Harry nie potrafił się odprężyć, brak alkoholu w krwioobiegu tylko pogarszał jego sytuację. Ludzie podchodzili do nich, zamieniali kilka zdań, przez które długie minuty zastanawiał się z jakimi reperkusjami będą mieli do czynienia i odchodzili. Był dobry w podejmowaniu decyzji na 'tu i teraz', ale długofalowe konsekwencje przerastały go. I częściowo zaczynał się cieszyć, że Lucjusz nie opuszczał jego boku. Zaskakująco sporo członków Rady posiadało wolnych synów, wnuków czy siostrzeńców. Dziękował bogom, że ograniczali czas stręczenia do balów ministerialnych.
Halldor wydawał się bawić wyśmienicie w towarzystwie dwóch Francuzów, ale Harry wyczuwał wyraźnie, że mężczyznę bardziej bawią starania obcej delegacji. Sam nie zamierzał posuwać się do tak podłych gierek. Miał zresztą do stracenia o wiele więcej niż każdy obecny tutaj na sali. Chciał zaufania Norwegów i stałego kontaktu. Najlepiej na gruncie prywatnym. Nawet byłby skłonny przyjąć posadę, którą mu nie tak znowu subtelnie zaproponowano. Wydawało mu się to jednak za wcześnie.
Nie był pewien czy Hermiona zdecyduje się w końcu zacząć spotykać z Draco. A nawet jeśli – ten związek też mógł nie przetrwać. Zostawienie jej samej z dwójką dzieci nie wchodziło w grę. Chciał mieć swoją rodzinę pod ręką. Chciał się nimi opiekować i spędzać wspólnie święta. Czasy komórki pod schodami miały odejść w niepamięć. A przynajmniej miał taką nadzieję.
Nie utrzymywał kontaktu z Dursleyami, odkąd wuj powiedział całkiem szczerze co myśli o nim jako o bohaterze. Ciotka Petunia zresztą czekała tylko aż cała awantura się zakończy. Oddali nawet wszystkiego jego rzeczy – byle pozbyć się z domu magii. Mimo wszystko nie mógł nie zabezpieczyć budynku szczątkowymi zaklęciami. Śmierciożercy musieli znać jego stary adres, a wujostwo nie zasługiwało na śmierć z ich rąk.
Lucjusz podał mu szklankę soku – czwartą już dzisiaj. Malfoy sam wypił kolejne dwa kieliszki wina i na tym poprzestał, sącząc w zamian wodę. Jego umysł musiał pozostać trzeźwy, szczególnie, gdy obserwowano ich tak uważnie. Wiedział, że nie spuszczają ich z oka choćby dalecy francuscy krewni ściganych śmierciożerców. Delegacja włoska wcale nie odnosiła się do nich z mniejszą niechęcią. Rumunów zapewne wstrząsnęła wieść o procesie jednego z Weasleyów, gdy na ich terytorium przebywał inny. I Harry nie zastanawiał się nawet jakie reperkusje dla Charliego czy Billa przyniesie skazanie Rona. Dowody były niepodważalne i prawda musiała zostać powiedziana, ale to nie zmieniało faktu, że cała rodzina nie była winny idiotyzmu jednego z jej członków.
I to chciał udowodnić wszystkim tym, którzy chcieli piętnować w przyszłości dzieci za noszenie nieprawidłowych nazwisk. Sam był jednym z nich – chociaż wydźwięk niosło z goła inny. Jednak nikt nie powinien być oceniany poprzez pryzmat czegoś, na co nie miał wpływu.
Sądził zresztą, że przestanie być oceniany, gdy stanie się dorosły. W końcu domeną wieku powinna być wiedza i odpowiedzialność. A co za tym idzie i faktyczna dorosłość. Jednak widział z jakim niesmakiem Francuzi przyglądali się jego nieozdobionej niczym szacie. Nie przepadał za złotymi nićmi. Zresztą nie było go na nie stać. Nie miał sygnetów – prócz tego rodowego, który znalazła Hermiona w skrytce Gringotta, a którego nie odważył się założyć. Nie krzyczał biedą, ale różnice w posiadaniu były widoczne gołym okiem choćby w tym jak się nosił. Przepych balów Amelii przytłaczał go i nie czuł się wśród tych ludzi komfortowo.
