Minęli wąwóz, zbliżali się już do gigantycznego placu budowy. Jaffa szli szybko. Początkowo starał się dotrzymać im kroku, lecz jego nogi odmawiały posłuszeństwa. Plątały się i uginały. Palące płuca nie nadążały chwytać powietrza. Zataczał się jak pijany. Pot zalewał oczy. Otarł je przedramieniem, lecz miejsce zamazanych obrazów zastąpiły tańczące czarne plamki. Potknął się i po raz kolejny wylądował twarzą w piasku. Nie miał dość sił, by podnieść się samodzielnie. Strażnicy jednak bez słowa dźwignęli go i pociągnęli dalej, nie dając mu nawet najmniejszej szansy na odpoczynek. Kapłan odwrócił się na chwilę tylko po to, by obrzucić go bacznym spojrzeniem, po czym znów ruszył przed siebie. Tempo marszu było zabójcze. Potknął się kolejny raz, lecz tym razem silne dłonie nie pozwoliły mu upaść. Szedł więc dalej, czując, że jego głowa coraz bardziej ciąży, a w oczach zaczyna wirować. Sam do końca nie wiedział, kiedy siły opuściły go całkowicie, a Jaffa wlekli go dalej zupełnie bezwładnego. W pewnym momencie czubki jego butów zaczęły podskakiwać na nierównych, kamiennych płytach, którymi wyłożona była droga wiodąca do pałacu. Wkrótce zanurzyli się w krętych, pałacowych korytarzach. Panujący tu chłód wywoływał gęsią skórkę, ale równa podłoga dawała solidne oparcie dla stóp. Zmusił mięśnie do jeszcze jednego wysiłku. Do kogokolwiek go prowadzili, chciał dotrzeć tam na własnych nogach. Właściwie nawet mu się udało, ale kiedy zatrzymali się pośrodku niewielkiego pomieszczenia, Jaffa bezceremonialnie pchnęli go w dół. Gdy wylądował na kolanach, stwierdził, że jednak schowa dumę do kieszeni i wreszcie trochę odpocznie. Niestety. Stojący przy drzwiach wojownicy rozstąpili się, robiąc przejście dla ubranego w powłóczyste szaty Kaleba. Mężczyzna spojrzał na więźnia z wyraźnym niesmakiem.

- Kiedy widziałem cię ostatni raz, przybyszu, wyglądałeś dużo lepiej. - Zauważył. - Najwyraźniej zawarłeś bliższą znajomość z zarządcą.

- O tak. - Wychrypiał O`Neill. Jego oddech jeszcze nie wrócił do normy. - No wiesz, bardzo przypadliśmy sobie do gustu.

- Najwyraźniej docenił twoje poczucie humoru.

- Też tak myślę. - Spojrzał na Kaleba z ukosa. - Po prostu nikt nie może mu się oprzeć. Czemu zawdzięczam przyjemność ponownego goszczenia w tym przybytku?

- Widzę, że twój język bynajmniej nie ucierpiał. - Sarknął Kaleb.

- Dziękuję, mój język ma się dobrze. W przeciwieństwie do całej reszty. - Otarł przedramieniem pot z czoła. - No dobrze, skoro kurtuazje mamy już za sobą, może powiesz mi, gdzie jest reszta mojego zespołu?

- To jest dokładnie pytanie, które ja chciałbym zadać tobie, przybyszu: gdzie w tej chwili może znajdować się reszta twojego zespołu. Jako dobry dowódca powinieneś to wiedzieć, prawda?

- O co tu chodzi? - W oczach Jacka błysnęła podejrzliwość. - Co z nimi zrobiłeś?

Kaleb zaczął krążyć wokół klęczącego człowieka. O`Neill śledził każdy jego ruch. Po pewnym czasie jednak zakręciło mu się w głowie.

- Po co mnie tu sprowadziłeś? - Spytał ze znużeniem. - Czego ode mnie chcesz?

