Hermiona nie powitała go z otwartymi ramionami. Septimus musiał właśnie skończyć jeść, bo dziecko beknęło zaskakująco głośno. Harry podejrzewał, że oboje mieli jakąś zatrważającą pojemność płuc, którą wykorzystywali w nocy. Lucretia wydawała się mimo wszystko tą spokojniejszą i może dlatego Hermiona częściej zostawiała ją w kołysce.
- Terry powiedział, że widział cię z Lucjuszem. Uznał, że pewnie wrócisz z nim – zaczęła jego przyjaciółka i Harry starał się uśmiechnąć niewinnie, ale był wyczerpany.
- Chciał zwrócić mi różdżkę – przyznał szczerze.
Brew Hermiony uniosła się wyjątkowo wysoko, gdy zmęczony oklapł na kanapie i uniósł do góry różdżkę jako dowód, że wcale nie próbował jej wykiwać. Jakby to w ogóle było możliwe.
- Mógł ci ją oddać w Ministerstwie – zauważyła spokojnie.
- Nie wiedział, że pokażę się tak wcześnie w pracy. W zasadzie wydawał się tym poirytowany. No i Draco chyba na mnie nakrzyczał – stwierdził, nie bardzo nadal wiedząc jak powinien to odebrać.
- Mógł oddać różdżkę Draco albo komukolwiek innemu. Na przykład aurorom, którzy zwróciliby ci ją niezwłocznie, gdy zbierali od ciebie zeznania wczorajszego wieczora – Hermiona nie dawała za wygraną.
I Harry nie miał już argumentów.
- Ale tego nie zrobił – odparł tylko. – Do czego zmierzasz? – spytał wprost.
Hermiona wzruszyła ramionami, kołysząc dziecko w ciszy. Sądził, że nie doczeka się odpowiedzi, ale ona tylko odłożyła Septimusa do kołyski i podniosła Lucretię. Dziewczynka przez chwilę wydawała się niezainteresowana podkładaną piersią i Harry zdał sobie sprawę, że tak bardzo przywykł do tego widoku, że nawet nie odwrócił wzroku. Hermiona zresztą nie wydawała się skrępowana. I przecież wyszłaby albo wyprosiłaby go, gdyby chciała świętego spokoju. Tak działali do tej pory, gdy zamierzała spędzić kilka minut sam na sam z Draco.
- Do niczego nie zmierzam – podjęła spokojnie jego przyjaciółka. – Głośno myślę – przyznała. – Nie uważasz, że to dziwne? – spytała ciekawie.
Teraz to Harry wzruszył ramionami i od razu poczuł nienaturalną sztywność w karku, która nękała go od rana. Siedzenie na niezbyt wygodnym krześle podczas obrad oczywiście obróciło się przeciwko niemu. Na szczęście migrena ustąpiła pod działaniem silnego eliksiru. Był trochę zaskoczony, że jego magia jakoś nie zareagowała gwałtownie na obecność czegoś sztucznego. Ale może Snape miał całe życie rację i chodziło o to jak wykonano eliksir, a Hermiona była mistrzynią.
- Znasz go lepiej – ciągnęła dalej jego przyjaciółka. – Po prostu zastanawia mnie jego dziwne zachowanie. Obserwowałam go przez kilka lat, ale to do niego nie pasuje…
- Podejrzewasz, że ktoś trzyma go pod Imperio? – prychnął Harry. – Nie jego – dodał z pewnością.
Lucjusz miał za wielką moc, aby pierwszy lepszy czarodziej rzucił na niego takie zaklęcie. Może Voldemort byłby w stanie nagiąć wolę Malfoya, ale ten nie żył. Harry już o to zadbał.
- Nie, raczej powiedziałabym, że się troszczy – odparła. – Jesteś pewien co do jego intencji względem ciebie? – spytała, mrużąc oczy.
Harry nie mógł nie przewrócić oczami.
- Raczej postawił sprawę całkiem jasno, nie sądzisz? – odbił piłeczkę. – A czy ty postawiłaś sprawę jasno z Draco?
Hermiona przestała kołysać Lucretię na ten krótki moment.
- To twoja linia obrony? – westchnęła.
