Jego plecy płonęły. Ból był pierwszym wrażeniem, jakie zarejestrował po odzyskaniu przytomności. Następnym był chłód. Dopiero po dłuższym czasie zorientował się, że leży na brzuchu na kamiennej podłodze i od pasa w górę jest nagi. Wstrząsały nim gwałtowne dreszcze. Poruszył się i wtedy jego ciało eksplodowało bólem. Jęknął głucho, zaciskając mocno powieki. Po kilku głębszych oddechach ponowił próbę. Powoli, centymetr po centymetrze unosił głowę. Był w celi i był sam. Ostrożnie, by nie urazić uszkodzonej dłoni, dźwignął się w górę. Ignorując ból i zawroty głowy zdołał wreszcie usiąść. Spocił się przy tym jak mysz i zasapał. Odpoczywał oparty o ścianę, z odchyloną do tyłu głową. Miał wrażenie, ze minęły całe wieki, zanim zdolny był do jakiegokolwiek działania. Przyjrzał się uważnie swej lewej dłoni. Była opuchnięta i sina. Z trudem poruszał palcami. Zastanawiał się, w jakim stanie są obecnie jego plecy. Ostrożnie odwrócił głowę i zerknął do tyłu, bojąc się tego, co zobaczy. Mógł dojrzeć jedynie górną część barku i ramię. Ku własnemu zaskoczeniu stwierdził, że widoczne w tym rejonie rany są oczyszczone i posmarowane jakąś zielonkawą substancją. Niestety wciąż cholernie bolały przy każdym, nawet najmniejszym poruszeniu. Pomimo pokrywającego go potu drżał z zimna. Zastanawiał się kim był człowiek, którego widział, przed utratą świadomości. Co tu robił? Dlaczego go odurzył? Uświadomił sobie też, że człowiek ten przychodził do niego kilkakrotnie. Pomimo zamroczenia zapamiętał delikatny lecz stanowczy dotyk jego dłoni i gorzki smak napoju, który zawsze podawał mu do picia. Pamiętał też swoją rozpacz, gdy nie mógł w żaden sposób zareagować. Ciało wymknęło się spod jego kontroli. Był jak sparaliżowany. Słyszał, czuł i nic poza tym. Niemal cieszył się, gdy ponownie tracił przytomność. Jak długo to wszystko trwało? Nie miał najmniejszego pojęcia.
Potem przypomniał sobie słowa Kaleba i uśmiechnął się z satysfakcją. Carter uciekła z tego piekła. „Moja dziewczynka" Mruknął do siebie. Przynajmniej ona wyrwała się z bezlitosnych rąk tego psychopaty. Natychmiast jednak poraziła go myśl, że ją złapano. Że pozwolono mu odzyskać świadomość tylko po to, żeby mu ją pokazać. Żeby męczyć ją na jego oczach tak, jak wcześniej zarządca męczył Daniela. To kolejna kara za to, że nadal zachował nadzieję. Za to, że nie przeobraził się w bezwolnego niewolnika i wciąż śnił o wolności. Zacisnął dłonie w bezsilnej złości. Patrzenie na tortury Daniela było męką, ale patrzenie na cierpienie Carter… Wolałby oddać własne życie, gdyby tylko mógł ją dzięki temu ocalić. Tylko czy w tej chwili miał jakikolwiek wybór?
