Hermiona uspokoiła się dopiero po kilku godzinach i Harry był tak wyczerpany, że ledwo doszedł do swojego pokoju. Nie skomentował nawet faktu, że Draco ze sporą niezręcznością zaczął uspokajać dzieci, które obudziły się gdzieś w międzyczasie. Malfoyowi kołysanie dwójki musiało sprawiać pewną trudność, ale też nie chciał żadnego oddać i z pewną fascynacją przyglądał się tym różowym buźkom, na których – Harry był pewien – już niedługo miały się pojawić piegi. Tak znienawidzone przez Draco w czasach szkolnych. Nie wiedział do końca do tej pory, co było grą Malfoyów, a co faktycznie mówili z serca w latach, w których byli szpiegami, a ich losy przecinały się. I nie chciał wyjaśniać każdej najdrobniejszej sytuacji. Hermiona miała pod pewnymi względami rację i czas było po prostu zapomnieć.
Kiedy wstał następnego ranka – Halldor sączył herbatę odrobinę pobladły, jakby jednak własny upór w piciu go pokonał. I Harry nie miał dobrych wieści. Pospiesznie rzucony Tempus zdradzał, że pozostało im zaledwie kilka minut do pierwszego oficjalnego spotkania. Pozostali członkowie delegacji mogli sobie odpuścić, ale najstarszy z nich musiał się pojawić. Zresztą Lucjusz podejrzewał, że Francuzi będą się pojawiać na spotkaniach naprzemiennie skupiając się bardziej na rozmowach zakulisowych.
Kingsley przygotował prezentację na temat najnowszych metod szkoleniowych, które wykorzystywano teraz do uczenia aurorów. Harry znał podstawy i wiedział jak wiele zmieniło się w czasie wojny. Nowe struktury grup, które opracowano i dobrano tak, aby każdy był w stanie czuć się bezpiecznie w świecie, gdzie Imperio stało się normą nawet wśród tych najbardziej odpornych na czarną magię. Walki w grupach i w pojedynkę, w oblężeniu i na pustej przestrzeni. Wszystko to teraz brano pod uwagę, a nie jedynie kontrolę domów czy ochronę Pokątnej i Hogsmeade.
Gdyby Ministerstwo na siłę nie próbowało zwiększyć liczby aurorów – może faktycznie mogliby się pochwalić jakimś reprezentacyjnym oddziałem, ale jeszcze niedawny atak na parterze budynku wykazał, że mieszanie tych mniej zdolnych i pojętnych z ludźmi, dla których ten zawód był życiem – jednak źle wychodzi dla tych drugich. Ci pierwsi i tak nie mieli szans na polu walki.
- Jak rozmowy? – spytał Harry, ignorując fakt, że w korytarzu wciąż wisiał płaszcz Draco.
Nie zamierzał tego komentować, jeśli Hermiona nie chciała o tym rozmawiać. Może jednak atak Molly, uświadomił jego przyjaciółce, że nie była sama – tak faktycznie. I miała nie tylko jego, ale Draco był na tyle zdeterminowany i pewny swego, że nie przestraszyła go nawet szalona eks-teściowa. Może gdyby ktoś zrobił przy nim podobną scenę, sam spieprzałby gdzie pieprz rośnie. A może chodziło o to, że odważnym stawało się dla tej jedynej osoby, bo jakoś nie wyobrażał sobie siebie wycofującego się z przyjaźni z Lucjuszem w dobie tego, że w każdej chwili mężczyzna mógł ogłosić swoje zaręczyny.
Może z Draco po prostu byli na straconej pozycji od zawsze.
- Wasze trunki to czysta trucizna – odparł Halldor. – Gdyby nie zioła i nie magia, sądziłbym, że próbowano mnie otruć.
- Nikt ci tego do gardła nie wlewał – przypomniał mu Harry i z zaskoczeniem zauważył, że brzmi jak jakaś cholerna matrona.
