Generał Hammond kroczył niespiesznie pustymi korytarzami SGC. Zawsze lubił te wczesne poranne godziny, kiedy jeszcze mógł pozwolić sobie na odrobinę swobody. Choćby właśnie na taki spacer. Trzy godziny snu doskonale wystarczyły, by zregenerować siły nadszarpnięte nieco poprzedniego dnia. No cóż. Czas płynął nieubłaganie także i dla niego. Musiał to przyznać. Wciąż potrafił radzić sobie ze stresem, lecz kosztowało go to coraz więcej wysiłku. A wczorajszy dzień był nim wypełniony od samego poranka do późnej nocy.
Od wymarszu grup dowodzonych przez pułkownika Reynoldsa i major Carter cała baza postawiona została w stan gotowości. Oczekiwano na przyjęcie rannych i uchodźców. Trzeba było liczyć się również z niepowodzeniem misji i być przygotowanym na wcześniejszy powrót drużyny ratunkowej. Czas jednak upływał, a wiadomości z obcej planety wciąż nie dochodziły. Hammond przesiedział niemal cały dzień albo w gabinecie, albo w sali odpraw wpatrując się w nieruchome wrota. Dopiero wieczorem symbole na metalowych obręczach ożyły, przywołując horyzont zdarzeń i baza otrzymała pierwszy pomyślny komunikat.
Ruch oporu zadziałał bezbłędnie. Z większości pozostających pod panowaniem Olokuna planet przybywały liczne oddziały uzbrojonych w miarę swoich możliwości ludzi. Połączone siły Tau`ri i rebeliantów przypuściły jednoczesny atak na kamieniołomy i plac budowy piramidy, by następnie uderzyć na pałac Olokuna. Równocześnie z wiadomościami do SGC przybyli ranni. Jednym z pierwszych był Daniel Jackson. Poraniony, odwodniony i wycieńczony, ale żywy. Choć bardzo osłabiony, wciąż upierał się, że musi natychmiast wracać, żeby pomóc towarzyszom w walce. Wszystko wskazywało na to, że jego życie nie było zagrożone. Inni mieli mniej szczęścia. Trzech mężczyzn i jedna kobieta, którzy zostali przetransportowani razem z archeologiem zmarli na skutek odniesionych obrażeń, a to był dopiero początek. W miarę rozwoju sytuacji na planecie rannych wciąż przybywało. Młodzi i starzy. Mężczyźni i kobiety. Żołnierze SG i rebelianci. Wszyscy walczyli o wolność. Najgorszy widok przedstawiali sobą dopiero co wyzwoleni niewolnicy. Odziani w łachmany, skrajnie wyniszczeni. Ich ciała nosiły ślady brutalnego traktowania, może nawet tortur. Obrażenia odniesione w trakcie bitwy nie były w stanie zamaskować długotrwałego niedożywienia, zniekształceń kończyn i licznych blizn oraz ran w różnym stadium gojenia. Ci ludzie przeszli przez piekło.
Generał mógł tylko patrzeć jak personel medyczny sprawnie dokonuje selekcji rannych, udziela niezbędnej pomocy tuż po zejściu z rampy, by następnie przetransportować ich do ambulatorium. Czekał. Około północy Pułkownik Reynolds zameldował, że pałac został zdobyty. Pół godziny później przekazał, że odnaleziono pułkownika O`Neilla, a major Carter właśnie transportuje jego oraz kilku innych rannych do SGC. Cała grupa pojawiła się wkrótce potem. Pierwszy przez horyzont zdarzeń przeszedł sanitariusz, podtrzymujący wyraźnie utykającą kobietę. Następni dwaj wnieśli nosze, na których spoczywał młody mężczyzna. Przód jego bluzy był rozerwany. Na piersi miał zamocowany przesiąknięty krwią opatrunek. Był przytomny i wyraźnie przerażony. Tuż za nimi wyłonili się dwaj podkomendni Reynoldsa, dźwigając kolejne nosze. Pochód zamykała Samanta Carter. W sali wrót zrobiło się nagle bardzo cicho. Hammond w pierwszej chwili nie rozpoznał sprowadzonego do bazy człowieka. Spojrzał na Sam i wyraz jej oczu spowodował, że poczuł dziwny ucisk gdzieś w okolicach serca. To był O`Neill. Musiał być. Ale, na Boga, co oni mu zrobili… Leżał na boku z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Jego twarz pokrywał kilkudniowy zarost i kurz, a plecy i barki wyglądały jak jedna krwawa masa. Janet przepchnęła się pomiędzy osłupiałymi ludźmi i położyła dłoń na czole pułkownika. Ranny wzdrygnął się lekko i otworzył oczy.