Kiedy po niego przyszli, nie miał siły, by utrzymać się na nogach. Dwaj Jaffa po prostu chwycili go i półprzytomnego zaciągnęli do sali tronowej. Nie był w stanie zaprotestować, kiedy rzucili go brutalnie na podłogę. Leżał dłuższą chwilę, oddychając ciężko. W głowie mu wirowało, a w uszach dudniło. Widział wokół siebie jakieś postacie, lecz wszyscy byli tylko zamazanymi sylwetkami. W ustach czuł metaliczny smak krwi. Po plecach spływały krople potu lub może krwi z ponownie otwartych ran. Nie wiedział i w zasadzie było mu wszystko jedno. Ktoś podszedł do niego i kopnął go w bok. Jęknął boleśnie. Kolejne kopnięcie. Zwinął się w kłębek, ale nie dość szybko. Ciężki but po raz kolejny wylądował na jego żebrach. W końcu czyjeś ręce dźwignęły go na kolana i przytrzymały siłą w tej pozycji. Ktoś inny chwycił jego włosy i odciągnął głowę do tyłu. Jednocześnie poczuł na wargach dotyk zimnego metalu i usta wypełnił mu kwaśny płyn. Zakrztusił się i wypluł wszystko. Próbował zacisnąć usta, ale Jaffa rozwarł mu je siłą i wlał ciecz prosto do gardła. Jeszcze próbował walczyć. Szarpnął głową, pluł rozpaczliwie. Część płynu jednak musiał przełknąć. Po kilku łykach wojownicy puścili go. Osunął się na podłogę, kaszląc. Dotychczasowe doświadczenie z piciem miejscowych napojów podpowiadało mu, że i tym razem nie skończy się to dobrze. No i nie pomylił się. Pierwszy zadziałał słuch. Dźwięki wokół niego stopniowo przybrały na sile. Ze zdumieniem odkrył, że słyszy każdy, nawet najmniejszy szelest. Stojący tuż za nim Jaffa oddychali głośno i przestępowali z nogi na nogę. Nieco dalej rozlegały się chrząknięcia, chichoty i przytłumione szepty. Zdezorientowany uniósł głowę i rozejrzał się. Świat był pełen barw. Kolory były intensywne i silnie kontrastowały ze sobą. O`Neill doświadczył już kiedyś działania narkotyku, po którym miał podobne objawy. Podobne, bo teraz były o wiele silniejsze. Cokolwiek wypił tym razem, miało niezłego kopa. Bez dwóch zdań. Przyjemne ciepło powoli rozlewało się po całym jego ciele, powodując niespodziewane w tej sytuacji odprężenie. Czuł się lekko i radośnie. Niemal zapomniał, dlaczego się tu znajduje, gdy jego wzrok padł w końcu na dwie postacie znajdujące się na samym środku pomieszczenia.
Na wysokim tronie stojącym pośrodku pomieszczenia siedział wysoki mężczyzna. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że tym razem patrzy na Olokuna. Goa`uld cały tonął w złocie. Od ułożonych w wymyślne loki włosów, przez ozdobną biżuterię, po obszerne, powłóczyste szaty. Kaleb, stojący obok tronu, stanowił tylko marną kopię swego pana. O`Neill chciał coś powiedzieć. Coś dowcipnego, błyskotliwego, lecz nie potrafił zebrać myśli. Zaśmiał się tylko ochryple, a potem po prostu gapił się przed siebie, mrugając głupkowato powiekami. Olokun przyglądał się więźniowi z zainteresowaniem.
- Dlaczego jest w takim stanie? - Spytał.
- Sprawiał problemy, panie. - Odparł Kaleb pochylając nisko głowę.
- Najwyraźniej. - Olokun wstał i podszedł bliżej do więźnia. Wyciągnął dłoń, jakby chciał go dotknąć, lecz natychmiast ją cofnął. Na jego twarzy malowała się odraza.
- Coraz więcej niewolników sprawia kłopoty. Czyżbyś przestał nad nimi panować?
- Nie, panie. Wytropiłem twych wrogów i pozbyłem się ich. Niektórzy niewolnicy być może są nieco krnąbrni, ale w żaden sposób ci nie zagrażają.
- Mam nadzieję. W przeciwnym razie byłbym bardzo zawiedziony. A teraz opowiedz mi o nim coś więcej. Shol`va przyprowadził go ze sobą?
- To raczej ten człowiek przyprowadził zdrajcę i pozostałych.
- Tau`ri przewodzi Jaffa? To rzeczywiście niebywałe. Jakże nisko upadł pierwszy przyboczny Apophisa. - Odwrócił się i powrócił na tron, szeleszcząc szatami. - Czy twoje barbarzyńskie metody przyniosły chociaż rezultaty? - Olokun pocierał czoło teatralnym gestem. - Dowiedziałeś się czegoś pożytecznego?
- Niestety, panie. On wciąż odmawia współpracy.
- Rozczarowujesz mnie Kalebie. - Olokun spojrzał na swojego podwładnego surowo. Jack widząc to, mimo woli wyszczerzył zęby. - Każdy ma jakiś słaby punkt. Całą sztuką jest go odnaleźć. Nie starałeś się wystarczająco. W dodatku pozwoliłeś, by jeden z więźniów uciekł. To niedopuszczalne
- Panie, pozwól mi wyjaśnić… - Zaczął Kaleb, lecz Olokun przerwał jego wypowiedź jednym ostrym spojrzeniem.
