Kiedy Harry otworzył oczy, był już poranek. Promienie słońca prześlizgiwały się przez ciężkie kotary, którymi ktoś zasłonił okno. Nie do końca był pewien, gdzie się znajduje. Niewiele pamiętał z poprzedniego dnia, ale pewne rzeczy wróciły do niego z prędkością Nimbusa 4000, którego oglądał w akcji jeszcze tak niedawno.
Pomieszczenie musiało być sypialnią Lucjusza. Portret całej rodziny Malfoyów nie pozostawiał żadnych pytań. A na domiar tego Lucjusz wpółleżał śpiąc na jednym z większych foteli, koło którego stała kołyska. Harry przełknął nadmiar śliny dopiero teraz zdając sobie sprawę jak bardzo obolałe jest jego gardło. Próbował po cichu zsunąć się z łóżka, ale jego ciało zaprotestowało. Wątpił, aby był w stanie ruszyć się przez kolejnych kilka dni, a to rodziło kłopoty. Jego magia – jego bezcenna magia –igrała z nim tymczasem. Czuł ją na koniuszkach swoich palców, ale wiedział doskonale, że znajdowała się poza jego zasięgiem. Hermiona powiedziała, że może zająć długie dni zanim dojdzie do siebie tym razem.
Lucjusz poruszył się na fotelu i Harry wpadł w panikę. Nie miał pojęcia jak się tutaj dostali, ani skąd mężczyzna wiedział gdzie ich szukać. Hermiona nie zdradziłaby go słowem, gdyby nie znajdowali się w sytuacji ekstremalnej, więc może umierał. Wszystko było jedną wielką rozmazaną plamą. Pamiętał tylko walkę z samym sobą i nieprzyjemnie przywodziła na myśl pojedynek z Voldemortem, który przeżył przed laty.
Wolałby jednak stawać w szranki z szaleńcem niż stanąć twarzą w twarz z Lucjuszem. A mężczyzna wydawał się właśnie budzić. Oczywiście sam mógł udać, że nadal jest nieprzytomny, ale chciał tak bardzo zobaczyć swojego syna. Dziecko wydawało się poza zasięgiem – w kołysce znajdującej się zaledwie o dwa metry od niego. Jego różdżka spoczywała na szafce nocnej Lucjusza wyglądając tam tak prawidłowo, jakby zajmowała już tą przestrzeń. Może tutaj mężczyzna trzymał ją poprzednim razem.
Harry zamarł, gdy szare oczy spoczęły na nim. Lucjusz podniósł się z fotela, odkładając koc i podszedł do kołyski. Cisza w pomieszczeniu stawała się powoli nie do zniesienia i Harry wziął głębszy wdech, aby się uspokoić. Spodziewał się wyrzutów, napadu gniewu – może niedowierzania. Lucjusz jednak milczał pochylony nad kołyską.
- Mógłbyś mi go podać? – spytał Harry w końcu i próbował chociaż usiąść, ale wyszło to mizernie.
Nie pamiętał, aby Hermiona była w aż takim złym stanie.
Lucjusz bez słowa podniósł niemowlę z kołyski. Coś śmiesznego działo się z Harrym, gdy Malfoy spoglądał w dół na swojego syna, ale może po prostu hormony nadal z nim pogrywały. W końcu dostał dziecko w swoje ręce i ułożył je tak, aby nie obciążało omdlałych mięśni. Kiedy podniósł ponownie głowę do góry, Lucjusz siedział na fotelu z dłońmi zaplecionymi przed ustami. Harry nie potrafił rozszyfrować jego wyrazu twarzy, ale to akurat nie było nowością. A oddałby wszystko, aby wiedzieć o czym Lucjusz myślał w tym momencie.
- Gdzie jest Hermiona? – spytał spokojnie i Malfoy nawet nie mrugnął okiem.
- Ufam, że właśnie kłóci się z moim synem w drugim skrzydle domu – odparł Lucjusz. – Tak się składa, że nie z moim jedynym synem – dodał i zerknął w stronę dziecka.
- To nie jest… - zaczął Harry i urwał. – Próbowałem… - zająknął się, ale żadne z tych zdań nie miało satysfakcjonującego zakończenia.
