Daniel ocknął się, czując, że dzieje się z nim coś dziwnego. Bolała go głowa, bolał go kark i kręgosłup, za to w ogóle nie czuł własnych rąk. Otworzył oczy i ujrzał nad sobą błękitne niebo. Spróbował się poruszyć i jęknął. Uświadomił sobie, że klęczy z głową odchyloną do tyłu. Jego ramiona były wyciągnięte ku górze a nadgarstki skute solidnymi kajdanami. Te zaś umocowane zostały po obu stronach drewnianego słupa, mniej więcej w połowie jego wysokości.
- Witaj z powrotem wśród żywych. - Dobiegł go znajomy głos.
Zerknął w bok. Jared przykuty został do drugiego słupa. Opierał się o niego ze znużeniem, od czasu do czasu zaciskał i rozluźniał pięści, by poprawić krążenie w skrępowanych dłoniach. Jackson zacisnął zęby i spróbował poruszyć głową. Udało mu się, choć mięśnie karku gwałtownie zaprotestowały. Przytulił policzek do ciepłego drewna i dłuższą chwilę odpoczywał. Potem powoli, bardzo powoli, stękając i jęcząc, dźwignął się w górę. Nogi również zdążyły już zdrętwieć. Kiedy na nich stanął, miał wrażenie, że uginają się pod jego ciężarem. Jego oddech stopniowo uspokajał się. Teraz mógł dokładnie przyjrzeć się swoim rękom, znajdującym się obecnie na wysokości jego oczu. Nie był to zbyt przyjemny widok. Kajdany wrzynały się głęboko w opuchnięte nadgarstki. Spod warstwy brudu i krwi wyglądała blado – sina skóra. Nie był w stanie poruszyć palcami. Wiedział, że musi minąć trochę czasu zanim powróci krążenie. Ostrożnie pokręcił głową, by zmniejszyć napięcie ramion i karku. Słońce znajdowało się teraz dokładnie pośrodku całkowicie bezchmurnego nieba. Jego palące promienie padały niemal pionowo. Oblizał spieczone wargi i znów spojrzał w stronę Jareda.
- Jared… Co się stało? - Wychrypiał.
- Strażnicy zabrali twojego dowódcę, pamiętasz?
- Uch… - Zacisną mocno powieki, bo w głowie wciąż mu trochę wirowało. - Był z nimi kapłan… Ale co ty robisz tu razem ze mną?
- Dobre pytanie. No cóż. Ryzykowałem rozmawiając z wami. Wiedziałem, że nikt nie powinien widzieć, że w jakikolwiek sposób się kontaktujemy. Zarządca musiał zwrócić na to uwagę.
- Dlaczego zabrali Jacka?
- Być może ktoś uznał, że ten człowiek znaczy więcej, niż początkowo sądził. - Jared pokręcił głową. Niewygodna pozycja i ostre słońce i jemu dawały się we znaki.
- Czemu akurat teraz?
- Coś musiało się wydarzyć. Coś ważnego.
- Wrócił Olokun?
- Nie, to nie to. Do powrotu Olokuna pozostało jeszcze trochę czasu. Tu chodzi o coś innego. Kapłan wyglądał na bardzo poruszonego, ale to i tak nic w porównaniu z zarządcą. Wściekł się nie na żarty. Zdaje się, że nawet pozostali strażnicy starają się schodzić mu z drogi.
Jak na zawołanie pojawiło się dwóch strażników. Patrzyli na więźniów spode łba i nerwowo zaciskali pięści. Najwyraźniej nastrój dowódcy udzielił się również im. Daniel i Jared natychmiast zamilkli. Pleciony rzemień zatknięty za pasem jednego i kij bólu w ręku drugiego skutecznie odebrały im ochotę do konserwacji. Nie chcieli, żeby mężczyźni wyładowali na nich swoją złość. Strażnicy zatrzymali się niedaleko słupów, chwilę postali, przestępując z nogi na nogę, potem przeszli do budynku, w którym znajdowała się kuchnia, zajrzeli do niego i najwyraźniej uspokojeni, że w tej części doliny nie dzieje się nic podejrzanego, pomaszerowali w kierunku kamieniołomów. Jackson wypuścił wstrzymywane od dłuższego czasu powietrze.
- Rzeczywiście mocno wkurzeni. - Daniel odruchowo zniżył głos aż do szeptu. - Nie chciałbym być w skórze kogoś, kto teraz narazi się na gniew któregoś z nich.
- Taa, pomimo wszystko twój dowódca ma szczęście, że go tutaj nie ma. Mógłbym się założyć, że byłby właśnie tym kimś.
- Myślisz, że zabrali go do pałacu?
- Chyba tak, ale to i tak nie poprawia jego sytuacji. Wyglądał naprawdę źle. Obawiam się, że już stamtąd nie wróci.