- Ktoś pomógł twojej podwładnej wydostać się z celi. Macie szpiegów nie tylko na planecie, ale nawet tu, w tym pałacu.

- Czekaj, czekaj… - Do pułkownika powoli zaczął docierać sens usłyszanych właśnie słów i jego wargi same zaczęły układać się w szeroki uśmiech. - Carter uciekła? Naprawdę?

Widział, jak jeden z Jaffa unosi w górę broń, ale tym razem refleks całkowicie go zawiódł. Nie miał nawet szansy uniknięcia ciosu. Lanca trafiła go w twarz. Osunął się na ziemię. Nie stracił całkowicie przytomności, jednak dłuższą chwilę leżał zamroczony, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. W ustach czuł metaliczny smak krwi. Gdzieś obok niego zadudniły ciężkie kroki. Zaraz potem jego ciało oblane zostało lodowatą wodą. Przez krótki moment skóra zapiekła, jakby przypalana ogniem. Odruchowo nabrał wielki haust powietrza i zakrztusił się spływającą po twarzy wodą. Wstrząsnął nim niekontrolowany kaszel. Kiedy odzyskał oddech, zdał sobie sprawę, że leży w kałuży i trzęsie się cały.

- Masz mi coś do powiedzenia? - Głos Kaleba dobiegał gdzieś z oddali.

O`Neill przetoczył się na brzuch i wsparł na łokciach. Rany na plecach szczypały niemiłosiernie. Z całych sił zagryzał zęby, żeby nie jęczeć. Powoli, z najwyższym trudem podciągnął kolana, odepchnął się i usiadł na piętach, wciąż opierając dłonie na podłodze. Zauważył, że zbierając a się na podłodze woda przybrała rozmytą czerwono - różową barwę. Potrząsnął głową, odszukał wzrokiem stojącego nad nim mężczyznę.

- Co?

- Chcesz mi coś powiedzieć, zanim dobiorę ci się do skóry?

- O tak! - Jack zaśmiał się ponuro. - Dałeś dupy, stary.

Jaffa ponownie wzniósł lancę, lecz Kaleb powstrzymał go machnięciem ręki. Potrzebował tego człowieka żywego i w pełni przytomnego. Wcześniej miał tylko podejrzenia. Teraz zyskał pewność. Ten pożałowania godny ruch oporu ma tu swoich szpiegów. Tutaj, w pałacu samego Olokuna. No cóż, najwyraźniej nie doceniał wieśniaków na podległych planetach. A oni nie są tak głupi i tak bezradni jak początkowo podejrzewał. Teraz nie mógł pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. Musi działać rozważnie. Wydobycie z jeńca wszystkich informacji jest w tej chwili priorytetem. Musi to zrobić powoli i tak, żeby wciąż żył, gdy przybędzie Olokun. Tylko on ma prawo decydować o dalszym losie tego człowieka.

- Słuchaj no, czcigodny. - Zagadnął O`Neill. - Już raz pytałeś mnie o nasze powiązania ze szpiegami. W tej chwili mogę ci o nich powiedzieć dokładnie tyle samo, co i przedtem. Nic mi o nich nie wiadomo!

- Nigdy ci nie wierzyłem, człowieku, a teraz mam pewność, że coś ukrywasz. Więc daruj sobie te zapewnienia. Im szybciej dojdziemy do porozumienia, tym mniej będziesz cierpiał.

- Nie strasz mnie. Wielu już tego próbowało.

- Nawet nie zamierzam.

Kaleb zareagował błyskawicznie, a może to Jack stracił zdolność szybkiego oceniania sytuacji. Zobaczył, jak stopa w ciężkim, skórzanym bucie wędruje w górę i w następnej sekundzie opada wprost na jego dłoń. Nie zdążył wykonać jakiegokolwiek ruchu. Nic. Zarejestrował jedynie ruch powietrza tuż przed twarzą. Trudo powiedzieć, czy cichy trzask łamanych kości rozległ się naprawdę, czy był to tylko wytwór jego wyobraźni. Po chwili impulsy nerwowe dotarły do skołatanego mózgu i celę wypełnił jego krzyk. Nie potrafił nad nim zapanować. Sam wyrwał się z gardła. Podobnie jak soczyste przekleństwo, który nastąpiło zaraz potem. Klęczał z czołem pochylonym do samej podłogi, nie mogąc wyswobodzić uwięzionej ręki .

