Ann 84, mówisz i masz...


Silne palce zacisnęły się na jej gardle, pozbawiając ją możliwości zaczerpnięcia oddechu. Otworzyła szeroko oczy, ale widziała jedynie ciemność. Słyszała wyłącznie swój zdławiony jęk i rzężenie. Szarpała się i uderzała na oślep, lecz jej pięści trafiały w próżnię, zupełnie jakby trzymające ją ręce były zawieszone w powietrzu, niepołączone w żaden sposób z jakimkolwiek ciałem. Nagle stwierdziła, że ona sama unosi się w przestrzeni. Na próżno starała się znaleźć dla rąk i nóg jakiś punkt podparcia. Była bezradna, jak motyl przebity szpilką. Gdy myślała, że już straci przytomność, poczuła na policzku czyjś gorący oddech. Niewidzialne usta zbliżały się do jej twarzy. Próbowała je odepchnąć. One jednak były coraz bliżej i bliżej. Już niemal dotykały skóry. Jednocześnie gdzieś z bliska dobiegł ją drwiący śmiech Kaleba.

Ocknęła się na szpitalnym łóżku. Kaleba nie było. Obok ktoś cicho rozmawiał. Przez chwilę pomyślała, że to był tylko sen, że nie stało się nic złego, potem jednak przypomniała sobie wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni i natychmiast oprzytomniała. Zerwała się gwałtownie z pościeli. Czyjeś silne ręce natychmiast ją przytrzymały. Była temu komuś bardzo wdzięczna. Miała tak silne zawroty głowy, że bez wsparcia upadłaby na podłogę. Gdy delikatnie układał ją na łóżku, uchyliła powieki i ujrzała sanitariusza. Zamknęła oczy, czekając, aż helikopter w jej głowie nieco się uspokoi, po czym rozejrzała się ostrożnie. Janet Fraiser patrzyła na nią czujnie, marszcząc brwi.

- Nie rób tego więcej. - Powiedziała z lekkim wyrzutem. - Jesteś jeszcze słaba, poza tym masz wstrząśnienie mózgu. Przez jakiś czas nie powinnaś w ogóle wstawać.

- Oczywiście. - Wymamrotała słabo. - Nie będę.

- To dobrze, bo w przeciwnym razie musiałabym cię uśpić. - Zagroziła lekarka z błyskiem w oku. - Jak się czujesz?

- Boli mnie głowa…

- To zrozumiałe, a poza tym?

- Nie najgorzej. - Odparła niecierpliwie. - Ale ja nie mogę tu zostać. Muszę zgłosić się do generała Hammonda.

- Nie ma takiej potrzeby, majorze. - Ponad ramieniem lekarki zmaterializowała się nagle twarz generała. - Już tu jestem.

- Sir! - Ucieszyła się. - Pułkownik, Daniel i Teal`c są w niebezpieczeństwie. Zostaliśmy pojmani. Ja uciekłam, nie wiem dokładnie, gdzie są pozostali, ale musimy coś zrobić, musimy ich ratować! - Wyrzuciła z siebie jednym tchem.

- Proszę się uspokoić. - Hammond podszedł bliżej do jej łóżka. - Człowiek, który przybył razem z panią, złożył nam w tej sprawie bardzo wyczerpujące wyjaśnienia.

- Och. - Dopiero teraz przypomniała sobie, że nie przybyła do SGC sama. - Barran wciąż tu jest?

- Owszem. Poprosił nas o wsparcie militarne w planowanym przez ruch oporu powstaniu przeciwko Goa`uld władającemu kilkunastoma planetami. Zaistniała sytuacja jest na tyle poważna, że zmuszony byłem skonsultować ją z Pentagonem. Przede wszystkim jednak muszę poznać pani wersję wydarzeń. Jeśli czuje się pani na siłach, chętnie wysłucham, co ma pani do powiedzenia.

- Oczywiście sir. Mogłabym prosić o szklankę wody? - To pytanie skierowane zostało do Janet Fraiser.