- Gdzie…? - Wychrypiał.
- Ciii… Już dobrze. Jest pan bezpieczny. - Odparła kojącym tonem.
- Doktor... Fraiser? - Jęknął. Wpatrywał się w nią, jakby jej nie poznawał.
- Pułkowniku? - Hammond też podszedł bliżej.
- Generale? - O`Neill rozpoznał głos, lecz miał problem ze zlokalizowaniem jego źródła.
- Dobrze widzieć cię z powrotem, synu. - W takich okolicznościach Hammond bardzo lubił wygłaszać swą koronna kwestię.
- Dziękuję… - Jego głowa opadła bezwładnie.
Janet odruchowo poszukała pulsu na tętnicy szyjnej i odetchnęła z ulgą, gdy przekonała się, że wciąż jest. Słaby, ale miarowy. Ale ta ilość krwi… Ile właściwie jej stracił?
- Pułkownik jest prawdopodobnie pod wpływem jakichś środków odurzających. - Wtrąciła Carter. - Mówił, że zanim Olokun zaczął go przesłuchiwać, zmusili go do wypicia czegoś, co wyostrzyło jego zmysły. I że czuje się jak na haju… Potem stracił przytomność. Trudno powiedzieć, jak długo i w jakim stopniu będzie działać…
- Rozumiem. - Lekarka świeciła nieprzytomnemu mężczyźnie w oczy niewielką latarką, by z badać reakcje źrenic. Zmarszczyła czoło wyraźnie niezadowolona. - Szkoda, że nie wiem, co to mogło być. Może dojść do interakcji z lekami…
- Być może on będzie wiedział. - Sam skinęła głową w kierunku drugich noszy.
- Słucham? - Zdziwiła się Fraiser.
- On także podawał pułkownikowi jakieś mikstury. - Uściśliła Carter. - Nie przed przesłuchaniem. Wcześniej.
Oczy wszystkich zebranych w sali skierowały się na mężczyznę z raną klatki piersiowej. Pochylający się nad nim sanitariusz rozdziawił usta. Ranny jednak nie zareagował w żaden sposób, gdyż najzwyczajniej w świecie zemdlał.
- Czy on… - Hammond był lekko zdezorientowany.
- Ma na imię Rufus i należy do ruchu oporu. - Tłumaczyła Carter. - Wydaje mi się, że nie może mówić. Odkąd zobaczyłam go po raz pierwszy, porozumiewa się jedynie na migi, dlatego nie mogliśmy uzyskać od niego żadnych informacji. Ale z tymi miksturami to prawda. Pułkownik bardzo się zdenerwował, kiedy go rozpoznał.
- Powiedział, że ten sukinsyn dawał mu jakieś świństwa. - Wtrącił jeden z żołnierzy.
- Dobrze powiedziane. - Janet nie zamierzała dłużej czekać. - Cokolwiek by to nie było, zrobimy wszystko, by mu pomóc.
Nic już nie można było zrobić. Teraz zarówno Rufus jak i O`Neill wymagali natychmiastowej medycznej interwencji. Obaj ranni zostali wyniesieni. Janet jeszcze została. Przyglądała się Carter, marszcząc brwi.
- A co z panią? - Zapytała, zatrzymując wzrok na świeżych purpurowo – sinych śladach na jej szyi.
- Nic mi nie jest. - Zapewniła Sam, ale lekarka i tak jej nie uwierzyła.
- Ktoś musi panią zbadać. Proszę ze mną do ambulatorium. Po drodze opowie mi pani wszystko, czego dowiedziała się od pułkownika O`Neilla o substancji, którą został odurzony.
- Oczywiście. - Kobieta zerkała z niepokojem w stronę korytarza, którym wcześniej został zabrany pułkownik. Potem przeniosła wzrok na Hammonda. - Generale?
- Proszę iść. Rano zgłosi się pani do mojego gabinetu.
- Tak jest, sir.
