O`Neill obudził się cały zdrętwiały. Jacyś ludzie przechodzili obok niego w ciemności, potrącając go. Z trudem poruszył się i wtedy jego plecy eksplodowały bólem. Jęknął mimo woli.
- Jack? - Ręka Daniela zacisnęła się na jego ramieniu. - Jak się czujesz?
- Jak gówno. - Stwierdził. Zacisnął zęby i usiadł.
Ciemność, panująca we wnętrzu budynku, nie pozwalała mu na obejrzenie i ocenę rozległości swoich ran. Ale to może i dobrze. Przynajmniej nie musiał się denerwować. Czuł, jak materiał podkoszulka, sklejony zaschniętą krwią, przywarł do jego skóry. Na myśl o zdjęciu ubrania aż przeszły go ciarki. Z zewnątrz, zza grubych drzwi usłyszał równe kroki obutych w ciężkie buty stóp. Drzwi otworzyły się razem ze zgrzytem dawno nieoliwionych zawiasów. Wstali i wyszli na zewnątrz. Tak jak i wczoraj powitały ich groźne miny strażników, ściskających w dłoniach bicze lub kije bólu. Jack usłyszał, jak Daniel wciąga szybko powietrze i natychmiast spojrzał na niego. Na jego twarzy malowała się zgroza. Pod spojrzeniem pułkownika opanował się.
- Twoje plecy. - Powiedział już spokojnie. - Nie wyglądają najlepiej.
- Pieprzyć to... - Jack wzruszył ramionami. Nawet ten niewielki gest powodował pieczenie napiętej, rozpalonej skóry. - Jakoś sobie z tym poradzę, Danielu. Nie przejmuj się tak.
- Jasne… - Rzucił bez przekonania archeolog.
Niewolnicy, kierowani nabytą w ciągu wielu dni rutyną, podążali bez pośpiechu do miejsca swej pracy. Szli w milczeniu, ze zwieszonymi ramionami i wzrokiem wbitym w ziemię. Daniel zastanawiał się mimo woli, kiedy i oni osiągną ten stan. Kiedy wszystko przestanie być ważne, a oni zaczną odmierzać czas porami posiłków i odpoczynku. Wpatrywał się w plecy idącego przed nim pułkownika. Widział, jak zaciska pięści w bezsilnej złości. Powrócili do przerwanej wczoraj pracy. Chwycili kilofy, rozeszli się po całym placu. Dolina znów wypełniła się odgłosami spadających na twarde podłoże kilofów i młotów. Kruszyli całe bloki skalne na mniejsze, nadające się do transportu. Te z kolei przenosili we dwóch i układali w wysokie stosy na środku doliny, skąd miały zostać przetransportowane na plac budowy świątyni. Tutaj O`Neill dostrzegł szansę na ucieczkę. Budulec należało załadować na wozy i wywieźć stąd wąskim wąwozem. Towarzyszące temu zamieszanie mogło im sprzyjać. Pracowali aż do południa, kiedy to strażnicy zarządzili przerwę. Niewolnicy znów stłoczyli się przy beczce z wodą, lecz nauczeni doświadczeniem z wczorajszego dnia zachowywali się spokojnie. Nikt nie chciał narazić się na gniew zarządcy lub któregoś ze strażników. O`Neill wypił duszkiem całą wodę, jaką zaczerpnął drewnianym naczyniem. Nie była świeża, ale cudownie chłodziła spieczone gardło. Siedzieli potem w cieniu i odpoczywali. Nikt nic nie mówił. Nie mieli na to ani siły, ani ochoty. Odpoczynek skończył się szybko. Zbyt szybko.
