Echo rozdzierającego krzyku rozeszło się po korytarzach, zwielokrotniając zawarte w nim cierpienie. Teal`c drgnął i otworzył oczy. Przez chwilę leżał bez ruchu, nasłuchując. W celi i na korytarzu panowała niczym nie zmącona cisza. Dźwięk, który wyrwał go ze snu, nie był jednak złudzeniem. Tego był absolutnie pewien. Tak samo, jak pewien był, że rozpoznał osobę, która krzyczała.
- O`Neill…
Dźwignął się z podłogi i chwiejnym krokiem podszedł do drzwi. Oparł na nich obie dłonie, jakby chciał poczuć płynące z zewnątrz wibracje. Jego wyczulony słuch rejestrował stłumione kroki w głębi korytarza, daleki odgłos otwieranych i zamykanych drzwi. Były to jednak dźwięki, jakie towarzyszyły mu codziennie. Żaden z nich nie wskazywał na to, że jego dowódca znajduje się w pobliżu, ale wiedział, że on musi gdzieś tam być. W jakiejś innej celi na końcu innego, krętego korytarza. Prawdopodobnie jest w tej chwili poddawany torturom. Może jest nieprzytomny lub już nie żyje. Zastanawianie się nad tym nie miało jednak sensu. Miał niemal pewność, że już wkrótce ujrzy swego towarzysza żywego lub martwego, tak jak wcześniej widział major Carter.
Nie potrafił określić, ile dokładnie czasu minęło, odkąd został tu zamknięty. Cela nie posiadała okien, a solidne drzwi nie pozwalały mu dojrzeć, co dzieje się na korytarzu. Nie dostawał posiłków. Nie mógł więc na ich podstawie określić mijającego czasu. Jedyny punkt odniesienia stanowili strażnicy przechodzący koło jego celi w regularnych odstępach czasu. Czasami do jego uszu dolatywały strzępy rozmów zbyt dalekich jednak, by zrozumieć ich sens.
Ściany oraz podłoga celi zbudowane były ze ściśle przylegających do siebie bloków skalnych. Sprawdził wszystkie rysy i szczeliny, obejrzał dokładnie drzwi. Nie dostrzegł żadnego słabego punktu, który mógłby wykorzystać, aby spróbować się stąd wydostać. Właściwie był tego pewien od początku, widział już zbyt wiele różnych więzień. Musiał jednak sprawdzić. Potem usiadł na podłodze, opierając plecy o zimny kamień i czekał. Spał, medytował lub chodził w kółko. Coraz bardziej dokuczały mu pragnienie i głód. Wiedział jednak, że jeszcze przez pewien czas jego organizm poradzi sobie z niedostatkiem płynów. Był wojownikiem, był Jaffa. Wszelkie niedogodności natury fizycznej zwykł był traktować z lekceważeniem. Trudniej było pogodzić się z niepewnością. Bynajmniej nie obawiał się o własne życie, ale przecież nie był tu sam. SGC opuścił razem ze swoim zespołem. Nie wiedział, co stało się z pozostałymi. Nie wiedział, dokąd zabrali ich strażnicy ani co z nimi zrobili. Miał nadzieję, że wciąż jeszcze pozostają przy życiu.
Wiele długich godzin upłynęło, zanim wreszcie drzwi jego celi otworzyły się i stanął w nich Kaleb. Tuż za nim pojawił się cały oddział Jaffa. Wojownicy otoczyli więźnia i skierowali w jego stronę odbezpieczoną broń, ale on i tak nie miał zamiaru uciekać. Miał swoją dumę, która nakazywała mu zginąć, patrząc prosto w twarze wrogów. Powoli wstał z podłogi i wyprostował się. Kaleb przyglądał mu się uważnie, zanim wreszcie się odezwał.
- Ponownie spotykamy się, shol`va. - Rzekł cicho. - Mam nadzieję, że tym razem będziesz nieco bardziej skory do rozmowy.
- Wszystko zależy od tego, o czym chcesz rozmawiać.
- O waszej misji. O tym, co skłoniło was do przyłączenia się do zdrajców.
- W tej kwestii nie mam ci nic do powiedzenia.
- Ty psie! - Zdenerwował się Kaleb. - Naprawdę sądzisz, że ta wasza mała rebelia ma jakiekolwiek szanse na powodzenie?
- Każde powstanie ma taką szansę, jeśli tylko dzieje się w słusznej sprawie.
- Jesteście wszyscy głupcami! Nigdy nie będziecie w stanie przeciwstawić się Olokunowi! Nigdy nie pokonacie boga!
- Olokun nie jest bogiem! - Teal`c mimowolnie podniósł głos. - Można go zabić równie łatwo jak ciebie, czy mnie!
- Łżesz!