Nie odpowiedział.

ooo

- Nie podoba mi się ten twój ból głowy – powiedziała Hermiona, przykładając mu chłodną dłoń do skroni.
Harry zagryzł wargi, nie chcąc wydawać podejrzanych dźwięków. Najchętniej jęknąłby z przyjemności, ale Hermiona obserwowała go uważnie, odkąd wyciągnęła go ze Świętego Mungo. Prawdę powiedziawszy eliksiry już nie pomagały, ale nie to go martwiło najbardziej. Miał magię na wyciągnięcie swojej ręki, jakby nigdy go tak naprawdę nie opuściła. A jego palce drętwiały ilekroć dotykał różdżki. Pocił się o wiele więcej od dwóch dni i zaczynał podejrzewać, że ma do czynienia z czymś, czego nie naprawią eliksiry.
Hermiona dochodziła do siebie powoli, ale i tak miał wyrzuty sumienia, że zamiast pomagać jej przy dzieciach – jak z góry założyli, sam stał się dla niej ciężarem. Draco nie komentował sytuacji, chociaż raz czy dwa powiedział im, że powinno odpuścić na razie z ustawą. A potem dodał z krzywym uśmieszkiem, że to nie jest rada, którą im daje pod politycznym naciskiem.
Ugrzęźli w dokumentach na dobre i Harry zdał sobie sprawę, że jego testament, który sporządził, gdy wybierali się w swoją wyprawę – nadal obejmuje Rona. Weasley uwięziony w Azkabanie nadal nie widział swoich dzieci, ale Harry wiedział, że Hermiona pisała do byłego męża i wysłała mu kilka zdjęć. Nie dostała odpowiedzi, co wcale go jakoś nie zaskoczyło.
Percy przysłał jej kwiaty, Charlie jakieś zioła z Rumunii, które miały pomóc na kolki, a Ginny i Artur zaglądali od czasu do czasu. Bill wciąż przebywał z Fleur we Francji, ale mieli zjawić się w Londynie lada chwila i Harry spodziewał się, że ich dom znowu zostanie wypełniony śmiechem jak wtedy, gdy Norwedzy zrobili sobie tu siedzibę.
Nie miał też nic przeciwko.
- Muszę zafiukać do prawnika – westchnął.
Hermiona zesztywniała, zapewne pamiętając, że kontaktował się z adwokatem tylko wtedy, gdy było bardzo źle.
- Harry? – spytała niepewnie.
- Nie wygłupiaj się. Nie wybieram się na tamten świat – prychnął, chociaż ból w jego skroniach nie zelżał.
Nie czuł stóp, ale to był tylko drobny szczegół. Uderzenia temperatury było o wiele gorsze.
- Ron dalej figuruje w moim testamencie – poinformował ją spokojnie. – A potem wprowadziłem poprawki i jesteś tam Granger-Weasley. Kiedy dziecko pojawi się na świecie, będzie Potterem i musi mieć drugiego opiekuna prawnego. Chciałbym, żebyś była chrzestną. Poproszę również Draco – zdecydował i oczy Hermiony zrobiły się odrobinę większe. – Muszę zatem zmienić postanowienia. Dziecko odziedziczy posiadłość Potterów, a dom Blacków będzie w pełni należał do ciebie. Chyba matka Draco się w nim wychowała, więc jakoś wydaje mi się to bardziej… - urwał, nie wiedząc za bardzo co powinien dodać, bo Hermiona rzuciła mu się na szyję.
- Z przyjemnością zostanę matką chrzestną! – krzyknęła.
Harry spojrzał na nią zszokowany.
- Chyba nie sądziłaś, że poproszę kogokolwiek innego – prychnął.
- Nigdy nie masz pewności, dopóki tego nie usłyszysz oficjalnie – stwierdziła, krzywiąc się.
Septimus zaczął płakać, co wcale nikogo nie zaskoczyło.
- Zastanawiam się czy spytać Draco czy chciałby wybrać rodziców chrzestnych wraz ze mną. W razie, gdybyś miał śmieszną wątpliwość, jesteś ujęty – odparła, mrugając do niego porozumiewawczo.
