Szczęśliwego Nowego Roku!


Niebo na wschodzie zaróżowiło się. Niedługo nad doliną miało wzejść bezlitosne słońce i zapoczątkować kolejny dzień męki. Daniel wtulił twarz w zdrętwiałe ramiona i próbował zdrzemnąć się choć na chwilę, wykorzystując moment, gdy przeszywające zimno nocy już ustąpiło, a upał dopiero miał nadejść. Spędził przykuty do drewnianego pala trzy dni, lecz miał wrażenie, że trwało to już całą wieczność. On i Jared, wyłączeni z obozowego życia, początkowo obserwowali z daleka innych więźniów. Ich wymarsz do kamieniołomów potem powrót, wieczorny posiłek i wreszcie zamknięcie w barakach. Niewolnicy zerkali ukradkiem w ich kierunku, lecz szybko odwracali głowy, by nie prowokować strażników. Najwyraźniej bali się, że także podzielą ich los. Strażnicy zdawali się ich ignorować. Jedynie zarządca kilkakrotnie podchodził blisko i przyglądał się im złowrogo. Potem oddalał się bez słowa. Nigdy nie odezwał się do nich, ale doskonale widzieli, jak zaciska pięści na rękojeści rzemienia. Wkrótce jednak zobojętnieli na to, co działo się dookoła. Stopniowo opadali z sił, coraz częściej popadali w omdlenie. W dzień słońce parzyło dotkliwie ich skórę, która wkrótce zaczerwieniła się i pokryła pęcherzami. Potem jednak przychodziła noc, podczas której obaj trzęśli się z zimna. Dokuczał im głód i nieznośne pragnienie. Kraft zjawiał się przy nich każdej nocy, przynosząc wodę, a także trochę zupy. Niewiele, ale zawsze coś, czym dało się choć trochę wypełnić żołądek. Przełykali z trudem. Popękane wargi i spieczone gardła bardzo dawały się we znaki. Prawie wcale nie rozmawiali. Mówienie stanowiło zbyt wielki wysiłek. Za to słuchali z uwagą, gdy Kraft przekazywał im nowe wiadomości. Archeolog odetchnął z ulgą, gdy dowiedział się, że Jack O`Neill wciąż żyje i przetrzymywany jest w pałacu podobnie jak Teal`c. Niestety, jak dotąd Daniel nie doczekał się tej najważniejszej wiadomości. Co działo się z Carter? Choć z drugiej mogło to oznaczać, że nie została złapana. Że wciąż gdzieś się ukrywa.

Do jego uszu dotarł odgłos otwieranych drzwi. Strażnicy okrzykami popędzali pozostałych więźniów do pracy w kamieniołomach. Ach, ileż by Daniel dał, żeby móc znaleźć się teraz razem z nimi. Nieważne, że musiałby przez cały dzień ciężko pracować. To nic, że od ściskania kilofa na dłoniach robiły mu się pęcherze. Za to teraz nie czuł rąk w ogóle, a plecy i kark bolały nieustannie. Miał trudności z utrzymywaniem się na nogach. Kolana uginały się pod jego ciężarem, obciążając jeszcze bardziej wzniesione ku górze ramiona. W tej sytuacji okresy omdlenia były niemalże wybawieniem. Od niewygodnej, przymusowej pozycji, głodu, pragnienia i bólu.

Odgłosy licznych kroków wkrótce umilkły w oddali. Jackson zerknął w stronę swego towarzysza niedoli. Jared opierał czoło o słup. Od pewnego czasu chłopak popadł w dziwna apatię. Przestał się odzywać, nie chciał pić ani jeść. Jeśli nie spał, patrzył się tępo przed siebie, albo trwał tak jak teraz, z zamkniętymi oczami, w całkowitym bezruchu. Archeolog wcale mu się nie dziwił. Sam był już na skraju załamania. Nie miał pewności, ile jeszcze zdoła wytrzymać. Słońce tymczasem leniwie wędrowało po niebie. Najpierw pojawiło się tuż nad szczytami skał otaczających dolinę i wspinało się ku górze. Jeszcze nie palące, lecz już dokuczliwe. Jego promienie odbijały się od białego piasku, jeszcze bardziej parząc odsłoniętą skórę. Jackson przymknął więc obolałe powieki i pozwolił sobie na luksus popadnięcia w półomdlenie.