Na znak Kaleba stojący z tyłu Jaffa zamachnął się lancą i uderzył więźnia w udo, tuż powyżej stawu kolanowego. Teal`c poczuł, jak jego noga ugina się mimowolnie i w chwilę potem wylądował na kolanach. Natychmiast dosięgnął go kolejny cios w skroń. Upadł na podłogę ogłuszony. Po chwili jednak dźwignął się na ramionach, potrząsając głową, by odzyskać ostrość widzenia. Kaleb mówił coś do niego, marszcząc groźnie brwi, lecz w ogóle nie słyszał jego słów. Miał wrażenie, jakby jego uszy wypełniały rozedrgane dzwoneczki. Wściekłe dzwonienie powoli ustępowało, gdy jeszcze raz potrząsnął głową. Zaciskając zęby wstał powoli i spojrzał Kalebowi prosto w oczy. Mężczyzna, teraz już czerwony z wściekłości, podszedł do niego blisko. Teal`c poczuł na twarzy jego oddech.
- Olokun jest potężny. Jest bogiem moim, a teraz również i twoim! Jest twoim panem, twoim słońcem i gwiazdami. To on będzie decydował o twoim życiu i śmierci. O tym, czy jeszcze kiedykolwiek ujrzysz światło dnia. Twój los spoczywa właśnie w jego rękach.
- Olokun nie jest bogiem. - Odparł Teal`c z całkowitym spokojem.
Kaleb chyba właśnie na to czekał. Wziął błyskawiczny zamach. Jego pięść trafiła więźnia w twarz, lecz ten tylko zachwiał się, by po chwili znów dumnie unieść głowę. Z jego rozciętej wargi sączyła się krew.
- Olokun nie jest bogiem. - Powtórzył.
- Wszyscy jesteście zdrajcami. - Kącik ust Jaffa uniósł się w lekceważącym uśmiechu. - Niebawem pozbędę się tego całego plugastwa. Wyłapię was jak robaki, a potem rozdepczę tak, jak na to zasługujecie. A mój pan będzie mi za to wdzięczny.
- Twój pan jest taki sam, jak pozostali Goa`uld. Jego pycha, jego samouwielbienie sprawia, że nie widzi niczego poza czubkiem swojego nosa. Przez to stał się okrutny i bezwzględny. Nie miej złudzeń. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał przeciwstawić się tyranii.
- Bluźnisz! - Kaleb cofnął się kilka kroków i wyciągnął w stronę Teal`ca zata. Dźwięk odbezpieczania broni rozbrzmiał w całej celi. - Twoja arogancja zostanie wkrótce srodze ukarana. Żałuję, że nie mogę zrobić tego już teraz. Nie martw się jednak. Niebawem zobaczymy się ponownie.
Teal`c w ułamku sekundy ujrzał strzelający ku niemu błękitny promień. Ostatnim co zapamiętał, był ten cholerny uśmieszek na twarzy Kaleba. Kiedy się ocknął, ujrzał obok siebie major Carter. Kobieta leżała bezwładnie na podłodze. Twarz miała zwrócona w drugą stronę, nie mógł więc zobaczyć czy ma zamknięte oczy, ale nawet teraz wyraźnie dostrzegał ciemne pręgi sińców na jej szyi i policzku. Wpatrywał się w nią zaskoczony. Nie rozumiał skąd się tu wzięła i co właściwie jej się stało. „Nie żyje" przebiegło mu przez myśl. Wyciągnął rękę i zacisnął palce na jej ramieniu. Nie zareagowała. Wytężył wszystkie siły i podciągnął się odrobinę. Teraz mógł dosięgnąć do jej szyi w poszukiwaniu tętna. Odetchnął z ulgą, czując pod opuszkami palców delikatne pulsowanie krwi. Zacisnął powieki i oparł czoło o zimna podłogę. Oddychał głęboko, starając się uspokoić szybko bijące serce. Cichy śmiech sprawił, że znów uniósł głowę. Musiał mocno wykręcić szyję zanim wreszcie napotkał wzrok Kaleba. Jaffa parsknął drwiąco.
- Tak łatwo was przejrzeć. Tak łatwo… - Wysyczał. - Wiedziałem, że ucieszy cię widok tej kobiety. Kim ona właściwie jest? Nie jest bezbronna, jak to próbowałeś mi wmówić. Jest prawdziwą wojowniczką, ale kim jest dla ciebie?
- Jest moją towarzyszką broni. Należymy do tego samego zespołu.
- Jest kimś więcej. Twoje emocje cię zdradziły.
- Jest żołnierzem. Wartym więcej, niż wszyscy twoi ludzie razem wzięci.
- Nie przeczę, że jestem nią mile zaskoczony. Jest jednak tylko człowiekiem i tak jak wszyscy ludzie jest słaba. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak mogłeś przejść na ich stronę. Przebywając z nimi stałeś się żałosny. Zniknęła cała twoja siła, którą tak cenił Apophis.
Kaleb obszedł celę dookoła i zatrzymał się na wprost Teal`ca. Wojownik przekręcił się na wznak. Teraz mógł patrzeć swemu prześladowcy prosto w oczy.