Nie miał wiedzy, pieniędzy ani koneksji. Jego rodzina nie żyła, a siedemdziesiąt pięć procent jego mózgu przebywało w domu świeżo po porodzie. Gdyby Hermiona tutaj była zapewne szeptaliby już na temat Bradleya i Bouforta. Nie ośmielił się jednak powiedzieć nic Lucjuszowi, bo mógł się mylić i nie chciał się ośmieszyć w oczach mężczyzny. Wydawało mu się jednak, że obaj członkowie Rady będą mocno przeciwni proponowanym przez niego i Hermionę zmianom.
Mogli oczywiście liczyć na głosy każdej z kobiet, ale to mogło być za mało. Coraz częściej wydawało mu się, że nie docenili ilości kochanek i nieślubnych dzieci, które spłodzili czystokrwiści.
- Cieszy mnie, że tego balu nie otwieraliśmy tańcem – przyznał Harry, widząc, że Lucjusz zaczyna nerwowo stukać w swoją szklankę.
- Nudzisz się? – spytał mężczyzna wprost kompletnie go zaskakując.
Lucjusz, do którego był przyzwyczajony, nie był tak bezpośredni. Nowy Lucjusz jednak był dość ujmujący.
Harry nie wiedział jednak jak z nim postępować. Mężczyzna chciał chyba szczerości, ale odpowiedzi Harry'ego nie podobały się przeważnie nikomu.
- Najchętniej dorwałbym Francuzów i zakończył tę szopkę. Spędzimy cały wieczór czając się na ludzi, którzy nigdy nie trzymali różdżki poprawnie w dłoni – westchnął.
Lucjusz roześmiał się zaskakująco głośno. I może to była część gry, bo zwrócono na nich powszechną uwagę. Oczy Malfoya nadal błyszczały, gdy uspokajał się po nagłych wybuchu, który zaskoczył wszystkich włącznie z Amelią. Harry instynktownie odebrał szklankę od mężczyzny i powąchał napój. Nic nie wskazywało jednak na to, aby Lucjusza otruto.
- Nie dziwię się teraz dlaczego Voldemort nie miał szans – odparł Malfoy, spoglądając jednak nie na niego, ale kobietę, która zamarła w pół ruchu.
Ta sama francuska arystokratka wcześniej rozmawiała z Kingsleyem. Daleka kuzynka Bellatriks i Narcyzy. Lucjusz najwyraźniej dawał jej w ten sposób do powiedzenia, że jej towarzystwo nie jest mile widziane. Wycofała się zresztą pospiesznie, powiewając przyciężką suknią.
- Nie zawsze wszystkich pokonasz magią – szepnął Malfoy, odwracając się plecami do tłumu.
- I bardzo tego żałuję – przyznał Harry.

ooo

Możliwe, że ich podsłuchano. Całkiem prawdopodobne, że ktoś rzucił na nich czar podsłuchujący. Nie byłoby to najdziwniejszą rzeczą, która spotkała go podczas takiego balu. Amelia czekała na nich na korytarzu i kiedy dołączyli – delegacja francuska żegnała się z Minister w zaskakująco pokojowych nastrojach. Harry miał tylko nadzieję, że nie zrozumieli go w ten sposób, że w pojedynkę zamierza najechać ich kraj. Oczywiście Wizengamot byłby oficjalnie przeciwny, ale Lucjusz zapewne pod stołem dostarczyłby mu potrzebne informacje, adresy.
Harry nienawidził polityki.
- Wychodzą za wcześnie – wyszeptał Lucjusz.
Faktycznie większość pozostałych gości dopiero zaczynała się dobrze bawić. Włosi nareszcie rozluźnili się i wyluzowali, czego nie można było niestety powiedzieć o Terrym. Niewymowny rozglądał się wokół niespokojnie i może chodziło jedynie o to, że aurorzy nie stali na swoich miejscach. Harry znał rozmieszczenie członków ochrony oraz czarodziejów, którzy zostali zaproszeni na bal, a nieoficjalnie byli naprawdę świetni w Obronie Przed Czarną Magią jeszcze w hogwarckich czasach. Pewnie nikt nie kojarzył z tymi nazwiskami Lovegoodów, ale Luna potrafiła zadziwić niejednego.
Kiedy jednak na balu nastąpiło rozluźnienie, każdy poszedł w swoją drogę. I chociaż Kingsley raz na jakiś czas zganiał aurorów pod okna – oni naturalnie migrowali w stronę stołów z jedzeniem.