- Biorę Lucretię – zdecydował zatem. – O wiele mniej płacze – dodał, nawet nie ukrywając co chodzi mu po głowie.

ooo

Jego rodzice zostawili dla niego pełną skrytkę i tym dziwniej czuł się, gdy jego testament okazał się pojedynczym arkuszem. Luna i Neville nie mrugnęli nawet okiem, gdy poprosił ich o ponowne poświadczenie. Czuł się odrobinę nerwowo, ale adwokat wpatrywał się w niego ze spokojem, jakby przechodził podobną rozmowę nie pierwszy raz.
- Chciałbym zostawić posiadłość Blacków przekazaną mnie przez Syriusza z domu Black, Hermionie Granger. I proszę tym razem, że jeśli zmieni się jej nazwisko, zostało to uwzględnione w dokumentacji – podjął i goblin machnął różdżką nad pergaminem, który zaświecił złotem. – Co do posiadłości rodowej Potterów, zostanie przekazana mojemu potomkowi – dodał.
Adwokat uniósł brew, jakby nie tego się spodziewał.
- Panie Potter? – spytał mężczyzna niepewnie.
- Planuję adoptować dziecko. Jego dane osobowe jak imię zostaną przekazane później przeze mnie lub panią Hermionę Granger – powiedział. – Ufam, że to zostanie między nami?
Słyszał jak Neville szeptał coś do Luny tuż za nim, ale akurat o swoich przyjaciół nie musiał się martwić. To nie byłaby najdziwniejsza rzecz, jaką zrobił.
- Mój gabinet jest pod działaniem silnych czarów tajności. Nic się stąd nie wydostanie – poinformował go sztywno adwokat, jakby Harry właśnie obraził go personalnie.
Nie wspominałby o tym jednak, gdyby 'Prorok' nie węszył za nim od czasu zajścia w Ministerstwie. Jakimś cudem zastanawiali się czy Bellatriks nie powróci z martwych, skoro i jej klątwę przeżył. Kusiło go, aby wyjaśnić im wszystkim, że jego własny teoretyczny sługa nie mógł go zabić, ale pewnie nie zauważyliby różnicy między nim i Voldemortem. Z dwojga złego wolał być kochany bez powodu niż nienawidzony i ścigany za coś, czego nie zamierzał nigdy zrobić – chociaż miał możliwość.
Kingsley i Lucjusz wydawali się dostatecznie zaufanymi, aby znać prawdę. Draco oswoił się z myślą, że potrafił sterować jego Mrocznym Znakiem. Jednak pozostali znali wojnę jedynie z opowiadań i dzielili świat na dobro i zło.
- Doskonale – powiedział i przejrzał jeszcze raz wszystko.
Stan jego własnego konta trochę go przeraził, ale goblin nawet nie mrugnął okiem. Luna i Neville w milczeniu potwierdzili zgodność z jego słowami i ich trzy różdżki skrzyżowały się nad pergaminem. Nowy testament został przeniesiony nie wiadomo gdzie, ale to nie było już zmartwienie Harry'ego.

ooo

Amelia zdecydowała się w końcu złożyć mu wizytę. I pojawiła się w posiadłości w najmniej spodziewanym momencie. Zasiadła w jednym z foteli i zaczęła sączyć wino z kieliszka, nie przejmując się faktem, że wciąż było dość wcześnie.
- Zły dzień? – spytał, zastanawiając się co mogło wprawić ją w taki nastrój.
- Kingsley żąda nowych funduszy na swój departament. Wizengamot go popiera. Podobnie jak społeczeństwo. Funduszy brak – odparła krótko, wcale go nie zaskakując.
- Mogę z nim porozmawiać – stwierdził, wzruszając ramionami.
Zaczęli się dogadywać ze starym aurorem akurat w najlepszej chwili. Wątpił, aby Kingsley całkiem odpuścił, ale mógł dać im więcej czasu. Ministerstwo nie miało zbyt wielu możliwości zarobku, a magiczne prawo podatkowe kulało. Harry zapewne śmiałby się w głos, gdyby dowiedział się, że Lucjusz od lat studiował mugolskie systemy. Zawsze zastanawiało go jak ci prymitywni ludzie pozbawieniu magii byli w stanie ściągać podatki bez stałych zaklęć, które za to odpowiadały.
