Harry obudził się w splątanej pościeli. Dłoń Lucjusza obejmowała go w pasie, a sam miał nogę zarzuconą na udo mężczyzny, co tłumaczyło dlaczego w jego stopie pojawiło się nieprzyjemne mrowienie. Musiał odciąć sobie jakoś dopływ krwi. Lucjusz zmarszczył brwi, jakby coś go nagle zirytowało, a potem otworzył oczy. Byli tak blisko, że Harry widział teraz, że blada skóra twarzy mężczyzny wcale nie była taka nieskazitelna. Kilka niewielkich blizn musiało być efektem stoczonych pojedynków. Gdzieniegdzie widział też piegi, które trochę go bawiły, bo Draco dokuczał tak często Ronowi z ich powodu, że sama świadomość, że Malfoyowie nie są nieskazitelni – wywoływała u niego napad śmiechu.
Zachichotał, nie mogąc się powstrzymać, ale ten dźwięk zamarł mu w gardle, gdy dostrzegł z jaką fascynacją Lucjusz wpatruje się w niego. Nagle dotarło do niego, że nie dzieli ich prawie żadna przestrzeń. Czuł wyraźnie kiedy Lucjusz brał kolejny oddech, jak szybko biło serce mężczyzny. Może w komnacie zrobiło się goręcej albo po prostu zareagował tak gwałtownie na to jak usta Lucjusza rozchyliły się lekko.
Sam przełknął nadmiar śliny, który pojawił mu się w ustach i próbował jakoś otrząsnąć się z sennej mgiełki. Jego magia buzowała tuż pod skórą kusząc go. Potrafił już wcześniej powiedzieć, że Lucjusz jest potężnym czarodziejem, ale teraz czuł to wyraźniej. Jakby jego magia szukała w tej sile schronienia, gdy sama przeżywała cięższe chwile. Jakby stabilizowała się dzięki Lucjuszowi i to było o wiele bardziej intymne niż większość rozmów, które z sobą przeprowadzili. O wiele bardziej personalne niż seks.
Harry przełknął gule w gardle, która powoli się tworzyła, uniemożliwiając mu wypowiedzenie jakichkolwiek słów. Albo zażartowanie z tego, że Lucjusz zacisnął dłoń mocniej na jego plecach. I wydawało mu się nawet, że mężczyzna chciał go przyciągnąć, ale obaj leżeli prawie bez ruchu, spięci i zesztywniali.
Wiedział, że jego twarz musiała zdradzać zaskoczenie. Może nawet fascynację, bo nie potrafił ukryć tego, że podziwiał Lucjusza. Mężczyzna był na tyle skomplikowanym, że Harry musiał go uważnie obserwować, aby po chwili zdać sobie sprawę, że nowe informacje na temat Malfoya miały napływać już zawsze. I Lucjusz pokazywał mu coraz to nowe swoje twarze. A jednak każda była równie niezwykła.
Nie uważał się za opętanego obsesją. I nawet teraz, kiedy jego magia wydawała się dostosowywać do mocy Lucjusza, jakby ten wzorzec jej odpowiadał – uważał, że nad sobą panuje. A jednak mrugnął i twarz Lucjusza znalazła się bliżej. I potem mrugnął jeszcze raz i poczuł na ustach delikatny pocałunek. Nie wiedział kto kogo przyciągnął bliżej, ale wplątał swoje palce we włosy mężczyzny i poczuł jego dłoń na swoich lędźwiach. Lucjusz próbował go przyciągnąć bliżej, jakby ta przestrzeń między nimi – może śmieszne milimetry – były obraźliwe. Sam czuł się podobnie, więc nie protestował.
I nie był do końca pewien kto zaczął ciągnąć za ubranie. Jego spodnie znalazły się w okolicy kolan, a twardy członek wbijał się w brzuch Lucjusza. Czuł na udzie mokre ślady, które zostawiał penis mężczyzny, więc nie tylko on zapadł się w to szaleństwo. Nie wiedział jak dokładnie to by się skończyło, gdyby James nie zaczął płakać, zaskakując ich obu.
