Hermiona przygotowała dla niego specjalną mieszankę, która miała zastąpić mleko, którego na całe szczęście nie wytwarzał. Pojęcia nie miał czy poradziłby sobie z czymś podobnym. I pamiętał dokładnie jak zaczęła się śmiać, gdy spytał ją przerażony czy jego sutki zaczną przeciekać. Na całe szczęście niekiedy kobiety miały problemy z produkowaniem pokarmu, więc Uzdrowiciele przygotowywali specjalną mieszankę, która miała w sobie magię matki – albo jak w tym przypadku: jego własną. Kilka kropli krwi nie zabarwiło mleka, ale podobno miało wpłynąć na to, aby moc dziecka nie buntowała się przeciwko czemuś, co nasączono potężnie eliksirami. Mikstura wyglądała zwyczajnie, ale Harry podejrzewał, że diabeł tkwił w szczegółach. I wiedział dokładnie, że nauczenie się tej receptury zabrało Hermionie równy tydzień, a to już o czymś świadczyło.
James spał i Harry nie bardzo wiedział co powinien zrobić. Był w stanie wstać z łóżka, ale dojście dalej niż do kołyski – przekraczało jego możliwości. A i wtedy siadywał na fotelu niezdolny do powrotu do łóżka za jednym zamachem.
Hermiona musiała wrócić po dzieci, a Lucjusz nie pokazał się od poranka, skutkiem czego jego jedynym kompanem był bezimienny skrzat, który przynosił mu jedzenie. Nie czuł się więźniem, ale na dobrą sprawę nie miał zbytniej swobody ruchu.
Rozejrzał się wokół, bo pomieszczenie jasno zdradzało, że była to sypialnia Lucjusza. Ogromny portret całej trójki zwrócił jego uwagę na samym początku, ale nie sądził, że komnaty Malfoya jednocześnie będą takie szorstkie. Brakowało w nich kobiecej ręki i Harry zastanawiał się czy to oznaczało, że Narcyza w nich nie sypiała. Lucjusz nie ukrywał, że byli małżeństwem na papierze. Wyjaśnił mu zasady ich związku kilka miesięcy wcześniej, chociaż Harry podejrzewał, że tego dnia mężczyzna stracił bardziej ukochaną przyjaciółkę, a nie kochankę. Co nie oznaczało, że nie zabolała go ta śmierć.
Na szafce nocnej obok jego różdżki leżała pojedyncza sterta papierów. Po pieczęci Ministerstwa wiedział, że to zapewne materiały do kolejnych spotkań Wizengamotu. Z nudów nawet chciał po nie sięgnąć, ale pojęcia nie miał czy to odpowiednie. Nigdy nie zostawiono go samemu sobie w obcym domu. Dotykanie cudzych rzeczy wydawało mu się mocną bezczelnością. Sam nie chciał, aby przeglądano jego notatki. A widział, że Lucjusz na marginesach zostawił uwagi wypisane czerwonym atramentem, który tak mocno przypominał mu o Snapie.
Czuł się skrępowany. Nie miał pojęcia co powinien zrobić, ani gdzie znajdowały się jego ubrania. Piżama, którą miał na sobie musiała należeć do Draco. Byli podobnej wagi, chociaż o wzroście mógł pomarzyć. Jego własna czarodziejska szata mogła zostać wyrzucona. Nie była w najlepszym stanie po tym jak przepocił ją i przekrwawił. Jego blizna na szczęście zasklepiła się, ale wciąż zastanawiał się jakim zobaczył go Lucjusz. Widok nie mógł być przyjemny i to wprawiało go w skrępowanie.
Ciche pukanie do drzwi prawie przyprawiło go o zawał. Instynktownie sięgnął po różdżkę, ale zdał sobie sprawę, że nie ma nawet dość magii, aby rzucić najprostszą barierę. Zanim zdążył przemyśleć swoje opcje, klamka jęknęła pod naporem obcej ręki, więc zsunął się z łóżka i stanął między kołyską a intruzem.
Tyle, że po chwili wpatrywał się w niego Draco Malfoy.
- Potter, powinieneś leżeć w łóżku – powiedział chłopak i zmarszczył brwi. – Przestraszyłem cię? – spytał, gdy na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. – Dwór jest mocno chroniony. Ojciec jest na parterze, a Hermiona z dziećmi w bawialni. Nasze skrzaty dostały pozwolenie na użycie magii na intruzach, a i jeden całkiem znajomy pląta się pod nogami w kuchni.
