Lucjusz obudził się dopiero wczesnym rankiem i trochę zaskoczony odkrył, że jest przykryty kocem. Harry stał przy oknie z dzieckiem na rękach, ewidentnie czując się już lepiej i ten widok trochę zapierał dech w piersiach. Chłopak miał na sobie jego trochę za duży szlafrok i był całkiem nieświadom, że jest obserwowany. Nucił coś, co musiało być mugolską piosenką, bo Lucjusz nie rozpoznawał melodii. Albo Harry po prostu tak okropnie fałszował, co było równie prawdopodobne.
Chłopak musiał wstawać do dziecka. Lucjusz pamiętał pracę nad dokumentami z Ministerstwa i one faktycznie nadal leżały tam, gdzie je zostawił – w zależności od stopnia bez sensu. Część wymięta na podłodze, część na stoliku. Dla niektórych były jeszcze nadzieje, więc wcisnął je na parapet, gdzie miały spędzić trochę czasu aż znajdzie dla nich chwilkę.
Harry kołysał się nadal lekko, spoglądając za okno i Lucjusz zdał sobie sprawę, że chłopak nigdy nie widział ogrodu. Narcyza bardzo dbała o okolice domu, a skrzaty po jej odejściu pielęgnowały rośliny, nie chcąc zapewne, żeby całkowicie zdziczał. Lucjusz nie miał głowy do kwiatów.
Czuł, że powinien się odezwać, daj znać, że jest już całkiem przytomny, ale twarz Harry'ego była tak cudownie rozluźniona, gdy spoglądał na dziecko. Kiedy rozmawiali chłopak zawsze się mocno pilnował i Lucjusz dopiero teraz dostrzegał różnicę. I miał nadzieję, że gdy ta tajemnica została rozwiązana – nareszcie uda im się nawiązać faktyczny kontakt.
Wziął głębszy wdech, wiedząc, że nie może ciągnąć tego w nieskończoność i poruszył się pozwalając nakryciu zsunąć się na podłogę. Harry wzdrygnął się niemal od razu i spojrzał w jego kierunku, więc Lucjusz uśmiechnął się lekko.
- Dzień dobry – powiedział.
- Witaj – odparł Harry i przełknął ciężko. – Słuchaj, sądzę, że nie powinienem zajmować twojej sypialni – dodał w końcu.
- Nonsens – stwierdził Lucjusz. – Nigdzie indziej nie znajdziesz silniejszej magii. Oczywiście zaklęcia Wizengamotu zdeklasowałyby nasze wiekowo, ale Swingwood mógłby zainteresować się dlaczego chcesz sypiać ze sferą – odparł i miał to być tylko żart, ale między brwiami Harry'ego pojawiła się głęboka zmarszczka. – Tutaj mogę doglądać dziecka i pracować. Tutaj masz dostatecznie wiele miejsca dla siebie – dodał pospiesznie i jego argumenty nie były aż tak dobre.
Oczywiście sypialnia, którą niegdyś zajmowała Narcyza była równie mocno zabezpieczona, ale był cholernym egoistą i chciał widzieć Harry'ego w swoim łóżku tak długo jak mógł. Może i czerpał pierwotną satysfakcję z tego, że jednak udało mu się umiejscowić tam chłopaka – nawet jeśli tylko na krótko. Chciał jednak widzieć w tym domu zarówno Jamesa jak i Harry'ego. Nie wiedział tylko jeszcze jak rozwiązać te kwestie, aby jego upór nie wydał się dość podejrzany.
- Nie wydaje ci się to dziwne? – spytał Harry i między jego brwiami pojawiła się zmarszczka. – Amelia wie, że tutaj jestem?
Lucjusz prychnął zirytowany.
- Nie wiem. Może Kingsley jej powiedział, aby ją uspokoić – odparł, wzruszając ramionami.
Amelia była ostatnim, co przychodziło mu do głowy. Bones nie podejrzewałaby ich o skryty romans, który skończyłby się niespodziewaną ciążą. Była zbyt praktyczna na wiarę w bajki. Zresztą miała co innego na głowie z odróżnieniu od reporterów Proroka Codziennego, którzy już i tak sensem swojego życia uczynili śledzenie Harry'ego.
- Nie czuję się w porządku w stosunku do niej… - zaczął chłopak i Lucjusz zamarł.