Lucjusz wypuścił go z objęć niemal natychmiast i podciągnął spodnie wyżej, gdy wyślizgiwał się z łóżka. Harry widział wyraźnie, że mężczyzna był już całkiem przytomny, a atmosfera w komnacie uległa nagłej zmianie. Już nie czuł tej dziwnej ociężałości, która zawsze oznaczała trochę, że jego magia promieniowała na zewnątrz. Napięcie natomiast zaczynało go powoli dusić i widział jak spięte są ramiona mężczyzny. Lucjusz na patrzył na niego, gdy karmił Jamesa i Harry zaczął nerwowo zaciskać dłonie na pościeli, nie wiedząc za bardzo co powinien teraz zrobić. Jego erekcja odeszła w ciągu kilku sekund, pokonana nerwowością. I prawie żałował tego cholernego pocałunku, chociaż w zasadzie to nie. Nie sądził, że będą dzielić z sobą jeszcze jakikolwiek.
James w końcu przestał płakać. I ta teoria spiskowa, którą miał zaczynała nabierać coraz większego sensu. Cholernie bał się też tego, co nadejdzie teraz, więc wstał pospiesznie, zabierając szlafrok z oparcia krzesła.
- Zajrzę do kuchni, a potem do Hermiony – rzucił.
- Harry – zaczął Lucjusz, ale nie zatrzymywał się.
- Wrócę za godzinę – powiedział tylko, znikając w drzwiach.

ooo

Może chodzenie boso po posiadłości Lucjusza było dziwne, ale mijające go skrzaty nawet nie mrugnęły okiem. Zapukał cicho do drzwi Hermiony, nie do końca pewien, która jest godzina, ale jego przyjaciółka nie spała. Chyba nie zdążyła się nawet przebrać do snu, bo miała na sobie jedną z tych szat, które ubierała na oficjalne wizyty.
- Wybierasz się gdzieś? – spytał niepewnie.
Spojrzała na niego, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę, że kogoś wpuściła do środka. Widział jak jej brew unosi się coraz wyżej na widok jego szlafroka i bosych stóp.
- Stało się coś? – spytała niemal natychmiast.
- Tak – przyznał. – Spytałem czy się gdzieś wybierasz…
- Och – wyrwało się jej. – Nie, nie. W zasadzie dopiero wróciłam.
- Skąd wróciłaś o… - zaczął i rzucił Tempus. – Piątej trzydzieści?
Usiadła ciężko na fotelu, więc podążył za nią.
- Herm? – spytał.
- Widziałam Rona – powiedziała w końcu z westchnieniem.
Zamarł, nie wiedząc za bardzo jak powinien się teraz zachować. Nie odwiedzał Rona w Azkabanie. Nie miał ku temu powodów. Wciąż było za wcześnie – przynajmniej dla niego. Sądził, że dla Hermiony jest trudniej, ale ponownie jej nie docenił. Najwyraźniej.
- Widziałam Rona – powtórzyła trochę pewien jego przyjaciółka. – Musiałam z nim porozmawiać…
Uniósł brew, czekając aż będzie kontynuowała.
- Ma w nosie dzieci – poinformowała go dziwnym tonem. – W zasadzie ma nas w nosie, co mnie nie dziwi. Wysyłałam mu zdjęcia, ale nigdy nie odpisał… Mam wrażenie, że… Mam wrażenie, że on nas chciał razem, a jako niekompletni… Beze mnie jako jego dobrej żonki, nie stanowimy dobrego zestawu… - przyznała nagle gorzko. – Sama nie wiem czego się spodziewałam.
Harry wpatrywał się w nią kilka dłuższych minut, nie wiedząc za bardzo co powinien powiedzieć. Ron nigdy nie był łatwym człowiekiem. Jego upartość stanowiła największy problem, ale też jakoś nie wyobrażał sobie, że jego przyjaciel porzuci dzieci tylko dlatego, że Hermiona postanowiła się z nim rozstać. Bliźniaki nie były temu winne i jeśli już – on powinien przepraszać swoje dzieci za to co zrobił ich matce.
- Czy dostałaś to po co tam poszłaś? – spytał Harry cicho wiedząc, ze nic nie dzieje się bez powodu.
Hermiona nie wybrałaby się również do Azkabanu na wycieczkę w kilka godzin po kłótni z Draco. I jeśli to faktycznie były zaręczyny, Malfoy osiągał drugie dno – o którym Harry nie miał do tej pory pojęcia. I może Lucjusz na koniec miał rację. Miłość zamieniała ludzi w idiotów.
