Harry czuł się fatalnie, gdy wstał. W zasadzie zamierzał pozostać w domu, dziękując w duchu za to, że Wizengamot nie zmienił planu obrad, które miały odbywać się rzadziej w czasie szczytu. Sala w końcu została zajęta przez delegatów i chociaż w końcu wszyscy wrócili do swoich krajów – nie wyglądało na to, że Swingwood był zainteresowaniem wznowieniem prac. Wszyscy byli zmęczeni zarówno atakami śmierciożerców jak i problemami dyplomatycznymi, które zrodziła śmierć przedstawiciela rządu włoskiego. Oczywiście wszystko spadło na Minister Magii, której nominalnie podlegali aurorzy, ale Kingsley również musiał przedstawić plan ochrony, który wypracowano przed szczytem – jakby Włosi nie znali go od samego początku.
Nigdy nie ukrywali, że Wielka Brytania jest bezpiecznym miejscem. I chociaż żal było mu Włocha – jednak to była tylko jedna ofiara. Wojna pochłonęła ich o wiele więcej, a jakoś nie zwracali się do reszty Europy o zadośćuczynienie. Zawsze sądził, że ludzkiego życia nie dało się wycenić, ale rodzina nieszczęśnika najwyraźniej miała inną opinię w tym względzie.
Miał jedynie nadzieję, że Amelia rozwiąże ten problem skutecznie.
Ból głowy nie pozwalał mu skupić się na tyle, aby zrobić notatki do przeglądanego dokumentu. Bradley nadal obstawał na reformę edukacji i nie mogli się zgodzić na poprawki, które chciał wprowadzić. McGonagall urwałaby mu głowę, gdyby przyłożył do tego rękę. Nie mogli obciąć godzin Obrony Przed Czarną Magią podobnie jak Eliksirów, chociaż te ostatnie wspominał niezwykle nieprzyjemnie. Nie był pewien kto przejął schedę po Severusie, ale zapewne Mistrz miał godnego następcę. Minerwa nie zgodziłaby się na nikogo kto nie spełniałby jej wymagań. Oczywiście edukacja znajdowała się w opłakanym stanie, ale obniżenie wymagań zestresowanemu wojną pokoleniu na pewno nie rozwiązałoby problemu. Coraz mniej absolwentów znajdowało pracę po ukończeniu Hogwartu, ale to oznaczało tylko, że musieli postarać się o zorganizowanie staży dla uczniów. Bradley wydawał się tego całkiem nie pojmować.
Harry wiedział, że Hermiona się z nim zgodzi, więc położył pojedynczą kartę pergaminu na stoliku, licząc na to, że jeszcze tego samego wieczoru usiądą przy herbacie. Jego przyjaciółka zabrała bliźniaki do Uzdrowiciela i dom wydawał się nienaturalnie cichy. Nawet Draco odkrył chyba, że ma normalną pracę w Ministerstwie. Harry zaczął podejrzewać, że Malfoy wybrał sporą część swojego urlopu, aby pomóc jemu i Hermionie.
I był wdzięczny – naprawdę. Nie uważał Draco za swojego pełnoprawnego przyjaciela, ale wiedział, że mogą na siebie liczyć, a to znaczyło już wiele. Po Hogwarcie kontakty z ludźmi zacieśniały się i rozluźniały. Nigdy nie spodziewałby się bowiem, że sam z własnej woli udzieli wywiadu Lavender i powoli zastanawiał się czy ponownie nie wysłać do niej sowy. Kiedy dziecko pojawi się na świecie, zapewne będzie musiał wyprostować część plotek, a atak zawsze był lepszy niż obrona. Nie chciał, aby umysły czarodziejskiego społeczeństwa zawędrowały w nieodpowiednim kierunku. Planował przyznać otwarcie, że adoptował sierotę, aby nie pozostawiać niedomówień. Jego instynkt mógł się przecież uaktywnić dzięki bliźniakom przyjaciółki. Hermiona zresztą już niedługo miała oficjalnie zamieścić go w dokumentach jako chrzestnego.