- To oficjalny afront? – spytał Harry ciekawie.
Dotąd nie zwracał uwagi na podobne szczegóły, ale rzuciło mu się w oczy, że Francuzi rozmawiali tylko z niektórymi członkami Rady.
- Jeśli to miała być demonstracja siły, zaskoczą się – odparł wzdychając. – Bradley wysłał kwiaty Hermionie z zapewnieniem poparcia dla ustawy. To znaczy Lady Bradley, ale od razu widać kto w tej rodzinie ma głos w radzie faktycznie.
Lucjusz spojrzał na niego kompletnie zaskoczony, co sprawiło mu niemałą satysfakcję.
- Chyba łatwiej im tak kłamać. On lawiruje i udaje ważnego, podczas, gdy ona pociąga za sznurki – dodał, nie patrząc już w stronę Malfoya.
Amelia spojrzała na nich sugestywnie, gdy Francuzi wchodzili do jej kominka kolejno. A potem jej wzrok powędrował w stronę sali i to musiało coś znaczyć, bo Lucjusz złapał go za łokieć i poprowadził w tamtą stronę.
- Zatańczymy? – spytał Malfoy jednocześnie wprowadzając w życie największy koszmar Harry'ego.
- Eee… Nie dziękuję - powiedział pospiesznie, ale Lucjusz chyba nie spodziewał się odmowy, bo byli już w półobrocie i Harry poczuł jak ramiona mężczyzny obejmują go pewnie, prowadząc na środek sali.
Wszyscy się na nich gapili – tego był pewien, więc starał się skupić na Lucjuszu, co nie było najłatwiejsze, bo mężczyzna patrzył na niego. I Harry nie nawiązywał z ludźmi zbyt często kontaktu wzrokowego. Większość sądziła, że w jego własnych oczach czai się śmierć, co było śmieszne. Tęczówki Lucjusza też miały żywy kolor, gdy magia przejmowała nad nim kontrolę. Po prostu moc Harry'ego buzowała pod jego skórą ciągle.
Starał się rozluźnić, ale kiepsko mu to wychodziło i w końcu nadepnął Lucjuszowi na palec. Zaczerwienił się wściekle, ale Malfoy prowadził dalej, jak gdyby nigdy nic.
- Przepraszam. Naprawdę nie umiem tańczyć – wyjaśnił bezradnie.
O ile podczas Balu Zimowego w Hogwarcie otwarcie imprezy było dla niego katorgą, wtedy przynajmniej jego ciało należało do niego. Teraz wszystko było nie tak. Jego stopy nie stały tak pewnie na ziemi, punkt ciężkości został przeniesiony lekko do tyłu, a co najgorsze – bał się, że gdy podejdzie bliżej do Lucjusza, ten wyczuje, że jego brzuch się zaokrąglił. Hermiona pocieszała go, że to i tak niewiele, ale on wiedział lepiej. I nie chciał ryzykować. A już na pewno nie zamierzał czytać w 'Proroku' artykułów o tym, że przytył ze smutku w samotności.
Jak na zawołanie pojawiły się błyski fleszy, które na chwilę go oślepiły. I Lucjusz objął go mocniej, stabilizując w kolejnym półobrocie. Harry nie wiedział nawet co tańczą, ale Malfoy był tak pewny siebie, że pewnie pokrywał jego niedoskonałości.
- A jednak to robisz – powiedział spokojnie Lucjusz. – Nie zastanawiaj się, gdzie stawiasz stopy. Poprowadzę cię – obiecał mu Malfoy.
- Nie wiem czy to dobry pomysł – przyznał Harry niemal od razu, czując, że jego policzki płoną.
I wiedział jakie zdjęcia ukażą się w 'Proroku'. Oczywiście Lucjusz zapewne wyśmieje doniesienia o tym, że Harry Potter się w nim zadurzył, ale Hermiona nie da mu żyć. Już na wiadomość o tym, że Lucjusz zaprosił go na bal, zareagowała jak na deklarację zainteresowania. I czekał tylko, aż sytuacja z bliźniakami wyklaruje się na tyle mocno, aby powiedzieć jej, że Lucjusz jest w zasadzie zajęty. Nie chciał dodawać tego na jakich zasadach Malfoyowie żenili się. To byłyby tylko niepotrzebne nerwy, a sprawa kompletnie nie dotyczyła Draco. Dla niej byłaby to tylko dodatkowa wymówka dlaczego powinna potrzymać chłopaka na dystans jeszcze przez jakiś czas.