Jakieś zamieszanie zwróciło uwagę wszystkich. Kiedy przepchnęli się przez stojących w półkolu ludzi, ujrzeli jednego ze strażników. Pochylał się nad leżącym na ziemi człowiekiem. Mężczyzna był blady i spocony, najwyraźniej chory. Nie miał dość sił, by powrócić do pracy. Strażnik wrzeszczał i kopał go. Gdy i to nie przyniosło skutku, wyciągnął zza pasa bat i zamachnął się. Rozległ się pełen bólu i rozpaczy krzyk. Strażnik znów podniósł rękę w górę. O`Neill zareagował odruchowo. W sekundzie znalazł się obok strażnika i złapał go za ramię. Mężczyzna spojrzał na niego całkowicie zdumiony, a potem odwrócił się w jego stronę i wziął szeroki zamach. To było zbyt proste. Pułkownik bez problemu zablokował cios lewym ramieniem i klasycznym sierpowym rąbnął przeciwnika w szczękę. Ten upadł, krwawiąc z nosa i z ust. O`Neill stał bez ruchu, zaciskając pięści. Krew pulsowała w jego skroniach. Widząc, jak leżący strażnik ociera usta dłonią, a potem z niebotycznym zdumieniem wpatruje się w krew na swoich palcach, wreszcie pojął, co tak naprawdę zrobił. Zimne ciarki przeszły po jego plecach. Cholera. Znowu był nieposłuszny. Teraz poniesie karę. Chrzęst piasku, pod stopami zbliżającego się człowieka, zabrzmiał nienaturalnie głośno w panującej wokół ciszy. Pułkownik wbił wzrok w ziemię i czekał, wstrzymując oddech.
- Ostrzegałem cię przybyszu. - Głos zarządcy był cichy, a i tak Jack miał wrażenie, że odbija się echem po całej dolinie. - Ale ty wciąż jesteś krnąbrny. Musisz się jeszcze wiele nauczyć.
Jack zacisnął pięści jeszcze mocniej. Nie mógł teraz okazać strachu ani słabości. Nie przed tym człowiekiem. Wyprostował plecy i spojrzał na mężczyznę wyzywająco. Wiedział, że dostanie teraz za swoje. Nawet nie próbował się bronić, gdy twarda pięść zarządcy wylądowała na jego twarzy. Cios powalił go na ziemię i zamroczył. Chwilę trwało, zanim odzyskał ostrość widzenia. Potrząsnął głową. Trochę pomogło. Zobaczył jak jeden ze strażników podchodzi do niego z kijem bólu w dłoni. Spiął się cały. Chciał przygotować się na to, co miało za chwilę nadejść. Nie udało mu się. Ból był wszechogarniający i zdawał się trwać bez końca. Wrzeszcząc i miotając się na wszystkie strony, próbował uciec od źródła cierpienia, ale ono wciąż było tuż przy nim. Nagle wszystko ustało. Oszołomiony chwytał ustami powietrze. Kij bólu opadł ponownie i znów ogarnęła go agonia. Umierał. Umierał wiele razy. Stracił już rachubę. Za każdym razem, gdy był już na granicy omdlenia, kat cofał rękę tylko po to, by pozwolić mu na zaczerpnięcie oddechu, a potem rozpoczynał od nowa swą bezlitosną grę. Gdy wreszcie kara dobiegła końca, był niemal bez sił. Leżał, trzęsąc się jak w delirium. Czuł spływające po jego twarzy pot i łzy, ale nie miał dość siły, by podnieść rękę i je wytrzeć. Oddychał głęboko przez obolałe od krzyku gardło. Wyschnięty język nie pozwalał na wypowiedzenie choćby jednego słowa. Zresztą, co niby miałby powiedzieć? Kiedy już zebrał się w sobie na tyle, by otworzyć oczy i rozejrzeć się dookoła zrozumiał, że to jeszcze nie koniec. I że to, co do tej pory doświadczył, wcale nie było najgorsze.