Próbował wstać z fotela, ale mocny zawrót głowy posłał go z powrotem na siedzenie. Różdżka nie leżała już tak wygodnie w jego dłoni i zamarł, ponieważ jego serce biło jak oszalałe. Był całkiem świadom magii, która znajdowała się w jego wnętrzu – obcej a jednak tak znajomej. Już wcześniej dotykał dłońmi sporego już brzucha, którego nie dorobiłby się nawet tygodniami na kremowym i czekoladowych żabach. Tym razem dziecko jednak nie uspokoiło się czując ciepło jego rąk.
Magia miotała się w nim, więc zacisnął zęby i spojrzał w górę, wypuszczając z ust powietrze bardzo powoli – tak jak uczyła go Hermiona, gdy po raz pierwszy moc chciała wyślizgnąć mu się z dłoni. To on panował nad magią, a nie ona nad nim – mawiała jeszcze przez dłuższy czas, aby zrozumiał, że jego siła tkwiła w kontroli. Voldemort właśnie tego brakującego elementu nie posiadał. Pozwolił swojej mocy na wyczynianie co tylko chciała. A ona z zasady chciała być większą i większą, więc sięgnął po czarną magię, która przejęła nad nim kontrolę. Harry miał świadomość co stanie się, jeśli pozwoli swojej magii na wszystko, więc skupił się na cieple, które przepływało przez całe jego ciało.
- Zostajesz w środku – powiedział z trudem, gdy nic nie skutkowało. – Słyszysz mnie? – spytał jak ostatni idiota. – Nie będziesz szaleć po świecie! Jesteś moja i masz być na mój rozkaz! – poinformował moc i zdał sobie nagle sprawę, że ta magia nie należy do niego.
I nie miał nad nią kontroli. Jego własna magia spokojna i gotowa czekała, co tylko mocniej go przestraszyło. Próbował wstać, ale ból głowy był tak silny, że pociemniało mu przed oczami.

ooo

Mocne uderzenie w twarz pomogło mu otrzeźwieć i spojrzał na Hermionę trochę przerażony. Nie wiedział jak długo był nieprzytomny, ale zmarszczka między brwiami przyjaciółki sugerowała najgorsze.
- Ona mnie pochłania? – spytał, aby się upewnić, że jednak przekroczył granicę, gdzie był w stanie panować nad mocą tak wielką, że przerastała Dumbledore'a.
- Nie, zaczęło się – poinformowała go Hermiona.
Próbował się rozluźnić, ale to było na nic. Jego ciało wydawało się niemal płynne. Magia ogrzewała je od środka i dziwiło go, że Hermiona nie poparzyła dłoni, gdy przyłożyła ją do jego czoła. A potem nagle doszło do niego co powiedziała.
- Herm? – spytał. – Co się zaczęło?
- Rodzisz – powiedziała, przykładając mokry, zimny kompres do jego czoła.
- Nie mogę, jeszcze dwa miesiące! – wyrwało mu się, ale przyłożyła mu dłoń do ust. – Gdzie są dzieci? – spytał odrobinę ciszej.
- Z Luną i Ginny – odparła. – Niczym się nie martw – dodała, jakby to miało mu pomóc. - Aportuję nas do Doliny Godryka. Dasz radę utrzymać się na nogach? Musze cię stąd zabrać – powiedziała bardziej do siebie niż do niego.
- Żadnego aportowania, Herm. Zapomniałaś? – spytał przez zęby.
Zawsze sądził, że rodzenie opiera się na skurczach, ale kolejne fale magii, które próbowały z niego promieniować były jeszcze gorsze. Czuł się tak, jakby rozpadał się na kawałki. Magia była jego życiem, stanowiła jedną z ważniejszych części jego osoby. I chciała odejść. Może tylko na chwilę, ale to było niewybaczalne. Nie wyobrażał sobie kolejny raz stracić jej na tak długo i z całej siły walczył, co chyba nie było dobre.
- Żadnego aportowania, żeby nie zastartować porodu zbyt wcześnie. Teraz to i tak jesteś w trakcie – uświadomiła go. – Złap mnie za ramię i myśl o domu rodziców – dodała.
Zamknął oczy, starając się skupić i nagle zimny powiew powietrza dotknął jego policzka. Ulżyło mu dokładnie na kilka sekund, a potem prawie osunął się na przyjaciółkę. Złapała go w pół i wepchnęła w drzwi, które się przed nimi osunęły posłusznie. Długi korytarz powitał ich ciemnością.
- Harry – powiedziała, przytrzymując go przy ścianie. – Jeden wdech i jeden krok. Pokój jest tutaj obok – dodała.
