Biegła w stronę nasilających się odgłosów walki. Obaj niewolnicy gdzieś przepadli, lecz to już nie było ważne. Teraz już doskonale znała drogę, jaką musiała przebyć. Jej celem była oczywiście sala tronowa. Nie udało jej się odnaleźć pozostałych członków swojej drużyny. Najwyraźniej zbyt długo kluczyła po podziemiach. Wciąż jednak mogła odpłacić Olokunowi. Był tam. Widziała go przecież. Nie zastanawiała się, jakie ma szanse w tej konfrontacji. Po prostu musiała spróbować. Dla siebie. Dla swojej drużyny. Dla wszystkich, którzy dla niej ryzykowali życiem.
Zbliżyła się do głównego korytarza. Wystrzał z lancy zabrzmiał niebezpiecznie blisko. Słyszała krzyki i przekleństwa. Skuliła się, gdy obok niej przebiegło kila osób. Nie zauważyli jej. Cofnęła się nieco i schowała za załomem korytarza. Instynkt dobrze podpowiadał. W ślad za uciekającymi pojawili się Jaffa. Jeden z nich zapuścił się w boczny korytarz. Jeszcze parę kroków, a odkryje jej obecność. Zacisnęła dłonie na rękojeści karabinu i czekała. Gotowa była zdradzić swoją pozycję. Była już tak blisko sali tronowej. Wóz, albo przewóz. Gwardzista zawrócił nagle, zaalarmowany kolejnymi odgłosami walki dobiegającymi nieco dalej. Czekała jeszcze chwilę, ale nie powrócił. Ostrożnie przesunęła się do przodu i wyjrzała zza węgła. Korytarz był pusty, jeśli nie liczyć dwóch martwych niewolników spoczywających w pobliżu wpółotwartych drzwi do sali tronowej. Usłyszała dobiegający stamtąd odgłos przypominający szuranie lub ciągnięcie czegoś po podłodze. Ruszyła prosto w tamtą stronę.
Zajrzała szybko do środka. Olokun wyszedł na środek pomieszczenia i właśnie naciskał zamocowany na nadgarstku przycisk. U jego stóp leżał nieprzytomny Teal`c. Uniosła broń w momencie, gdy spod samego sufitu zsunęły się kamienne pierścienie, pochłaniając obie znajdujące się w ich zasięgu postacie. Strzeliła. Kule odbiły się od pierścieni i pomknęły gdzieś w przestrzeń. Olokun, chroniony polem siłowym, nie odniósł żadnych obrażeń. Zanim zniknął, zdążyła dostrzec jego tryumfalny uśmiech. Wiedząc, że i tak nie odniesie to żadnego skutku, strzeliła w stronę znikających pod sklepieniem pierścieni. Seria wystrzałów urwała się gwałtownie. Wyczerpała się amunicja. Sięgnęła do kieszeni po kolejny magazynek, lecz napotkała pustkę. Musiała go zgubić i nie miała najmniejszego pojęcia gdzie.
- Cholera jasna! - Wyrwało jej się mimochodem.
- Wróciłaś do mnie, suko?
Odwróciła się błyskawicznie. Kaleb stał nieopodal zdobionego tronu. Wykwintne szaty zwieszały się z niego w nieładzie. Chwiał się na nogach, a z kącika jego ust sączyła się krew. Nie zauważyła go wcześniej. Zapewne dopiero teraz podniósł się z podłogi. Wyszczerzył zęby, a w jego oczach dostrzegła prawdziwą zwierzęcą furię. Cofnęła się odruchowo, lecz on rzucił się na nią błyskawicznie. Przez głowę przebiegła jej myśl, że ma jeszcze pistolet, ale nie miałaby nawet szansy, aby wyciągnąć go z kabury. Przewrócił ją na ziemię, przygniótł swym ciężarem. Bezużyteczny karabin wypadł jej z ręki i potoczył się gdzieś dalej. Obiema dłońmi chwycił jej szyję i kilkakrotnie uderzył jej głową o kamienie. Zalała ją bolesna ciemność. Leżała zamroczona i całkowicie bezbronna. Ledwo zdołała unieść ręce i chwycić jego nadgarstki. Nie mogła jednak zrobić nic, gdy z całej siły zacisnął palce. Charczała tylko, bezskutecznie próbując złapać oddech. Pochylił się nisko, patrząc z satysfakcją, jak uchodzi z niej życie.
