład korytarzy. Być może w przyszłości będzie mogła wykorzystać tę wiedzę? Zdawała sobie sprawę, że szanse na wydostanie się z tej twierdzy są minimalne. Z drugiej jednak strony już nieraz jej zespół znajdował się w równie beznadziejnej sytuacji, a mimo to jakoś udawało im się przeżyć. Jeśli istniała choć iskierka nadziei, nie wolno jej było się poddać.
Wspinali się po schodach, minęli kilka większych sal. Kaleb zatrzymał się wreszcie przed masywnymi drzwiami. Otworzył je i cofnął się, robiąc przejście dla niej i strażnika, który ściskał jej ramię. Przestępując próg natychmiast rozpoznała salę tronową. Jaffa pchnął ją z całej siły. Zatoczyła się i upadła na kolana. W głębi pomieszczenia, na ziemi, leżał człowiek. Wystarczyło jej tylko jedno spojrzenie, by rozpoznać Teal`ca. Poczuła, że serca w niej zamiera. Jaffa leżał na wznak z twarzą zwróconą w jej stronę. Półprzymknięte oczy patrzyły na nią szklanym wzrokiem, na policzku zdążyła już zaschnąć krew sącząca się z jego ust. Kaleb podszedł do niej. Bardziej wyczuła niż usłyszała, że się zbliża. Po chwili ruszył do przodu i w końcu stanął pomiędzy nią, a rozciągniętym na podłodze wojownikiem. Uniosła głowę i spojrzała prosto w jego oczy. Dostrzegła w nich znany już błysk okrucieństwa. Kącik ust mężczyzny uniósł się nieznacznie w ironicznym uśmiechu. Z wyraźnym zainteresowaniem obserwował jej reakcję. Powoli wstała i wyprostowała się. Jej wzrok odruchowo uciekał w kierunku nieruchomego przyjaciela. Zmusiła się, by ponownie spojrzeć na Kaleba.
- Teraz mi wierzysz? - Głos miał już spokojny, ale jego oczy wciąż miotały błyskawice. - Odpowiesz na moje pytania, czy wolisz oglądać śmierć pozostałych członków zespołu?
- Ty skurwielu… - Wychrypiała.
- Nie mam nic do stracenia. Muszę rozprawić się z tymi parszywymi wieśniakami. Muszę zlikwidować ten pożałowania godny ruch oporu. Rozumiesz? I zrobię to. Wyciągnę z ciebie wszystko. To tylko kwestia czasu.
- Możesz mnie zabić, a i tak niczego się ode mnie nie dowiesz.
- Mylisz się moja droga. - Uśmieszek wciąż błąkał się po jego ustach. - Zdrajca umarł szybo. Nawet zbyt szybko. Nie powtórzę więcej tego błędu. Ty i reszta twoich towarzyszy będziecie cierpieć bez końca. O tak! Już ja o to zadbam. Pytanie tylko, które z was okaże się najsłabszym ogniwem? Ty, moja piękna wojowniczko, czy może któryś z nich?
Przełknęła odruchowo ślinę. Kaleb wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, potem odwrócił się i podszedł do Teal`ca. Splunął na niego z pogardą. Carter patrzyła na tę scenę, czując, że krew znów zaczyna wrzeć w jej żyłach. W uszach pojawiło się dudnienie jej własnego tętna, a dłonie same zacisnęły się w pięści.
Ruszyła do przodu i momentalnie poczuła silną dłoń na swoim ramieniu. Zareagowała instynktownie. Obróciła się na pięcie i ze wszystkich sił kopnęła strażnika w kolano. Usłyszała nieprzyjemne chrupnięcie, a mężczyzna z jękiem zwalił się na ziemię. Drugi Jaffa wycelował w jej kierunku zata. Wytrąciła mu go z ręki kopniakiem, a następnie wykonała błyskawiczny półobrót. Trafiła obcasem dokładnie tam, gdzie zamierzała. Prosto w żebra, tuż obok metalowego pancerza ochraniającego przód ciała wojownika. Zdążyła tylko zobaczyć purpurową twarz przeciwnika, gdy kolejny strażnik chwycił ją od tyłu za ramiona i uniósł w górę. W jego niedźwiedzim uścisku z trudem łapała oddech. Rozpaczliwie szarpnęła głową, trafiając go w twarz. Cios był tak silny, że na moment pociemniało jej w oczach, ale otaczające ją ramiona nie puściły. Poprzez łzy wypełniające oczy dostrzegła ostatniego z Jaffa. Wierzgnęła dziko nogami, lecz on uchylił się zwinnie i uniósł w górę zaciśniętą pięść. Ostrzegawczy krzyk Kaleba zarejestrowała równocześnie z oślepiającym błyskiem, gdy ciężka pięść wylądowała na jej skroni. Osunęła się bezwładnie na podłogę. W głowie jej huczało, w oczach wirowało. Odgłosy podniesionych głosów zlewały się ze sobą. Nie potrafiła powiedzieć, czy krzyczy jedna osoba czy wszyscy obecni w pomieszczeniu. Cały świat na przemian jaśniał i ciemniał. Powieki zaczęły nagle ciążyć. W polu widzenia miała tylko parę skórzanych butów, które po chwili zniknęły. Nieco dalej zamajaczył jakiś przedmiot. Resztką sił skupiła się na nim. Dłoń. Ciemna skóra jej przyjaciela. Nie mogła powstrzymać opadania powiek. W ostatnim świadomym przebłysku dostrzegła, że palce tejże dłoni poruszyły się. Nie miała jednak dość sił, by jeszcze raz otworzyć oczy i sprawdzić, czy nie był to tylko wytwór jej wyobraźni. Potem ogarnęła ją ciemność.