Nie pamiętał też kiedy ostatnio wyszedł z domu tak po prostu, aby posiedzieć z przyjaciółmi. A Seamus zapraszał go przynajmniej raz na dwa tygodnie, gdy jego jednostka pokazywała się na Pokątnej. Luna zapewne też nie miałaby nic przeciwko wspólnej herbacie. A i Nevilla nie widział pewnie z pół roku. McGonagall przestała pisać, gdy tylko pojawiły się w prasie wzmianki o szczycie dyplomatycznym i nawet zapewniła go, że wznowią listowny kontakt, gdy będzie miał więcej czasu, jakby z góry wiedziała ile wysiłków będą kosztować go te rozmowy.
Harry nie był idiotą. Jego była dyrektorka w swoich listach cały czas wspominała o trudach odbudowy Hogwartu i planowali z Hermioną nadmienić na ten temat podczas jednego z posiedzeń Rady. Bradley, chociaż tak skupiony na edukacji, bardziej bawił się zmienianiem przepisów niż faktycznym finansowaniem placówek.
Halldor uniósł brew i skrzywił się.
- Za pięć minut musimy być w Ministerstwie – poinformował go Harry, zapinając szatę do końca.
Brak snu odbił się na nim dotkliwie, ale to był wybieg stosowany przez lata. Umęczony dyplomata nie miał sił i ochoty się kłócić. Dlatego Lucjusz sugerował im alkoholową wstrzemięźliwość całkiem nieświadom faktu, że Harry i tak nie miał wyboru. Hermiona sugerowała mu zakupienia butelki lub dwóch elfiego wina, które miało więcej środków odżywczych niż alkoholu, ale cennik przyprawił go o zawał. Herbata i soki wystarczały mu w zupełności, a odkąd Lucjusz wykupił dla niego całą herbaciarnię –jego życie stało się prawie rajem.
Gdyby jego stopy nie puchły od czasu do czasu i nie miewał mdłości podczas każdej podróży kominkiem – zapewne byłby w stanie docenić fakt, że jako jedni z nielicznych przybyli na czas. No i wyglądali o wiele lepiej od Włochów.
Zebrali się w sali Wizengamotu, która została przekazana delegatom na czas szczytu. Rada i tak ograniczyła swoje spotkania, czekając bardziej na ich raport z przeprowadzonych rozmów. Uchwalono, że Wizengamot swoje zaufanie pokłada w ocenie Lucjusza, który był ich jedynym pełnomocnikiem. Harry nadal pracował z ramienia Minister, chociaż Amelia chyba nie planowała go pouczać, skoro Lucjusz miał go na oku. I to trochę ułatwiło mu zadanie, chociaż nie zamierzał we wszystkim popierać mężczyzny. Znali się z Lucjuszem zbyt długo, aby nie znać swoich granic i wiedział, że ani Bones ani Malfoy tym bardziej tego od niego nie wymagają. Był Harrym Potterem, na gacie Merlina! A według Hermiony już samo to oznaczało stawianie miotły pod wiatr.
Szum szeptów unosił się nad salą, gdy weszli do środka i Halldor z ciekawością przyglądał się ornamentom zdobiącym pomieszczenie. Zmieniono jej wystrój i już nigdy nie miała przypominać miejsca, w którym skazywano więźniów. Przesłuchania prowadzono w piwnicach budynku, których Harry nie chciał nazywać lochami, bo zbyt kojarzyły mu się ze Snapem.
Kingsley odchrząknął, gdy Lucjusz wszedł do sali sekundy tuż po czasie i może Malfoy wybrał dokładnie ten moment, bo przyciągnąć największą uwagę.
- W imieniu Rady Czarodziejów Wielkiej Brytanii, chciałbym serdecznie powitać wszystkich zebranych. Nie przypisano Państwu miejsc i to nie ma znaczenia. Jesteśmy wszyscy sobie równi i plany szczytu leżą przy każdym stanowisku – poinformował ich Lucjusz, przykładając różdżkę do własnej krtani.
I Harry nie mógł nie zauważyć jak mięśnie jego szyi pracowały przy każdym słowie.
- Oficjalnie szczyt rozpoczął się wczoraj i Pani Minister w słowach krzepiących przekazała dokładnie to co powinniśmy mieć w pamięci, gdy będziemy debatować nie tylko nad przyszłością czarodziejskiego świata, ale również samej magii – ciągnął dalej Lucjusz, a jego głos był czysty i klarowny.
Mężczyzna nie wahał się przy żadnym słowie i nie sposób było się nie zachwycić.