Zawsze szczycił się tym, że szybko łączył fakty. Pewne podejrzenia też prędko krzewiły się w jego głowie i przeważnie potrzebował jednak kolejnych fatów do rozwiązania zagadki. Tym razem to nie była układanka, którą próbował złożyć w całość. I wystarczyło zapytać.
- Kto ci powiedział? – zainteresował się Lucjusz. – Hitchens? – zaryzykował, ale po oczach Harry'ego wiedział, że nie trafił. – Boot? – Teraz był to strzał w dziesiątkę.
Harry wyglądał nawet na trochę winnego, jakby zbieranie informacji za jego plecami uważał za pewnego rodzaju grzech. I Lucjusz byłby wzruszony, gdyby nie fakt, że jako członek Wizengamotu, Harry musiał mieć informatorów. Wykorzystanie kolegów ze szkoły było jak najbardziej odpowiednie.
- Przepraszam – powiedział chłopak, kołysząc dziecko. – Po prostu nie czuję się w stosunku do niej w porządku, co chyba sam rozumiesz. Zawsze była dla mnie jak matka…
- A ja jak ojciec? – spytał Lucjusz, unosząc sugestywnie brew.
Harry zaczerwienił się aż po koniuszki uszu i spojrzał na niego z wyraźnym obrzydzeniem.
- Zwariowałeś?! – wyrwało się chłopakowi i wystarczyło mu to za całą przemowę.
- Amelia i ja zdecydowaliśmy, że jest dobrze tak jak jest – przyznał, nie czekając na kolejną reakcję Harry'ego. – Jesteśmy przyjaciółmi tak długo, że mogliśmy pomylić przywiązanie z czymś innym – przyznał gorzko. – Poza tym ona nie potrzebuje, posądzeń o to, że steruję Ministerstwem z jej ramienia – ciągnął dalej.
Harry wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.
- Plany zostały zepchnięte na bok zanim tak naprawdę doszło do poważniejszych decyzji – dodał, aby wszystko było jasne. – Amelia zatem nie będzie się wprowadzała niedługo. A ja chcę wiedzieć, że jesteście bezpieczni. A będę miał pewność tylko, gdy będę miał cię na oku. Jesteś słaby. Nie jesteś w stanie rzucić nawet najmniejszej bariery, a Granger nie jest w stanie czuwać przy tobie i dzieciach. Zresztą… - zaczął i zrobił wdech. – To zabrzmi dziwnie, ale jeśli na siłę nie będziesz próbował się wyprowadzić, może Hermiona zostanie dłużej. A ja naprawdę lubię widzieć mojego syna szczęśliwego. Moich synów – poprawił się.
Podszedł do Harry'ego bliżej, przyglądając się młodej zmęczonej twarzy. Najchętniej odgarnąłby mu zbłąkane kosmyki z twarzy, ale chłopak wydawał się tak kruchy. Zamiast tego wyciągnął ręce po Jamesa i Harry nawet nie protestował. Po prostu oddał mu dziecko, aby Lucjusz mógł się również przywitać.
- Wiesz, że nawet podróże kominkiem nie są bezpieczne. Jeśli odbywalibyśmy je codziennie, ktoś zacząłby zadawać pytania – ciągnął dalej Lucjusz.
- A jeśli tutaj zostanę, nie będą? – prychnął Harry.
- Mój syn otwarcie spotykał się z Granger. Napaść na ciebie, włamanie do posiadłości twojego rodu. Byłoby dziwnym, gdybyście nie zostali zaproszeni do naszego domu – odparł Lucjusz. – Jak powiedziałeś wcześniej, jesteśmy przyjaciółmi. Podejrzewam, że plotki rozwiną się w radzie, że wasza ustawa zostanie przepchnięta chociażby faktem, że ją wspieram. A ja nie wspieram przegranych spraw – przypomniał mu spokojnie. – Nie widzę przeciwwskazań, żebyście zostali chociaż na kilka tygodni.
- Tygodni? – wyrwało się Harry'emu.
- Jak sądzisz ile zajmie aurorom przeszukanie domu? – spytał retorycznie Lucjusz.
Wiele można było powiedzieć o Kingsleyu, ale na pewno nie to, że był niedokładny.