- Nie wiem – przyznała Hermiona spokojnie. – Nie wiem. Nie chciałam z nim rozmawiać z jakiegoś konkretnego powodu. Po prostu… - westchnęła. – Po prostu… Ty zmierzyłeś się z Voldemortem i wiem, że dalej masz w sobie ten strach, ale… radzisz sobie z tym, prawda? – spytała i chociaż to było całkiem retoryczne, pokiwał głową. – Ja też musiałam się z nim zobaczyć, ale po prostu nie wiem czy to cokolwiek zmieniło. Nie stało się nic, czego nie przewidziałabym wcześniej – przyznała gorzko.
Harry przygryzł wnętrze policzka.
- Pozwól, że zadam ci jeszcze jedno pytanie – zaczął. – Czy czujesz się lepiej?
Jej oczy zrobiły się odrobinę większe, a potem pojawiło się w nich poczucie winy, które tak dobrze znał.
- To dobrze, że czujesz się lepiej, Herm. Nie musisz się tego wstydzić – zapewnił ją, splatając swoje palce z jej. – A jeśli miałaś wątpliwość czy Ron jest dupkiem, mogłaś spytać mnie. Azkaban to kawał drogi. Ile sznurków pociągnęłaś, żeby się tam dostać.
Uśmiechnęła się krzywo, odwracając wzrok.
- Tylko Hespera – przyznała.
Nie mógł się nie zaśmiać. Hitchens miał niewiarygodnego pecha, bo Hermiona zapewne wyciągnęła go z łóżka w środku nocy. A ona miała zawsze dobre argumenty. Hespera pewnie zżerała ciekawość dlaczego członkini Wizengamotu postanowiła pojawić się w Azkabanie i Harry już wyobrażał sobie raporty Niewymownego. Lucjusz nauczył go przyjmować humorystycznie takie rzeczy, chociaż nadal mierziło go jak bardzo kontrolowani byli.
- Czy teraz mi powiesz dlaczego pojawiłeś się w piżamie u mnie o piątej nad ranem? – spytała Hermiona, ściskając mocniej jego dłoń.
Harry przez chwilę zastanawiał się czy nie powiedzieć jej co zaszło między nim, a Lucjuszem, ale kiedy zobaczył śpiące dzieci, zdał sobie nagle sprawę, że jego karta przetargowa znajdowała się cały czas na wyciągnięcie ręki. Chciał, aby James nosił nazwisko Malfoy. I to oczywiście wiele by im ułatwiło, ale nigdy nie przyszło mu na myśl, że Lucjusz mógłby tego pragnąć również. I to był argument, który mógł odnieść jakiś skutek. Nie wiedział tylko jak to przedstawić, aby wyglądało racjonalnie.
- Zgredek pilnuje dzieci? Dlaczego mi nigdy nie powiedziałaś? – spytał szczerze.
Uniosła brew, jakby chciała mu powiedzieć, że wie, iż coś się święci. Jednak nie naciskała.
- Sądziłeś, że jak udaje mi się tutaj pracować? – spytała i niewypowiedziane głupku zawisło słodko w powietrzu.

ooo

Kiedy wrócił do sypialni, Lucjusz czytał w łóżku. Jedna z poduszek znajdowała się za jego plecami, gdy przeglądał raporty. Nie mogło być później niż trzydzieści minut po szóstej i to było oczywiste, że mężczyzna czeka na niego. Odłożył zresztą dokumenty, gdy tylko Harry wszedł do środka.
Nie wiedział czy powinien odezwać się pierwszy i zaczął nerwowo miąć rękaw, czując się nagle tak, jak przed Ceremonią Przydziału. Tylko wtedy gadać do niego miała stara Tiara. I wiedział mniej więcej do czego będzie prowadziła ta sytuacja. Tutaj możliwości było dziesiątki i ich skutki nie zawsze mu się podobały. Nie potrafił ich też przewidzieć i nie pierwszy raz żałował, że nie miał na stałe Zmieniacza Czasu.
- Nigdy tak w zasadzie o tym nie rozmawialiśmy, ale czy byłem twoim pierwszym? – spytał Lucjusz, kompletnie go szokując.
Harry zamarł tuż nad kołyską i powoli odwrócił się w stronę mężczyzny, nie wierząc własnym uszom. Głos Lucjusza była jednak spokojny i klarowny.
