Czekanie przedłużało się. Carter z trudem zachowywała spokój. Kapłani stopniowo rozproszyli się po całej sali wejściowej. Z ulgą stwierdziła, że nawet nie próbowali komunikować się ze sobą. Pogrążeni byli w modlitwach lub rozmyślaniach. Grunt, że w dalszym ciągu zdawali się nie dostrzegać faktu, że ktoś postronny dołączył do ich bractwa. Nie miała pojęcia jak długo taki stan rzeczy się utrzyma i czy w końcu któryś z nich przejrzy na oczy. Trzymała się wciąż na uboczu, aby nie prowokować nikogo i dyskretnie obserwowała całą sytuację. Kapłanom przyglądała się z pewnym zdumieniem. Trwali tu bez żadnego sprzeciwu. Nie okazywali zdziwienia, czy choćby zniecierpliwienia. Czekali na swego pana. Na swego boga, sens ich życia. Mimo woli zastanawiała się, czy naprawdę tak myśleli, czy był to tylko ich sposób na przetrwanie? Po raz kolejny dyskretnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Przy drzwiach wejściowych stał oddział Jaffa. Wojownicy wyglądali na nieco znudzonych, co jednak nie oznaczało, że w chwili zagrożenia okażą się śmiertelnie skuteczni. Kolejne oddziały patrolowały korytarze. Raz po raz pojawiali się w którymś z licznych, rozpoczynających się tu korytarzy, by po chwili zniknąć w następnym. Zaczęła nawet dostrzegać pewną regularność ich przemarszu. W głębi sali dostrzegła wylot wąskiego, ciemnego korytarzyka, do którego, jak do tej pory, nie skierował się żaden strażnik. Była pewna, że jest to dokładnie droga jej karkołomnej ucieczki. Boczny, rzadko uczęszczany korytarz prowadzący do podziemnych cel. No tak. Przecież jest dzień. Niewolnice, które były tam zamykane na nocny spoczynek, przebywały teraz gdzieś na terenie pałacu, zajęte przeznaczoną dla nich pracą. Cele były więc puste i nie było potrzeby patrolowania tego obszaru. Tak przynajmniej przypuszczała.

Tutaj dostrzegła dla siebie pewną szansę. Zakładała, że korytarze ciągną się w głąb pałacu i przy odrobinie szczęścia przemknie się nimi niezauważona do samego serca siedziby Olokuna. Logika podpowiadała jej, że znajdzie tam przejście do wyżej położonych kondygnacji. Co dalej? Wolała się nie zastanawiać. Jej plan był pełen zbyt wielu niewiadomych. Problem stanowiły patrole. Nie wiedziała przecież, czy kapłani mają prawo przebywać w tym rejonie. Zwłaszcza teraz, gdy Olokun powrócił na planetę i wkrótce miało rozpocząć się święto na jego cześć. Ale też wkrótce miał nastąpić atak. Wtedy zapewne wszystkie oddziały Jaffa zostaną skierowane do obrony pałacu i samego Olokuna. Co wtedy stanie się z więźniami? O tym również wolała w tej chwili nie myśleć. Teraz musiała skoncentrować się na zadaniu, które zostało jej wyznaczone. Wiedziała, że inni liczą na nią i nie zamierzała ich zawieść.