Czuł się tak, jakby wrócił do Hogwartu, a Severus wypytywał go o przyrządzenie eliksiru. Nigdy nie był w tym dobry. Nienawidził mówić. Hermiona robiła to za ich dwójkę nie bez powodu.
Spojrzał z desperacją na Lucjusza, który wydawał się niewzruszony.
- Wtedy kiedy przyszedłeś do mnie, a ja cię wyrzuciłem… - zaczął Malfoy, kompletnie go szokując. – Wtedy chciałeś mi powiedzieć? – upewnił się.
Harry nie wiedział co to ma za znaczenie.
- Tak – powiedział tylko zgodnie z prawdą i z zaskoczeniem dostrzegł jak Lucjusz chowa twarz w dłonie. – Co się stało? – spytał Harry pospiesznie. – Hermiona mówiła, że mogę zniszczyć magię w sporym obszarze. Jeśli znalazłeś się…
- Pojawiłem się później – wszedł mu w słowo Lucjusz, ponownie zerkając na niego ze swojego fotela.
Ta odległość nie była niczym dobrym. Nawet wtedy kiedy byli przyjaciółmi Lucjusz siadywał bliżej. Harry mógł obserwować te małe tiki i zmarszczki w kącikach jego oczu. To były marne wskazówki, ale zawsze jakieś. I Harry'ego uderzyło, że raczej nie byli już przyjaciółmi.
Lucjusz wstał tak gwałtownie, że Harry mimowolnie drgnął. Niemal natychmiast syknął z bólu, starając się nie obudzić dziecka. Nie chciał, aby płacz niemowlęcia im przeszkodził. Ta rozmowa musiała się odbyć wcześniej czy później, a wiedział, że jeśli nie porozmawiają teraz – będzie go to gryźć do momentu aż wszystko sobie wyjaśnią.
- Próbuję to poukładać – przyznał Lucjusz nagle. –Nie jestem przyzwyczajony do tego, aby takie rzeczy mi umykały. Z drugiej strony w najśmielszych snach nie spodziewałem się drugiego dziecka. Drugiego syna. I to do tego z tobą – dodał Lucjusz i Harry próbował się uśmiechnąć, ale raczej mu to nie wyszło.
Oczywiście wiedział, że nie jest świetnym materiałem na matkę, ale wiązał z tym bezpośrednio swoją płeć. I mogli być przyjaciółmi jeszcze kilka dni temu, ale Lucjusz najwyraźniej nie miał problemu z obrażaniem go teraz. Nie widział nic zdrożnego w posiadaniu dzieci z sobą. Lucjusz nawet pochwalił jego decyzję o adopcji. Najwyraźniej posiadanie biologicznych dzieci było całkiem inną bajką.
Może to drastycznie zmieniało jego plany związane z Amelią i Harry nagle poczuł jak zaczyna się pocić ze strachu. Nikt nie mógł wiedzieć.
- Minister nie może wiedzieć – powiedział w panice.
- Nie bądź śmieszny – prychnął Lucjusz. – Amelia nie dowie się. Nie ode mnie. Nie nigdy, jeśli to będzie ode mnie zależało.
Harry zamarł i znowu starał się uśmiechnąć, ale to był kolejny głupi pomysł. Nigdy nie był dobry w udawaniu tego, że coś go nie ruszyło. I było wiele scenariuszy w jego głowie, które pojawiały się z każdym dniem. Wyobrażał sobie jak mówi Lucjuszowi, że nosi jego dziecko i Malfoy jest zszokowany, ale szczęśliwy. Czasem Lucjusz mu nie dowierzał, ale nigdy nie zostawał sam. Nigdy na myśl nie przyszło mu, że mężczyzna może nie chcieć go znać. Może nie chcieć mieć nic wspólnego z własnym synem. Obserwując relację Lucjusza z Draco trudno było w to uwierzyć. I może po prostu chodziło o to, że James był nieślubny. Albo o sam fakt, że Harry był drugim ojcem. Zapewne dziecko z prawego łoża, które wydałaby na świat Amelia miało większą wartość dla rodziny. James nigdy oficjalnie nie stałby się Malfoyem. Harry planował go ukrywać.