Kobieta kiwnęła głową i oddaliła się. Carter zaczekała, aż lekarka poda jej szklankę wypełnioną przezroczystym płynem. Piła chciwie. Zwykła woda miała dla niej nieziemski smak. Kiedy już opróżniła naczynie, wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić. Opowiedziała o wiosce, weselu, nagłym przybyciu Jaffa, pojmaniu, rozdzieleniu, przesłuchaniach, nieprzytomnym Teal`cu i groźbach Kaleba, aż wreszcie o niewiarygodnej ucieczce i powrocie do bazy. Hammond słuchał uważnie, od czasu do czasu zadając dodatkowe pytania. Kiedy Sam skończyła, dłuższą chwilę milczał, splatając i rozplatając palce.

- No cóż. - Zaczął w końcu. - Wszystko, o czym pani powiedziała, w pełni pokrywa się z zeznaniami Barrana. Wygląda na to, że ci ludzie rzeczywiście stoją u progu rewolucji.

Carter z namysłem wpatrywała się w swojego dowódcę.

- Sir, Kalia nie zdążyła przekazać mi zbyt wielu informacji o buntownikach, ale jednego jestem pewna. Olokun jest faktem. Faktem są jego napady na podległe mu planety w celu uzyskania nowych niewolników. Na jego macierzystej planecie widziałam ich dziesiątki. Zarówno kobiet jak i mężczyzn. Są zniewoleni i zmuszani do pracy ponad siły, a widziałam tylko tych pracujących w pałacu i w jego pobliżu, lecz musi ich być znacznie więcej. Ruch oporu przeciwko Olokunowi również jest faktem. Jaffa, który mnie przesłuchiwał tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. On niczego nie podejrzewał. On był pewien. - Zawahała się. - Sir, czy mogę mówić swobodnie?

- Oczywiście, majorze.

- To dzięki członkom ruchu oporu jestem tutaj. Sama nie byłabym w stanie wydostać się z więzienia i uważam, że tylko z ich pomocą możemy liczyć na odzyskanie pułkownika, Daniela i Teal`ca. Powiedział pan, że planują powstanie przeciwko Olokunowi. Jestem pewna, że uderzą z nami lub bez nas. Przygotowują się do tego już od miesięcy, a może nawet i lat. Dla nich to jest być albo nie być. Ludzie, których poznałam, są niezwykle odważni, ale nie dysponują żadną bardziej zaawansowaną bronią. Z wojownikami Jaffa raczej nie mają szans. Jeśli zaatakują i przegrają, wszyscy zapewne zginą. Pułkownik i pozostali również.

- Zdaję sobie z tego sprawę, pani major. Właściwie mniej więcej to samo powiedziałem moim przełożonym. Jestem pewien, że po wnikliwej analizie wszystkich danych Pentagon uzna moje argumenty i otrzymamy oficjalną zgodę na rozpoczęcie działań wojskowych.

- Sir, chciałabym wziąć w tym udział. - Miała nadzieję, że jej głos zabrzmiał wystarczająco pewnie.

- Spodziewałem się z pani strony dokładnie takiej reakcji. - Uśmiechnął się lekko. - Mimo to uzależniam pani udział w misji od pozytywnej opinii lekarskiej. Wiem, że jest pani wyjątkowo zdeterminowana, nie zgodzę się jednak, by narażała pani swoje zdrowie. Czy to jasne?

- Tak jest. - odpowiedziała niechętnie. - Czy mogłabym chociaż otrzymać kopię raportu z przesłuchania Barrana?

- Oczywiście. W zasadzie nawet bym nalegał, by się pani z nim zapoznała. Jak już wspomniałem, pani relacja z przebiegu misji zgadza się z faktami podanymi przez Barrana, ale ciekaw jestem pani opinii po przeczytaniu całości. W końcu to właśnie pani przebywała z tymi ludźmi i zdążyła poznać ich choć w pewnym stopniu. Interesują mnie wszelkie sugestie z pani strony.