Ostrożnie, krok po kroku, zaczęła przesuwać się w stronę korytarza. Nic nie wskazywało na to, że któryś ze strażników lub kapłanów zwrócił na nią uwagę. Mimo to miała absurdalne wrażenie, że za chwilę ktoś chwyci ją za ramię. Dotarła do ściany i zaczęła przesuwać się wzdłuż niej. Jeszcze parę kroków. Jeszcze moment. Za jej plecami pojawił się wreszcie ciemniejący otwór. Jeszcze raz rozejrzała się spod kaptura, po czym zrobiła krok w tył. Potem drugi, trzeci… Jeden z kapłanów podniósł nagle głowę i spojrzał prosto na nią. Zamarła. Z tej odległości nie potrafiła dostrzec wyrazu jego twarzy. Jeśli jest lojalnym sługą swego pana, już po niej. Jej misja skończyła się, zanim się na dobre zaczęła. On jednak stał tylko. Powoli opuścił głowę, kryjąc ponownie twarz po kapturem, a potem równie powoli odwrócił się. Była już w korytarzu. „Teraz albo nigdy". Powiedziała sobie. „Cokolwiek się stanie, muszę choć spróbować". Wstrzymując oddech, obróciła się na pięcie i zagłębiła w mrok korytarza, cały czas pilnując, by niepotrzebnie nie przyspieszyć kroku. Nikt nie krzyknął, nie wszczął alarmu. Nikt nie ruszył za nią w pogoń. Dotarła w końcu do zakrętu korytarza. Tutaj, schowana przed wzrokiem stojących w sali wejściowej ludzi, oparła się plecami o ścianę, ściągnęła lepiący się do policzków kaptur i odetchnęła pełną piersią. Nasłuchiwała, czy ktoś nie podąża za nią, ale najwyraźniej kapłan nie zamierzał jej wydać. Wykonała pierwszą część planu. Niestety, była to część najłatwiejsza. Teraz należało zrealizować kolejne.

Nie namyślając się zbyt długo, ruszyła przed siebie. Gwar, dobiegający z sali wejściowej, stopniowo oddalał się i cichł, aż wreszcie ustał zupełnie. Korytarze były puste i ciche. Teraz słyszała jedynie odgłos swoich kroków i przyspieszony oddech. Kamienna podłoga łagodnie, choć systematycznie opadała w dół. Początkowo przypominała sobie trasę, którą pokonała w trakcie swojej ucieczki, później jednak korytarze zaczęły się plątać. Wszystkie wyglądały jednakowo. Wszystkie tak samo wąskie, ciemne i ponure. Wszystkie tak samo przerażające. Pocieszała się jednak, że jak dotąd nie spotkała na swej drodze żadnego strażnika. Chyba więc miała rację, co do tego przejścia. Musiała jedynie przedostać się jak najgłębiej. Na skrzyżowaniu korytarzy intuicyjnie wybrała jeden z nich i szczęście znów jej dopisało. Niebawem natknęła się na kilka opustoszałych cel. Wprawdzie nie tutaj była uwięziona, ale i te wyglądały niepokojąco znajomo z metalowymi zębami krat uniesionymi aż do sufitu. Poczuła nieprzyjemny ucisk w dole brzucha, lecz nie pozwoliła porwać się emocjom. Szła dalej. W innym korytarzu napotkała podobne cele. Musiało być ich tu naprawdę dużo. Zaciskając zęby, nieprzerwanie brnęła dalej. Korytarze, cele, korytarze, cele. Podziemia pałacu zdawały się nie mieć końca.

Wreszcie, po czasie, który wydawał jej się co najmniej całym dniem, dotarła do wąskich, stromych schodków prowadzących w górę. Wspięła się na nie z bijącym sercem, lecz u ich szczytu napotkała tylko kolejny identyczny korytarz. Nie mając innego wyjścia, poszła naprzód. Znowu plątanina przejść, następne puste cele. Od szybkiego marszu dostała zadyszki. Szata plątała się między nogami, utrudniając wykonywanie ruchów, ale to nie miało znaczenia, bo oto znów stanęła u stóp kolejnych schodów. Kiedy postawiła stopę na pierwszym stopniu, z góry niespodziewanie dobiegł ją gwar głosów. Zaskoczona cofnęła się szybko. Zdawała sobie sprawę, że prędzej czy później musiała kogoś napotkać, mimo to zaklęła pod nosem. Przeczekała w ukryciu kilka minut, po czym spróbowała ponownie. Tym razem przywitała ją cisza. Stanęła na ostatnim stopniu i rozejrzała się. Ten korytarz był inny. Szerszy, wyższy, lepiej oświetlony. Po chwili wahania skierowała się w lewo. Wkrótce doszła do niewielkiej sali. Zbadała kilkoro znajdujących się tu drzwi. Niektóre były zamknięte, za innymi znalazła pomieszczenia stanowiące magazyny lub składziki. Pełno w nich było skrzyń i koszy wypełnionych nieznanymi jej narzędziami. Nie przyglądała im się bliżej. Ruszyła dalej. Po pewnym czasie natknęła się na magazyn z żywnością. Tym razem w koszach zalegały jakieś warzywa, pieczywo, kawałki suszonego mięsa. Gdzieś niedaleko powinna znajdować się kuchnia bądź jadalnia. Nie miała jednak zamiaru tego sprawdzać. Wycofała się i zawróciła. Minęła schody, po których się tu dostała i pomaszerowała na prawo od nich. Korytarz rozgałęział się kilkakrotnie. Starała się zapamiętać, w którą stronę za każdym razem skręca na wypadek, gdyby znów musiała wrócić. Zachowywała się jeszcze ostrożniej. Naciągnęła na twarz kaptur, choć nie była pewna, jak powinna się zachować w razie spotkania z Jaffa. Na wszelki wypadek wyciągnęła spod szaty zata. Karabin maszynowy pozostawiła jednak ukryty. Nawet w przypadku konfrontacji wolała go nie używać. Robił stanowczo za dużo hałasu. A tego, przynajmniej na razie, wolałaby uniknąć. Coraz częściej trafiała na jakieś zamknięte pomieszczenia, ślepe korytarze. Kluczyła nimi coraz bardziej zdenerwowana. Ile czasu mogło minąć od jej dezercji z sali wejściowej?