- Nie żałuję tej zmiany. - Odparł. - Odszedłem z własnego wyboru. Jestem dumny, mogąc walczyć u boku tych ludzi. Jeśli będzie trzeba, umrę razem z nimi.
- Gdy wróci mój pan, umrzesz z pewnością. - Oczy Kaleba zwęziły się w wąskie szparki. - I to nie raz. Będziesz umierał raz za razem, aż oszalejesz. Ale nawet szaleństwo nie będzie dla ciebie wybawieniem. Taka będzie twoja pokuta za zdradę. Taka będzie zemsta mojego pana za twoją pychę i twój upór. I taka będzie moja nagroda za to, że cię tu sprowadziłem.
- Jestem gotów na takie poświęcenie. Zabijcie mnie po tysiąckroć. Ja i tak pozostanę wolny.
- Doprawdy? - Kaleb odchylił głowę do tyłu i wybuchnął ochrypłym śmiechem. Zaraz jednak jego twarz stężała, a oczy zalśniły złowrogo. - Tak właśnie się stanie, zdrajco. Dokładnie tak. Żałuję, że nie mogę zabić cię osobiście. Ale kobieta to inna sprawa. Zrobię z nią, co tylko zechcę. Coraz bardziej podoba mi się jej wola walki. Ale i ona powoli zaczyna się kruszyć. Niedługo przyjdzie do mnie na kolanach i będzie błagać mnie o łaskę.
- Nigdy tego nie zrobi! - Teal`c odruchowo zacisnął pięści.
- Mylisz się. Twoja słodka towarzyszka ma swoje ograniczenia, a ja powoli się do nich zbliżam. Muszę przyznać, że była dla mnie nie lada wyzwaniem, ale to już nie potrwa długo. Jeśli chcę, potrafię być bardzo przekonujący.
Skinął ręką na strażników. Dwóch z nich pochyliło się nad major Carter. Chwycili ją pod ramiona i pociągnęli w górę. Głowa kobiety opadła bezwładnie na klatkę piersiową. Zmierzwione włosy zasłaniały jej oczy i Teal`c znów nie mógł zobaczyć, czy wciąż ma je zamknięte. Zauważył za to jasnoczerwony strumyczek krwi skapujący z jej brody na wymięty mundur. Jaffa wywlekli Sam z celi z taką łatwością, jakby nic nie ważyła. Teal`c śledził uważnie każdy ich ruch. Dopiero gdy zniknęli na korytarzu, przeniósł wzrok na Kaleba. Oczy mężczyzny błyszczały złowrogo, ale gdzieś na samym ich dnie można było znaleźć pierwszy ślad desperacji. Najwyraźniej nie wszystko szło zgodnie z jego planem i myśl ta dodała więźniowi nowej otuchy. Cokolwiek stanęło na drodze wyniosłego Jaffa, działało teraz na jego korzyść. Jego i reszty zespołu.
- Wkrótce znów się spotkamy. Przemyśl dobrze wszystko, co ci powiedziałem. - Oznajmił Kaleb zanim opuścił celę.
- Przemyślę. - Mruknął za nim Teal`c. - I będę na ciebie czekał.
Od tamtej pory znów został pozostawiony sam sobie. Kiedy nie spał, siedział w pobliżu drzwi i nasłuchiwał. Czekał na nadejście Kaleba. Na jakikolwiek sygnał, który mógłby sugerować, że major Carter, bądź pozostali członkowie drużyny znajdują się w pobliżu. Czekał aż do tej chwili.
Stał przy drzwiach tak długo, aż poczuł nieprzyjemne napięcie mięśni ramion. Krzyk jednak nie powtórzył się więcej. W pewnym momencie na korytarzu rozległ się odgłos kroków. Ktoś nadchodził szybko. Teal`c wstrzymał oddech w oczekiwaniu na otwarcie drzwi. Kroki jednak oddaliły się. Ktokolwiek to był, odszedł do innej części więzienia. Więc jeszcze nie będzie mu dane spotkać się ze swym towarzyszem. Jeszcze nie teraz. Nagle ogarnęło go niezwykłe znużenie. Tak. Był zmęczony, obolały i głodny Nie miał pojęcia, jak długo jeszcze będzie pozostawał w zamknięciu. Aby móc stawić czoło wrogom, musiał choć częściowo zregenerować swe siły. Odwrócił się i powolnym krokiem wrócił na środek celi. Usiadł na podłodze ze skrzyżowanymi nogami, a zwrócone w górę dłonie oparł na kolanach. Odchylił głowę do tyłu, przymknął oczy i zagłębił się w kel`no`reem.
ooOoo
Ann84 jesteś po prostu nieoceniona. Aż się robi milej na serduchu gdy ma się żywy dowód na to, że kogoś jednak zainteresowała historyjka, napisana, jak sądziłam, wyłącznie dla własnej przyjemności. Powtarzam się, ale naprawdę dzięki i zaczytanie i za komentowanie. To naprawdę dodaje skrzydeł.