- Stoimy w punkcie, w którym możemy poddać się mrocznym siłom, które nadal wiszą nad Europą, a które nie zostały do końca zwalczone. Stoimy w punkcie, gdzie przed nami jest wybór; czy pójdziemy na przód i zjednoczymy się przeciwko Złu? Czy znów popełnimy ten sam błąd i zamkniemy się we własnych granicach z nadzieją, że nie będzie nas dotyczyć temat śmierci i zabijania niewinnych – podjął Lucjusz, gdy jego wcześniejsze słowa przebrzmiały i Harry poczuł znajomy dreszcz przebiegający mu wzdłuż kręgosłupa.
Pani de Moirselle weszła do sali w towarzystwie dwóch mężczyzn. Coś było jednak wyraźnie nie tak. Harry czuł wyraźnie magię, która spowijała przestrzeń wokół kobiety mgłą tak gęstą, że niemal nie widział jej twarzy. I wiedział, że nikt nie czuje tego tak jak on. Miał tylko jedno skojarzenie i musiało być prawidłowe. Ktoś rzucił tak mocne zaklęcia, żeby moc Mrocznego Znaku została przytłumiona.
Jego serce zaczęło bić szybciej, pompując do żył krew pod sporym ciśnieniem. Kobieta mijała kolejne rzędy i zdał sobie sprawę, że nie zamierzała usiąść.
- Lucjuszu! – krzyknął, wyciągając różdżkę przed siebie, ale ta została mu wybita silnym zaklęciem.
Malfoy na szczęście odskoczył zanim Avada uderzyła w niego i w pulpicie ziała ogromna dziura. Krzyczano zewsząd i ci śmieszni delegaci próbowali rozbiec się, schować gdziekolwiek, jakby sala Wizengamotu umożliwiała cokolwiek takiego. Poderwał się na równe nogi, kątem oka dostrzegając, że nie mieli do czynienia z trzema napastnikami, lecz czterema i wtedy rozległ się ten przerażający śmiech, który poznałby wszędzie.
Bellatriks celowała do Lucjusza, który cofał się w tył aż trafił na ścianę. I Harry nie wiedział czy zamknąć oczy, czy patrzeć dalej. Jego problem rozwiązał ostrzegawczy krzyk Terry'ego, który z lewej próbował powstrzymać kolejnego ze śmierciożerców. Dwóch Włochów nie ruszało się na podłodze, a brak krwi wcale nie oznaczał niczego dobrego. Halldor stawiał czynny opór, torując mu przejście i nie wiedział nadal gdzie jest jego różdżka. Miał sekundy, aby zdecydować, więc po prostu sięgnął po swoją magię, gdy wbiegł między Bellatriks i Lucjusza.
- Avada kedavra - krzyknęła i to było tak jak wtedy w lasku, tylko Hagrid nie miał swojej parasolki.
Harry zacisnął oczy, gdy poczuł uderzenie i jego magia wydała z siebie dźwięk – chyba po raz pierwszy. Nie wiedział czy to jęk czy płacz, ale jego ciało skurczyło się, a potem upadł na posadzkę, czując wyraźnie jak dziecko wysysa z niego wszystko co jest w stanie. Uniósł do góry dłonie, chcąc utworzyć chociaż najmniejszą tarczę, ale nie poczuł własnej mocy na opuszkach palców. Spróbował jeszcze raz, ale to było na nic i Bellatriks roześmiała się radośnie, chyba zdając sobie sprawę z jego położenia.
- A jednak nie pan życia i śmierci – zachichotała czarownica unosząc swoją różdżkę ponownie do tyłu.
I Harry wziął głębszy wdech zastanawiając się czy to będzie bolało. Jednak Bellatriks nie powiedziała ani słowa, upadając w ciszy tuż przed nim. Sporej wielkości nóż tkwił w jej plecach i Harry spojrzał na Halldora, który stał kilka kroków od nich z ręką wciąż uniesioną jak do rzutu.
- Dzięki - wymamrotał Harry zanim zapadła całkowita ciemność.
ooo
Lucjusz nie wierzył własnym oczom, ale Granger wdarła się do Świętego Munga i zmusiła dwóch Uzdrowicieli do zajęcia się jej dziećmi. Magia kobiety była tak niestabilna, że mdłości powodowała nawet u niego. Jej szlafrok nie pozostawiał w wątpliwości w jak wielkim popłochu się zbierała.