- Zgredek? – zdziwił się Harry.
- Tak, tak. Zdaje się, że tak się nazywał. Plądruje naszą spiżarnię przygotowując ci kolację – poinformował go Draco sztywno i wyprostował się lekko, zaplatając dłonie na piersi.
Harry odetchnął z ulgą tylko po to, aby spiąć się ponownie. Malfoy spoglądał na niego, jakby próbował ocenić przeciwnika i nie bardzo mu się to podobało.
- Hermiona chciała ci powiedzieć – oznajmił mu. –Ja nie chciałem –dodał, aby wszystko było jasne, ale Draco nawet nie mrugnął. – Chyba, że uważasz, że Wieczysta Przysięga, do której złożenia zmusiłbym cię, byłaby bardziej w porządku. Wiedziałbyś i nie mógłbyś pisnąć słowa. Wiesz, że nie miałem wyjścia… - ciągnął dalej.
- Ona zrobiłaby dla ciebie wszystko – odparł Draco i Harry zmarszczył brwi, bo zabrzmiało to jak oskarżenie.
- Jesteś zazdrosny? – zdziwił się. – Zwariowałeś?! Jest dla mnie jak siostra. Jest dla mnie jak rodzina, której nie miałem…
- Trzymacie się siebie kurczowo…
- Nie bądź śmieszny! Nie mamy nikogo, rozumiesz?! Rzuciła Obliviate na rodziców, żeby ich chronić – warknął i Draco spojrzał na niego w szoku. –Próbowaliśmy odwrócić czar. Merlinie! Nawet użyłem Legilimencji, chociaż Snape miał rację, bo jestem w tym fatalny. Nic nie pomogło. Nie pamiętają jej. I zostaliśmy we dwójkę. Sieroty na doczepkę do rodziny Rona – poinformował go sucho. – Wiesz co razem przeżyliśmy? – spytał kręcąc z niedowierzaniem głową. – Jesteś w stanie sobie to wyobrazić?
- Myślisz, że moje życie było sielanką? – warknął Draco w odwecie.
Harry prychnął.
- Nie, ale nie odbieramy ci twojej żałoby. I nie odbieramy ci prawa do tego, żebyś czuł to co czujesz. Uciekłeś po wojnie i żadne z nas, żadne z ludzi, którzy brali w niej udział, nie powiedziało ani słowa, bo rozumiemy, Draco! Rozumiemy! – warknął i spojrzał na Jamesa, który poruszył się w kołysce niespokojnie.
Malfoy spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Niczego mi nie odbieracie? Mam brata – odparł Draco przyciszonym tonem, jakby rozumiał, że dziecko może się obudzić w każdej chwili. – Myślisz, że tylko wy straciliście rodzinę? Jest was dwoje. Ładna matematyka, Potter. Nas też było dwóch – przypomniał mu szorstko.
Harry spojrzał na niego zirytowany.
- Następnym razem, gdy prześpię się z twoim ojcem, poinformuję cię o tym – wypluł i niemal natychmiast tego pożałował, bo Draco spojrzał na niego w czystym szoku. –Nie chcę z tobą o tym rozmawiać – dodał pospiesznie, czując narastającą panikę. – Masz brata. Jest bezpieczny. Teraz jest was trzech, gratuluję. Nas jest pięcioro, przyzwyczaj się do tej matematyki.

ooo

Kingsley początkowo odmawiał rozmowy z nim, więc Lucjusz zastosował jeden z najstarszych trików świata. Pozostawił mu krótką wiadomość, która składała się z zaledwie dwóch słów. I stary auror pojawił się w jego salonie bez zapowiedzi.
- Wiesz gdzie jest Potter? - spytał mężczyzna z niedowierzaniem.
Lucjusz nie zdążył nawet otworzyć ust, gdy Granger pojawiła się z dwójką dzieci w drzwiach. Nie chciał prowadzić tej rozmowy przy niej, ale teraz nie miał wyboru. Dziewczyna zresztą spojrzała na Kingsleya lekko zaskoczona.
- Czy coś się stało? – spytała niepewnie.