- Co? – wyrwało mu się, chociaż pytanie nie pozostawiało żadnych wątpliwości. – Co? – spytał jeszcze raz, trochę jak zacięta płyta gramofonowa.
Lucjusz uniósł brew, zapewne nie zamierzając się powtarzać i Harry był mu naprawdę wdzięczny.
- Zwariowałeś? – wyrwało mu się i najwyraźniej nie był zdolny do formułowania wypowiedzi dłuższych niż jedno słowo.
Wziął głębszy wdech, starając się uspokoić i odkryć skąd to się do cholery wzięło. Nie był już nastolatkiem i po prostu nie powinno się zadawać mu takich pytań. Co gorsza nie był w stanie powstrzymać wszystko zdradzającego rumieńca.
- Spałem z Ginny, jeśli musisz wiedzieć – powiedział, starając się jakoś ratować swoją godność. – Jeśli wydaje ci się, że uraziłeś moje uczucia albo… nie wiem… że skradłeś cnotę Harry'emu Potterowi, a potem bezczelnie zniknąłeś z miejsca zbrodni… - urwał.
Lucjusz wpatrywał się w niego z lekką irytacją.
- Nie traktuj mnie jak jakiejś gryfońskiej dziewicy – prychnął, starając się zwalczyć przyspieszone bicie serca.
Do takich rozmów powinien być spokojny i w pełni się kontrolować. To było przy Lucjuszu trudne.
- Więc odpowiedź na moje pytanie brzmi tak – stwierdził mężczyzna i nie brzmiał na zaskoczonego.
- Nie mam problemu z sypianiem z tobą w jednym łóżku, jeśli do tego zmierzasz. I nie zabrałeś mi niczego. Niczego nie żałuję, o niczym więcej nie chcę rozmawiać – powiedział pospiesznie, sądząc, że przykryje wszystkie opcje.
Lucjusz wpatrywał się w niego opanowany jak nigdy i zaczęło go to irytować. Sądził, że zostanie przeproszony za pocałunek. Albo, że sam zacznie przepraszać. Te opcje wydawały się całkiem oczywiste, ale przy Lucjuszu nic nie mogło być proste. I teraz nie wiedział co krążyło po głowie mężczyzny.
- I do twojej wiadomości, gdybym chciał mógłbym się umówić z kimś – rzucił, czując się nagle okropnie głupie. – Z Hesperem na przykład.
- O tak, wiem – odparł Lucjusz irytując go tym bardziej. – Nie spotkasz się jednak z Hitchensem. Chcę, żebyś się trzymał od niego z daleka.
- Zwariowałeś? Jesteśmy przyjaciółmi – powiedział oburzony. – Oczywiście, że będę się z nim widywał…
- Nie – wszedł mu w słowo Lucjusz. – Nie będą się Niewymowni kręcić wokół mojego dziecka, Harry – powiedział Lucjusz spokojnie i faktycznie miał rację. – Jak sobie to wyobrażasz? Umówisz się z nim na kilka randek, wylądujecie w łóżku i co dalej? Nie możesz mu powiedzieć kim James jest, a nie jesteś w stanie utrzymać żadnej tajemnicy na dłużej – powiedział Lucjusz.
- Oczywiście, że umiem dochować tajemnicy – warknął, zirytowany, chociaż Lucjusz w zasadzie miał racje.
Dużo rozsądniej byłoby trzymać Hespera na dystans. Nie zamierzał się i tak umawiać z nim, ale nie chciał, aby Lucjusz myślał, że był jedynym, który go chciał. Co prawda nie miał listy nazwisk, którą mógłby się zastawić, ale jednak świadomość, że ktoś zwrócił kiedyś na niego uwagę była miła.
- Cała nasza wyprawa, moja moc… - zaczął wymieniać.
Lucjusz przewrócił oczami.
- To są tajemnice, którymi się dzieliłeś ze mną od kilku tygodni. Przed kim ich dochowujesz – spytał mężczyzna.
- Jesteś moim przyjacielem – powiedział Harry, nie mogąc się powstrzymać.
- Tak jak Hesper? – spytał Lucjusz, uderzając w sedno. – A co będzie jeśli Hitchens stanie się kimś więcej niż przyjacielem? Powiesz mu wtedy? - spytał.