- To nic nie pomoże. On ma po prostu rację – westchnęła Amelia. – Czasami zastanawiam się czy nie popełniłam błędu – powiedziała całkiem szczerze, przecierając palcami twarz. – Nie ma nic gorszego niż pusta skrytka w Gringotcie, która należy do twojego rządu. Jeśli Wizengamot nie zajmie się tym na tegorocznych posiedzeniach, ktoś będzie musiał powiedzieć Minerwie McGonagall, że Hogwart obejdzie się bez funduszy w następnym roku.
Lucjusz zamarł. Nie sądził, że sytuacja jest aż tak krytyczna. Do tego dochodził fakt, że zamierzali finansowo kontrolować Rumunię, aby te cholerne smoki przeżyły chociaż jedno stulecie dłużej. I do tego też potrzebowali pieniędzy. Galeony na nieszczęście nie rosły na Wierzbie Bijącej.
- Wyślemy do niej Harry'ego – odparł, chociaż w jego własnych uszach brzmiało to jak kiepski żart.
Kącik ust Amelii drgnął lekko, gdy położyła mu niespodziewanie dłoń na kolanie.
- Nie wiedziałam, że sytuacja między wami jest tak poważna – stwierdziła kobieta, ale Lucjusz wiedział, że bada jego reakcję.
Nie drgnęła mu nawet zatem brew.
- Nie wiem o czym mówisz – stwierdził tonem tak obojętnym, że Amelia uśmiechnęła się lekko. – Naprawdę nie wiem o czym mówisz.
Wyprostowała się, zabierając swoją rękę. Uśmiech jednak nie znikł z jej ust.
- Rozmawiałeś z nim? Nie powiem, jestem dość zaskoczona – ciągnęła dalej.
Lucjusz jednak potrząsnął przecząco głową.
- Nie wiesz nic, Amelio. Nie ma nic między nami i nie mieliśmy o czym obaj rozmawiać – przyznał, starając się ukryć gorycz. – Nie udawaj, że nie wiesz o kim rozmawiamy. Wyobrażasz sobie Harry'ego Pottera godzącego się na podobny układ, który oboje aranżowaliśmy dla siebie? – zakpił i dostrzegł, że zmarszczka pojawiła się na jej czole. – Nie ma w tym planu – przyznał.
Spojrzała na niego ze ściśniętymi w wąską kreskę ustami, jakby oceniała na ile mu wierzy. I nie był bynajmniej urażony.
- Nie, nie wyobrażam sobie, aby Harry zdecydował się na coś podobnego – przyznała powoli. – Dlatego coraz mniej rozumiem co się dzieje.
- Nic się nie dzieje – odparł może trochę za szybko, bo uniosła brew tylko wyżej.
- I dlatego przyjął na siebie Avadę? Chciałabym podobne nic od aurorów, których Kingsley szkoli z taką lubością za pieniądze Ministerstwa – przyznała nie bez goryczy. – Lojalności nie da się kupić, Lucjuszu. Oboje doskonale to wiemy i dlatego martwi mnie ta sytuacja. Nie ukrywam mojego zaskoczenia.
- Ale nie dostaniesz wyjaśnień. Nie ode mnie – odparł, zaplatając dłonie na piersi.
- Mówimy o Harrym Potterze – stwierdziła Amelia. – Nie są mi potrzebne żadne wyjaśnienia.

ooo

Nie spodziewał się odwiedzin Lucjusza, skoro jego różdżka bezpiecznie spoczywała w jego rękawie, ale Malfoy zapowiedział się listownie ponownie i już w dwadzieścia minut później pojawił się wraz z Draco w ich salonie. Harry jakoś dziwnie czuł się widząc mężczyznę w domu Syriusza. Ze wszystkich miejsc – Lucjusz tylko tutaj nie miał dostępu nawet podczas wojny. Dom Blacków był siedzibą Zakonu i zbyt niebezpiecznym było spotykać się z głównymi szpiegami pod okiem Voldemorta.