- Chyba nigdzie nie będzie gorzej niż tutaj. W pałacu ma przynajmniej jakąś szansę.
- Posłuchaj… - Jared zmarszczył brwi. - On tego nie przeżyje. Rozumiesz? Nikt z nas tego nie przeżyje. To tylko kwestia czasu. Jesteśmy tylko niewolnikami. Nic nieznaczącymi robakami. Jesteśmy warci tyle, ile wykonywana przez nas praca. Po nas przyjdą następni i następni. I oni też tutaj zginą. Wszyscy tu zginiemy. Łudziliśmy się, że możemy to zmienić, ale myliliśmy się. Nic nie możemy zrobić.
- Nie, to ty posłuchaj. - Daniel wpatrywał się w Jareda szeroko otwartymi oczami. Do tej pory chłopak sprawiał wrażenie niezwykle opanowanego. Aż dziwił ten nagły wybuch pesymizmu. - Obaj jeszcze żyjemy. I póki żyjemy musimy mieć nadzieję. Nic innego nam nie pozostało. Wierz mi, że już nie raz bywaliśmy w tak trudnych sytuacjach i zawsze jakoś udało nam się z nich wyplątać. Poza tym wkrótce powinniśmy skontaktować się z bazą. Jeśli tego nie zrobimy, nasz przełożony wyśle za nami grupę poszukiwawczą. Stary Hammond na pewno znajdzie sposób, żeby nas stąd wyciągnąć. Musimy tylko zaczekać i postarać się przeżyć do czasu, aż nas znajdą i uwolnią. To nie takie trudne prawda? Wystarczy przeżyć.
- To prawda? Przybędzie jeszcze ktoś oprócz was?
- Tak. Takie są procedury.
- Ale dla nas może już być za późno. - Jared odwrócił twarz w drugą stronę. - Po odkryciu waszej obecności w osadzie, ludzie Olokuna na pewno pilnie strzegą wrót. Najprawdopodobniej ci, którzy przyjdą nam na ratunek, sami zostaną pojmani.
- Tego nie wiesz na pewno.
- Wiem za to, do czego zdolni są nasi protektorzy. Nie masz pojęcia, jak to jest żyć pod jarzmem Olokuna.
- Więc mi powiedz! - Daniel zaczekał, Aż chłopak znów na niego spojrzy. - Czy wreszcie możesz mi zaufać? Proszę cię, mam przecież oczy. Widzę, co się święci. Wiem, że organizujecie rebelię przeciwko Olokunowi. Wiem również, że częściowo wtajemniczyliście Sam w swoje plany. Kaleb także nie jest idiotą. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robicie, choć nie ma pewności, kto konkretnie działa przeciwko jego panu. A nas podejrzewa o współudział. On uważa, że przybyliśmy na wasze wezwanie. Że to wy nas sprowadziliście. Matko Boska! - Zdenerwował się, widząc zdumiony wzrok swojego rozmówcy. - Nie wy pierwsi przeciwstawiacie się rządom Goa`uld. Chcę ci przypomnieć, ze moi przodkowie zrobili to już tysiące lat temu. Do tego zmierzacie, prawda? Chcecie obalić Olokuna?
- Tak. - Jared wciąż się wahał. - Planujemy to od miesięcy. Wciąż jednak nie jesteśmy wystarczająco silni.
- Dlatego potrzebujecie wsparcia. My możemy wam je dać. Proponowaliśmy to już na samym początku. W zamian za to sprzedaliście nas w niewolę.
- To nie tak. Nie o to nam chodziło. To było wtedy jedyne wyjście.
- Rozumiem to. Chroniliście swoich ludzi. Czy jednak nie widzisz, że ani ja, ani nikt z mojego zespołu wam nie zagraża? Gdyby zależało mi na twojej głowie, już dawno bym cię wsypał. A Jack? Kaleb o mało go nie zakatował. Myślisz, że narażałby się na kolejne tortury, gdyby chciał was zdradzić?
- Nie byliśmy pewni, czy możemy wam zaufać. - Zaczął niepewnie Jared. - Od pewnego czasu ludzie Olokuna likwidują po kolei wszystkich, którzy działają w ruchu oporu. Przybywają na kolejne planety i doskonale wiedzą, kogo mają ze sobą zabrać.
- Planety? Więc działacie na szeroką skalę?
- Udało nam się nawiązać kontakt z ośmioma. Tylko działając wspólnie mieliśmy jakiekolwiek szanse na powodzenie…
- I obawialiście się, że jesteśmy podstawieni? Że to jakaś nowa sztuczka Olokuna, żeby położyć kres całemu waszemu powstaniu?
- Dziwisz się? Przybyliście znikąd, dysponujecie potężną bronią i towarzyszy wam Jaffa.