I Harry przełknął nadmiar śliny. Jego dłonie były tak mokre ze zdenerwowania, że musiał wytrzeć je o materiał szlafroka. Lucjusz miał oczywiście rację i to wcale mniej nie bolało. Zaczął nerwowo stukać w udo, wiedząc, że Malfoy czeka na swoją odpowiedź. I znajoma gula pojawiła się w jego gardle, dławiąc go skutecznie. Planował, że zjedzą dzisiaj kolację i porozmawiają, ale oczywiście wszystko nie szło zgodnie z jego planem. Usiadł na łóżku, wpatrując się w Lucjusza uważnie, aby nie przegapić jego żadnej reakcji.
- Chciałem ci coś powiedzieć… Znaczy zaproponować – zaczął, trochę zły, że się jąka. – Tylko wiesz… Bez presji. Jesteśmy przyjaciółmi, a przyjaciele mogą ze sobą rozmawiać, prawda? Mogą sobie mówić różne rzeczy… I mogą po prostu czasem zostać przyjaciółmi, bo… - urwał, czując się jak idiota. – Chciałeś ożenić się z Amelią – zaczął, starając się skupić na jednym. – Nie jestem tak głupi, żeby nie wiedzieć, że to dałoby wam spore możliwości. Nie jestem Minister Magii, ale jestem Harrym Potterem. Wiem, że to jest śmieszne, że ludzie nadal we mnie wierzą, ale Hermiona od lat mówiła mi, że muszę się ostrożnie wypowiadać, żeby nagle każdy nie zaczął przytulać wilkołaków podczas pełni i… - urwał, wiedząc, że zbacza z toru. – Więc ty i Amelia jesteście przyjaciółmi i to nie zmieniłoby się, gdybyście byli razem, razem… Małżeństwo na papierze i tak dalej. I to nie dojdzie do skutku, więc… Słuchaj, gdybyśmy się pobrali, nikt nie byłby zaskoczony, że adoptowałeś ze mną Jamesa. Nosiłby twoje nazwisko. Nasze nazwiska tak dokładnie – powiedział, robiąc głębszy wdech. – Musiałbyś spytać mojego prawnika jak stoję finansowo, ale wiem na pewno, że pensja z Wizengamotu to nie jest…
- Czekaj – przerwał mu Lucjusz, wpatrując się w niego w czystym szoku.
Harry prawie zsunął się z łóżka, gdy mężczyzna przysunął się bliżej do niego.
- Pytasz mnie czy chciałbym wejść z tobą w taki układ jak z Amelią? – spytał Lucjusz i niedowierzanie w jego głosie było doskonale słyszalne.
- Zaskoczyłem, no nie? – powiedział starając się brzmieć na rozbawionego. – Wszyscy myślą, że Harry Potter taki idealista, ale wiem jednak jak wygląda życie – dodał gorzko. – To jest logiczne i racjonalne. Nikt nie pytałby dlaczego tak często widujesz dziecko. Nie musiałbyś oczywiście go umieszczać w swoim testamencie, ale ja nie mam innego potomka i Draco nie powinien mieć z tym żadnego problemu…
- Harry – powiedział Lucjusz.
- Nie! Wysłuchaj mnie – rzucił pospiesznie, unosząc dłonie do góry. – To jest tylko luźna propozycja. To nie tak, że mówię, że mamy być razem. Na papierze owszem, ale poza tym… - urwał i wziął głębszy wdech. – Mówiłeś, że Narcyza była twoją przyjaciółką, że się szanowaliście. I ja cię szanuję. Jesteś moim przyjacielem. Trochę innym niż Hermiona i Merlinie dopomóż, innym niż Ron, ale jednak przyjacielem. To mogłoby funkcjonować. Tak jak z Narcyzą – powiedział z pewnością w głosie, chociaż była totalnie udawana. – Jeśli się nie zgadzasz, nic się nie dzieje. Wszystko zostaje po staremu. Po prostu… Po prostu James miałby nas obu. I wiem, że chciałbyś, aby nosił twoje nazwisko…
- Harry – powiedział Lucjusz tym razem odrobinę głośniej, więc zamknął się niemal natychmiast.
Trochę zaskoczony poczuł ciepłą dłoń na swoim kolanie. Lucjusz wpatrywał się w niego tak intensywnie jak zawsze i nie do końca nadążał za emocjami, które pojawiały się na twarzy mężczyzny. Nigdy zresztą nie był w tym dobry.