Hermiona oddała mu Lucretię, znikając w kuchni, więc rozsiadł się wygodniej w fotelu, zadowolony, że nie będzie musiał się zbyt wiele ruszać. Jego głowa zaczynała pękać, a nudności wróciły. Prawie przegapił jak Draco skinął mu głową i znikł w głębi domu.
Nie spodziewał się, że Lucjusz pochyli się nad kołyską i dotknie palcem policzka Septimusa. Była w tym jakaś dziwna delikatność, która nie pasowała do Malfoya. Zastanawiał się czy wszyscy śmierdzą talkiem dla dzieci i ciepłym mlekiem.
- Nie powinieneś pracować – rzucił Lucjusz, zerkając na stolik, który był zastawiony przez dokumenty.
- Najwyraźniej Severus miał rację i faktycznie nie dożył chwili, gdy odkryłem zalety systematycznej pracy – zakpił i mężczyzna westchnął, jakby nie spodziewał się niczego innego.
- Jeśli w tym roku nie znajdziemy dodatkowych pieniędzy dla Ministerstwa, nie uda się i tak zrealizować tego punktu odnoszącego się do sierot – rzucił Lucjusz. – Widziałem się kilka minut temu z Amelią. Przesyła pozdrowienia.
- Och, podziękuj – odparł Harry, starając się nie czuć dziwnego ukłucia w klatce piersiowej, gdy Lucjusz z taką swobodą mówił o Minister Magii. – Przekaż jej moje podziękowania – dodał bardziej oficjalnie.
Lucjusz uniósł brwi odrobinę wyżej, jakby ta prośba go zaskoczyła.
- Sądzę, że zobaczysz ją wcześniej ode mnie – przyznał Malfoy i zerknął na dziecko w jego ramionach. – Narcyza byłaby uhonorowana – odparł Lucjusz odrobinę sztywno i Harry nagle zdał sobie sprawę, że mężczyzna po raz pierwszy miał okazję zobaczyć dzieci Hermiony.
Imiona, które jego przyjaciółka nadała dzieciom, mogły być też całkiem nieodpowiednio rozumiane. Hermiona nie chciała się wkraść w łaski Lucjusza, ale uhonorować właśnie dwójkę ludzi, którzy tak bardzo przysłużyli się do wygrania tej wojny. Imiona w rodzinach czarodziejskich jednak miały o wiele głębsze znaczenie. Dlatego bliźniaki jednocześnie zostały nazwane po pradziadkach Rona. Hermiona podobnie jak on nie przywiązywali do imion takiego znaczenia. Te mugolskie zresztą nie miały również takiej mocy i przekazu. Draco – smok, Lucjusz miał wyobraźnię.
Zamarł, gdy pewna myśl zagnieździła się w jego głowie. Lucjusz zdawał się nie zwracać na niego uwagi, zbyt pochłonięty Lucretią w jego ramionach.
- Drugie imię Draco zaczyna się na L – stwierdził, biorąc głębszy wdech. - To Lucjusz, prawda? – spytał wprost.
Malfoy nawet na niego nie zerknął.
- Owszem. W mojej rodzinie nadajemy synom imiona po ojcach. Jest Draconem synem Lucjusza. W dawnych czasach nie posiadaliśmy nazwisk. Nasze pojawiło się od nazwy posiadłości – odparł mężczyzna i zerknął na niego w końcu z zaciekawieniem. – To zainteresowanie jest całkiem niewinne czy coś chodzi po twojej gryfońskiej głowie?
Harry wzruszył ramionami, starając się jakoś uspokoić swoje serce. Lucretia w końcu zresztą zasnęła i mógł przestać kołysać ją.
- Znam tylko mugolskie tradycje – przyznał. – Hermiona zapewne zna wszystkie wasze – dodał półżartem półserio.
Lucjusz jednak przypatrywał mu się w ciszy, jakby czekał na jakąś kontynuację.
- Myślę o adoptowaniu dziecka – powiedział w końcu, wiedząc, że w końcu będzie musiał powiadomić Malfoya.