Nagle stanęła jak wryta. W jej kierunku ktoś nadchodził. Echo jego miarowych kroków rozbrzmiewało w całym korytarzu. Najwyraźniej spieszył się. Postanowiła zejść mu z drogi. Pobiegła, starając się robić to jak najciszej. Nie miała pojęcia, dokąd ten ktoś zmierza. Najrozsądniej byłoby więc ukryć się gdzieś, zamiast ryzykować nieuniknione spotkanie. Gorączkowo sprawdzała wszystkie napotkane po drodze drzwi. Właściwie robiła to już wcześniej i wtedy wszystkie były zamknięte. Zanim jednak uświadomiła sobie ten fakt, jedna z klamek ugięła się pod ciężarem jej dłoni i drzwi ustąpiły. Bez namysłu wślizgnęła się do zupełnie ciemnego pomieszczenia, po czym bezgłośnie zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając jedynie wąską szczelinę, przez którą mogła wyjrzeć na zewnątrz. Kroki nasiliły się. Już wiedziała, że to nie jedna, a kilka osób. Kiedy mijali jej kryjówkę, odruchowo wstrzymała oddech. Pierwszy w polu jej widzenia pojawił się dowódca oddziału Jaffa. Tuż za nim szło dwóch wojowników. Ciągnęli za ramiona człowieka, który z pewnością był martwy. Wielka, krwawa plama kwitła na niemal całej powierzchni jego pleców. Od razu rozpoznała ranę, jaka może powstać tylko i wyłącznie od postrzału z lancy. Pochód zamykał czwarty wojownik. Przeszli tak szybko, że nie zdążyła dobrze przyjrzeć się nieszczęśnikowi. Dostrzegła jedynie, że ubrany był w jakieś łachmany. Na jednej stopie wciąż miał znoszony sandał. Druga była bosa. To nie był żaden z jej towarzyszy. Tego była pewna, choć jej serce i tak ścisnęło się nieprzyjemnie. A jeśli przybyła za późno? Jeśli pułkownik lub Daniel zginęli w ten sam sposób? Jeśli Teal`ca spotkał podobny los?

Wypuściła wstrzymywane dotąd powietrze, czując, że drżą jej dłonie. I wtedy gdzieś za jej plecami rozległ się szmer. Był cichy, lecz jej wyczulony słuch nie mógł kłamać. Nie była sama. W tym ciemnym pomieszczeniu znajdował się ktoś jeszcze. W żaden sposób jednak nie zareagowała, wiedząc, że nie może sobie pozwolić na żadne głupstwo. Starała się wyglądać na skupioną na obserwacji korytarza, podczas gdy jej ręka wędrowała bezszelestnie pod obszerną szatą w poszukiwaniu latarki. Zacisnęła w końcu na niej palce i wyciągnęła najwolniej jak potrafiła. Następnie płynnym, błyskawicznym ruchem obróciła cię, jednocześnie naciskając guzik latarki i celując z zata. Ostry promień światła przeciął mrok i rozjaśnił przeciwległy kąt pomieszczenia, ukazując stos skrzyń ułożonych niedbale jedna na drugiej. Nie dostrzegła niczyjej obecności, ale była pewna, że intruz ukrywa się dokładnie w tym miejscu.