U wylotu doliny niespodziewanie rozległ się dźwięk, który Daniel zidentyfikował natychmiast, choć był to ostatni z możliwych dźwięków, jakich mógłby się w obecnej sytuacji spodziewać. Wystrzał z broni palnej. Uniósł głowę i z wysiłkiem wpatrzył się w dal. Niestety, brak okularów bardzo dawał mu się we znaki. Chociaż nawet gdyby je miał, nie mógłby niczego dostrzec z powodu oślepiającego słońca. Trwał tak dłuższą chwilę, wstrzymując oddech. Już, już gotów był przyznać, że tylko to sobie wyobraził, gdy w powietrzu rozległa się seria z karabinu maszynowego.

- Co to było? - Jared w jednej chwili wyrwał się z letargu.

- Mmm? - Tylko tyle był w stanie z siebie wykrzesać.

- Słyszałeś to?

- To… To… To niemożliwe… - Bełkotał Daniel, czując, jak jego serce gwałtownie przyspiesza.

- Co jest niemożliwe? Daniel, co się dzieje? - Jego słowa przerwała kolejna seria, po której rozległy się krzyki.

Od strony kamieniołomów dobiegł ich narastający powoli odgłos, przypominający brzęczenie tysiąca owadzich skrzydeł. Dźwięk nasilał się i zdawał się przybliżać. Wkrótce dołączyły do niego kolejne wystrzały i jeszcze więcej okrzyków, które szybko przerodziły się w prawdziwą wrzawę. Jackson poczuł, że kręci mu się w głowie i nie może złapać oddechu. To były odgłosy walki. Nic innego.

- Daniel! - Apatia opuściła Jareda całkowicie. - Kim są ci ludzie? To ci, o których mówiłeś? Z twojego świata?

- Nie wiem… Nie widzę ich…

- Tu jesteśmy! Hej! - Darł się Jared. - Uwolnijcie nas!

- To Carter… - Jackson uśmiechnął się mimo woli. - Widzisz? Mówiłem ci, że po nas przyjdzie…

- Chyba masz rację. Mają mundury takie same jak wasze.

- Wiedziałem, że nas znajdzie…

- Znalazła nas! Naprawdę nas znalazła!

- Mówiłem ci…

- Ocknij się, Danielu! - Młody mężczyzna był coraz bardziej natarczywy. - Dokonało się! Daniel! Dokonało się… - Głos Jareda załamał się i chłopak zaczął szlochać.

Wokoło nich nagle zaroiło się od ludzi. Krzyczeli z radości, śmiali się, poklepywali po plecach i ściskali. Ich głosy zlały się w jedną, niezrozumiałą kakofonię.

- Doktorze Jackson? - Rozległo się tuż koło niego i czyjaś dłoń dotknęła jego twarzy. Uchylił powieki, lecz ujrzał tylko zamazaną postać, ale głos wydawał mu się znajomy.

- Jest pan już bezpieczny. - Powtórzył człowiek. - Zaraz pana uwolnimy.

Chciał odpowiedzieć, lecz jego język plątał się, zresztą nagle nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. W głowie wirowało coraz bardziej, a w ustach poczuł charakterystyczny słodki smak. Był pewien, że za moment straci przytomność. Kiedy jego ramiona, uwolnione z kajdanów, opadły bezwładnie wzdłuż ciała, poczuł w nich przeszywający ból. Zachwiał się, lecz czyjeś silne ręce podtrzymały go, a potem delikatnie ułożyły na ziemi. Sięgnął na oślep, chwycił czyjś rękaw i trzymał, jakby od tego zależało jego życie. Ktokolwiek to był, uratował go.

- Dziękuję… - Wyszeptał gdzieś w przestrzeń, a potem zemdlał.

Ocknął się, czując, jak jego ręce pulsują bólem. Leżał zdezorientowany dłuższą chwilę, zanim przypomniał sobie, co się wydarzyło. Został uwolniony. On i Jared. Ktoś przyszedł i wyzwolił ich z kajdanów. I to dosłownie. Nie było już strażników, nie było zarządcy i nie było przymusowej pracy ponad siły. Gdy tylko Kraft powiedział im o ucieczce Carter, był pewien, że to nastąpi. Ona nigdy nie zawiodła swojego zespołu. Nieopodal usłyszał cichy, kobiecy śmiech.

- Sam? - Wychrypiał.

- Doktorze? - Ponad nim pojawiła się twarz młodego człowieka ubranego w mundur polowy. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to sanitariusz. - Proszę unikać gwałtownych ruchów.

- Gdzie jest major Carter? - Ignorując ostrzeżenie, spróbował usiąść i natychmiast tego pożałował, gdy jego ciało przeszył gwałtowny ból. Opadł z powrotem na plecy i dłuższą chwilę leżał bez ruchu, próbując uspokoić oddech.