Sam szarpała się rozpaczliwie. Wierzgała nogami i na oślep drapała paznokciami jego twarz, lecz tak samo jak we śnie, bezlitosne palce ani na moment nie zwolniły uścisku. Wiedziała, że za moment straci przytomność. Że to już ostatnie chwile jej życia. Nie ocaliła przyjaciół. Nie ocaliła Jacka. Zawiodła. Wszystko poszło na marne.
O`Neill wpadł do sali, zataczając się jak pijany. Widok, który miał przed oczami, w jednej chwili zmroził mu krew w żyłach. Carter leżała na ziemi, a Kaleb klęczał nad nią okrakiem i zaciskał dłonie na jej szyi. Pochłonięty żądzą zemsty na kobiecie nie widział i nie słyszał niczego poza swą ofiarą. Twarz Sam przybrała purpurową barwę, a z jej ust wydobywało się rzężenie. Kilka kroków przed sobą pułkownik zauważył leżący na ziemi karabin maszynowy. W jednej sekundzie rzucił się do przodu, upadając ciężko na kolana. Chwycił broń drżącymi rękoma. Uniósł ją w górę i prawie nie celując, pociągnął spust. Rozległ się cichy trzask i nic poza tym. Nacisnął spust jeszcze raz i jeszcze. Nic. Bezużyteczna kupa złomu! Dłoń Carter, do tej pory zaciśnięta kurczowo na nadgarstku Kaleba, rozluźniła się i bardzo powoli opadła na podłogę. Za późno! Ona nie żyje! Zrozpaczony zerwał się na nogi i zrobił jedyną rzecz, jaka w tym momencie przyszła mu do głowy. Zaciskając z bólu zęby, chwycił lufę karabinu i teraz już rycząc wściekle, zamachnął się nim jak maczugą. Kaleb dopiero teraz zorientował się, że oprócz niego i jego ofiary w pomieszczeniu jest ktoś jeszcze, ale jego reakcja nie była wystarczająco szybka. Zdążył unieść ramię, gdy spadający metal trafił go w głowę. Rozległo się nieprzyjemne chrupnięcie i obaj mężczyźni upadli na ziemię.
Pułkownik czuł, jak jego zranioną rękę przenika szpila rozdzierającego bólu, która następnie wędruje wzdłuż ramienia i wwierca się stopniowo do jego mózgu. Znów ogarnęły go mdłości, lecz teraz nie mógł sobie pozwolić na taką słabość. Nie teraz, kiedy Sam umierała tuż obok. Zmusił się, by unieść głowę. Poprzez łzy bólu wszystko było zamazane, ale ona przecież tam była. Z trudem dźwignął się na kolana. Podpełzł bliżej i ściągnął z jej ciała równie bezwładne ciało Kaleba.
- Carter! - Krzyknął, jednocześnie klepiąc ją niezbyt łagodnie po policzku. - Carter! Proszę… Sam… No dalej! Ocknij się, do cholery!
Drgnęła, a potem gwałtownie wciągnęła powietrze do płuc. Natychmiast zaczęła kaszleć. I był to najpiękniejszy dźwięk, jaki O`Neill kiedykolwiek usłyszał.
- Dobra dziewczynka! - Pochwalił ją. - Zawsze słuchaj swojego dowódcy.
Dłuższą chwilę trwało, zanim jej oddech nieco się uspokoił, a w głowie trochę przejaśniało. Z niedowierzaniem wpatrywała się w twarz pochyloną tuż nad nią i miała wrażenie, że śni.
- Sir? - Spytała niepewnie.