- Nie musisz zmieniać żadnych planów – podjął Harry i przymknął oczy. – Hermiona pomoże mi się przenieść do domu Syriusza…
- Nigdzie się stąd nie ruszysz – wszedł mu w słowo Lucjusz. –Nigdzie się stąd nie ruszysz z moim dzieckiem – uzupełnił Malfoy i Harry zadrżał, gdy zdał sobie sprawę, że z kocią zwinnością mężczyzna przemieścił się w jego stronę.
- Nie możesz mi go odebrać – powiedział Harry.
- Nie zrobiłbym czegoś takiego w odróżnieniu od ciebie – warknął Lucjusz, a potem wziął kilka głębszych wdechów, jakby się chciał uspokoić.
- O nie, wiem co robisz – powiedział Harry. – Próbujesz się opanować, żeby być racjonalnym. A może ja nie chce racjonalnej rozmowy z tobą? O czym myślisz? Zirytowałem cię? Zdradziłem twoje cholerne zaufanie? – warknął. – Powiedz to teraz, bo nie chcę planować kilku kolejnych godzin o twoje cholerne dyplomatyczne odpowiedzi!
Lucjusz nawet nie mrugnął okiem.
- Zirytowałeś? Myślisz, że jestem wściekły?! Miałem całą noc, żeby się uspokoić – poinformował go Lucjusz.- I poskładać fakty. Norwedzy wiedzieli, prawda? Powiedziałeś obcemu mężczyźnie, przypadkowemu delegatowi…
- Odgadli. Halldor sam rodził – warknął Harry. – To nie tak, że chodziłem i mówiłem o tym wszystkim. Wiedzieli oni i Hermiona – dodał.
Lucjusz potrząsnął głową.
- Wiem, że próbowałeś mi powiedzieć – powiedział nagle mężczyzna. – Z racjonalnego punktu widzenia rozumiem twoją decyzję – ciągnął dalej. – Co nie zmienia faktu, że miałem was na wyciągnięcie ręki i to uczucie… - zaczął Lucjusz i urwał. – Jedna noc. To niebywałe – dodał zupełnie bez związku, ale Harry wiedział doskonale co to za emocje, które się teraz przelewały przez mężczyznę.
- Też byłem zaskoczony – przyznał Harry.
- I mam nie zmieniać planów? – ciągnął dalej Lucjusz, jakby go nie usłyszał. – Wszystko ulega zmianie. Zamieszkasz tutaj i to nie jest prośba. Dopóki nie dojdziesz do siebie nie opuścisz tej sypialni. Aurorzy prowadzą śledztwo na temat włamania w posiadłości Potterów. Gdybym się nie pojawił, zdobiłbyś pierwsze strony Proroka.
Harry zadrżał na samą myśl.
- I jeśli… Potem porozmawiamy, ale teraz nie możesz odejść. Jesteś słaby, a Granger wyczerpana – ciągnął dalej Lucjusz. – I nie myślimy racjonalnie. A wbrew pozorom nie powinno się podejmować żadnych decyzji bez przemyślenia ich. Tylko o to cię proszę. Przemyśl to – powiedział Lucjusz, wpatrując się w niego z dziwną emocją w oczach. – Zapewnię ci ochronę, dom jest duży…
- Próbujesz przekonać mnie czy siebie? – spytał Harry wprost.
Lucjusz westchnął i przetarł zmęczoną twarz. A Harry nie mógł nie odnieść wrażenia, że coś jest nie tak. James pomimo krzyków nadal smacznie spał.
- Hermiona się tak wkurzy. Septimus płacze cały czas, a on przespał… - urwał, zdając sobie nagle sprawę, że to musi dziwnie brzmieć.
- Zaklęcia wygłuszające – odparł Lucjusz z westchnieniem. – Chyba nie sądziłeś, że to naturalne – dodał. – Przepłakał całą noc, a potem zasnął. – Skrzaty przyniosą śniadanie. Powiem Granger, że jesteś przytomny – obiecał.
Harry zamarł, zdając sobie sprawę, że Lucjusz planuje wyjść.
- Słuchaj – powiedział pospiesznie i mężczyzna zatrzymał się w pół kroku. – Przepraszam. Jeśli to coś znaczy, przepraszam, ale nie wiedziałem co mam robić. To nie tak, że byliśmy razem, że cię znałem, a wiem, że takie dzieci są cenne i… - westchnął, a Lucjusz skinął głową, przyjmując to do wiadomości. – Nic nie musi się też zmieniać. Byliśmy przyjaciółmi, prawda? – spytał, czując się naprawdę głupio, ale coś ponownie zaczynało go dławić.