Półtorej godziny później Carter siedziała wygodnie oparta o poduszki i trzymała w rękach zapisane drobnym drukiem kartki. Raport nareszcie dostarczył jej brakujących informacji i wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Dowiedziała się, że w przeszłości Olokun zamieszkiwał zupełnie inną planetę, która z niewyjaśnionych przyczyn uległa zniszczeniu. Pustynna planeta, z której uciekła Carter, miała być jego nowym azylem. Tutaj też rozpoczął budowę lądowiska dla swojego Hataka. Liczba niewolników niezbędnych do tego przedsięwzięcia skłoniła go do regularnego odwiedzania wszystkich podległych mu światów i porywania coraz większej liczby ludzi. Choć wybierał młodych i silnych, ze względu na ciężkie warunki panujące na planecie, nie byli oni w stanie pracować efektywnie przez dłuższy czas, dlatego sprowadzał i wciąż sprowadza nowych. Barran był właśnie jednym z niewolników. Pracował przy budowie piramidy. Był bity i głodzony. Szybko opadł z sił. Kiedy nie był już w stanie pracować, wywieziony został w głąb pustyni i tam pozostawiony nieprzytomny. Jego ciałem miały zająć się jakieś dzikie zwierzęta zamieszkujące ten nieprzyjazny świat. On jednak nie zginął. Uratował go Jaffa. Sam mogłaby założyć się o prawą rękę , że to ten sam, który pomógł także jej. Jaffa ukrywał go przez jakiś czas z dala od pałacu, potem umożliwił mu ucieczkę z planety. Choć Barran nie wyjawił motywów działania niespodziewanego sprzymierzeńca, na pewno mu ufał. Okazało się również, że Kalia nie miała racji. Barran nie był jedynym, który wydostał się z planety. Oprócz niego było jeszcze czterech innych. Ukrywali się, mieli jednak nad ludźmi Olokuna pewną przewagę. Tamci byli pewni, że oni nie żyją.

Tak powstał pierwszy zalążek ruchu oporu. Strach, bezsilność, rozpacz po stracie bliskich, i żądza zemsty skłoniły uciekinierów do działania. Stopniowo pojawiali się na poszczególnych planetach i kontaktowali z osobami, którym mogli zaufać i które podzielały ich uczucia względem Olokuna. Po wielu miesiącach mieli wreszcie swoich ludzi prawie na wszystkich planetach podległych Olokunowi. Jaffa także okazał się niezwykle cennym sojusznikiem. Dzięki niemu mogli kontaktować się z niektórymi towarzyszami przebywającymi w niewoli, znali ogólne plany Olokuna i mogli dość precyzyjnie przewidywać jego posunięcia.

Organizacja rozrastała się powoli, lecz systematycznie. Stopniowo tworzyła misterną siatkę wywiadowczo – informacyjną. Wciąż jednak wydawało się, że liczba rebeliantów jest zbyt mała, aby realnie zagrozić wojownikom znienawidzonego Goa`ulda. Niebawem okazało się, że pękło jedno z ogniw w łańcuchu konspiracji. Ktoś zdradził. Członkowie ruchu oporu znaleźli się w prawdziwym niebezpieczeństwie. Pomimo zachowywania szczególnych środków ostrożności, coraz częściej dochodziło do zatrzymań i niewyjaśnionych zniknięć. Wtedy jednak wydarzyło się coś, co dawało choćby cień nadziei na odzyskanie wolności. Jedna z planet na obrzeżach terytorium Olokuna była szczególnie bogata w złoża naquadah. Właśnie tą planetą, a raczej jej bogactwem naturalnym, zainteresował się inny Goa`uld. Był na tyle zuchwały, że zniewolił miejscową ludność i rozpoczął eksploatację planety. Takiej zniewagi Olokun nie mógł darować. Zebrał swą armię i niezwłocznie wyruszył, by ukarać impertynenta. W chwili obecnej w pałacu przebywała tylko garstka Jaffa. Ot, siły wystarczające do utrzymania porządku. Olokun wyszedł z konfliktu zwycięsko, a że jak każdy Goa`uld był wyjątkowo próżny, postanowił, że powróci do domu w blasku chwały. By to osiągnąć potrzebował szczególnej oprawy. O to już zadbały liczne zastępy czczących go kapłanów. Dniem i nocą przygotowywali święto na cześć swego pana. Bohatera i zdobywcy.