- Czy ktoś go dotykał? – spytała zdenerwowana, pochylając się nad nieprzytomnym Potterem.
Zatrzymano krwawienie z jego blizny, ale Harry się nie obudził. I Lucjusz najchętniej dotknąłby jego rąk, ale otaczano ich ze wszystkich stron. Jego własne rany nie były aż tak powierzchowne jak napędzany adrenaliną sądził. Lewe ramię mogło być pogruchotane i zapewne musiałby odbudować tej nocy kości, co nie miało być przyjemne. Szczególnie dla czarodzieja w jego wieku. Dawne kontuzje quidditchowe odzywały się od czasu do czasu i teraz musiałby się pogodzić z permanentnym bólem w każdy deszczowy dzień, a w Szkocji padało dość często.
Hermiona rozmawiała z Uzdrowicielem prowadzącym i potrząsała głową tak bardzo, że jej loki kaskadami spadały na plecy.
- Nie! Nie dotknie go żaden z was – powiedziała zdecydowana.
- Pani Weasley… - zaczął mężczyzna i to był jego błąd.
- Granger, nazywam się Granger – poprawiła go zimno. – I nie dotkniesz mojego przyjaciela. Jego wolą ja stanowię jak jest leczony, gdy jest nieprzytomny. I nie pozwalam na przeprowadzenie żadnych skanów. Macie go natychmiast przenieść do naszego domu.
- Nie wiem czy to rozsądne – zaczął tamten.
- Nierozsądna byłaby moja różdżka wciśnięta w twoje jądra, gdy moja magia wciąż się nie ustabilizowała – warknęła Granger i Lucjusz zobaczył w niej czarownicę, która jeszcze nie tak dawno przeciwstawiła się śmierciożercom.
I nie miała wtedy nawet osiemnastu lat. Uzdrowiciel musiał sobie przypomnieć z kim rozmawia, bo pobladł natychmiastowo i zrobił gwałtowny krok w tył, wpadając na wózek z eliksirami.
- Hermiono – zaczął Lucjusz. – Magia Harry'ego się wyczerpała – poinformował ją, starając się brzmieć spokojnie.
Jednak przed oczami miał wciąż obraz chłopaka pojawiającego się nagle między nim i Bellatriks. I gdyby nie ten przerośnięty Norweg Harry nie żyłby. I Lucjusz nie musiałby się tym nawet martwić, bo również byłby martwy. Słyszał plotki o tym, że Harry przeżył nie jedną, lecz dwie śmiercionośne klątwy, ale kiedy zobaczył to na własne oczy – nie mógł uwierzyć. I jedynym skutkiem ubocznym wydawała się utrata przytomności. Niestabilność magiczna już go tak nie martwiła.
- Pan Potter po tak wielkim wysiłku mógłby się stać charłakiem – zaczął Uzdrowiciel i to zapewne miało zmusić Granger do współpracy.
- Magią, którą dysponuje z powodzeniem mógłby obdzielić połowę charłaków Wielkiej Brytanii – odparła dziewczyna, wydymając usta. – Czego Harry potrzebuje to odpoczynku – dodała, jakby doskonale wiedziała, że Potter jest cały i zdrowy.
Lucjusz nie miał takiej pewności. I kiedy zobaczył, że dziewczyna cichcem skanuje ciało Harry'ego, ulżyło mu. Niebieski kolor zaklęcia zwrotnego zawsze oznaczał coś stabilnego – tego nauczyła go Narcyza, gdy Voldemort przejął ich posiadłość.