- Z tego, co mi wiadomo, kobiety wciąż nie odnaleziono?
- Nie, panie. - Kaleb jakby się skurczył, choć przy jego posturze było to niezwykle trudne.
- Zdaje się, że wróciłem w samą porę. Obowiązki, które zostały ci przydzielone najwyraźniej cię przerosły. - Olokun był wyraźnie nadąsany. - Shol`va także sprawiał problemy?
- Nie, panie. To znaczy, nie w takim stopniu jak człowiek. Cały czas był pilnie strzeżony.
- No proszę. - Olokun prychnął pogardliwie. - Czyli jednak potrafisz wykonywać rozkazy. Czemu pozostali jeńcy nie otrzymali równie skutecznej ochrony?
- Panie, ja nie sądziłem…
- No właśnie! To jest twój problem, Kalebie. Za dużo myślisz. Ty nie masz myśleć. Ty masz słuchać! I wykonywać moje polecenia. Czy to tak wiele?
- Nie panie. Służba dla ciebie jest dla mnie największym zaszczytem. - Kaleb pokornie pochylił głowę. - Jestem szczęśliwy mogąc stać u twojego boku.
- Wazeliniarz!
Olokun i jego sługa jednocześnie spojrzeli w stronę więźnia. O`Neill leżał wsparty na łokciach i patrzył prosto na Kaleba, uśmiechając się szyderczo. Usłyszał i zrozumiał wystarczająco dużo. Wciąż nie odnaleźli Carter, a Teal`c jest gdzieś w pobliżu. Jego drużyna żyje. Na taką wiadomość właśnie czekał!
- Spuściłeś trochę z tonu, co łajzo? Już nie jesteś taki pewny siebie?
- Zamilcz! - Twarz Kaleba przybrała purpurową barwę. - Jak śmiesz odzywać się w obecności boga?
- Przepraszam najmocniej, o najjaśniejszy. - Jack przeniósł spojrzenie na Goa`ulda. - Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę małą niedyskrecję…
Stojący z tyłu strażnik wreszcie zareagował i uderzył człowieka lancą. Pułkownik upadł z jękiem na ziemię. Kaleb przełknął nerwowo ślinę.
- Wybacz, panie. - Zwrócił się do wyraźnie wstrząśniętego Olokuna. - To wina środka, który został mu podany.
Goa`uld zignorował słowa Kaleba. Wciąż wpatrywał się w leżącego na podłodze człowieka. Wstał z tronu i ponownie zbliżył się do niego.
- Podnieście go. - Rozkazał strażnikom.
Jaffa natychmiast spełnili jego polecenie. Pułkownik ponownie znalazł się na kolanach podtrzymywany przez dwóch wojowników. Potrząsał głową i krzywił się niemiłosiernie. Działanie narkotyku objawiło właśnie swoje złe strony. Wszelkie doznania zmysłowe odbierał teraz ze zdwojoną siłą. To spowodowało, że cios zadany lancą, który w normalnych warunkach nie wyrządziłby mu zbyt wiele szkody, odczuł niczym uderzenie taranem. Był niemal pewien, że jego prawy bark uległ zmiażdżeniu. Podobnie jak większość żeber. Każdy oddech sprawiał mu niemiłosierny ból. Ból, który po zadziwiająco krótkim czasie ustąpił niemal całkowicie. Pozostało jedynie nieprzyjemne pieczenie w miejscu, gdzie lanca zetknęła się z ciałem. Zdumiony uniósł głowę. Zdał sobie sprawę z tego, że klęczy podtrzymywany przez Jaffa, a tuż przed nim stoi spowita w błyszczące szaty postać. Podniósł jeszcze wzrok i napotkał uważne spojrzenie Olokuna.
- Co robiłeś na mojej planecie, Tau`ri? - Spytał Goa`uld
- Że co, proszę? - Postanowił grać na zwłokę, choć nie bardzo wiedział po co.
- Radzę ci odpowiadać na pytania. Ja, w przeciwieństwie do moich poddanych, zawsze otrzymuję to, czego chcę - Głos Goa`ulda był spokojny i opanowany, choć brzmiał trochę jakby należał do rozkapryszonego dziecka. Jeśli przejrzał grę człowieka, nie okazywał tego po sobie. - Kim jesteś?