I uwierzył jej. Nie zamierzał rodzić w cholernym korytarzu. Kolejne drzwi otworzyły się i dostrzegł łóżko. Hermiona posiadłość jego rodziców odwiedziła kilkukrotnie, gdy odblokowywał pokoje. I wtedy odkryli, że jedna z komnat była przeznaczona ku temu, aby wydawać na świat potomstwo. Zaklęcia na odrzwiach były tak stare, że wpisane w fundament domu. Hermiona wybrała to miejsce nie bez przyczyny. Sąsiednie domy były w odpowiednim oddaleniu, więc nawet jeśli bariery posiadłości runęłyby, nikt w okolicy nie ucierpiałby.
Nie stać ich było na wynajęcie budynku na odludziu. I najwyraźniej zrobili dobrze przygotowując to pomieszczenie jeszcze przed szczytem.
Opadł na pościel z prawdziwą ulgą. Zimny materiał odrobinę mu pomógł i Hermiona zaczęła rozpinać jego szatę. Spojrzał na nią, zastanawiając się na jak bardzo przerażonego wyglądał.
- Będzie dobrze – obiecała mu jak zawsze. – Tysiące ludzi wydaje na świat dzieci, Harry.
Starał się uśmiechnąć, ale nie było to takie łatwe, gdy w jego oczach pojawiły się łzy przy kolejnej – silniejszej fali. Czuł jak jego ciało napina się instynktownie, gdy fizycznie walczyło z obcą mocą.
- To będzie trudne, ale będziesz musiał odpuścić – poinstruowała go Hermiona, rzucając kilka zaklęć skanujących.
Jego brzuch zaczynał lśnić o czarów, które osadzały się na skórze. Butelka dyptamu wcale go nie uspokoiła. Powiedziała, że nie będą go rozcinać, ale mogła kłamać, żeby nie przyprawić go o zawał. I cholera, ale tak bardzo nie chciał być przytomny.
- Herm – powiedział, desperacko chwytając ją za rękę.
Starał się nie myśleć ile pokoleń Potterów przyszło na świat w tej komnacie. Czy rodziła tutaj również jego matka całkiem nieświadoma, że daje życie dziecku, przez które zginie jakiś czas później. Czuł resztki zaklęcia Fideliusa i magię Łapy, która splątała się z fundamentami domu. Nie chciał wiedzieć czy jego ojciec pochwaliłby, że przez kilka ostatnich miesięcy nosił dziecko Lucjusza Malfoya.
- Harry – powiedziała, wycierając jego spocone czoło. – Musisz odpuścić. Magia chce wyjść, ponieważ twoje dziecko jest gotowe do życia – poinformowała go i nie chciał tego słuchać.
To było jeszcze za wcześnie. Bardziej spodziewał się własnej śmierci niż porodu. Sądził, że mają jeszcze czas na przygotowanie. I to po prostu nie była odpowiednia chwila. Wizengamot obradował, Amelia walczyła z Włochami. Przed nimi był jeszcze proces pochwyconego współpracownika Bellatriks. Draco i Hermiona dalej byli na rozdrożu.
- Herm – wyszeptał, czując, że kolejna fala będzie zbyt silna.
Jego ciało zawsze potrafiło znieść spore przeciążenia, ale w ostatnim pół roku przeżył tak wiele, że miało już dość ciągłej walki. Sam nie uwierzyłby, gdyby ktoś mu powiedział, że nadejdzie czas, że się podda. Hermiona jednak mówiła, że to jedyne co mógł zrobić. Czarodzieje asystujący przy podobnych porodach zostawili im tylko nikłe informacje o tym, aby pozwolić, aby się działo. Wiec wziął głębszy wdech, nie wiedząc tak naprawdę co się stanie.
Poród Hermiony trwał prawie całą noc i może powinien być wdzięczny, że magia nie torturowała go tak długo, ale kiedy pociemniało mu przed oczami był pewien, że to koniec. Blizna na jego czole znowu krwawiła. Czuł jak ciepła strużka spływa mu po policzku i Hermiona natychmiast polała ją dyptamem. Nie zdążył nawet wyszeptać podziękowania, gdy poczuł jak obca magia po prostu odchodzi. Spanikował, że dziecko umarło – po tak długim czasie starania i myślenia, i kochania – odeszło.