Ten właśnie moment postanowił wykorzystać ruch oporu. Zamieszanie, jakie towarzyszyło całej tej szopce, dawało szansę na wmieszanie się w ogarnięty nienaturalnym uniesieniem tłum i przeniknięcie w szeregi sług Olokuna. Kolejna okazja mogła się już nie powtórzyć. Postawili więc wszystko na jedna kartę i postanowili uderzyć. Cały plan znało tylko kilka osób, w tym Barran oraz jego czterej towarzysze i trzymany był w tajemnicy aż do ostatniej chwili. Istniała więc szansa, że informacja o planowanym ataku nie zdąży dotrzeć do zbrojnych oddziałów Jaffa. Oczywiście poplecznicy Olokuna oczekiwali takiego właśnie działania, nie mogli jednak trwać w pogotowiu przez cały czas. Dodatkowo spodziewali się ataku natychmiast po opuszczeniu planety przez ich pana, a nie w momencie jego powrotu. Nie brali też pod uwagę możliwości, że buntownicy mogą otrzymać wsparcie od kogoś z zewnątrz. Sumując wszystko razem, Carter doszła do wniosku, że sprawa nie jest tak beznadziejna, jak wydawała się na początku. Owszem, atak musiał być przeprowadzony szybko i w idealnym momencie, lecz biorąc pod uwagę dotychczasową zdolność komunikacji pomiędzy planetami, synchronizacja działań nie powinna być wielkim problemem. Na przygotowania pozostały trzy dni. Wystarczająco. Tylko czy będzie kogo ratować? Czy Kaleb spełnił swą groźbę i zabił O`Neilla? A co z Danielem I Teal`ciem? Strach chwycił ją za gardło, ale nie pozwoliła, by nią zawładnął. Musi wierzyć, że uda się sprowadzić ich z powrotem. Jeśli tylko przeżyją do tego czasu…

Hammond zjawił się w ambulatorium po południu. I nie był sam. Przyprowadził ze sobą Barrana. Mężczyzna uśmiechnął się.

- Samantho, cieszę się, że czujesz się już lepiej. - Rzekł, kładąc prawą dłoń na piersi i wykonując lekki półukłon. Ten gest nagle przypomniał jej Teal`ca.

- Ja także się cieszę, że cię widzę.- Odpowiedziała. Wzięła do ręki raport. - Nareszcie znam odpowiedzi na wszystkie zagadki.

- Przykro mi, że nie mogłaś poznać ich wcześniej. To byłoby jednak zbyt ryzykowne.

- Rozumiem. Teraz to wszystko rozumiem. I jestem pełna podziwu dla waszej odwagi i poświęcenia. Jakim cudem udało wam się przekazywać wszystkie informacje pod samym nosem Olokuna i jego armii?

- Tak, to rzeczywiście było trudne, ale nie niewykonalne.

- Najwyraźniej. Byłabym zaszczycona mogąc walczyć u waszego boku.

-Omawialiśmy już tę kwestię, majorze. - Wtrącił generał. - I nie zamierzam zmieniać zdania. Doktor Fraiser uważa, że zbytnio się pani przemęcza. Dlatego nie chciałbym zajmować pani zbyt dużo czasu. Wydaje mi się, że raport już pani przeczytała?

- Oczywiście, sir.

- I co pani o nim sądzi?

- Te informacje tylko potwierdzają wszystko, co widziałam i czego się dowiedziałam na obu planetach. Nie widzę żadnych powodów by kwestionować prawdziwość słów Barrana. Sir, czy Pentagon…

- Wciąż czekamy na decyzję. Myślę, że pani opinia tylko ją przyspieszy.

Mężczyźni wyszli i Carter znowu została sama. Długo myślała o Kalii, Barranie i członkach swojej drużyny, aż wreszcie poczuła, że rzeczywiście jest zmęczona, choć jeszcze niedawno gotowa była natychmiast wyruszać na wojnę. Teraz w głowie jej lekko szumiało, a oczy szczypały. Ułożyła się wygodnie. Pomyślała, że tylko tak sobie poleży i poczeka, aż ustąpi nieprzyjemne napięcie w karku. Sen spłynął na nią niepostrzeżenie. Wyczerpany organizm sam egzekwował własne potrzeby. Spała do rana i tym razem nic jej się nie śniło.