- Czy coś się stało? – prychnął Kingsley. – Powiedz mi dziewczyno, że wiesz gdzie jest Potter – dodał błagalnym tonem.
Lucjusz nie był mocno zaskoczony. Wywnioskował, że po zajściu w Dolinie Godryka aurorzy udadzą się do właściciela posiadłości. Oczywiście Harry i jego przyjaciółka byli nieosiągalni i nie kwapił się, aby informować Biuro Aurorów. Lekka panika jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a wszystko szło zgodnie z jego planem.
- Harry znajduje się tutaj – powiedział spokojnie Lucjusz. – Możesz mi powiedzieć, co robicie w związku z włamaniem do posiadłości rodowej Potterów? – spytał sucho.
Granger nawet nie drgnęła i musiał jej przyznać, że tylko potwierdzała jego słowa swoją obecnością. Jeśli rozegraliby to we dwójkę dobrze, mieliby z głowy Biuro Aurorów na bardzo długo.
Kingsley spojrzał na nich zmieszany.
Lucjusz westchnął cierpiętniczo, wchodząc w swoją rolę do końca.
- Hermiona pojawiła się z Harrym tutaj późnym wieczorem wczoraj. Był wyczerpany magicznie i wiem z dobrych źródeł, że było włamanie w domu rodowym Potterów. Sam zakładałem część zabezpieczeń, więc…
- Nasi aurorzy niczego nie wykryli. Wydawać by się mogło… Sądziliśmy, że Harry sam otworzył dom – przyznał Kingsley opadając w końcu na kanapę. – Myśleliśmy, że to kolejne porwanie. To wyładowanie mocy…
- Ktoś próbował z niego wysączyć całą magię za pomocą resztek mocy, które znajdowały się w domu. Wiesz jak czarodziej jest połączony z magią swojej rodowej siedziby. Nie będę ci tłumaczył podstaw – westchnął Lucjusz.
Kingsley spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- To możliwe? – spytał auror.
- Panie Kingsley, dlaczego w innym wypadku Harry osunął się przy mnie półprzytomny tak magicznie wyczerpany, że musiałam go niemal nieść? – spytała Granger i jej spokojny ton nadawał szczególnego brzmienia rozmowie.
Był prawie jak głos rozsądku. I dziewczyna nawet bardzo nie mijała się z prawdą.
Kingsley potrząsnął głową z niedowierzaniem.
- To co mnie najbardziej interesuje to jak wasze biuro oraz Niewymowny mogli postawić takie bariery, że wejście do posiadłości było tak proste? Mówisz, że nie pozostawiono śladów? – spytał Lucjusz z niedowierzaniem. – Żądam śledztwa i lepiej, żeby było szczegółowe. Ten chłopak za wiele przeżył…
- Tak, tak. Nie robimy od rana niczego innego. Jedna z komnat jest kompletnie zdemolowana. Pierwszy raz widziałem coś podobnego. I osobiście pojawiłem się na miejscu – poinformował ich Kingsley. – Zajmą się tym najlepsi specjaliści – zapewnił ich auror. – Czy mogę porozmawiać z Harrym?
- Obawiam się, że nadal jest zbyt zmęczony. Wiele zabrało mu sił zwalczenie… - urwała Granger i wzruszyła ramionami, jakby nie wiedziała jak to nazwać.
Kingsley podrapał się w swoją nieogoloną szczękę. Auror był wyraźnie zmęczony i może nawet nie spał całą noc pewien, że Harry'ego jednak porwano. Lucjusz prywatnie mu współczuł, ale nie mieli innego wyjścia i Granger wydawała się go popierać w tym względzie. Widział zresztą jak dziewczyna spoglądała na niego, jakby zastanawiała się co dokładnie planował.
- Dlaczego nikogo nie powiadomiliście? – spytał w końcu Kingsley.
- Harry był w strasznym stanie. Musiałam się upewnić, że jego stan się ustabilizuje – odparła Hermiona.
- W Świętym Mungo…
Granger westchnęła i wzięła głębszy wdech.