- Powiedziałem Amelii, że nie zgodzę się na kolejne małżeństwo bez miłości – powiedział Lucjusz, kompletnie go szokując.
I oczywiście legendarne szczęście Harry'ego musiało się odezwać. Połowa członków Wizengamotu marzyła o ustawieniu go ze swoimi synami czy pociotkami, ale musiał trafić na jedynego, który był już zmęczony takimi politycznymi zagrywkami. Uśmiechnął się więc gorzko.
- Posłuchaj mnie – powiedział Lucjusz odrobinę ciszej. – Jesteśmy przyjaciółmi i cię szanuję, nie miej co do tego wątpliwości – ciągnął spokojnie. – Jeśli mnie jednak nie kochasz, nie zgodzę się. Znajdziemy inne wyjście. A jeśli nie znajdziemy, James nie musi nazywać się Malfoy, żeby być członkiem mojej rodziny. Draco traktuje go jak brata i jest moim synem.
Harry wziął głębszy wdech i zamarł.
- Jeśli cię nie kocham? – spytał słabo, próbując na siłę nie doczytywać się w tym drugiego dna.
Lucjusz wydął wargi jak zawsze, gdy nadciągała fala sarkazmu.
- Oczywiście nie umknęło ci chyba moje zainteresowanie twoją osobą – powiedział oschle mężczyzna, ale Harry aż nazbyt dobrze znał ten ton.
- Naprawdę? – spytał, a potem jego oczy otworzyły się szerzej, gdy przypomniał sobie te wszystkie herbaty, które Lucjusz kupił dla niego specjalnie.
I zaproszenie na bal, które nigdy nie było przykrywką dla romansu Amelii z Lucjuszem. Malfoy był niezadowolony z powodu Norwegów i nawet sugerował, że zbyt jowialnie odnosili się do Harry'ego. Wziął to za oskarżenie o brak lojalności względem Ministerstwa, ale teraz brzmiało to jak zwykła zazdrość. Lucjusz w zasadzie upewnił się nawet, że Hesper nie zostawał z nim długo sam na sam, co teraz nagle nabierało sensu.
- Och – wyrwało mu się. – Naprawdę – powiedział i uśmiechnął się, czując się nagle bardzo głupio.
Lucjusz nadal obserwował go uważnie, jakby czekał na jakąś reakcję, która zawierałaby więcej niż jedno słowo. Harry jednak wątpił, aby był w stanie coś wykrztusić. Coś rozpierało jego pierś od środka, więc po prostu pochylił się do przodu, całując Lucjusza z zaskoczenia. Widział szok wymalowany na twarzy mężczyzny na tę krótką chwilę, a potem zrozumienie. I może nawet radość. I naparł na niego mocniej, zmuszając Lucjusza do położenia się na plecach, a sam wdrapał się na niego, przylegając do niego jak najmocniej mógł.
Usta mężczyzny poruszały się naprzeciwko jego własnych nieśpiesznie, jakby obaj celebrowali ten moment. I Harry nie mógł nie dotykać – jego policzków, karku, ramion – wszystkiego co znalazło się w zasięgu jego rąk. Czuł się jak dziecko, któremu ofiarowano cały plac zabaw i nie wiedział co chce najpierw zrobić. I to Lucjusz go stabilizował, pewnie obejmując go w pasie i ze spokojem penetrując jego usta w pocałunku, który zdawał się nie kończyć.
Harry zamarł nagle i poczuł, że Malfoy lekko skonfundowany zabiera dłonie, jakby nie był pewien czy wolno mu dotykać. Harry rzucił jednak wzrokiem w stronę kołyski.
- James nie płacze… To podejrzane – stwierdził i usłyszał prychnięcie Lucjusza.
- Uznałem twoją teorię na temat spisku za całkiem prawdopodobną, biorąc pod uwagę wydarzenia dzisiejszego ranka. Kulka zajmuje się Jamesem, żeby nam dzisiaj nie przeszkadzał – poinformował go Lucjusz.
- Och, ile mamy czasu? – spytał Harry rzeczowo.
Lucjusz uśmiechnął się krzywo, spoglądając na niego wzrokiem, który obiecywał wiele.