Coś trzasnęło, chociaż to nie do końca było w ten sposób. Słyszał już raz jak magia z sobą walczyła. Gdy stanął naprzeciwko Voldemorta było tak, jakby siłowali się i prawie przegrał, bo ten dźwięk go zaskoczył. Jęk mocy naginanej przez magię całkiem inną. Runy tuż pod sufitem zabłyszczały i zaczynały blaknąć jedna po drugiej. Sądził, że to jego wyobraźnia, ale Hermiona spojrzała w górę i zamarła.
- Cholera – powiedziała jego przyjaciółka. – Sądziłam, że wytrzymają - dodała.
Chciał spytać czy to źle, ale nie miał nawet na tyle siły, aby poruszyć ustami.
- Nic się nie stało – ciągnęła dalej. – To były stare runy – dodała, jakby chciała go pocieszyć.
I chodził na te same zaklęcia co ona, i wiedział, że coś takiego jak 'stare runy' nie istniało. Im starsza magia tym nawet lepiej się utrzymywała.
Coś rosło wokół i czuł wyraźnie, że należało do niego. Hermiona spojrzała mu prosto w oczy i chwyciła go mocniej za rękę.
- Harry, teraz – powiedziała, więc wypuścił powietrze z płuc.

ooo

Lucjusz w końcu pozwolił sobie na kieliszek wina. Eliksiry przepisane przez Uzdrowiciela nadal znajdowały się na jego nocnej szafce, ale nie zamierzał się odurzać bardziej niż to konieczne. Czuł się w swoim domu na tyle bezpiecznie, aby spać spokojnie, ale nie zapomniał, że to tutaj również zginęła Narcyza. Żadne bariery nie mogły powstrzymać członków ich rodziny, a Bellatriks poprzez krew pozostawała w końcu siostrą jego zmarłej żony. Część z niej płynęło wciąż w Draco, chociaż jego syn starał się o tym nie myśleć. Nigdy też nie nazywał Belli ciotką już od najmłodszych lat separując się od niej.
Zawsze zastanawiał się jak to wpłynie na Draco i jego syn faktycznie miał problem z nawiązywaniem kontaktów, które na dłuższą metę miały zaowocować jakąś nicią zaufania.
Sam nie mógł pochwalić się zbyt wielką grupą przyjaciół. Zbyt wielu ludzi nie rozumiało jego sposobu myślenia i oceniało go po pozorach. A pragmatyzm nie był najgorszą z cech, którą mógł posiadać. Nie by ł urodzonym mordercą, a to już w tym świecie wiele znaczyło – przynajmniej według ludzi pokroju jego i Kingsleya. Nie wierzył, że Harry Potter będzie w stanie zaakceptować go, ale tutaj czekała go kolejna niespodzianka.
Rozmowa tego pierwszego wieczoru na balu u Amelii pozwoliła mu dostrzec potencjał w młodym umyśle. Harry był sarkastyczny i chociaż nie interesowała go wtedy polityka – wiedział jak radzić sobie w życiu. Wojna nie złamała go jak pozostałych – po prostu zmusiła go do szybkiego dorośnięcia. Chociaż Draco sądził, że Gryfoni nie do końca pozbyli się swojego idealizmu i widział to w każdym słowie projektu ustawy. Ręka Granger była ewidentnie widoczna w niektórych założeniach, ale kobieta nie dążyła do zemsty na każdym czarodzieju w tym świecie. Wydawała się na tyle racjonalna, że postanowił zaufać jej osądowi w kwestii praw kobiet. W końcu widziała najlepiej co powinna robić przedstawicielka jej gatunku – młoda i pełna ambicji czarownica, która stawała ramię w ramię z mężczyznami podczas wojny. Nie docenili ich, a raczej Voldemort nie patrzył całkiem świadomie na żeńską część społeczności, jakby Lily Potter prawie dwadzieścia lat wcześniej nie dała mu nauczki.