- Powiem panu coś i to musi zostać między nami – podjęła nagle i spojrzała na Kingsleya całkiem poważnie. – W Świętym Mungo napoją go eliksirami, a on nie może ich brać. Przez lata w Hogwarcie lądował tak często w skrzydle szpitalnym, że uodpornił się na standardowe mikstury. Profesor Snape warzył dla niego specjalne. A gdy jego zabrakło, ja modyfikuję eliksiry. Harry nie potrzebuje ich wiele. Przeważnie chodzi głównie o to, żeby odpoczął i odciął się od tego szumu, chyba pan rozumie?
Kingsley pokiwał głową, jakby część zagadki została rozwiązana. Oczywiście Lucjusz podejrzewał wcześniej, że mikstura na ból głowy Harry'ego nie była całkiem łatwa do kupienia. Wiedział też, że podobnie jak Narcyza Granger musiała nauczyć się szybko warzyć eliksiry. Podczas wojny ufano tylko sobie i Snape'owi. Nie pozwoliłby, aby ktokolwiek inny podawał mu mikstury, które tak bardzo mogły wpłynąć na jego organizm. Razy czy dwa próbowano mu podać Veritaserum i na szczęście udało mu się z obu sytuacji wyjść bez szwanku. Bellatriks podejrzewała go od dawna, ale dopiero zdrada Narcyzy zabolała ją tak naprawdę. Ich siostrzane więzi nigdy nie były prawdziwe.
- Nadal nie rozumiem dlaczego pojawiliście się tutaj. Oczywiście posiadłość jest mocno strzeżona, ale…
- Kingsley, czy to ma jakieś znaczenie? – spytał Lucjusz, starając się brzmieć na znudzonego.
Granger jednak odchrząknęła, zwracając na nich swoją uwagę.
- Byliśmy w okolicy – powiedziała spokojnie. – W mugolskiej okolicy. W mugolskim sierocińcu – ciągnęła dalej, szokując go. – Harry dowiedział się, że podrzucono magiczne dziecko. Matka nieznana. Od pewnego czasu zastanawiał się nad tym czy nie adoptować dziecka. Mam dwójkę, ale pomogłabym mu z wychowaniem. Chciał też dać trochę przykład społeczeństwu. Oczywiście mógł wynająć surogatkę i dziecko miałoby jego geny, ale przecież tak wiele jest sierot – powiedziała Hermiona i sugestywnie zawiesiła głos.
Kingsley spoglądał na nią w czystym szoku.
- Myślał nad tym od dłuższego czasu. Luna i Neville w zeszłym tygodniu asystowali mu przy zmianie testamentu – podjęła Granger, gdy żaden z nich nie powiedział ani słowa. – Jestem prawnym opiekunem – dodała.
- Dziecko? – spytał Kingsley z niedowierzaniem.
- Chłopca – uściśliła. – Nie chcieliśmy z oczywistych powodów, aby to przedostało się do prasy. I rozumie pan, że musieliśmy udać się do najbliższej posiadłości. Dom Lucjusza był najbliżej położoną, o której wiedziałam, że będziemy bezpieczni.
Kingsley nadal wydawał się nie przyjmować faktów do wiadomości.
- Ja ponowię swoje pytanie; kiedy będą znane wstępne wyniki śledztwa? Oczywiście będę musiał zdać relację przed Wizengamotem. Posiadłość Potterów była jednym z domów, w których mieszkali dyplomaci szczytu. Chyba szczęściem w nieszczęściu jest to, że napad nie nastąpił w czasie ich pobytu – dodał i to wstrząsnęło mężczyzną.

ooo

Prawie zasypiał, gdy Lucjusz ponownie pojawił się w komnacie. Mężczyzna wyglądał na zmęczonego i cienie pod oczami tylko podkreślały jego naturalną bladość. Harry nie mógł się nie zastanawiać jaką genetyczną mieszanką będzie James. Oczy jego matki już dawały o sobie znać.
Lucjusz skinął mu głową i natychmiast podszedł do kołyski. James spał, więc mężczyzna nie podniósł go, chociaż wydawało się, że naprawdę miał na to ochotę.
- Będzie płakał w nocy – stwierdził Harry, bo nie wiedział, co innego mógłby powiedzieć.
- Nie wątpię – odparł Lucjusz spokojnie i wydawał się tym kompletnie nie przejęty.
To nie była rozwojowa odpowiedź. Nie wiedział co miałby dodać. Rozmowa z Draco wytrąciła go z równowagi. Nie chciał krzyczeć na chłopaka, ale to wszystko było popaprane.