ooo

Harry decyduje się zejść na śniadanie. Wymaga to pomocy skrzata oraz Hermiony, ale ma dość łóżka. I ma nadzieję, że jeśli dotrze do parteru, będzie mógł skorzystać z biblioteki. Jest tak znudzony, że pojęcia nie ma jak ktoś wytrzymałby w samotności kilka tygodni macierzyńskiego urlopu. Skrzaty pojawiają się co jakiś czas z podgrzaną formułą dla Jamesa, więc jedynie bawi się z dzieckiem. Oczywiście to nie jest katorgą, ale następują takie momenty, gdy jego syn zasypia i wtedy wpatruje się zagubiony w przestrzeń, nie wiedząc, co powinien zrobić. Hermiona w momentach ciszy zawsze sprzątała pieluszki, ale cholerne skrzaty Lucjusza chciały nawet przebierać Jamesa tłumacząc, że tak pomagały pani Narcyzie.
Nie był Narcyzą, a James nie był Draco.
Hermiona wzięła na ramiona jego dziecko, tłumacząc, że z dwojga złego woli, aby sam spadł ze schodów. Skrzat za nim jednak sugerował, że prędzej wstąpiłby do ruchu narodowościowego Zgredka niż na to pozwolił. Ich mały znajomy zaglądał do niego poprzedniego dnia i Harry nie mógł wyjść z podziwu jak Zgredek zmienił się przez te lata. Porządny – udziergany przez panią Weasley – sweter dumnie zdobił jego nikłą sylwetkę. Miał plan wyborczy i marzenia. I nie walił już głową w podłogę, gdy się witali.
Musiał przytrzymywać się ścian dla pewności, ale w końcu Hermiona otworzyła drzwi jadalni i mógł usiąść na krześle. Draco zerknął na niego przelotnie znad swojej gazety.
- Ojciec wie, że wstałeś? – spytał Malfoy.
- A co? Naskarżysz? – odgryzł się, chociaż pewnie nie powinien.
- Harry, na miłość boską. Czuję się tak, jakbym wróciła do Hogwartu. Będziecie dalej rzucać sobie nienawistne spojrzenia przez stół? – spytała przewracając oczami.
- Oczywiście, że nie. Wybacz Draco – odparł słodko i widział, że brwi chłopaka zmarszczyły się nieprzyjemnie.
James nawet się nie obudził, gdy położyła go pomiędzy Lucretią i Septimuesem. Drewniane łóżeczko było przeznaczone dla większego dziecka, ale trójka ich nowonarodzonych wydawała się idealnie mieścić. Nie chciał jednak usłyszeć chwili, gdy obudzą się wszystkie na raz.
Drzwi jadalni otworzyły się ponownie i Lucjusz wsunął się do środka. Miał na sobie świeżą koszulę, a stan jego włosów świadczył o niedawnej kąpieli. Zastanawiał się z której łazienki skorzystał Lucjusz, bo Harry się na niego nie natknął. Jeśli każda z komnat miała swoją oddzielną, przestawał być zaskoczony, że Draco cały czas narzekał na Hogwart.
Lucjusz zerknął na niego z pytaniem wypisanym na twarzy.
- Postanowiłem wstać. Hermiona obiecała przynieść nasze dokumenty, więc… - zaczął, gdy mężczyzna usiadł u szczytu stołu.
- Zamierzasz pracować – odgadł Lucjusz i w jego głosie pojawiło się coś nieprzyjemnego. – Powiedz mi co jest w stanie zmusić cię do odpoczynku?
Harry na końcu języka miał, że opóźnienia związane z ustawą mogły położyć cały projekt i to było ważniejsze. W głowie migotała mu też nieprzyjemna myśl, że kiedy nie pracował to nie zarabiał. I to była jedyna rzecz, którą przekazał mu wuj Vernon, a która naprawdę mu się przydała. Chciał się pojawić na kolejnym spotkaniu Wizengamotu, ale wiedział, że to będzie niemożliwe. Musiał się jednak przygotować, że kiedy pojawi się w końcu publicznie – będzie wiedział o wszystkim, co działo się, gdy był niedysponowany.
- Mówiłem – odparł Draco znad swojej gazety.
Lucjusz spojrzał na syna ostro, ale nie powiedział ani słowa. Jego oczy zmrużyły się niebezpiecznie.
- Nudzisz się – stwierdził mężczyzna.
Harry poczuł się tak, jakby Lucjusz go oskarżał. I cholernego rumieńca nie potrafił powstrzymać.
- Nie, nie. Po prostu… - urwał. – Twoje skrzaty wszystko robią – przyznał ponuro, wiedząc, że jest fatalnym kłamcą.