Lucjusz wydawał się to rozważać, a to nie był dobry znak.
- Byliśmy przyjaciółmi – powiedział ostrożnie Malfoy, ważąc słowa. – Zmienić się jednak musi wszystko –dodał i znikł za drzwiami.

ooo

Harry spodziewał się, że Hermiona pojawi się u niego podczas śniadania. Jego przyjaciółka jednak przesłała mu porcję eliksirów przez skrzata kuchennego i dopiero w kilka godzin później, usłyszał na korytarzu charakterystyczne kroki.
- Nie zamierzam się z tobą kłócić, Draco. – Głos Hermiony dobiegał zza drzwi i chyba oboje nie byli świadomi tego, że sypialnia nie została wygłuszona, bo Harry nie był w stanie przywołać skrzatów magią.
- Oczywiście, że nie – warknął Malfoy i chyba faktycznie Lucjusz nie żartował, gdy wspominał o konflikcie. – Zastanowiłaś się czasem jak wychodzisz na tej przyjaźni? – spytał Draco i Harry zamarł, zdając sobie nagle sprawę, że nie powinien być świadkiem tej kłótni.
Wiedział, że dostarczał Hermionie kłopotów przez całe życie, ale zawsze zapewniała go, że wszystko jest dobrze. Usłyszenie jednak tego z ust obcego – uderzało tylko mocniej. Zakładał, że oboje jak szczęśliwa popaprana rodzina wychowają trójkę swoich dzieci. I może to było egoistyczne z jego strony. Bał się jednak przeraźliwie zostać sam, a z jego wszystkich przyjaciół tylko ona potrafiła go zrozumieć.
- Na przyjaźni się nie powinno wychodzić – warknęła Hermiona. – Dlatego to się nazywa przyjaźń. Robisz to bezinteresownie, ale pewnie nie masz o tym pojęcia, prawda? – spytała i słyszał wyraźnie, że minęła pewną granicę. Nigdy nie bywała okrutna, ale ten jeden raz, gdy Bellatriks zabiła mugolskie dziecko, coś pękło w Hermionie i nawet Moody spoglądał na nią z pewną dozą niepokoju. – I jak wyszłam na tej przyjaźni? Gdyby nie jego przyjaźń, nigdy nie otworzyłabym się na ludzi. Siedziałabym teraz w cholernym biurze nad badaniami z okularami wielkości denek od butelki. Nie miałabym rodziny, nie miałabym dzieci i nie byłabym po rozwodzie. I wiesz co? Nie żałuje! Nie żałuje tego, że mieszkaliśmy przez kilka miesięcy w cholernym namiocie, gdy chory psychopata niszczył świat. Harry dał mi rodzinę, stał się moją rodziną. Przyjął mnie pod swój dach, gdy Ron wyrzucił mnie z domu, żeby wymusić na mnie jakieś popaprane posłuszeństwo. I masz rację, to nie jest przyjaźń. Jest moim bratem – przyznała i głos się jej załamał. – Jedynym, na którego mogłam liczyć. I jeśli prosił mnie o dochowanie tajemnicy, to jest nic w morzu tego co dla mnie zrobił. Wiesz, że jestem spłukana? – spytała i prychnęła. – Niewymowni chcieli się mnie pozbyć. Nie mogłam znaleźć pracy w ciąży, bo wasze cholerne społeczeństwo nie ma pojęcia o prawach kobiet. Więc Harry znalazł nam pracę, obojgu, bo jest cholernym cudotwórcą – warknęła. – Bo jest moim przyjacielem i moim bratem. Bo zrobił dla mnie więcej niż jesteś sobie w stanie wyobrazić…
- Hermiono, ja… - próbował wtrącić Draco.