- Wiem, że tam jesteś. - Starała się mówić stanowczo, a jednocześnie jak najciszej. Kto wie, czy korytarzem nie nadchodzi właśnie kolejny oddział Jaffa? - Jestem uzbrojona. Jeden nieostrożny ruch, a strzelę do ciebie. A teraz wychodź stamtąd. Już!

W kącie początkowo panowała cisza, potem jednak zaszurało i ponad skrzyniami zmaterializowały się drżące koniuszki palców.

- No dalej! - Ponagliła nieznajomego.

Za palcami stopniowo wychyliła się cała postać. Młody mężczyzna mrużył oczy oślepiony światłem latarki. Sam zauważyła, że ubrany był w prosty strój niewolnika.

- Proszę… - Wyszeptał. Osłaniał oczy dłonią, krzywiąc się coraz bardziej. - Proszę, nie rób mi krzywdy…

- Nie zrobię. Jeśli mnie nie sprowokujesz.

Carter opuściła nieco latarkę. Tak, żeby jej promień nie padał już bezpośrednio na twarz niewolnika, ale wciąż celowała do niego z zata. Nieznajomy nie wyglądał groźnie. Był raczej przerażony, no i nie miał żadnej broni, a przynajmniej żadnej nie dostrzegła. Teraz, gdy mógł już na nią patrzeć, przyglądał się jej uważnie z coraz dziwniejszym wyrazem twarzy.

- Kim… Kim jesteś? - Wyjąkał wreszcie. - Dlaczego jesteś w tym stroju? Przecież nie jesteś kapłanem.

Carter zawahała się. Niewolnik był bystry i od razu domyślił się całej maskarady. W wymyślaniu jakiejś historii wyjaśniającej jej obecność nie widziała więc większego sensu. Pozostawała jej jedynie prawda. Zaszła już tak daleko, że nie miała nic do stracenia. Zresztą, zawsze mogła do niego strzelić. Postanowiła zaryzykować.

- Przybyłam z Tau`ri… - Urwała, bo mężczyzna wciągnął gwałtownie powietrze, a jego oczy niemal wyszły z orbit.

-Wróciłaś… - Wyszeptał z przejęciem. - Uciekłaś stąd, a teraz tu wróciłaś. To znaczy, że albo jesteś szalona, albo… - Urwał szukając odpowiednich słów. - To dzieje się naprawdę?

- Wiesz kim jestem? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie.

- Oczywiście, że wiem kim jesteś. - Żachnął się niewolnik. - Jesteś wojowniczką, która nie poddała się woli Kaleba. Przeciwstawiłaś mu się, a potem uciekłaś. A teraz jesteś tu znowu. Czy to się już stało? Powstanie się rozpoczęło?

- Wróciłam po moich towarzyszy. - Odrzekła wymijająco. - Zostałam poinformowana, że przetrzymywani są gdzieś w pałacu. Chcę ich uwolnić.

- Dla nich nie ma już ratunku.

- Zaraz, zaraz… - Przerwała mu niecierpliwie. - Skąd możesz to wiedzieć? Widziałeś ich?

- Nie, ale mogę zaprowadzić cię do kogoś, kto widział.

- Zrobisz to?

- Owszem. Tylko powiedz: rozpoczęło się?

- Tak.

- Od lat na to czekałem. Wszyscy czekaliśmy. - Niewolnik przymknął powieki i zmarszczył brwi. Trwał tak chwilę jakby w zamyśleniu. Nagle spojrzał Sam prosto w oczy. - Musimy iść do pozostałych. Rufus na pewno będzie chciał się z tobą zobaczyć.

- Rufus? - Imię kompletnie nic jej nie mówiło.

- On wie o wszystkim. Zobaczysz. - Spojrzał wymownie na zata wciąż wycelowanego w jego pierś. - Musisz mi zaufać.