- Powiedziałabym, korzystaj póki możesz. Jeśli dobrze policzyłam; mój urlop skończy się jako pierwszy i zostaniesz z całą trójką sam na dwa tygodnie. Jeszcze zatęsknisz za skrzatami – zaśmiała się Hermiona i Harry kątem oka zauważył jak ramiona Draco sztywnieją.
- W zasadzie uznaliśmy, że byłoby bezpieczniej, gdybyście zostali dłużej – poinformował ją Lucjusz neutralnym tonem.
Jego przyjaciółka zmarszczyła brwi i jej usta zbiły się w prostą linię.
- Panie Malfoy… - zaczęła.
- Lucjuszu – poprawił ją mężczyzna niemal natychmiast. – Jestem przekonany, że jesteś chrzestną mojego syna, więc to byłoby nieodpowiednie wciąż zwracać się do siebie formalnie.
Uśmiechnęła się lekko i Harry wiedział doskonale ile było w tym nieszczerości. Hermiona była wyjątkowo spięta i nie mógł jej winić. Nie rozmawiali z Draco i to było widać.
- Lucjuszu – zaczęła pozornie uprzejmie. – Dziękuję, ale nie chcę nadwyrężać gościny. Jest takie mugolskie powiedzenie; tam gdzie cię chcą, bywaj rzadko – powiedziała i Harry cieszył się, że nie dodała drugiej części.
A tam gdzie cię nie chcą, nie bywaj wcale – zamajaczyło mu mgliście. Ciotka Petunia powiedziała mu tak na odchodnym, gdy zabierał swoje wszystkie rzeczy z ich domu. Nie do końca rozgryzł co to miało dla niego znaczyć. Nie odwiedzał ich jednak mimo wszystko – na wszelki wypadek.
Czuł, że cokolwiek powie Lucjusz, Hermiona znajdzie na to odpowiedź. Byli godnymi przeciwnikami i nigdy nie chciał ich zobaczyć po przeciwnej stronie barykady. Chciał, żeby Lucretia i Septimus spędzali czas z Jamesem. Nawet w tych ogrodach. Pod pewnymi względami byli jak kuzyni i zawsze zamierzał traktować ich w ten sposób.
- Czuję jak jesteś słaba – powiedział w końcu Harry z westchnieniem i spojrzała na niego zszokowana. – Chcesz narażać dzieci na wariata, który włamie się do domu Syriusza tylko po to, aby sprawdzić czy plotki o tym, że jestem słaby i niezdolny do obrony to prawda? – spytał gorzko. – Moja magia… - zaczął ponownie z trudem. – Moja magia nie wraca aż tak szybko. Potrzebuję kilku dni. Daj mi je – poprosił cicho. – Nie chcę zostać tutaj i zastanawiać się czy jesteś bezpieczna.
Spojrzenie Hermiony złagodniało, gdy dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie.
- Hesper uparł się sprawdzić zabezpieczenia domu – poinformowała go spokojnie. – Miałam ci powiedzieć dzisiaj, bo nie chcę go wpuszczać do środka bez twojej zgody. Jeśli sprawdzi je… - urwała sugestywnie.
- Nie ma zabezpieczeń, które chronią przed wariatami – dodał.
- Wpuszczanie Niewymownych do swoich domów nie jest zbyt rozsądnym rozwiązaniem – wtrącił Lucjusz. – Tym bardziej Hespera Hitchensa.
Hermiona przewróciła oczami, jakby nie spodziewała się niczego innego.
- Zbieramy… Zbierają informacje – poprawiła się pospiesznie. – To samo można powiedzieć o tobie – odbiła piłeczkę.
Lucjusz uśmiechnął się kwaśno.
- Jest jedna podstawowa różnica. Lepiej posiadać informacje niż się nimi dzielić – uświadomił ją cierpko mężczyzna i Harry nie mógł nie parsknąć śmiechem, bo właśnie coś podobnego sobie wyobrażał.

ooo

Lucjusz zaskoczył go trochę, gdy pojawił się ponownie w komnacie tuż po śniadaniu. Stosy dokumentów, które trzymał przy sobie mężczyzna, trochę zszokowały Harry'ego. Całkiem podobna górka pojawiła się wczoraj i najwyraźniej była to dzienna porcja raportów, które Lucjusz przeglądał. Mężczyzna zajął miejsce w fotelu, chociaż stolik obok nie mógł pomieścić wszystkich papierów i najwyraźniej zamierzał tutaj pracować. Harry podszedł z Jamesem w ramionach i zerknął przez ramię Lucjuszowi, zastanawiając się czy na pewno widzi ich ustawę.