- Nie – powiedziała krótko. – To nie była moja tajemnica i nie mogłam ci jej zdradzić. Każesz mnie za lojalność? – prychnęła. – Jestem spłukana – podjęła ponownie o wiele spokojniejszym tonem. – Możesz przestać udawać swoje zainteresowanie moją osobą. Nie stanowię dla ciebie żadnej wartości, możesz być tego pewien. I nie chcesz chyba, aby ktoś spytał co masz ze związku ze mną – dodała z godnością. – Doskonale oboje wiedzieliśmy, że to się nigdy nie uda – zakończyła i Harry usłyszał chrobot zamka.
Nie chciał udawać, że śpi. Z drugiej jednak strony powinien był już długie minut wcześniej powiedzieć im, że słyszy ich doskonale. Hermiona zresztą spojrzała na niego z zaczerwienionymi oczami, więc tylko rozłożył szeroko ręce. W chwilę później przytulał ją mocno, pozwalając się jej wypłakać.

ooo

- Słyszałeś wszystko – powiedziała kilka godzin później.
- Lucjusz zdjął zaklęcia, bo nie mogę używać magii – odparł. – Nie zdążyłem wam powiedzieć – dodał, głaszcząc ją po głowie. – Gdzie są dzieci?
- Ginny wciąż się nimi opiekuje. Powiedziała, że jej i Lunie należy się kilka dni – westchnęła jego przyjaciółka. – Zaglądam do nich co kilka godzin. Jak się czujesz? – spytała i sięgnęła po różdżkę. – Nie wiem na ile wyjdą mi zaklęcia skanujące – przyznała szczerze, więc złapał ją za nadgarstek.
- Odzyskuję siły – odparł. – Nie przemęczaj się. Lucjusz rzucił kilka czarów, które mocno przypominały twoje zaklęcia. Jeśli coś się będzie działo, na pewno się o tym dowiemy – dodał.
Hermiona skinęła głową.
- Jak się tutaj dostaliśmy? – spytał ciekawie.
- Lucjusz pojawił się w komnacie zaraz po tym jak urodziłeś. Spanikowałam, ale podał mi Jamesa i kazał się aportować do swojej posiadłości. Nie wiem nawet dlaczego usłuchałam, ale byłam w szoku – westchnęła. – Próbowałam cię zabrać, ale byłam tak osłabiona, że to by się i tak nie udało. Zresztą był tak wściekły, że zapewne musiałabym użyć różdżki, a nie byłam w stanie.
- Merlinie, przepraszam – powiedział pospiesznie. – Dom powinien być zabezpieczony…
- Magia pokoleniowa. Głowa domu jest informowana o wszystkich członkach rodziny, tych rodzących się również. Próbowałam zablokować zaklęciami część magii, która łączy Jamesa z Malfoyami, ale moje czary były zbyt słabe. Powinnam była to przewidzieć – westchnęła.
- Nie możesz wiedzieć wszystkiego – odparł spokojnie. – Zresztą, jeśli chodzi o zaklęcia, pewnie nie byłoby mocy zdolnej przeciwstawić się tym, które powstały wiele wieków temu – dodał, aby ją pocieszyć, ale nadal miała zmarszczkę między brwiami. – Porozmawiam z Draco – rzucił jeszcze.
Spojrzała na niego ostro i wiedział po prostu, że się posunął za daleko.
- Tak jak porozmawiałeś z Ronem? Dlaczego zawsze sądzisz, że jesteś w stanie dogadać się z nimi lepiej? – spytała nagle zirytowana.
- Nie sądzę. Po prostu chcę pomóc. On ma rację. Przeze mnie się pokłóciliście – zaczął, ale potrząsnęła głową tak mocno, że jej włosy rozsypały się wokół.
- Nie, Harry. Pokłóciliśmy się, bo nie potrafił wyciągnąć głowy z tyłka. To całkiem częste u mężczyzn. Sam cierpisz na coś podobnego, ale zawsze jestem w stanie cię przegadać. Na niego nie mam takiego wpływu i nie chcę mieć – wyjaśniła z rumieńcami na twarzy.
Skinął głową, przyjmując jej słowa do wiadomości i splótł ich palce razem.
- Jesteś moją siostrą – poinformował ją z lekkim uśmiechem.