- Jasne, ale będę cię miała na oku. - Opuściła zata i razem z nim latarkę. Wciąż jednak spoglądała na mężczyznę podejrzliwie. - A właściwie co ty tu robisz?

- Przypuszczam, że to samo, co ty. Kryję się przed Jaffa. Widziałaś patrol.

- Te drzwi były zamknięte.

- Owszem, były. Potrafię je otworzyć. Jak również sprawić, że panel świetlny przestaje działać. To doskonała kryjówka w razie nieprzewidzianych komplikacji.

- Najwyraźniej. - Gestem skazała na drzwi. - Prowadź.

Niewolnik pierwszy wyślizgnął się na korytarz. Chwilę nasłuchiwał, po czym skinął na nią dłonią. Błyskawicznie dołączyła do niego i teraz już oboje ruszyli szybkim marszem. Poprowadził ją z powrotem w stronę magazynu z żywnością, potem skręcili w boczny, wąski korytarz, którego Sam wcześniej nie dostrzegła. Cóż, to w końcu był ogromny pałac. Mężczyzna jednak doskonale potrafił się po nim poruszać. Widać było, że często to robił. Doszli do rozwidlenia. Na dany przez niego znak skulili się i przeczekali, aż sąsiednim korytarzem przemaszeruje oddział Jaffa. Potem przemknęli niemal bezszelestnie przez niewielką salę wypełnioną, nie wiedzieć czemu, kolumnami i znów zanurzyli się w wąskim przejściu. Dotarli wreszcie do nieco szerszego korytarza. Towarzyszący jej mężczyzna zatrzymał się i uniósł dłoń w uniwersalnym geście nakazującym zachowanie ciszy. Wtedy z innego ledwo widocznego korytarzyka wysunęła się czyjaś postać. To również był niewolnik. Carter uświadomiła sobie, że przecież go zna. Stał przed nią człowiek, który dostarczał jej pożywienie. „A więc to jest Rufus." Pomyślała. Nieznane dotąd elementy układanki nagle wskoczyły na swoje miejsce. Rufus wydawał się być zaskoczony spotkaniem w równym stopniu, co ona.

Zanim jednak którekolwiek z nich zdążyło powiedzieć choć słowo, z odległego końca korytarza dobiegł ich odgłos kroków. Tupot nóg szybko przybierał na sile. Ktoś biegł prosto na nich. Nie mieli czasu do stracenia. Rufus cofnął się do tunelu, którym tu przyszedł, a drugi niewolnik i Carter zanurkowali do niewielkiej wnęki w ścianie korytarza. Skulili się, starając się jak najbardziej wtopić w tło. Bury strój kapłana sprawdzał się w tym momencie wręcz idealnie. Tuż obok nich przemknął Jaffa. Pędził jakby ścigał go sam diabeł. Nie zauważył ich. Pognał dalej, podzwaniając zbroją. To było dziwne. Gwardziści zazwyczaj nie zachowywali się w ten sposób. A jeśli już, to mieli ku temu jakieś powody. Kucający obok Sam mężczyzna zerwał się na nogi wyraźnie zaniepokojony i zanim kobieta zdążyła zareagować, wyskoczył na środek korytarza. I stanął oko w oko z kolejnym strażnikiem, który podążał za swym towarzyszem, ale już bez pośpiechu. Obaj na moment zamarli. Jaffa zareagował pierwszy, instynktownie wznosząc w górę i odbezpieczając lancę.Młody mężczyzna trwał wciąż w bezruchu, a wyraz jego twarzy ukazywał głębokie zdumienie.