- Co o niej tak naprawdę myślisz? – spytał cicho.
- Jeśli Granger będzie pisała tak klarowne reformy bez kruczków prawnych, czarodziejskie społeczeństwo będzie ją uwielbiać. Politycy znienawidzą – przyznał Lucjusz. – Bardzo dobry koncept. Trudne do przepchnięcia w głosowaniu. Gdyby nie wsparcie społeczeństwa… - urwał sugestywnie mężczyzna. – Bradley próbuje was zblokować, wiesz o tym?
Harry wzruszył ramionami.
- Nie trudno było to odgadnąć, ale ta jego reforma jest… - urwał i przygryzł wnętrze policzka. – Śmieszna – zdecydował w końcu.
Nie chciał obrażać kolegi, ale nie znajdował innego określenia. McGonagall pewnie dostałaby palpitacji na sam widok nowych wytycznych. A potem zabiłaby idiotę, który zrobił coś podobnego. Albo co gorsza – wezwałaby go na dywanik. A Harry chciał od niej kolejne ciasteczko. Zamierzali walczyć z Hermioną do ostatniej kropli krwi.
- To jest dobre słowo – westchnął Lucjusz i pochylił się nad dokumentami.
Harry nie bardzo wiedział co powinien zrobić. Nie chciał mu przeszkadzać, więc wsunął się na łóżko i położył Jamesa obok siebie. Zamierzał wymęczyć dziecko, żeby sprawdzić czy uda im się pospać chociaż godzinkę dłużej zanim mały zacznie płakać. Poprzednia noc była koszmarem i pomimo tego, że zerwał się równo ze świtem – bardziej dał o sobie znać jego instynkt, który podczas wojny reagował na ciągłe zagrożenie. Wtedy mieli warty – teraz wstawał, aby karmić Jamesa.
Jego syn był tak mały i kruchy, że początkowo się wystraszył. Dzieci Hermiony były większe. Magia jednak miała czuwać nad nim – a przynajmniej powiedziała tak Hermiona, a on jej wierzył. James urodził się za wcześnie, ale to było nawet całkiem do przewidzenia biorąc pod uwagę stres jakiego doświadczał ostatnimi czasy.
Nadal nie potrafił przyjąć do wiadomości, że Amelii i Lucjusza nic nie łączyło. Terry miał najwyraźniej nieświeże informacje i chociaż nie powinien – cieszyło go to.
- Czy Hogwart byłby w stanie sprzedawać eliksiry wytworzone przez uczniów? Jaka jest ich jakość? – spytał nagle Lucjusz i Harry spojrzał na pogrążonego w lekturze mężczyznę.
Pióro w prawej ręce Malfoya było nieruchome, jakby czekał na jego słowa.
- Nie wiem kto zastąpił Severusa, ale zapewne eliksiry wytworzone przez Krukonów są na tyle czyste, aby używano ich w skrzydle szpitalnym. Pani Pomfrey dawała mi czasem fiolki i były podpisane nazwiskami wytwórcy – przyznał Harry. – Dlaczego pytasz? – zainteresował się.
- Możemy mieć problem z finansowaniem szkoły. Sporo pieniędzy w tym roku przeznaczyliśmy na Biuro Aurorów oraz szczyt, do którego nie doszło. Rumuni zgodzili się na naszą propozycję, ale to też oznacza koszty – przypomniał mu Lucjusz. – Chcę przedstawić Minerwie propozycję. Ministerstwo ma prawo do wydawania licencji na wytwarzanie eliksirów – poinformował go i Harry był naprawdę zaskoczony.
Zawsze sądził, że tytuł Mistrza wystarczył, aby takowe produkować. Fred i George w zasadzie też wytwarzali mikstury, które co prawda służyły do żartów, ale jednak były warzone. Nigdy nie zastanawiał się nad tym czy posiadali licencje do swojego sklepu.
- Jeśli pokażesz jej reformę Bradleya i powiesz, że pracujesz nad jej odrzuceniem, przyjmie cię z otwartymi ramionami – stwierdził Harry bez najmniejszej wątpliwości. – Gdyby Krukoni powyżej piątego roku otrzymywaliby niewielki procent z dochodów, powiedzmy kieszonkowe… Sądzę, że byliby skłonni warzyć eliksiry na zajęciach dodatkowych. Powiedziałbym, że szklarnie pani Sprout mogłyby też dostarczać składników do eliksirów nie tylko na potrzeby szkoły. Bardzo wiele roślin jest niewykorzystywanych, ponieważ niektóre z mikstur są już przestarzałe, ale sadzonki w szklarniach są nadal podlewane – odparł i wzruszył ramionami.