Kilka kroków dalej klęczał przerażony Daniel. W pierwszym odruchu pomyślał, że archeolog rzucił mu się na pomoc, ale zaraz dojrzał stojącego za nim strażnika. Tego samego, który go torturował. I który właśnie wznosił w górę rękę zaopatrzoną w diabelskie narzędzie tortur. Jackson wrzasnął i upadł na ziemię, wijąc się w konwulsjach cierpienia. Jego krzyk wypełnił uszy pułkownika i wywołał dreszcze w całym ciele. Dodał nagle nowych sił. O`Neill zaczął zbierać się z ziemi. Już był na kolanach, kiedy tuż przed jego twarzą pojawiła się pięść ściskająca pleciony rzemień. Rozpoznał ją natychmiast.
- Nie ruszaj się, albo będzie jeszcze gorzej. - Głos zarządcy jakby podciął mu nogi.
Teraz w pełni zrozumiał okrucieństwo swej kary. Pojął wreszcie zamysły zarządcy. Musiał cierpieć niewyobrażalne katusze i co gorsza, patrzeć na cierpienie innych ludzi. On był temu winien. To przez niego Daniel w tej chwili modlił się o litościwą śmierć. Przez niego wrzeszczał i kopał ziemię obcasami. Zaciskając pięści, przysiadł na piętach i pochylił głowę, przygryzając wargi prawie do krwi. Zarządca jednak chwycił go za włosy i zmusił do wyprostowania. Musiał patrzeć. Patrzył więc i z każdą chwilą coraz bardziej nienawidził samego siebie. Ostrzegali go. Wszyscy go ostrzegali. Ale przecież myślał, że jest ponad nimi. Jest lepszy, silniejszy i potrafi znieść dużo więcej. Ale to inni muszą teraz ponosić konsekwencje jego dumy. To bolało w równym stopniu, co tortury fizyczne.
Czas dłużył się w nieskończoność. Tortury Jacksona były równie okrutne, jak wcześniej Jacka. Strażnik najwyraźniej czerpał z nich przyjemność. Podobnie jak wcześniej w przypadku pułkownika, tak i teraz nie spieszył się. Przerywał nieoczekiwanie i pozwalał swej ofierze na odrobinę wytchnienia, a potem znów zadawał jej ból. I jeszcze raz. I znowu. Aż do chwili, gdy Daniel stracił przytomność. Zarządca pochylił się i spojrzał pułkownikowi prosto w twarz.
- Jesteś teraz zadowolony?- Spytał. - Ile jeszcze potrafisz znieść? Ilu ludzi musi za ciebie cierpieć, zanim zrozumiesz, że jesteś nikim?
Jack patrzył mu prosto w oczy, zaciskając zęby aż do bólu. Mięśnie na jego szczękach drgały. Nienawidził tego człowieka. Nienawidził z całego serca. Chciał mu wykrzyczeć w twarz całą swoją złość i frustrację. Chciał rzucić się na niego. Zatopić pięści w jego ciele. Oddać mu z nawiązką to, co zrobił jemu i Danielowi. Ale nie mógł.
- Przysięgam, że mi za to zapłacisz… - Powiedział cicho. Tak cicho, żeby nikt inny nie mógł usłyszeć. A potem po prostu odwrócił wzrok.
- Nie sądzę. - Zarządca uśmiechnął się pod nosem.
Oparł czubek buta na piersi pułkownika i z całą siłą pchnął go na ziemię. O`Neill poleciał do tyłu. Usłyszał świst bata. Odruchowo osłonił się ramionami. Ciężki rzemień raz po raz spadał na niego, rozrywając skórę, kalecząc mięśnie. Zacisnął zęby. Leżał skulony i nawet nie jęknął. Pozwolił powalić się na ziemię. Pozwolił się upodlić. To już nie miało znaczenia. Teraz ważny był tylko Daniel. Pragnął przybliżyć się do niego, dotknąć go i upewnić się, że wciąż oddycha. Zarządca zostawił go wreszcie w spokoju i bez pośpiechu odszedł do swych zajęć. A on pozostał tam bezsilny i zakrwawiony. Z trudem dźwignął się na kolana i podczołgał do przyjaciela. Jackson żył. Tyle tylko zdążył stwierdzić, zanim dwaj strażnicy podnieśli go i siłą zawlekli do pozostałych więźniów.