- Ufasz mi? – spytał Lucjusz i wydawał się naprawdę ciekawy odpowiedzi.
Jakby nie znał jej od pewnego czasu. Harry nie miał zbyt wielu przyjaciół, ale chciał w poczet nich zaliczyć Malfoya. Skrycie liczył na to, że kiedyś będą na tyle blisko, że zaczną wpadać z dzieciakami na niedzielne obiadki. Może kiedy jego syn lub córka byliby na tyle duzi, zdradziłby im ich własne pochodzenie. Wiedział jak ważne było, aby usłyszeli o tym od niego. Sam był trzymany w mroku przez całe swoje dzieciństwo i nie kojarzył tego czasu zbyt dobrze.
Lucjusz dalej czekał na swoją odpowiedź i Harry westchnął.
- Tak – przyznał szczerze i nie mówił tylko o tańcu.
Obaj o tym wiedzieli. Lucjusz uśmiechnął się lekko, zadowolony z odpowiedzi.
- Co i tak nie ma nic wspólnego z tańcem – dodał, a potem zdał sobie sprawę, że poruszają się kompletnie do innego rytmu, całkiem innej piosenki, więc wirowali dobre parę minut.
Nie sprawiło mu to zbyt wielkiej przyjemności. Hermiona zawsze promieniała w tańcu. Jednak nie było to najgorsze doświadczenie w jego życiu. Lucjusz wydawał się zadowolony z siebie. I może coś było w tym całym zaufaniu, bo Harry nie martwił się, że upadnie czy się potknie. Lucjusz obejmował go mocno i pewnie. Może trochę za bardzo przylegali do siebie, ale to były milimetry. Pozwolił sobie na uśmiech, gdy ostatni flesz zabłysnął w sali wypełnionej dyplomatami.

ooo

Szok Amelii był jak najbardziej zrozumiany. Nigdy nie wspomniał jej o dalszych planach, a towarzyszący mu Harry Potter oraz strzępki informacji, które podrzucał Minister – wymalowały jej dość klarowny obraz. Nie chciał małżeństwa z rozsądku. Jednak nie mówił, że ślub przestał go interesować. I nie zamierzał na głos wypowiadać tylko kilku słów, które zapewne zaskoczyłyby niejednego.
Nie kochał Harry'ego – jednak był na dobrej drodze do tego, aby chłopak stał się jedną z najważniejszych osób w jego życiu. Już teraz upewniał się, że bardziej doświadczeni politycy nie polują na Pottera oraz jego ustawę. Działał zakulisowo jak zawsze, więc nikt nie łączył faktów. Poza oficjalnymi spotkaniami widywali się rzadko, ale każda z tych rozmów była dla niego na wagę złota. Nie chciał, aby Wizengamot dowiedział się o jego planach przed samym Harrym, a plotki wśród Radnych zaczynały krążyć dość szybko.
Znał Pottera na tyle dobrze, aby wiedzieć, że chłopak spłoszyłby się. A Lucjusz chciał mieć szansę na udowodnienie jak dobrzy mogliby być razem. Amelii nie musiał podsuwać wizji ich przyszłego małżeństwa, ponieważ kobieta była racjonalna. Z Harrym nie chodziło o umysł. I wiedział doskonale co mówiono o Malfoyach. Przyznawał się do wyrachowania i pragmatyzmu, ale czarodziejskie społeczeństwo czerpało z tego profity od lat. Draco był czystym dowodem na to, że czasem odchodzili od ustalonego przed wiekami schematu, który pozwolił im na osiągnięcie tego, co mieli obecnie.
Harry nie opierał się mu, gdy Lucjusz poprowadził go do tańca. Nie fizycznie – przynajmniej. Słaby protest stłumił się sam, gdy chłopak odkrył, że już się poruszają po parkiecie. I ta nieśmiałość Harry'ego była ujmująca. Chłopak był tak niepewny każdego ruchu, że czekał aż Lucjusz go zainicjuje. I nie byłby mężczyzną, gdyby ta forma kontroli nie sprawiała mu satysfakcji. Harry poddawał się mu dokładnie z tą samą naturalnością, z którą ostatnim razem w tym domu zaczęli całą tę kabałę. I Lucjusz chciał tylko wyprostować pewne fakty.