Lucjusz wpatrywał się w niego kompletnie zaskoczony.
- Oczywiście należałoby spytać panią Sprout czy byłaby gotowa rozstać się ze swoimi dziećmi – dodał pół żartem pół serio.
Kobieta podczas wojny próbowała ratować szklarnie i gdyby nie jej poświęcenie Hogwart nie posiadałby nawet połowy zasobów. Bardzo wiele roślin udało się jej przenieść na obrzeża Zakazanego Lasu, gdzie bitwa nie sięgała. Sadzonki bardzo szybko udało się rozmnożyć i kiedy Harry ostatnim razem odwiedzał Hogwart – wokół zaczynało być widać nawet początki ogrodu.
- To jest bardzo dobry pomysł – poinformował go Lucjusz, kreśląc coś na marginesie i Harry uśmiechnął się lekko.

ooo

Kiedy obudził się w środku nocy, James zaczynał dopiero płakać. Pospiesznie zsunął się z łóżka, trochę zaskoczony, że świeca na stoliku nadal się paliła. Lucjusz spał twardo z głową opartą na fotelu. I to nie mogło być wygodne. Jego kark odchylał się pod dziwnym kątem, a napięte mięśnie naciągały skórę na szyi, zarysowując się dość wyraźnie.
James zaczął się uspokajać w jego ramionach, więc Harry usiadł na łóżku, gdy trochę zakręciło mu się w głowie. Poranny spacer, nieprzespana noc i teraz druga, która nadciągała – najwyraźniej odebrały mu resztki sił. Dziecko potulnie pozwoliło się karmić, więc spoglądał co rusz na nie i Lucjusza, którego koszula miała odpięte górne guziki, jakby mężczyzna nie mógł już znieść wbijającego mu się w skórę kołnierzyka.
Nie miał pojęcia dlaczego Lucjusz nie przeniósł się do innej sypialni, ale nie zamierzał mu tego sugerować. Było jakoś przyjemnie obudzić się w środku nocy i zobaczyć go tak blisko. Początkowo bał się, że kiedy zostanie sam z dzieckiem – nie będzie wiedział co zrobić. I ten strach nadal tam gdzieś w nim był. Nie wiedział co jest prawidłowe, a co nie, ale sama obecność mężczyzny uspokajała go. Miał jakąś dziwną pewność, że jeśli będzie działo się coś niespodziewanego – Lucjusz będzie wiedział co zrobić. Lucjusz zawsze wiedział.
Harry zerknął na dopalającą się świecę i dokumenty, które walały się po całej podłodze. Wiedział, że mężczyzna postanowił pracować w sypiali nie dla swojej wygody, ale po to, aby dotrzymać mu towarzystwa i był mu za to wdzięczny. Nie chciał czuć się zbędnym czy niepotrzebnym. I to było przyjemne, gdy wymieniali uwagi na temat kolejnych reform, które przedstawiono, a potem przerzucili się na obgadywanie starych pryków, którzy nie rozumieli, że ich czasy dawno przeminęły. Swingwood zapewne miał oddać stołek Przewodniczącego i Harry nie pytał nawet kto otrzyma tę nominację.
Biorąc pod uwagę ilość pracy, którą Lucjusz wykonywał – należało mu się i zamierzał poprzeć to całym sercem.
Odstawił butelkę i nie musiał czekać długo, gdy James w końcu beknął. Dziecko zasnęło na jego oczach jak zawsze w środku nocy i Harry ostrożnie odłożył syna do kołyski. Na palcach podszedł do Lucjusza, czując wyraźnie moc mężczyzny. Jego magia nie wróciła, ale przynajmniej informowała go o świecie zewnętrznym. I nawet Mroczny Znak zaczynał promieniować znaną, nieprzyjemną mocą, do której zdążył się jednak przyzwyczaić.
Widział z jaką niepewnością Lucjusz podniósł pierwszy raz Jamesa, kładąc go na swoim ramieniu, poznaczonym fatalnym tatuażem. Niemowlę jednak nie zapłakało, nieświadome co oznaczała ta magia.
Podniósł koc, który leżał złożony w rogach łóżka i przykrył szczelnie Lucjusza z westchnieniem.