Lucjusz wyciągnął pióro i czerwonym niczym krew atramentem, który tak bardzo przypominał mu o Severusie – podkreślił kilka punktów w propozycji ustawy, które przekazał mu Swingwood. Bradley oszalał albo chciał, aby zajęto się jego mrzonkami i nie wspierano reformy Granger-Potter jak ją popularnie nazywano. Przekreślił całe stronice z westchnieniem. Ustawa reformująca system nauczania w momencie, gdy groził im kryzys finansowy była idiotyzmem albo tematem zastępczym. I Lucjusz zaczął podejrzewać, że sugestia Pottera co do sierocińców oraz kwestii finansowych dotyczących kobiet mogła zostać mylnie zrozumiana. Oczywiście w przypadku rozwodów – żony mogły wymusić ujawnienie całości dochodów swoich mężów i Lucjusz zaczął podejrzewać, że bękarty Bradleya mogły być dopiero wierzchołkiem góry lodowej.
Nie był księgowym, ale dochody Ministerstwa nie mogły tak drastycznie spaść w ostatnim roku i chciał już na to zwrócić uwagę Amelii. Niemal każdy również miał przy boku Niewymownego, wiec Departament Tajemnic musiał prowadzić własne śledztwo. Oczywiście Boot wyparłby się wszystkiego, bo Kingsleya trafiłby szlag, że przeprowadzają wewnętrzne dochodzenie bez powiadomienia Biura Aurorów. Z drugiej jednak strony jak wykryć nieprawidłowości, jeśli wszyscy wiedzą czego szukasz?
Lucjusz przetarł zmęczone oczy i spojrzał w dal na dogasający kominek. Wskazówki zegara jeszcze nie dotarły do piątej, ale na zewnątrz panował nieprzyjemny półmrok, który potęgowały jeszcze ciężkie burzowe chmury. Przerażało go, że od dłuższego czasu jedyne prognozy pogody sprawdzały się w 'Żonglerze'. Oczywiście Harry'ego zapewne ubawiłoby, że tak poważny czarodziej jak on prenumerował coś podobnego, ale Lucjusz czytał wszystko. A tym bardziej niezależną prasę prowadzoną przez kobietę, która sprzyjała rozwojowi społeczeństwa.
Miniaturowe podobizny jego przodków na ścianie zaczęły szeptać między sobą, więc spojrzał na drzewo genealogiczne. Złote linie, wijące się, zakręcające, kluczące – błyszczały czystym złotem, więc uśmiechnął się pod nosem. Draco nie musiał pytać o zdanie, ale sądził, że jeśli jego syn przyjmie do rodziny dzieci Granger, zrobią to oficjalnie i będzie tym, którzy rzuci zaklęcie. Wątpił, aby Harry nie podzielał jego poglądu.
Zerknął na portret jego syna – nieruchomy jak każdy, który nie posiadał cząstki duszy zmarłego czarodzieja. Narcyza uśmiechała się do niego delikatnie jak zawsze, więc skinął jej głową i czekał. Ku jego największemu zaskoczeniu, pojedyncza złota nić oplotła jego własny portret i rozpłynęła się w powietrzu jak każde powiązanie, które nie zostało zatwierdzone magią. Coś podobnego nie zdarzyło się od ponad pięciuset lat w jego rodzinie.
Zamarł zszokowany, ale ciepły wzrok Narcyzy potwierdził tylko, że się nie przewidział. Jego przodkowie wrócili na tę krótką chwilę do swoich portretów, aby powitać kolejnego Malfoya, ale na ścianie nie wypaliło się żadne imię.
Zacisnął usta w wąską kreskę zastanawiając się z czym ma do cholery do czynienia. To oczywiście mógł być podstęp, ale magia pokoleniowa była tak silna, że nie znał czarodzieja, który byłby w stanie z nią igrać. Śmierciożercy po stracie Bellatriks nadal byli w rozsypce, a na świecie znajdowało się tylko dwóch Malfoyów. I doskonale pamiętałby, gdyby zachodziła najmniejsza nawet możliwość, że spłodził kolejnego potomka.
- Prowadź - powiedział w końcu uderzając końcówką różdżki w miejsce, w którym zniknęła złota nić.
Aportacja była tak gwałtowna, że ramię przypomniało mu o sobie. I znał doskonale tę ulicę. Przychodzili tutaj z Harrym tak często, że niemal instynktownie podążył w kierunku posiadłości, która wydawała się spowita mgłą. Czuł wyraźnie, że fundamenty budynku zostały naruszone, ale nie potrafił się tym przejmować. Jego dłonie trzęsły się, gdy otworzył jedne drzwi, a potem kolejne i zamarł w progu, gdy płacz dziecka rozległ się echem w sporej wielkości komnacie. Runy, zaklęcia ochronne, wielowiekowa praca nie jednego czarodzieja, ale kilku pokoleń – wszystko przepadło w zderzeniu z magią Harry'ego. Chłopak zresztą leżał na łóżku, a Granger ocierała mu twarz, zapewne niezdolna do używania zaklęć. Jego własna magia źle reagowała na to pozbawione czarów pomieszczenie.