- Zbuntowany Jaffa. Z własnej woli porzucił służbę swojemu władcy i przyłączył się do nas. Wspólnie pokonaliśmy Apophisa, więc wiem, że jest to możliwe.
- Żałuję, że do tego doszło. Naprawdę.
- Kontaktując się z Sam, naraziliście ją na wielkie niebezpieczeństwo. Zdajesz sobie z tego sprawę?
- Wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie. Do tej pory nie jestem pewien, czy dobrze zrobiliśmy. Po prostu zaryzykowaliśmy.
Od strony kamieniołomów dobiegał coraz głośniejszy odgłos kroków. Niewolnicy skończyli swój dzień pracy i właśnie wracali na spoczynek. W obozie zrobił się ruch. Wrócili również wszyscy strażnicy, a z nimi zarządca. Widząc wściekłość w jego oczach, Daniel miał pewność, ze podejdzie do niego i Jareda, by ukarać ich za czyn, który ktoś gdzieś popełnił. On jednak splunął jedynie w ich stronę, po czym oddalił się w niewiadomym kierunku. Przed budynkiem kuchni pojawił się Kraft, by wydać niewolnikom wieczorny posiłek. Daniel miał wrażenie, że zerka ukradkiem w ich stronę. Nie wykonał jednak żadnego gestu, który by świadczył o tym, że zwrócił na nich uwagę. Na widok parującego kotła Daniel przełknął ślinę. No cóż. On i jego współwięzień pójdą dziś spać bez kolacji.
Nadciągnęła noc a z nią nieznośny chłód. Wcześniej dokuczał im upał, teraz - przenikające do szpiku kości zimno. Przykuci do pala drżeli i szczękali zębami. Nade wszystko jednak dręczyło ich pragnienie. No i zmęczenie. Obaj wspierali się na słupach, marząc o zmianie pozycji. Żeby chociaż opuścić zdrętwiałe ramiona… księżyc wisiał nad ich głowami jak mały rogalik. Gwiazdy mrugały przyjaźnie, lecz nie dawały wiele blasku. Strażnicy wyraźnie spuścili z tonu. Teraz, gdy więźniowie zamknięci zostali w barakach, spacerowali niespiesznie, patrolując całą dolinę. Kierowali się zawsze w stronę bramy, obok której rozpalono ognisko. Od czasu do czasu robili rundę dookoła baraków i wracali do ciepłego kręgu rozświetlanego przez płomienie. Na Jacksona i Jareda nie zwracali szczególnej uwagi. Zresztą, jakie niebezpieczeństwo mogło czyhać z ich strony? Obaj byli zbyt wyczerpani nawet by rozmawiać. Daniel kilka razy zapadał w męczącą, niedającą wytchnienia drzemkę, by po chwili obudzić się jeszcze bardziej obolały. Jared wiercił się i stękał w ciemności, najwyraźniej cierpiąc tak samo, jak archeolog. Gdzieś niedaleko nich rozległ się odgłos ostrożnych kroków. Daniel spodziewał się nadejścia strażników i w pierwszej chwili nie zwrócił na nie uwagi. Kroki rozległy się zupełnie blisko i towarzyszył im znajomy, choć cichy głos.
- Znowu się spotykamy nieznajomy.
- Kraft? - Jackson z niedowierzaniem wpatrywał się w mrok, aż wyłowił z niego ciemną, pochyloną nieco sylwetkę.
- Twój towarzysz marnie skończył, a ty idziesz w jego ślady. I to nie sam.
Kraft podszedł zupełnie blisko. W rękach trzymał naczynie, które wydawało obiecujący chlupot. Uniósł je na wysokość twarzy archeologa i zbliżył brzeg do jego spieczonych ust.
- Napij się. - Powiedział. - Ostrożnie. Powoli. Musicie być odwodnieni.
Od strony drugiego słupa doleciało głuche rzężenie. Jared potwierdzał nim, że w rzeczywistości są bardzo spragnieni. Daniel pił. Woda przyjemnie chłodziła wyschnięty język. Z każdym łykiem czuł, jak wraca w niego życie. Już drugi raz ten człowiek ratował go swoją wodą. Nie odzywał się, tylko czekał, aż Jackson zaspokoi pragnienie. Wtedy podszedł do Jareda i napoił także jego.
- Nie będziesz mieć przez to problemów? - Jackson wciąż nasłuchiwał, czy z ciemności nie nadchodzą przypadkiem strażnicy. Słyszał wiatr, stłumione pokasływania dochodzące z budynków, odgłos siorbania i przełykania, ale nie doszukał się skrzypienia ciężkich skórzanych butów.
- Spokojna głowa. O tej porze zarządca zazwyczaj twardo śpi, zaś jego podwładni pod jego nieobecność przestają być nadgorliwi. Dzisiaj ponadto łyknął coś mocniejszego, żeby rozładować swój gniew. Zapewne nie obudzi się aż do rana.