Kaleb trwał w bezruchu, wciąż miażdżąc dłoń człowieka i czekał. O`Neill z trudem odzyskał oddech i spojrzał w górę poprzez łzy bólu. Twarz Jaffa była bez wyrazu, jedynie jego oczy błyszczały niebezpiecznym ogniem. Zrozumiał, że w tej chwili Jaffa zdolny jest do wszystkiego. A on sam ma coraz mniej siły by walczyć. Poczuł, że nacisk podeszwy buta na jego zranioną dłoń zmniejsza się. Ale tylko odrobinę.

- Kto pomógł kobiecie w ucieczce? - Głos Kaleba wciąż pozostawał przerażająco spokojny.

- Nie wiem. - Jęknął. Przed oczami znów zobaczył wirujące mroczki.

- Uciekła przez wrota. na którą planetę się udała?

- Nie wiem.

- Jakie otrzymała rozkazy?

- Niby skąd miałbym to wiedzieć? Przecież cały czas siedziałem pod czujnym okiem chłopców z kamieniołomów!

- Jesteś jej dowódcą. Sam powiedziałeś, że wykonywała tylko twoje rozkazy.

- Bo tak było, zanim nas pojmaliście. Nie jesteśmy zamieszani w żaden spisek. Jeśli ktoś pomógł Carter, to widocznie miał ku temu powody, ale ja ich nie znam. I naprawdę nie wiem, kto to mógł być.

- Zacznij współpracować człowieku.

Kaleb powoli przeniósł ciężar ciała na nogę wykroczną. Dłoń pułkownika ponownie eksplodowała. Z bólu aż się zachłysnął. W oczach pociemniało. Na wpół przytomny osunął się na podłogę, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Poczuł, jak znika ciężar trzymający jego dłoń i wreszcie mógł przyciągnąć ją do siebie w ochronnym geście. Cała ręka szybko drętwiała. Stopniowo tracił w niej czucie. Pozostało wrażenie gorąca i jednostajnego, tępego pulsowania. Poprzez zaciśnięte mocno powieki nie mógł zobaczyć, jak Jaffa po kolei wycofują się na korytarz, słyszał jednak ich oddalające się kroki i głos Kaleba:

- Sprowadźcie Rufusa. Niech zrobi, co tylko uzna za stosowne, byle tylko człowiek był jutro zdolny do dalszego przesłuchiwania.