- Spokojnie. Nic panu nie będzie, ale przez pewien czas będzie pan niestety nieco obolały. - Kontynuował spokojnie sanitariusz. - Pomogę panu się podnieść. Najpierw jednak proszę to wypić. Jest pan odwodniony.

Mężczyzna pomógł mu dźwignąć się do pozycji półleżącej i podał mu butelkę wody. Miała nieco słonawy smak, więc podejrzewał, że jest wzbogacona w elektrolity. Wypił chciwie połowę płynu, nie mogąc wyjść z podziwu, jak coś tak zwyczajnego, może być jednocześnie tak wspaniałe. Sanitariusz poklepał go po ramieniu, po czym wstał.

- Proszę wypić do końca, tylko nie tak szybko, bo pan zwymiotuje. - Dodał odchodząc.

Daniel pokiwał głową i posłusznie uniósł butelkę do ust. Dopiero teraz dostrzegł, że ma zabandażowane oba nadgarstki. Bolały. Podobnie zresztą jak ramiona, plecy, a teraz nawet brzuch. Właściwie obolałe miał całe ciało, ale żył. Leżał w cieniu baraku. Kiedy uniósł nieco głowę dojrzał nieopodal grupkę ludzi. Jakaś postać zbliżała się do niego. Zamrugał kilkakrotnie powiekami, niewiele to jednak poprawiło ostrość jego widzenia. Dopiero gdy mężczyzna podszedł zupełnie blisko, rozpoznał w nim pułkownika Reynoldsa.

- Doktorze Jackson, widzę, że czuje się pan już lepiej. - Zaczął bez żadnych wstępów. - Muszę zadać panu kilka pytań.

- Pułkowniku, wyjaśni mi pan, co się stało? Gdzie jest major Carter? Gdzie jest Jared?

- Doktorze…

- Gdzie jest Sam? - Przerwał gwałtownie Daniel. - Gdzie ona jest?

- Doktorze Jackson, niech pan mnie posłucha. - Ton głosu Reynoldsa sprawił, że archeolog natychmiast umilkł. - To jeszcze nie koniec. Najtrudniejsze zadanie dopiero przed nami. Olokun jeszcze nie został pokonany. Rozumie pan? Za chwilę uderzymy na jego pałac, ale najpierw muszę zadać panu kilka pytań.

- Rozumiem.

- Doktorze. Czy wie pan, gdzie w tej chwili może znajdować się pułkownik O`Neill albo Teal`c?

- Jack był tutaj razem ze mną. Strażnicy zabrali go do pałacu trzy dni temu. Z tego, co wiem. Jest tam nadal.

- Jest pan pewien?

- Oczywiście. Jego zabrali, a mnie i Jareda przykuli do pali. To musiało być zaraz po tym, jak Sam uciekła. Teal`ca nie widziałem odkąd nas uwięzili, ale on również przebywa w pałacu.

- Skąd pan wiedział, że major Carter opuściła więzienie?

- Od Krafta. On też jest z ruchu oporu i ktoś z pałacu przekazywał mu informacje. Zapytajcie go. To ten kucharz. Musi gdzieś tu być.

- W tym sęk, doktorze. Nie znaleźliśmy go. Kiedy widział go pan po raz ostatni?

- Dziś w nocy, a właściwie nad ranem. Przynosił nam wodę.

- I on twierdzi, że Teal`c i pułkownik O`Neill przetrzymywani są w pałacu?

- Tak. Nie był pewien, w którym miejscu. Podobno są bardzo pilnie strzeżeni.

- Czy powiedział wam, kiedy spodziewa się powrotu Olokuna?

- Mówił, że nastąpi to już wkrótce, ale chyba nie znał dokładnej daty.

- Daty naszego ataku także nie znał?

- Nie. Miał nawet nadzieję, że my coś wiemy. Kilkakrotnie nas o to pytał. Pułkowniku? - W myślach archeologa zaczęła nagle kiełkować bardzo niepokojąca myśl. - Jest pan tutaj. To znaczy, że dzień, o którym tyle się nasłuchałem, dzień wyzwolenia, nadszedł. Jak to możliwe, że członek ruchu oporu nie miał o niczym pojęcia?

- Doktorze Jackson. - Reynolds w zamyśleniu pocierał podbródek. - Ruch oporu wiedział o wszystkim. Ściśle ze sobą współpracujemy. To dzięki tym ludziom uzyskaliśmy wszystkie informacje, dzięki którym możemy być tu dzisiaj.

- Ale Kraft…

- No właśnie. - Pułkownik wstał. - Musimy ruszać. Proszę odpoczywać.