- Pułkownik Jonathah O`Neill, do usług. - Odpowiedział O`Neill. - Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych.
- Co robiłeś na mojej planecie? - Powtórzył Olokun.
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie
- Shol`va był razem z tobą. Dlaczego?
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie.
- Jaka jest cel twojej misji?
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie.
- Nie szkodzi. - Olokun uśmiechnął się lekko. - Poczekam, aż będziesz mógł.
Niemal teatralnym gestem uniósł w górę dłoń. Kara kesh zalśniło złowrogo. Pułkownik drgnął odruchowo, jakby chciał się cofnąć, lecz strażnicy przytrzymali go. Bezradny zamarł w oczekiwaniu na ból i doczekał się niemal natychmiast. Nie zdołał nawet krzyknąć. Nie mógł. Nie był w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu. Moc urządzenia sprawiła, że trwał jak zamrożony z otwartymi oczami. Jak posąg z lodu, tyle że myślący i odczuwający. A to, co odczuwał znów zostało zwielokrotnione działaniem podanego mu narkotyku. To już nie było cierpienie. To już nie była męka. To było coś daleko poza nimi. Coś, czego nie da się opisać, czego nie można sobie wyobrazić. Agonia w swojej najczystszej postaci. Wciąż jednak był świadomy. Poprzez łzy wypełniające jego oczy, widział zamazaną postać Goa`ulda. Słyszał jego drwiący śmiech. Boże! Niech to się wreszcie skończy! I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki skończyło się, gdy Olokun opuścił rękę.
Dopiero teraz jego ciało zareagowało, choć nie tak, jakby sobie tego życzył. Osunął się z jękiem prosto w ręce podtrzymujących go strażników. Z jego gardła wyrwał się zdławiony szloch, nad którym mimo szczerych chęci nie był w tanie zapanować. Jaffa puścili go i opadł bezwładnie na podłogę trzęsąc się i łkając, walcząc o każdy oddech. To było straszne. Czuł się tak, jakby właśnie powrócił z piekła. Odurzony narkotykiem, zniewolony i bezradny. Teraz był tylko wrakiem człowieka. Jakże łatwo byłoby w tej chwili przestać walczyć. Poddać się. osunąć się w otchłań szaleństwa i zapomnienia. Chciał tego. Naprawdę tego pragnął. Jednak gdzieś na samym dnie jego jaźni wciąż tliła się iskierka sprzeciwu. Jeszcze nie był gotowy na kapitulację. Jeszcze nie. To po prostu nie leżało w jego naturze. Nie mógł zapomnieć kim jest. Nie wolno mu było. Instynktownie wiedział, że w tej chwili to najważniejsza rzecz na świecie. Dla jego zespołu, dla pozostałych ludzi. I dla Carter. Musiał pamiętać.
- Pułkownik… Jonathan O`Neill… Siły Zbrojne… Stanów… Zjednoczonych… - Wykrztusił.
- Jestem bardzo cierpliwy, człowieku. - Usłyszał głos Olokuna. - Mam nadzieję, że ty również?
- Pułkownik Jonathan O`Neill… Siły Zbrojne… Stanów… - Powtarzał jak mantrę. - Pułkownik Jonathan O`Neill…
Goa`uld uniósł ponownie kara kesh. O`Neill zareagował odruchowo. Skulił się, wyciągając przed siebie rękę, jakby w ten sposób mógł powstrzymać bezlitosne działanie urządzenia. Ból jednak nie nadszedł. Zdziwiony spojrzał w górę. Olokun patrzył na niego z prawdziwą satysfakcją. Nagle uświadomił sobie, że tym niewielkim gestem zdradził się. Pokazał, że się boi. I na Boga, bał się naprawdę. To jednak nie miało znaczenia. Nie po to wycierpiał tyle z rąk zarządcy, a potem Kaleba, żeby teraz poddać się jakiemuś wypindrowanemu wężowi. Co to, to nie. Jeśli miał umrzeć, to przynajmniej nie da temu sukinsynowi satysfakcji. On nie był niewolnikiem. I nigdy nie będzie. Podniósł hardo głowę i przez zaciśnięte zęby wymruczał:
- Pułkownik Jonathan O`Neilll… Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych.
- Jak sobie życzysz. - Odparł Olokun, rozprostowując palce, a kara Kesh jeszcze raz ożyło.