ooo

Lucjusz nie miotał się po gabinecie, ale był tego bliski. Drzewo genealogiczne na środku jego ściany wydawało się z niego szydzić. Jeszcze niedawno – zaledwie kilkanaście godzin wcześniej – na starej tapecie zamajaczyła złota nić, której nie spodziewał się ujrzeć. Przynajmniej nie za swojego życia. Miał ochotę przynieść Jamesa i oficjalnie przyjąć go jako Malfoya, ale implikacje przerosłyby go. Wyjaśnienie skąd miał dziecko nie zostałyby przyjęte bez podejrzeń, a sytuacja nie należała do łatwych.
Rozumiał w pełni dlaczego Harry się ukrywał i co gorsza zdawał sobie sprawę, że sam był temu powodem. Ich kłótnia w gabinecie musiała przerazić chłopaka, który był dostatecznie wystraszony samą perspektywą rodzenia. Może powinien był podziękować Granger, że opiekowała się Harrym i jego potomkiem przez ten cały czas.
Mógł użyć krótkiej formuły i James oficjalnie stałby się Malfoyem. Nikt nie zakwestionowałby jego pochodzenia. Nie chciał jednak Niewymownych pod swoim dachem. Plotki o dzieciach z ciąż męskich pojawiały się od czasu do czasu, ale na szczęście żyli w czasach nowoczesnych. Zapominano o legendach i o tym, że w każdej znajdowało się ziarnko prawdy.
Oczywiście wiedział jak potężnym czarodziejem był Harry, ale i tak podjął ogromne ryzyko nosząc ciążę bez wsparcia magii równie silnej. A Lucjusz oddałby sporo, aby oboje byli bezpieczni. Nie chciał krzyczeć na Harry'ego, ale jego serce co chwila stawało, gdy przypominał sobie kolejne ataki na Ministerstwo i porwanie Pottera, które odbyło się nie tak dawno. Zainteresowanie Norwegów wydało się nagle całkiem logiczne i zaczynał się dziwić, że nie próbowali porwać Harry'ego. Jeśli jednak ciąże podobne były u nich normalne – nie docenił ich. I nie wiedział co martwiło go bardziej.
Chłopak wracał do zdrowia, ale nadal był słaby. Lucjusz pojęcia nie miał jak z nim rozmawiać teraz, gdy wiedział o wszystkim. Cichy głosik podszeptywał mu, aby wyciągnąć dłonie i sięgnąć po to, co jest mu dawane. W końcu od dłuższego czasu nie myślał o niczym innym tylko o kolacjach, które mogliby razem spożywać w zaciszu jego posiadłości. Mieli jednak dziecko, a to zmieniało wszystko. Nie chciał, aby Harry pomyślał, że jego zainteresowanie miało jakikolwiek związek z Jamesem. Coś rozwijało się między nimi wcześniej i może katalizatorem była pijacka noc. Nie żałował jej jednak. Nie, gdy trzymał niemowlę w swoich dłoniach i widział jak cudne miało oczy.
James znajdował się zaledwie kilka komnat dalej z Harrym, który nie był zdolny nawet do podniesienia się z łóżka. Lucjusz prawie zapomniał jakie to uczucie czuwać nad własnym dzieckiem. Skrzaty przyniosły starą kołyskę, której nie używali od prawie dwudziestu pięciu lat i nie mógł nie pogrążyć się we wspomnieniach.
Ten głosik w jego głowie nie chciał zamilknąć i Lucjusz wiedział, że jest on najgorszym doradcą. Harry pytał czy byli wcześniej przyjaciółmi. I faktycznie zbudowali coś podobnego. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego jak chłopak bardzo polegał na tej relacji. I Lucjusz przeanalizował ostatnie miesiące starając się przypomnieć sobie jak doszli do punktu, w którym kominek Blacków ponownie został połączony z jego własnym. To była jego inicjatywa. Harry podczas początkowych spotkań był sztywny, wystraszony. Pilnował się, jakby nie był pewien na czym stoi. I to Lucjusz zaczął otwierać się przed nim – początkowo całkiem nieświadomie, ośmielając go do siebie ponownie.
Nie chciał tego stracić. A wyjaśnienie, że przyjaźń między nimi nie jest jednym czego pragnął od samego początku – zapewne wystraszyłoby Harry'ego. Byłoby zbyt nagłe, za bardzo podejrzane. I ironią losu było, że to stanowiło najprawdziwszą prawdę. I Lucjusz nie chciał stracić zaufania, które budowali tak długo i z taką trudnością.