Granger spojrzała na niego zszokowana, jakby był ostatnią osobą, której się spodziewała. Harry spiął się wyraźnie i chyba chciał coś powiedzieć, ale oddychał z trudem. I Lucjusz pierwszy raz w życiu nie miał pojęcia jak połączyć fakty. Oczywiście karmiono go legendami, ale to było dla niego zbyt wiele. Na domiar tego słyszał wyraźnie dźwięki aportacji na ulicy.
- Cholera – warknął, podchodząc do Granger.
- Panie Malfoy – zaczęła, ale wyrwał Harry'emu nadal płaczące dziecko i wepchnął jej w ramiona.
- Aurorzy zostali powiadomieni – poinformował ją sztywno. – Aportuj się. Pomieszczenie straciło bariery! – rzucił do niej i dziewczyna na szczęście faktycznie dodawała dwa do dwóch, bo usłyszał tylko ciche 'pop', gdy zniknęła.
Zawinął Harry'ego w prześcieradło i uniósł go nie bez problemu. Chłopak leżał bezwładnie w jego ramionach i spoglądał na niego całkiem wystraszony. Chciał coś powiedzieć, ale to nie był dobry moment. Słyszał jak zorganizowany patrol wdarł się do domu, tylko trochę spowolniony przez resztki magii, które zostały w fundamencie posiadłości.
Zamknął oczy i kiedy ponownie je otworzył, znajdował się kilka kroków od swojego domu. Jeden z cholernych skrzatów przytrzymywał mu drzwi i w korytarzu dostrzegł Granger tulącą nadal płaczące dziecko. Spojrzał na Harry'ego, który gdzieś w trakcie podróży musiał stracić przytomność. I nie mógł nawet zażądać wyjaśnień. Prawda wydawała mu się zbyt abstrakcyjna, ale nagle wszystko ułożyło się w logiczną całość. Harry zmienił sposób ubierania się, aby ukryć wagę. Nie pił alkoholu, a jego problemy z magią były niczym przy tym, co Narcyza przechodziła przy Draco. Nie miał pojęcia nawet jak mógł przegapić coś tak oczywistego. I może powinien był wierzyć w te wszystkie legendy. W końcu miał do czynienia z Harrym Potterem.
Słyszał jak Granger w ciszy podąża za nim na piętro i położył ostrożnie Harry'ego na swoim łóżku. Jego blizna była nieprzyjemnie napuchła, a włosy tak pozlepiane, jakby przez cały dzień nie robił nic innego tylko ćwiczył szermierkę.
- Harry nie chce tutaj być – powiedziała Granger, stając w progu.
Odwrócił się gwałtownie w jej stronę i nawet nie musiał się zastanawiać co powinien zrobić.
- To jest moje dziecko – poinformował ją z wściekłością. – Dopóki jest nieprzytomny, ja decyduję – dodał.
Granger zbiła usta w wąską kreskę.
- To na mnie scedował decyzje… - zaczęła.
- Nie jesteś w stanie utrzymać różdżki w dłoni – przypomniał jej i zesztywniała. – Zabierzesz go siłą? – spytał i wyciągnął do niej dłonie, czekając, aż odda mu niemowlę. – Ja mogę zabrać je siłą – dodał, aby wiedziała na czym stoi.
Uniosła wyżej głowę, jakby mówiła mu 'spróbuj tylko'. A on nie chciał z nią otwartej wojny.
- Mam prawo, aby potrzymać je chociaż – dodał, starając się opanować. – Nie powinniście byli tego ukrywać przede mną. Pomógłby mu – warknął przez zęby. – Wiesz jakie niebezpieczeństwo wam tam groziło? Odkryci, bez magii, na cholernym odludziu… - ciągnął i ze zdumieniem poczuł jak Granger kładzie mu małe zawiniątko na rękach.
- James Lucjusz – powiedziała tylko i spojrzała mu prosto w oczy w wyzwaniem.