Chciał zaproponować Granger, że pomoże jej przenieść Harry'ego, ale Norwedzy przepchnęli się między nich, docierając nareszcie jak spóźniona świta. Dziewczyna wyraźnie się odprężyła i przestała kompletnie zwracać na niego uwagę. Ktoś zresztą zaczął prześwietlać jego bark i Lucjusz spojrzał na swoją prawą dłoń, która wciąż ściskała dwie różdżki; jego własną i tę, którą podniósł z podłogi sali obrad Wizengamotu.
ooo
Kingsley pojawił się u niego tego samego wieczoru. Draco kursował pomiędzy posiadłościami, podzielony pomiędzy opieką nad nim, dziećmi i Potterem, który wciąż pozostawał nieprzytomny. Granger jednak podobno nie wydawała się zaniepokojona, więc brał to za dobrą monetę, zagryzając usta, ilekroć przed jego oczami zamajaczył obraz chłopaka pojawiającego się znikąd. I Harry był już wtedy rozbrojony. Jeśli miał jakiekolwiek wątpliwości czy chłopak darzył go jakimkolwiek uczuciem – one zostały rozwiane w jednej chwili i coś w nim skręcało się na samą myśl, że i w tej samej chwili mogły zakończyć się wszystkie jego skryte marzenia, których nie zdradzał nawet samemu sobie.
Stary auror wyglądał na wyczerpanego, gdy zapadł się w jego kanapie z kieliszkiem w dłoni.
- Nie pijesz? – spytał zdziwiony mężczyzna.
- Eliksiry – odparł lakonicznie, wiedząc, że nie będzie musiał niczego dodawać. – Poza tym Amelia może mnie jeszcze dzisiaj potrzebować – dodał, chociaż nie był już tak pewny.
Terry Boot zdał raport Minister i upewnił się, że wszyscy trafili z powrotem do chronionych domów. Jeden z Włochów nie żył, kilku innych delegatów zostało potraktowanych Niewybaczalnymi. Niewymowny jakimś cudem rozpoznał tych, na których użyto Imperio i Lucjusz bardzo był ciekaw jakim cudem mu się to udało. Badania, które przeprowadzano w tajnych pokojach Ministerstwa były legendarne, ale nigdy nie sądził, że faktycznie coś mu umknęło. Nie wątpił, że Amelia również nie miała pojęcia.
- Renu zaczyna prześwietlać swoich ludzi. Pani de Moirselle nie żyje. W jej bagażu znaleziono listy od Bellatriks. Ukrywała się we Francji. Planowała przybyć do Wielkiej Brytanii wraz z delegacją od samego początku. Zdjęliśmy posterunki w posiadłości, w której Lestrange stracił życie – poinformował go Kingsley.
Wraz z tym małżeństwem z piekła rodem zginął niemal cały front. Lucjusz wątpił, aby śmierciożercy podnieśli się po tak dotkliwej porażce. Do tego sytuacja polityczna miała się zmienić. Planowali podczas szczytu wciągnąć kilka kolejnych zaklęć na listę Niewybaczalnych i wątpił, aby mieli z tym teraz jakiś problem. Kilku delegatów na własne skórze odczuło ich działanie, a tego się nie zapominało.
- Nie wiem dlaczego Harry nie użył jej Mrocznego Znaku – westchnął Kingsley. –Ten chłopak zawsze szybciej działał niż myślał.
- Nie mógł go sięgnąć – odparł Lucjusz, biorąc głębszy wdech. – Nie mógł go sięgnąć, bo Bellatriks miała na sobie tyle zaklęć, że trudno było zidentyfikować to fundamentalne, rzucone na stałe. Dlatego udało się jej wejść na teren Ministerstwa.
- Merlinie – westchnął Kingsley. – Czy mamy jakąś szansę się zabezpieczyć? – spytał i to było kompletnie retoryczne, ale Lucjusz nie mógł się nie zastanawiać nad tym samym.
Jego dom był bezpieczny, ponieważ chroniła go krew wielu pokoleń, ale w fundamentach Ministerstwa nie osadzano zaklęć kolejnych obejmujących najważniejsze stanowisko w państwie czarodziejów. A może ten zwyczaj należało wprowadzić, chociaż wątpił, aby Amelia miała na tyle mocy, aby zapoczątkować tak skomplikowany czar. Potrzebny był ktoś pokroju niego lub Harry'ego, ale niestety budynek nie był nominalnie ich siedzibą. Wizengamot zajmował wyłącznie jedno pomieszczenie, które jeszcze do niedawna wydawało mu się skutecznie zabezpieczone.
- Aurorzy spóźnili się – powiedział Lucjusz, przypominając sobie wyraźnie, że niewielki oddział wpadł do środka, gdy było po sprawie.