Amelia obserwowała go uważnie z rogu sali i zapewne dla każdego postronnego wyglądali jak dwóch kolegów z pracy, którzy dotrzymywali sobie towarzystwa podczas oficjalnego spotkania. Wszyscy wiedzieli o śmierci jego żony. Jednak dla Amelii było to coś więcej i oboje zdawali sobie sprawę z tego, że od tej pory będzie widywany z Harrym tak często jak na to pozwoli chłopak.
Kolejny utwór zakończył się i Lucjusz pozwolił sobie na uśmiech. Oczy Harry'ego błyszczały jak nigdy i najchętniej wtuliłby w siebie niższego mężczyznę, ale to byłoby przekroczenie pewnej granicy. Na razie ta odległość była doskonała. Na razie to musiało im wystarczyć.

ooo

Harry był święcie przekonany, że doskonałość tego wieczoru nie może być zaburzona. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że jak zawsze nie docenił swojego pecha. Wyszedł z kominka trafiając w sam środek kłótni. Molly zarumieniona na twarzy musiała wrzeszczeć od kilku dobrych minut, bo jej głos był zachrypnięty. Hermiona zapłakana ukrywała się za Draco, który z niewzruszoną miną obracał różdżkę w dłoni.
- Odwołasz te słowa, kłamliwa suko. W innym wypadku wyzwę na pojedynek twojego męża i go zabiję. Potem wyzwę najstarszego z synów i również go zabiję. I będę zabijał dopóki nie zostanę usatysfakcjonowany – poinformował ją Malfoy zimno. – I będziesz patrzyła jak każde kolejne z twoich dzieci ginie. Jeśli będziesz miała szczęście, oszczędzę twoją córkę…
- Co tu się do cholery dzieje? – spytał Harry.
Nie słyszał płaczu bliźniaków, więc zapewne dzieci znajdowały się na piętrze. I dziękował wszystkim bogom, że Norwedzy dopiero zaczęli pić. Amelia miała się ich nie pozbyć ze swojej posiadłości do południa. Terry obiecał ich eskortować z powrotem. Harry uwielbiał tych blond wielkoludów, ale nie był w stanie wytrzymać ich tempa. Zresztą wydawali się tego od niego nie wymagać.
- Co się dzieje? Jak ona długo sypia z tym… - warknęła Molly.
- Och, Ginny też zabiję – wszedł jej w słowo Draco i coś zimnego pojawiło się w jego oczach. – Spoliczkowała Hermionę, ponieważ uważa, że tym razem zdradzała Rona ze mną. Jej synalek musi być naprawdę kiepski w łóżku, skoro sami rozpuszczają takie plotki. Nie będę się nawet zniżał do twojego poziomu. Po prostu wyjdź zanim pstryknę i pojawi się tutaj oddział aurorów. Jesteś w strzeżonym domu pod ochroną Ministerstwa. Postaram się, aby 'Prorok Codzienny' zamieścił odpowiedni artykuł. Co powiesz na 'Szalona matka więźnia Azkabanu nie daje spokoju matce dwójki dzieci'? – zakpił Draco.
Harry wziął głębszy wdech i spojrzał z niedowierzaniem na Molly, do której dopiero zaczynało dochodzić, że jest na straconej pozycji. Spodziewał się, że kobieta będzie chciała zobaczyć wnuki, ale w tym stanie nie chciał jej nawet w towarzystwie Hermiony.
- Wynoś się, Molly. I jeśli będziesz chciała zobaczyć dzieci, masz przyjść w towarzystwie Ginny – powiedział, starając się brzmieć racjonalnie. – Jeśli uderzysz Hermionę albo zagrozisz dzieciom, ostatnim o którego będziesz się martwić, będzie Draco Malfoy. A i on jest cholernie niebezpieczny – dodał Harry, czekając aż kobieta przestanie się trząść.
- Nie możesz – zaczęła Molly.