- Jak się czujesz? – spytał Lucjusz, siadając na fotelu.
- Dobrze – odparł ostrożnie. – Wstaję, chociaż nie bardzo mogę chodzić – przyznał szczerze.
- To minie. Powiedziałbym, że regenerujesz się szybciej niż się spodziewałem. Magia domu na pewno w tym pomaga. Ta komnata jest najbardziej przesiąknięta starymi zaklęciami, które rzucali moi antenaci – wyjaśnił mu Lucjusz i Harry starał się uśmiechnąć, ale jakoś nie potrafił.
Naprawdę o wiele lepiej czuł się nie wiedząc dlaczego naprawdę znajdował się w sypialni Lucjusza. Takie powody jak fakt, że była największa, najbliższa kuchni czy po prostu najbardziej chroniona – odwoływały się do jego racjonalnej strony. I może to znowu były hormony. Hermiona twierdziła, że przez kilka dni mógł być wytrącony z równowagi, co tłumaczyło dlaczego nawrzeszczał na Draco.
- Super – powiedział, poprawiając kołdrę. – Powiedziałem Draco, że z tobą spałem – przyznał zażenowany.
Lucjusz spojrzał na niego z rozbawieniem.
- Podejrzewam, że się już domyślił – odparł mężczyzna i tak, to faktycznie było logiczne.
Wciąż jednak Harry zachował się jak dupek. I musieli w końcu porozmawiać z Draco. Był pewien, że Malfoy jeszcze nie widział dziecka. I coś mówiło mu, że jest tak samo zaskoczony przez całą sytuacje jak oni wszyscy. Tylko radził sobie z tym gorzej.
- Podejrzewam, że nie był w ekstatycznym nastroju – dodał Lucjusz. – Przez pewien czas chciał młodszego rodzeństwa. Myślę, że miał nadzieję, że to będzie oznaczało, że znajdzie przyjaciela, który nigdy go nie zdradzi i nigdy go nie opuści – przyznał mężczyzna i Harry poczuł się tylko gorzej.
- Lucjuszu… - zaczął z westchnieniem.
- Przeszło mu, gdy zdał sobie sprawę, że Bella bez mrugnięcia okiem zabiłaby Narcyzę. Chyba zrozumiał, że nie więzy krwi tworzą rodzinę – ciągnął dalej Lucjusz. – Nie zmienia to faktu, że więzy krwi są ważne dla nas. Draco dojdzie do tego, gdy trochę ochłonie. Chyba czuje się zdradzony, a wiesz, że podczas wojny to była cienka granica pomiędzy życiem i śmiercią… - urwał sugestywnie.
- Nie ukrywałbym niczego, gdybym…
- Nie jestem bez winy i powiem mu, że spotkaliśmy się, ale źle zrozumiałem sytuację – wszedł mu w słowo Lucjusz.
- Dziękuję. To miłe z twojej strony – powiedział Harry.
- Nie, to jest coś co muszę mu powiedzieć, bo będziemy tworzyć rodzinę – ciągnął dalej mężczyzna. – I miałeś rację. Byliśmy przyjaciółmi. Zależy mi na twojej przyjaźni – przyznał Lucjusz wpatrując się w niego intensywnie. – Nosiłeś moje dziecko i je urodziłeś. I moją powinnością jest zaopiekować się tobą, więc odpoczywaj, bo potrzebujesz siły, aby wychować Jamesa – poinformował go Lucjusz spokojnie i serce Harry'ego zabiło mocniej, chociaż cholerne słowo 'powinność' nadal odbijało się w jego głowie.
Lucjusz oczywiście był racjonalny jak zawsze. I Harry nienawidził logiki.
- Rozmawialiśmy dzisiaj z Kingsleyem. Aurorzy założyli, że cię porwano – przyznał mężczyzna. – Jednak ułożyliśmy z Granger całkiem dobrą historyjkę o tym jak udałeś się do mugolskiego sierocińca w okolicy mojej posiadłości. Tam zasłabłeś i nie wiedzieliście co się dzieje, więc pojawiliście się u mnie, a ja domyśliłem się, że to musi być związane z włamaniem do twojego domu, o którym zostałem poinformowany, ponieważ brałem udział w zakładaniu zabezpieczeń – ciągnął dalej. – Kingsley wie o dziecku – dodał Lucjusz i wziął głębszy wdech.