Odgłos zamykanych drzwi powitał z ulgą. Został sam. Nie dbał o to, że leży mokry na ziemi, że jego ciałem wstrząsają dreszcze. Podciągnął kolana pod brodę, ramiona przycisnął do klatki piersiowej, starając się opanować szczękanie zębami. Zmęczenie przelewało się przez niego falami. Kiedy zaczął już mu się poddawać, ponownie usłyszał, że drzwi otwierają się i do celi ktoś wchodzi. A więc jeszcze nie koniec na dzisiaj. Co nowego wymyślił Kaleb? W jaki jeszcze sposób zechce się nad nim znęcać? Z trudem otworzył oczy i z niechęcią przyjrzał się przybyszowi. To był jednak ktoś inny. Młody, jasnowłosy, ubrany jak niewolnik. Trzymał w rękach tacę przykrytą kawałkiem płótna. Stał i wpatrywał się w leżącego człowieka bardzo czujnym spojrzeniem. Ukucnął, odłożył tacę na bok i wyciągnął rękę w stronę O`Neilla. Ten cofnął się odruchowo, choć młodzieniec nie wyglądał na kogoś, kto mógłby go w jakikolwiek sposób skrzywdzić. Powolnym ruchem położył dłoń na czole człowieka i trwał tak chwilę, marszcząc brwi. Pułkownika zatkało. Czegoś takiego absolutnie się nie spodziewał. Bicia, poniżania, kolejnej porcji bólu jak najbardziej. Delikatnego dotyku - zdecydowanie nie. Niewolnik pochylił się nad tacą. Przez pewien czas w skupieniu mieszał w glinianym dzbanie różne składniki. W mózgu Jacka uformowała się powoli jedna myśl. Uciekać! Rozejrzał się dookoła. Tuż przy drzwiach stał strażnik z nieodłączną lancą w dłoni. Drugi przechadzał się za uchylonymi drzwiami. Nie da rady. Nie ma tyle siły, by choć spróbować z nimi walczyć. Przeniósł spojrzenie na kucającego wciąż człowieka, zastanawiając się, kim jest i co właściwie tutaj robi? Niewolnik wyprostował plecy i wyciągnął w jego stronę dzban. Jednoznacznym gestem pokazał, że ma wypić jego zawartość. O`Neill pokręcił przecząco głową.

- Nie, stary. Dziękuję, ale nie skorzystam. - Mruknął.

Mężczyzna zmrużył oczy. Niecierpliwie wskazywał na dzban i powtarzał gest unoszenia go do ust.

- Nie będę niczego pił. - Stęknął pułkownik.

Ogromnym wysiłkiem uniósł się z podłogi i odczołgał pod ścianę, byle dalej od tego dziwnego, milczącego człowieka. Niewolnik zerknął nerwowo przez ramię. Stojący przy drzwiach strażnik zbliżył się do nich. Wycelował lancę prosto w twarz Jacka.

- Pij! - Warknął.

- Wcale mi się nie chce. - Odparował O`Neill.

Jaffa nie odpowiedział. Za to odbezpieczył broń. Gorąca iskra przeskoczyła tuż przed oczami pułkownika. Przełknął ślinę. Wiedział, że opór jest bezcelowy. Że jeśli tylko będą chcieli, wleją mu tę miksturę siłą do gardła, a on nie będzie w stanie im się sprzeciwić. Zrezygnowany zacisnął palne na chropowatej glinie. Ostrożnie powąchał. Dominował zapach ziół, lecz nie potrafił określić jakich. Końcówka lancy drgnęła lekko, więc posłusznie uniósł dzban do ust i aż się wzdrygnął, czując nieprzyjemny, gorzki smak. Niewolnik nakazywał pić dalej. Przymknął powieki i pociągnął długi łyk, potem następne, aż opróżnił naczynie. Odstawił je na podłogę i spojrzał w oczy młodemu mężczyźnie. Ten zadowolony pokiwał głową. Dopiero teraz O`Neill zdał sobie sprawę, że odkąd wszedł do celi, nie wypowiedział ani jednego słowa. „Bardzo jesteś spostrzegawczy, naprawdę." Zbeształ się w myśli. Jaffa również wyglądał na zadowolonego, bo zabezpieczył broń i cofnął się parę kroków.

Wtedy O`Neill poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Zrobiło mu się gorąco. Wiedział już wcześniej, że ma gorączkę, ale teraz było jeszcze gorzej. Wszystko nagle zaczęło falować. Cela kołysała się na boki szybciej i szybciej, aż zrobiło mu się niedobrze. Pomyślał, że ten chłopak, choć wygląda niegroźnie, może jednak być wredny. Potem przestał kontrolować własne ciało. Ogarnęło go jakieś dziwne odrętwienie. Powieki zaczęły się zamykać. Powoli osunął się na ziemię, przeklinając w myślach niewolnika i jego szatański napój. Poczuł dotyk dłoni na swojej klatce piersiowej, ale już nie był w stanie w żaden sposób zareagować. W chwilę potem stracił przytomność.