- Nie mogę czego? – spytał Harry. – Twój syn użył czarnej magii i nikt go do tego nie zmuszał. Twój syn przekroczył granicę i męczył swoją żonę. To twój syn odrzucił moją przyjaźń, gdy chciałem, aby się pogodzili. Czekał aż Hermiona przyjdzie na kolanach do niego. To jest miłość? To jest małżeństwo, które jej proponował? Tak go wychowałaś? – spytał, robiąc krok w stronę Molly, która bladła z każdym słowem. – Artur wydaje się racjonalnym człowiekiem. Może zatem porozmawiam z nim na twój temat. Niech wyrzuci cię z domu i czeka, aż się opamiętasz. Niech użyje na tobie zaklęć jakich chce. W zasadzie nie bardzo mnie to w tej chwili obchodzi – odparł. – A kiedy już będziesz upokorzona i bez rodziny, kiedy twoi przyjaciele się od ciebie odwrócą, może zrozumiesz, że Ron jest dupkiem. O Ronie staramy się zapomnieć, bo musielibyśmy nienawidzić. I mamy nadzieję, że Ron nie opuści Azkabanu. Twojego syna już nie ma. Możesz jeszcze mieć wnuki, ale w tej sytuacji raczej nie pozwolę Hermionie na wpuszczenie cię w pobliże dzieci. I jeszcze dzisiaj poinformuję aurorów, aby nie wpuszczano cię na teren Ministerstwa.
Molly otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale głos utknął jej w gardle. I Harry czuł wyraźnie, że jego magia buntuje się przeciwko złu. Czuł wyraźnie Mroczny Znak Draco i chociaż dzisiejszego dnia tańczyli z Lucjuszem, jego moc już dawno nie prosiła o to, aby jej użyto. Możliwe, że Molly wyczuwała instynktownie zagrożenie, bo ruszyła w stronę drzwi prowadzących na ulicę.
- To jeszcze nie koniec. Nie pozwolę tej…
- Uważaj na słowa – przerwał jej, idąc tuż za nią.
Molly podskoczyła.
- Jak możesz być taki… - zaczęła jeszcze raz Weasley.
- Wracaj do domu, Molly i powiedz Arturowi, że z nim porozmawiam – rzucił, zatrzaskując za nią drzwi.
Kiedy wszedł do salonu, Draco obejmował Hermionę, bo dziewczyna trzęsła się tak mocno, że nie była w stanie stać prosto.
- Wpuściła ją, bo sądziła, że Molly przyszła do wnuków. Nie interesują jej jednak dzieci – powiedział Draco z pewnością w głosie.
I nawet bez jego zdania, Harry był pewien, że Molly po prostu postradała zmysły. Rodzina przestała być dla niej najważniejsza. Molly zawsze była dumna ze swoich dzieci i lubiła się chwalić ich osiągnięciami. Ron był jednak jej oczkiem w głowie, odkąd zaprzyjaźnił się z nim i Hermioną. Od tamtej pory zawsze trzymali się razem.
- To dobrze, że nie użyłeś na niej zaklęć – powiedział Harry, nie wiedząc dokładnie co powinien dodać w tej sytuacji.
Molly wykorzystała wieczór balu, wiedząc, że dom będzie pusty. I może nawet zaatakowałaby niestabilną magicznie po porodzie Hermionę w akcie jakiejś dziwnej zemsty, której nie rozumiał. Nie chciał nawet myśleć o tym, co by się stało. Dom był zabezpieczony, ale bardziej przed wtargnięciem. Oczywiście użycie magii na terenie budynku było rejestrowane, ale aurorzy pojawiliby się tutaj dopiero w kilka minut. I wcale mu się to nie podobało.
Czuł nadal sygnaturę magii Molly, więc wziął głębszy wdech spajając moc kobiety z fundamentami domu. Słyszał, że próbują się z nim porozumieć, ale jego magia potrzebowała ujścia, więc dawał jej okazję. Kiedy wreszcie otworzył oczy, Hermiona patrzyła na niego wyraźnie zaniepokojona.
- Jeśli Molly spróbuje skrzywdzić na terenie domu kogokolwiek, magia ją zabije – powiedział spokojnie. – I czas najwyższy, żebyśmy zaczęli działać. Nie chcesz chyba, aby coś takiego powtórzyło się w przypadku każdej kobiety, która postanowi się rozwieść.
Kącik ust Hermiony uniósł się nieznacznie w parodii dawnego uśmiechu.
- Manipulujesz mną – odgadła z łatwością. W końcu nie był nawet subtelny. – Za dużo przebywasz z Lucjuszem – dodała.