Kolejny dzień upłynął pod znakiem organizacji misji ratunkowej. Tak jak przypuszczał Hammond, Pentagon wydał zgodę na akcję wojskową. Dowództwo powierzone zostało pułkownikowi Reynoldsowi. Niezwłocznie rozpoczęły się przygotowania. Baza postawiona została w stan gotowości. Ściągnięto kilka przebywających poza Ziemią drużyn. Carter coraz dotkliwiej odczuwała przymusową hospitalizację. Powinna być tam, z nimi. Powinna działać, planować, przygotowywać się do wymarszu, zamiast tego leżała i czekała. Janet Fraiser na bieżąco monitorowała jej stan zdrowia, jednocześnie pilnując, by regularnie spożywała posiłki i jak najwięcej odpoczywała. W końcu jednak musiała przyznać, że życiu i zdrowiu pani major nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo, choć początkowo bardzo się o nie obawiała. Kiedy ujrzała ją leżącą bezwładnie na rampie, zakrwawioną, odwodnioną i skrajnie wyczerpaną, była niemal pewna, że jest ciężko ranna. Okazało się jednak, że jej obrażenia wyglądały o wiele gorzej niż były w rzeczywistości Sam szybko odzyskiwała siły. I wykazywała się niezwykłym uporem. Wymogła na personelu, by na bieżąco informować ją o postępach w planowaniu misji. Sama również miała liczne sugestie, które przekazywane były Reynoldsowi lub Hammondowi. Wieczorem jej łóżko zaścielały liczne dokumenty i plany, a ona sama znała każdy szczegół planowanej akcji. Wreszcie lekarka zrozumiała, że nie będzie w stanie dłużej utrzymać jej w bezczynności i zezwoliła na opuszczenie szpitala.

Z samego rana Carter zameldowała się w biurze generała Hammonda, ściskając w ręku teczkę z dokumentami medycznymi. Poprosiła o przywrócenie jej do czynnej służby i możliwość udziału w misji. Zgodę oczywiście otrzymała i niezwłocznie udała się do pułkownika Reynoldsa, który już jej oczekiwał. Pułkownik okazał się człowiekiem niezwykle przewidującym, bo nie czekając na formalne potwierdzenie jej uczestnictwa w misji, przygotował dla niej zadanie specjalne, którego inicjatorem był właściwie Barran. Mężczyzna, pełen nadziei, oczekiwał na dzień wyzwolenia całego swojego ludu. Chętnie współpracował z wojownikami Tau`ri, będąc ewidentnie pod wrażeniem technologii, jaką dysponowali. Opanowany i rzeczowy okazał się niezwykle cennym sojusznikiem i błyskotliwym strategiem. Nic dziwnego, skoro od lat współdowodził nieformalną armią buntowników.

Carter czuła, jak jej serce mimowolnie przyspiesza. Plan zakładał, że przedostanie się do pałacu, by odnaleźć przetrzymywanych tam więźniów. Tylko ona znała rozmieszczenie korytarzy w budowli na tyle, mieć szansę na odnalezienie więziennych cel. Ale było to działanie niezwykle ryzykowne. Zdawała sobie z tego sprawę. Miała wrócić do miejsca, gdzie więził i torturował ją Kaleb. Skąd cudem uciekła i dokąd teraz miała udać się dobrowolnie. Wiedziała jednak, że musi to zrobić. Musi, jeśli jeszcze chce zobaczyć swych towarzyszy żywych. Od wyznaczonej przez ruch oporu daty ataku dzielił ich już tylko jeden dzień. Spędzili go powtarzając i dopracowując cały plan ataku. Razem z Barranem i pułkownikiem Reynoldsem przeglądali szkice, nanosili ostatnie korekty. Położyła się spać późno z mocnym poczuciem, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Pomimo zmęczenia znów przyśnił jej się ten sen. Zapewne wspomnienie Kaleba spowodowało, że dopadł ją koszmar, który powracał niczym bumerang. Znów umierała bezradna w bezlitosnym uścisku niematerialnych rąk. Znów słyszała znienawidzony głos.

Obudziła się zlana potem. Leżała w splątanej pościeli, dopóki jej oddech się nie uspokoił. Potem sięgnęła po zegarek. Dochodziła piąta. Za kilka godzin wyruszą na misję. Usiadła na łóżku i sięgnęła do szuflady stojącej obok szafki. Wyjęła stamtąd jo-jo. Takie zwykłe, jakim lubią bawić się dzieci. I nie tylko dzieci. Znalazła je kiedyś w swoim laboratorium. O`Neill musiał je tam przez przypadek zostawić. Długo trwało, zanim udało się jej rozplątać poskręcany niemiłosiernie sznurek. Dlaczego go nie wyrzuciła? Chyba sama nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Trzymała je teraz schowane pomiędzy różnymi osobistymi drobiazgami i tylko czasami brała je do ręki. Tak jak teraz. To był jej talizman. Obietnica, że wszystko dobrze się skończy. Ściskała zabawkę w obu dłoniach i bezgłośnie modliła się o cud. Wreszcie odłożyła ją bezpiecznie na miejsce, upewniła się, że szuflada jest dobrze zamknięta, po czym ruszyła w kierunku łazienki.