Odszedł. Jackson patrzył za nim osłupiały. Jak to możliwe? Gdzie podział się Kraft? Wierzył temu człowiekowi. Ufał mu. Jeśli jednak nie należał, jak twierdził, do ruchu oporu, to kim właściwie był? Szpiegiem? Olokuna, czy jeszcze kogoś innego? Nagle poczuł zimny dreszcz, gdy uprzytomnił sobie, że przecież mógł nieświadomie zdradzić największy sekret setek ludzi walczących o wolność. Gdyby znał datę ataku na planetę i przekazał ją temu człowiekowi, los rebeliantów byłby przesądzony.

- Danielu? - Damski głos wyrwał go z zamyślenia. W pierwszej chwili pomyślał, że to Sam, zaraz jednak rozpoznał dziewczynę z wioski. Żonę Jareda. Ukucnęła przy nim. Zaciskała nerwowo wargi.

- Jared? Coś mu się stało? - Nagle uświadomił sobie, że chłopaka nie ma nigdzie w pobliżu.

- Nic mu nie jest. Powiedział mi, że cały czas podtrzymywałeś go na duchu... - Przez moment jej twarz złagodniała. Kiedy jednak spojrzała na archeologa, znów zagościło na niej napięcie. - Ten człowiek, który z wami rozmawiał… To nie był Kraft. A raczej to nie był prawdziwy Kraft. - Musiała słyszeć słowa Reynoldsa.

- Skąd możesz to wiedzieć?

- Prawdziwy Kraft zginął kilka lat temu tu, w kamieniołomach. Wiem to od kogoś, kto znał go kiedyś i widział jego śmierć.

- Kto?

- Barran. Jest nie tylko naszym przywódcą, ale także moim stryjem.

- To wiele tłumaczy. Cóż, ten Kraft - nie Kraft był bardzo przekonujący.

- Owszem. Ale jego plan się nie powiódł. Niczego się od was nie dowiedział.

- Nie. - Urwał nagle. - Przecież Jared potwierdził jego tożsamość.

- Jared nigdy nie widział Krafta. Nie wiedział również, że on nie żyje. Ten sekret znało zaledwie kilka osób. Ten, który się pod Krafta podszywał, działał na dwa fronty. Dostarczał nam pewnych informacji, ale jednocześnie szpiegował dla Kaleba.

- I Barran na to pozwalał, choć wiedział, że jest zdrajcą?

- Danielu. - Kalia uśmiechnęła się. - Czy naprawdę masz nas za głupców? Barran wykorzystał go. Przekazywał mu informacje jak najbardziej prawdziwe, tyle że raczej mało precyzyjne. Innymi słowy, Kaleb zawsze zostawał o krok z tyłu.

- Najwyraźniej muszę się jeszcze sporo dowiedzieć o tym waszym ruchu oporu. Jak dotąd tylko same niespodzianki. Najważniejsze jednak, że tu jesteście. Powiesz mi, co się właściwie dzieje?

- Oczywiście. Zapewne ucieszysz się, że twoja towarzyszka Samantha także tu jest. Ona i Barran udali się na waszą planetę i przekonali waszych przełożonych, by udzielili nam wsparcia. Dziś w nocy na wszystkich ośmiu planetach zaatakowano znajdujące się tam posterunki Jaffa. Następnie rebelianci przybyli tu, by wspólnie z waszymi oddziałami zaatakować siedzibę Olokuna. Najpierw jednak wyzwolili wszystkich pracujących przy budowie nowego pałacu Olokuna, a także niewolników z kamieniołomów. Nie muszę chyba dodawać, że wszyscy ci ludzie z ochotą zasilili nasze szeregi. W tej chwili jest nas tylu, że stanowimy dla Olokuna realne zagrożenie. On już tu jest i niczego się nie spodziewa. Niebawem wszystko się rozstrzygnie. Nam pozostaje jedynie czekać i mieć nadzieję.

- Nie mogę czekać. - Spróbował wstać, lecz tak samo jak za pierwszym razem osunął się na ziemię zlany potem. - Muszę jakoś pomóc. - Dodał usprawiedliwiająco.

- W tej chwili jest pan niezdolny do walki, doktorze. - Sanitariusz znów pojawił się znikąd. - Mam rozkaz odtransportować pana do SGC. I niech pan będzie pewien, że nie zamierzam słuchać żadnych wymówek. Czy to jasne?

- Pomogę ci, Danielu. - Kalia wyciągnęła do niego rękę. - Ja też się niepokoję, ale tak trzeba. Twoje zadanie właśnie się skończyło. Niebawem wszystko się rozstrzygnie. Zaufaj mi. Zaufaj swoim towarzyszom. Miej wiarę. A teraz chodź. Czekają na nas.