Lucjuszowi nigdy nic nie umykało. I byłoby dziwnym, gdyby temat dziecka pojawił się znikąd. Hermiona miała pod pewnym względem rację – rozmawiali na tyle dużo, że podejrzanym wydałoby się Lucjuszowi, gdyby coś podobnego by mu się nie wymsknęło przez te wszystkie tygodnie. Nie wiedział jak przebiegała czarodziejska adopcja, ale zapewne zabierała kilka tygodni przygotowań. Więc musiał o tym myśleć wcześniej. Gdyby dziecko pojawiło się znikąd – na pewno zaalarmowałoby Lucjusza.
Mężczyzna wyglądał na zszokowanego przez ułamek sekundy.
- Proszę? – spytał Lucjusz, jakby niedosłyszał.
- One są takie cudowne, wiesz? – zaczął Harry spokojnie, zerkając na Lucretię. – To się po prostu wydaje sensowne. Jestem dorosły, mam pracę. To jest dobry moment.
- Wiesz z czym się wiąże samotne wychowywanie dziecka? – spytał Lucjusz spokojnie. – I co z twoim przyszłym teoretycznym partnerem? Chyba nie powiesz mi, że Harry Potter nie jest zapraszany na kolacje? – spytał Malfoy zapewne całkiem nieświadom tego, że był jedynym, który coś podobnego zaproponował.
Wbrew temu co twierdził Prorok Codzienny adoratorzy nie rzucali mu się do stół. Zapewne wypadki w Ministerstwie uświadomiły tym ludziom w jakim niebezpieczeństwie znaleźliby się, gdyby się z nim związali. A nie wszyscy mieli tyle szczęścia co Hermiona.
- Jestem gotowy – powiedział spokojnie i najbardziej zszokował go fakt, że naprawdę tak myślał.
Ten okres ciąży przygotował go na wszystko. I może był sens w tym, aby dziecko dorastało w ludziach tak długo – dawało im czas na oswojenie się z sytuacją.
- Jestem gotowy – powtórzył i wziął głębszy wdech. – I jeśli ktokolwiek chciałby się ze mną spotykać, będzie musiał zaakceptować moje dziecko. Od początku wiadome było, że jeśli się z kimś zwiążę, będziemy musieli adoptować. To nie tak, że moglibyśmy spłodzić coś razem – zażartował, chociaż w jego własnych ustach brzmiało to sztucznie.
Lucjusz uśmiechnął się jednak krzywo, jakby dostrzegał w tym nutkę humoru.
- Podjąłem już decyzję – dodał na wszelki wypadek.
- Nie zamierzam ci tego odradzać – poinformował go Lucjusz. – W zasadzie powiedziałbym, że to dość niespodziewany krok z twojej strony, ale nie jestem aż tak zaskoczony, jak można byłoby przypuszczać. Ostatnie wydarzenia zapewne pozwoliły ci spojrzeć na życie z trochę innej perspektywy.
Harry zmarszczył brwi nie wiedząc za bardzo o czym mówią, ale doszło do niego, że Lucjusz zapewne sądził, iż Bellatriks sprawiła, że zdał sobie sprawę z tego, że jutro mogło już nigdy nie nadejść. Może coś w tym było – w końcu nie pozostawiłby po sobie nikogo – czego jego rodzice zapewne nie chcieliby. Nigdy nie czuł się zobowiązany specjalnie w stosunku do swojego rodu, ale zdał sobie sprawę, że był jedynym Potterem, gdy zakończył sprawy spadkowe dotyczące dworu.
Ta myśl nie była przyjemna. Nie miał innej rodziny. Potterami byli zatem we dwójkę – on i dziecko w nim.
- I ktokolwiek chciałby się z tobą związać na poważnie, powinien wiedzieć, że dziecko będzie tylko drobnym ułamkiem tego co przyjdzie – dodał Lucjusz.
I Harry nie mógł się nie roześmiać.
- Świetnie – powiedział, nie mogąc się uspokoić. – Genialnie. Czyli rozwiązałeś moje największe zmartwienie. Czy ktokolwiek będzie się chciał umówić z Harrym Potterem? Nazwisko już niesie z sobą bagaż, a dodajmy do tego ostatni bastion zwolenników Voldemorta – prychnął.
- Nie o to mi chodziło – odparł Lucjusz, kompletnie zaskoczony jego reakcją.
- Wiem, ale to czyni to tylko bardziej prawdziwym – przyznał Harry.