Długo stała pod silnym strumieniem gorącej wody. Bardzo długo. Od chwili przybycia już kilkakrotnie brała prysznic, lecz mimo to miała wrażenie, że wciąż jest brudna. I nie chodziło tu o błoto, zaschniętą krew, czy brud pod paznokciami. Te dały się usunąć zaskakująco łatwo. Lecz razem z potem i kurzem próbowała zmyć z siebie niewidzialny ślad palców Kaleba. Nawet teraz, wspomnienie jego dotyku wywoływało gęsia skórkę. Nienawidziła tego człowieka za to, co jej zrobił. Za to, co zrobił jej towarzyszom. Pragnęła zemsty.

Kiedy trzy godziny później szła korytarzami SGC w kierunku sali wrót, czuła na sobie spojrzenia mijających ją osób. Wieść o pojmaniu i uprowadzeniu jedynki rozeszła się błyskawicznie i teraz cała baza trwała w oczekiwaniu na nadchodząca misję ratunkową. Czuła, jak jej żołądek ściska się nieprzyjemnie. Nie miała apetytu, ale zmusiła się do zjedzenia śniadania. Potrzebowała teraz pełni swoich sił. Zatrzymała się przed metalowymi drzwiami i odetchnęła głęboko. Jeszcze raz sprawdziła swój ekwipunek. Wszystko znajdowało się dokładnie na swoim miejscu. Pasek, na którym zawieszona była broń, uwierał ją w szyję. Poprawiła go i włożyła kartę do czytnika. Drzwi drgnęły i odsunęły się na bok z cichym zgrzytem. Wszyscy już na nią czekali. Wokół rampy zgromadziło się kilka drużyn SG. Marines czekali w pełnej gotowości. Pułkownik Reynolds pozdrowił ją skinieniem głowy, to samo zrobił stojący nieco z tyłu Barran. Odwróciła się i spojrzała w górę na przeszklone okno. Generał Hammond stał przy samej szybie i przyglądał się wszystkim z poważnym wyrazem twarzy. Zauważyła, że odruchowo zaciska pięści. On także się denerwował.

Reynolds coś mówił, lecz nie słuchała go. Znała cały ryzykowny plan na pamięć. Wrota ożyły. Na zewnętrznym pierścieniu po kolei zapalały się wybierane przez sierżanta Waltera symbole. Horyzont zdarzeń wyskoczył do przodu srebrzystym wirem, po czym wrócił do wyznaczonych przez wrota granic. Reynolds poprowadził swój zespół w górę rampy. Wszyscy trzymali broń gotową do strzału. Barran trzymał się tuż za nimi. W ręku ściskał odbezpieczonego zata. Cała piątka wkrótce zniknęła w srebrnej tafli. W ślad za nimi podążyła następna drużyna. Wszyscy obecni w pomieszczeniu wstrzymali odruchowo oddech. Powodzenie misji i życie pozostałych członków SG1 zależało teraz od sprawnie przeprowadzonej akcji, lecz przede wszystkim od odrobiny szczęścia. Po kilku minutach, które dla oczekujących wydawały się niemal wiecznością, radio w sali kontroli wrót zatrzeszczało i popłynął z niego głos pułkownika Reynoldsa:

- Teren zabezpieczony. Możecie ruszać.

- Rozumiem. - Carter jeszcze raz spojrzała na Hammonda. - Generale?

- Słyszała pani. - Dowódca bazy pochylał się nad mikrofonem. - Ruszajcie i zróbcie tam porządek. Przede wszystkim jednak sprowadźcie jedynkę do domu.

- Tak jest! Panowie…

Skinęła ręką na pozostałych żołnierzy, odwróciła się i ruszyła w kierunku horyzontu zdarzeń. Szła po swoich przyjaciół. W uszach dźwięczały jej słowa wypowiadane niejednokrotnie przez pułkownika O`Neilla: "My nie zostawiamy swoich". I ona też nie zamierzała.