- Dziękuję. - Jared aż się zasapał, ale jego głos brzmiał już normalnie.
- Nie ma sprawy. Przynajmniej tyle mogę dla was w tej chwili zrobić.
- Kim jesteś? - W głosie chłopaka dało się wyczuć podejrzliwość.
- Nazywam się Kraft. I jestem więźniem tak samo jak ty. No może nieco bardziej poinformowanym
- Kraft? Znam to imię. Skąd pochodzisz? - Spytał znienacka.
- Z Tabronu. - Mężczyzna najwyraźniej spodziewał się takiego pytania. - Moja córka miała na imię Alma.
- Zgadza się. - Jared w ciemności pokiwał głową. - Córka Krafta miała na imię Alma. Więc wreszcie mam okazję cię poznać. Wiele o tobie słyszałem.
- Znasz go? - Daniel nawet nie był zbytnio zdziwiony.
- Owszem. Co prawda nigdy wcześniej go nie widziałem i nie byłem pewien czy to on. To jeden z naszych ludzi. Zawdzięczamy mu sporo informacji.
- Mam nadzieję, że przydatnych. - Mężczyzna zaśmiał się cicho, a potem zwrócił do Daniela.- Miałem rację co do was, nieznajomy. Jesteście wyjątkowo twardzi. Najbardziej jednak podziwiam waszą kobietę. Otóż właśnie dokonała niemożliwego.
- Co ty mówisz? Co się stało z Sam? - Strach ścisnął serce Daniela. - Gdzie ona jest?
- Nie wiem gdzie jest teraz, ale wiem, gdzie jej nie ma…
- O czym ty mówisz?
- Dziś rano uciekła z więzienia.
- Jak? - Zdziwił się Jared.
- Dokąd? - Sapnął Daniel.
- Jeśli jest równie bystra, co odważna, będzie wiedziała, co dalej zrobić. Nie wiem, jaki Bóg postawił was, nieznajomi, na naszej drodze, ale powinniśmy być mu naprawdę wdzięczni. - Zwrócił się do Jareda. - Nasz sen, bracie może się wkrótce spełnić.
- Aż trudno w to uwierzyć. Całe wieki niewoli…
- Niewoli, która niebawem się skończy.
- Kiedy? - Spytał Jared zdławionym głosem. - Kiedy to nastąpi?
- Tego niestety nie wiem. Szczerze mówiąc, myślałem, że to wy będziecie mogli odpowiedzieć na to pytanie.
- Jak to? - Zdumiał się Daniel.
- Nie jestem wszechwiedzący. - Kraft wzruszył ramionami. - Moja wiedza nie sięga zbyt daleko poza tę planetę, lecz podobnie jak wy wyczekuję niecierpliwie na dzień wyzwolenia.
- Przykro mi. - Jared zwiesił głowę. - Oczekiwaliśmy na przybycie Barrana, ale nie dotarł w umówionym czasie. A tylko on zna wszystkie szczegóły.
- Ach… - Westchnął Kraft.
- Kim jest Barran? - Zainteresował się Daniel.
- Naszym przywódcą. - Odparł Jared. - To on koordynuje działania na wszystkich planetach. Ale nie zjawił się na ostatnie spotkanie. Baliśmy się, że został pojmany.
- Ale Sam uciekła. - Rzekł z naciskiem Daniel.
- Owszem. - Potwierdził Kraft.
- Ona nie zostawi nas tu na śmierć. Przybędzie nam na pomoc z Barranem lub bez niego.
- Wierzę w to, przybyszu. - Kraft rozejrzał się niespokojnie. - Naprawdę w to wierzę. Teraz jednak już muszę iść. Strażnicy nie są w końcu głupcami. Nie mogę dopuścić, by przyłapali mnie w waszej obecności.
- Zaczekaj! - Daniel uzmysłowił sobie, że ma do Krafta jeszcze wiele pytań.
- Nie zatrzymuj mnie, nieznajomy. Bądźcie silni. Obaj.
W ciemności zaszurały jego kroki. Więźniowie zostali sami. W głowie Jacksona kotłowało się tysiące myśli. Bał się o Jacka i o Teal`ca. Nie dowiedział się o nich niczego nowego. Bał się o siebie, o Jareda i bał się o Sam. Najważniejsze jednak, że kobiecie udało się wydostać z planety. Teraz na pewno pomoc do nich dotrze. W końcu Carter jeszcze nigdy nie zawiodła swojego zespołu. Jeśli trzeba będzie, stanie na głowie, by do nich dotrzeć. Był tego pewien tak samo jak tego, że po nocy wzejdzie słońce i nastanie nowy dzień.