Nagle przyciągnął ją do siebie i bez słowa przytulił. To było tak niespodziewane, że zamilkła i również objęła go ramionami. Dopiero po chwili zorientowała się, że coś jest nie tak. Wyswobodziła się z jego objęć i usiadła. Teraz zobaczyła go w całej okazałości i przeżyła szok. Jej dowódca klęczał przed nią półnagi. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, z trudem przyjmując do wiadomości, że to naprawdę on. Że ten zarośnięty, brudny, wychudzony i zakrwawiony człowiek zaledwie kilka dni temu przeszedł razem z nią przez gwiezdne wrota na kolejną rutynową misję. Jedynym, co się nie zmieniło, były jego oczy. Boże, rozpoznałaby je wszędzie. Ciemne tęczówki wpatrywały się w nią z niezwykłą intensywnością. Ten wzrok zawsze sprawiał, że robiło jej się gorąco. Poczuła, że jej dłonie się lepią. Zerknęła na nie. Były zakrwawione. Jedno spojrzenie na jego ramiona i natychmiast zrozumiała dlaczego.
- Słodki Jezu! - Wyszeptała.
- Nie przesadzaj. Trochę mi jednak do niego brakuje. - Odparował machinalnie, opierając się ciężko na rękach.
Zraniona dłoń po raz kolejny dała o sobie znać ostrym, przeszywającym bólem. Siły pułkownika były już na skraju wyczerpania. Nagle zachwiał się, a jego twarz przybrała szarawy odcień i pokryła się kropelkami potu. Oddychał chrapliwie. Carter przeczuwała, co się wydarzy. Zdążyła chwycić go w ramiona zanim upadł nieprzytomny. Ułożyła go ostrożnie na ziemi i zbadała puls. Był miarowy. Żył i to na razie było najważniejsze. Nie miała czasu, by przyjrzeć się bliżej jego obrażeniom, bo z korytarza usłyszała pośpieszne kroki. Poderwała się na nogi. Z pistoletem w dłoni zaczaiła się tuż za drzwiami, gotowa zaatakować każdego, kto się w nich pojawi. Usłyszała, jak ktoś wciąga głośno powietrze, a potem robi krok w jej stronę. Działała instynktownie. Chwyciła przybysza za ramię, okręciła go silnym szarpnięciem i przydusiła do ściany, wykręcając jednocześnie jego rękę. Przycisnęła lufę pistoletu do karku przybysza i wreszcie mu się przyjrzała. Rozpoznała go natychmiast. To był Rufus. Puściła go, wciąż jednak celując do niego z broni. Odwrócił się bardzo powoli, trzymając ręce w górze. Dopiero wtedy zareagowała i opuściła pistolet. Mężczyzna znów nie odezwał się ani słowem. Podszedł do pułkownika i spojrzał na nią wyczekująco. Nie miała innego wyjścia jak zaufać temu mężczyźnie. W końcu wcześniej jej pomagał. Wspólnie dźwignęli O`Neilla z podłogi i wytaszczyli go na korytarz.
Szli powoli. Bezwładne ciało pułkownika ciążyło tak, że wkrótce oboje się zasapali. Kilkakrotnie zatrzymywali się i nasłuchiwali. Nikt jednak nie niepokoił ich swoją obecnością. Z każdym krokiem zbliżali się do wyjścia. Długi, prosty korytarz zaprowadził ich do sporej sali. Po obu jej stronach stały rzędy marmurowych kolumn. Zatrzymali się tu na chwilę, by zaczerpnąć tchu. I w tym momencie szczęście ich opuściło. Z oddali dobiegały odgłosy wystrzałów i krzyki. Towarzyszył im tupot kilku par ciężkich butów. Były coraz głośniejsze i zbliżały się w ich kierunku. Nie mieli dokąd uciekać. Niewolnik zawahał się, potem zawrócił i poprowadził ich ku wąskiemu, bocznemu korytarzowi. Zdążyli schować się w niewielkiej niszy, gdy do sali z kolumnami wbiegło kilka osób. Rozpętało się piekło. Pociski fruwały w powietrzu. Jaffa i ludzie krzyczeli i przeklinali. Carter pozwoliła dowódcy opaść na podłogę i zasłoniła go własnym ciałem. Mężczyzna jęknął. Najwyraźniej zaczął odzyskiwać przytomność. Bez namysłu położyła dłoń na jego ustach, by stłumić kolejny jęk, skuliła się i osłoniła głowę ramieniem. Mury drżały, na ich głowy sypał się tynk, huk wystrzałów ogłuszał.