Harry przez chwilę przyswajał informacje i to naprawdę było całkiem wiarygodne. Oznaczało też częściowo rozwiązanie jego problemów. Nigdy też bardziej nie czuł się szczęśliwy z powodu kontaktu ze swoim goblińskim prawnikiem, którego poleciła mu Hermiona.
- Kingsley wie o dziecku – podjął Lucjusz po chwili. – Granger powiedziała mi, że drugim imieniem Jamesa jest Lucjusz – dodał i Harry skinął głową, nie próbując nawet ukrywać, że ich rozmowa sprzed kilku dni miała jeden cel. – Sugeruję, żebyście to jakoś powiązali z imieniem córki Hermiony, jeśli oczywiście nie postanowisz dla bezpieczeństwa go zmienić. Osobiście byłbym wdzięczny, abyś zostawił to tak jak jest. James nie będzie mógł nosić nazwiska Malfoy, a chciałbym… - urwał Lucjusz.
- Oczywiście – powiedział szybko Harry. – To zawsze miał być Lucjusz, wiesz o tym? Nawet, gdybyś nigdy nie wiedział…
Mężczyzna skinął głową.
- Muszę trochę popracować, a widzę, że jesteś zmęczony. Połóż się. Będę czuwał nad Jamesem – poinformował go Lucjusz spokojnie i uniósł do góry rękę, jakby chciał go poklepać po nodze, ale nie wiedział czy może.

ooo

Harry'ego obudził płacz dziecka i bez wahania zsunął się z łóżka. James uspokoił się niemal natychmiast, gdy poniósł go na ręce i zamarł, gdy w nikłym świetle księżyca dostrzegł śpiącego na fotelu Lucjusza. Ta pozycja nie mogła być wygodna. Malfoy opierał głowę na jednej ręce, której nadgarstek był tak wygięty, że zapewne z trudem trzymałby różdżkę następnego dnia. Jedyna w pomieszczeniu świeca dopaliła się, a wosk rozlał się po podłodze i dokumentach, które leżały porozrzucane wokół. Elegancki charakter pisma widniał na marginesach i Harry westchnął. Nie był w stanie rzucić nawet zwykłego Tempusa, ale podejrzewał, że był środek nocy.
I Lucjusz musiał być fatalnie zmęczony, jeśli płacz Jamesa nie zerwał go na równe nogi.
Paradoksalnie Lucjusz nie wyglądał młodziej. Może te cienie, które rzucał półmrok sprawiały, że wydawał się wręcz ledwo żywy. Harry pamiętał dokładnie jak zmartwienie pogłębiało zmarszczki Albusa i chyba miał okazję obserwować po raz kolejny wielkiego człowieka przy pracy. Raporty na podłodze pochodziły od Niewymownych i jak Lucjusz je zdobył pozostawało dla niego tajemnicą. Niektóre dotyczyły finansów, bo rzędy cyfr były nie do pomylenia. Jego własna ustawa leżała podpięta pod reformę Bradleya, nad którą sam pracował.
James w końcu się uspokoił, gdy podjadł trochę z butelki i Harry mógł odłożyć dziecko do kołyski. Hermiona sugerowała mu, aby nie uczył go spania w łóżku. Jego własne w domu Syriusza nie było tak wielkie i wygodne jak Lucjusza. I kiedyś przyzwyczajanie dziecka do dzielenia posłania mogło się na nim zemścić.
Poprawił becik i trochę z zaskoczeniem dostrzegł, że jego syn już zasnął. Dokładnie tak szybko i niespodziewanie jak się obudził.
Odwrócił się, aby spojrzeć jeszcze raz na Lucjusza i wziął głębszy wdech. Palce świerzbiły go, aby znowu dotknąć twarzy mężczyzny. Kiedy całowali się kilka miesięcy wcześniej, pamiętał dokładnie, że igiełki zarostu wbijały mu się w dłonie, że jego policzki trochę piekły, podobnie jak nabiegłe krwią usta. To nie było nieprzyjemne uczucie.
Miał się trochę ochotę zaśmiać nad własną głupotą i po prostu sięgnął po koc, który leżał porzucony na podłodze i przykrył Lucjusza, upewniając się, że nakrycie tym razem się nie zsunie.