Halldor wyciągnął już wtedy nóż z pleców Bellatriks, chociaż ostrzegali go, że nie powinien dotykać ciała. To również Norweg podniósł nieprzytomnego Harry'ego z posadzki. Wielu delegatów sądziło, że chłopak oddał za nich życie i słyszał wykrzykiwane w uniesieniu modlitwy, jakby one miały zmienić cokolwiek. Lucjusz miał dość ofiarności Gryfonów –czas był najwyższy na działanie, a nie sporadyczne akty heroizmu, których nigdy więcej nie chciał zobaczyć na oczy.
- Ktoś wezwał ich na parter. Urzędnik niższego szczebla – odparł Kingsley.
- Imperio? – spytał Lucjusz, nie mrugnąwszy nawet okiem.
Kingsley jednak potrząsnął przecząco głową.
- Co gorsza nie. Zdrajca. Powiedziałbym, że tego najniższego sortu. Prześwietliliśmy jego rodzinę. Ilość jego kochanek zawstydziłaby niejednego. Większość z nich została z dziećmi. Ustawa, o której mówi się tak w kuluarach, pogrążyłaby go nie tylko finansowo. Jego żona nie wie i na pewno rozwiodłaby się – odparł Kingsley. –Znaczy teraz na pewno się rozwiedzie, bo nasi chłopcy przez przypadek powiadomili ją, że całe to stado kobiet, to kochanki jej męża.
Lucjusz pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Jeśli prace nad ustawą ustaną albo opinia publiczna dowie się, że urzędnicy Ministerstwa próbują zastopować prace nawet kosztem życia Harry'ego, chłopak nie tylko stanie się ponownie w centrum uwagi, ale kobiety wyjdą na ulice. I to w tym mniej przyjemnym znaczeniu – odparł Kingsley i mrugnął do niego porozumiewawczo. – I żebyśmy mieli jasność. Będę szedł w pierwszym rzędzie, bo nie ma mowy, żeby moja żona nie zorganizowała pierwszej pikiety pod bramami Ministerstwa, a wiem co robić, jeśli mi życie miłe. Nawet utrata stanowiska nie jest tak przerażająca jak gniew kobiety… - rzucił i może to miał być żart, ale Lucjusz pamiętał jak Narcyza broniła Draco, gdy zachodziła taka potrzeba.
Jak wiele Crucio poleciało w jej stronę od Bellatriks czy nawet samego Voldemorta pod jego nieobecność.
- Jestem pewien, że będziesz musiał walczyć o miejsce z moim synem – odparł Lucjusz spokojnie.
Kingsley zaśmiał się krótko.
- Aż tak bardzo zaangażowany w sprawy kobiet? – zakpił auror.
- Nie wiem jak z kobietami, ale Granger na pewno go angażuje – przyznał spokojnie.
Draco zresztą miał się pojawić lada chwila w salonie z wiadomościami o Harrym. Może Kingsley zresztą doskonale o tym wiedział, bo Ministerstwo od samego początku monitorowało jego Sieć Fiuu dla bezpieczeństwa dyplomatów. Kingsley też autoryzował połączenia na jego pisemną prośbę. Nie mogło mu umknąć, że posiadłość Malfoyów i Blacków ponownie stały się sobie bliskie. I Potter pewnie nie zdawał sobie nawet sprawy, że dom, w którym mieszkał Draco znał bardzo dobrze z dziecinnych lat, gdy jeszcze matka Narcyzy żyła i wraz z całą rodziną spotykali się kilka wieczorów w tygodniu. Lucjusz nie był zaskoczony, że z biegiem czasu Andromeda zaczęła się od nich odsuwać, zapewne przeczuwając najgorsze. Jednak jej mąż był mugolem i ona została ostrzeżona najwcześniej. On jako czystokrwisty nie był świadom zagrożenia dopóki nie zostali otoczeni. Każdy z ich znajomych był śmierciożercą. Cała rodzina Narcyzy wyłączając Andromedę. A nie mogli uciec i żyć w mugolskim świecie.
- Każda kobieta jest przerażająca - odparł Kingsley. – Ale Hermiona… - urwał, jakby to cokolwiek miało powiedzieć.
I faktycznie wiele mówiło.