Wymiana ognia skończyła się równie nagle jak zaczęła. Carter wstrzymała oddech, wytężając jednocześnie słuch. Nieznośnie długą chwilę panowała cisza. Potem rozległy się pojedyncze kroki. Nie dobiegały one jednak z pola bitwy, ale z głębi korytarza, w którym się ukrywali. Zaraz potem ujrzała jednego z Jaffa, spieszącego na pomoc swym towarzyszom. Na widok ukrywających się wojownik stanął jak wryty. Na sekundę, ale ta sekunda wystarczyła. Carter bez namysłu uniosła broń i wystrzeliła. Trafiła dokładnie w środek czoła. Mężczyzna osunął się na ziemię. Na jego twarzy zastygł wyraz niebotycznego zdziwienia.
- Rzuć broń! - Rozległo się z korytarza. - Poddaj się. Jesteś otoczony!
- Nie strzelać! - Odrzuciła pistolet jak najdalej potrafiła. Choć rozpoznała już człowieka wydającego rozkaz, wolała nie ryzykować. - Major Carter! Jest ze mną pułkownik O`Neill!
Uniosła w górę dłoń, w której ściskała wcześniej pistolet i trwała tak, dopóki nie ujrzała żołnierza mierzącego do niej z karabinu maszynowego.
- Major Carter. - Pułkownik Reynolds opuścił broń. - Miło znów panią widzieć. Już zaczynałem się niepokoić.
Przeniósł wzrok z niej na leżącego na ziemi człowieka. Choć wyraz jego twarzy nie zmienił się, Carter wyraźnie widziała, jak mięśnie na jego szczęce stężały. Doskonale go rozumiała. Sama przeżyła szok na widok swego dowódcy. Spojrzała w dół i uświadomiła sobie, że drugą dłoń wciąż przyciska do ust pułkownika, który teraz był przytomny i wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczyma. Szybko cofnęła rękę. O`Neill zaczerpnął wielki haust powietrza.
- Carter... - Wyszeptał. - Podejrzewałem, że czasami chciałabyś mnie udusić, ale nie spodziewałem się, że kiedykolwiek się ośmielisz…
- Przepraszam, sir. - Odparła zmieszana, mimowolnie uśmiechając się pod nosem. - Musiałam pana uciszyć.
- Pułkowniku O`Neill. - Odezwał się Reynolds. - Jest pan już bezpieczny. Zabierzemy pana z powrotem do domu.
- Marzę o tym… Pozostali? Daniel? Teal`c? - Pytanie skierowane zostało do obojga.
- Doktor Jackson jest bezpieczny. Teal`ca wciąż nie odnaleźliśmy.
- Olokun zabrał go ze sobą. - Sam wykonała nieokreślony ruch dłonią w kierunku sufitu. - Skorzystał z pierścieni. Najprawdopodobniej przeniósł się na swój statek. Nie zdołałam go powstrzymać.
- Uciekł? - Warknął Reynolds. - A to sukinsyn.
Cichy jęk zwrócił ich uwagę na leżącego nieco dalej Rufusa. Mężczyzna wpatrywał się osłupiały w swoje pokryte żywoczerwoną krwią dłonie. Przód jego płóciennego stroju pokrywała powiększająca się powoli szkarłatna plama.
- A niech to szlag! - Carter zostawiła O`Neilla i pochyliła się nad rannym mężczyzną. - Musiał oberwać rykoszetem! Pułkowniku! - Zwróciła się do Reynoldsa. - Musimy obu jak najszybciej stąd wydostać!