Carter nie czekała na dalszy rozwój wypadków. Uniosła zata i wystrzeliła, niemal nie celując. Błękitny promień przeciął powietrze, a jego syk niemal natychmiast zagłuszył huk wystrzału z lancy, odłamki sufitu roztrysnęły się na wszystkie strony. Gwardzista padając, zdążył zrobić użytek ze swej broni, choć nikogo nie trafił. Zanim jeszcze wylądował na podłodze, Carter już do niego biegła, by podnieść wciąż odbezpieczoną lancę. Zdążyła. Chwyciła broń i zawróciła pod ścianę, pociągając za sobą oszołomionego niewolnika, zanim pierwszy z Jafa, zaalarmowany wystrzałem, zdążył zawrócić. Wypaliła, gdy tylko pojawił się w polu jej widzenia. Upadł jak długi, a jego lanca siłą bezwładności potoczyła się po podłodze. Sytuację wykorzystał Rufus, podnosząc ją i błyskawicznie strzelając do kolejnego nadbiegającego strażnika. Sam pomyślała, że wkrótce się tu od nich zaroi, a wtedy ich sytuacja stanie się opłakana. Rufus musiał dojść do takiego samego wniosku, bo przyzywał ich niecierpliwymi gestami. Pomknęli ku wąskiemu przejściu i ruszyli ciemnym tunelem, byle dalej od zabitych strażników. Zakręcili kilkakrotnie, zanim wypadli na szeroki, jasno oświetlony korytarz. Choć natychmiast zniknęli w następnym korytarzyku, Sam była niemal pewna, że właśnie przecięli drogę prowadzącą do sali tronowej. Wreszcie zatrzymali się, pilnie nasłuchując. Jak na razie nikt za nimi nie podążał.

- Masz! - Carter wręczyła młodemu mężczyźnie trzymaną do tej pory lancę. - Przyda ci się.

Sama sięgnęła pod szatę i wyciągnęła spod niej karabin maszynowy. O hałas przestała się już martwić. Narobili go wystarczająco dużo. Teraz liczyło się tylko to, by przeżyć. Znajomy dotyk zimnej rękojeści i ciężar broni w przedziwny sposób napawały ją otuchą. Obaj mężczyźni przyglądali jej się w skupieniu, najwyraźniej zafascynowani nową dla nich technologią. Sprawdziła dokładnie wszystko, co wymagało sprawdzenia. Broń była sprawna. Uspokojona tym faktem spojrzała wreszcie na Rufusa.

- Więc… - Zaczęła trochę głupio. - Podobno wiesz o wszystkim, co się tu dzieje?

Niewolnik uśmiechnął się i skinął głową. Gest ten natychmiast przypomniał jej Teal`ca. Musiała przełknąć ślinę, aby jej głos wciąż brzmiał normalnie.

- Muszę podziękować ci za to, co do tej pory dla mnie uczyniłeś. - Kontynuowała. - Wciąż jednak potrzebuję twojej pomocy.

- Nie rozumiesz…

Drugi z mężczyzn nie miał okazji na wyjaśnienie, czego to konkretnie Sam nie rozumie. Został uciszony jednym ostrzegawczym gestem dłoni Rufusa. Carter natychmiast zrozumiała, o co chodzi. Ktoś zbliżał się w ich stronę z jednego z bocznych, ciemnych korytarzy. Rufus znów zareagował błyskawicznie. W trzech susach znalazł się u wylotu korytarza i wychylając się nieznacznie, błyskawicznie wycelował i strzelił. Sam rzuciła się, by mu pomóc, lecz zaplątała się w szatę i całkowicie straciła prędkość. Kiedy do niego dotarła, mężczyzna strzelił po raz drugi prosto w pierś nadbiegającego gwardzisty. Echo znów poniosło ogłuszający huk w głąb korytarzy. Carter przycupnęła z drugiej strony wylotu korytarza i zajrzała w jego ciemną przestrzeń. Nikogo więcej tam nie było, co wcale nie oznaczało, że mogli zjawić się lada chwila. Drugi z niewolników dołączył do nich wyraźnie wstrząśnięty. Kobieta pomyślała sobie, że on jeszcze nigdy nikogo nie zabił. Owszem, oczekiwał na nadejście rewolucji, chciał walczyć o wolność, lecz nigdy nie nacisnął na spust. „Jeśli ma przeżyć, to, co właśnie się rozpętało, musi się tego szybko nauczyć." Pomyślała ze współczuciem. I wtedy z odległego krańca pałacu dobiegł ich inny, nieco stłumiony lecz groźny odgłos, który Carter powitała z drżeniem serca. Seria z karabinu maszynowego. Rebelianci wdarli się do pałacu.