Kobiety oddaliły się szybkim krokiem. Hammond poczuł się nagle zmęczony, jakby jakiś ogromny ciężar zwalił się na jego barki. Część misji została już wykonana. Jego ludzie powrócili do domu. Choć nie wszyscy. Od Reynoldsa dowiedział się, że Teal`c został uprowadzony na statek, którym odleciał Olokun. Wiedział, że dla zespołu będzie to ogromny cios. A ilu ludzi w walce oddało życie okaże się niebawem. Wciąż znajdywano kolejnych. Statystyki wciąż zmieniały się nieubłaganie.
Sytuacja na planecie została w miarę opanowana. Po ucieczce Olokuna jego słudzy nie stawiali większego oporu. Wkrótce zostali pojmani i uwięzieni w celu dalszych przesłuchań. Ranni zostali opatrzeni, spragnieni napojeni, a głodni nakarmieni. Wyzwoleni niewolnicy i ich przybyli z różnych planet bracia zgromadzili się wokół ognisk porozpalanych dookoła pałacu. Rozdzielone rodziny cieszyły się z odzyskania swoich ojców, braci, synów i córek. Wielu opłakiwali zmarłych.
Walka o życie trwała już tylko na sali operacyjnej w SGC, ale i ona wkrótce zakończyła się. Hammond otrzymał z ambulatorium raport, że zarówno O`Neill jak i drugi mężczyzna są już przewiezieni na salę pooperacyjną. Obaj są w stanie ciężkim, ale stabilnym. Najbliższe godziny miały okazać się decydujące. „Przynajmniej tyle". Pomyślał generał. „ Przynajmniej nikt więcej nie zginął". Nagle poczuł się bardzo znużony. Ze zdziwieniem stwierdził, że dochodzi trzecia w nocy. Powlókł się więc do kwatery i zasnął niemal natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki.
Rano znów poczuł się rześki i gotowy na kolejne wyzwania. Wciąż jednak martwił się o swoich podwładnych. Pewnie też dlatego nogi same poniosły go w stronę ambulatorium. Nawet zdumiał się odrobinę, gdy zorientował się, dokąd zaszedł. Potem stwierdził, że skoro już tu jest, to równie dobrze może wejść i po raz kolejny upewnić się, że życiu jego ludzi nie zagraża już bezpośrednie niebezpieczeństwo.
Zapukał cicho do drzwi gabinetu Janet Fraiser. Odpowiedziała mu cisza. Zapukał raz jeszcze, tym razem głośniej. Wciąż nic. Chwycił za klamkę, lecz zawahał się.
- Generale? - Głos lekarki dobiegał zza jego pleców.
Zaskoczony odwrócił się i stanął z nią twarzą w twarz. Była blada, miała podkrążone oczy, a w ręku trzymała dzbanek pełen ciemnego, aromatycznego płynu.
- Kawy? - Zapytała lakonicznie.
- Bardzo chętnie. - Bezpośrednie pytanie zbiło go nieco z tropu.
- W takim razie zapraszam. - Skinęła dłonią w stronę gabinetu.
Zorientował się, że stoi jej na drodze. Otworzył drzwi i szarmancko przepuścił ją przodem. Patrzył, jak bierze z niskiego stolika dwa kubki i wypełnia je po brzegi. Zapach kawy rozszedł się po całym niewielkim gabinecie. Usiedli po przeciwnych stronach niskiego biurka z kubkami w dłoniach. Generał pociągnął solidny łyk, czując, jak jego siły regenerują się już całkowicie. Fraiser w zamyśleniu pocierała czoło. Oboje milczeli długą chwilę.
- Ciężka noc? - Zagadnął wreszcie i od razu zrozumiał jak głupie pytanie zadał.
A jaka niby miała być? Na planecie doszło przecież do regularnych walk. W opuszczonym przez Olokuna pałacu zorganizowano prowizoryczny szpital. Do SGC skierowano jedynie najciężej rannych, ale tych również było wielu. Zbyt wielu. Zarówno Fraiser jak i cały jej personel przez ostatnie godziny mieli pełne ręce roboty. On zdołał zdrzemnąć się choć na chwilę. Załoga ambulatorium nie mogła nawet liczyć na taki luksus. Generał przygryzł nerwowo wargę, bojąc się zadać pytanie. Musiał jednak je zadać. Po to właśnie tu przyszedł. Spojrzał lekarce prosto w oczy.
- Proszę powiedzieć, że ma pani dla mnie dobre nowiny.
- Tak jest, sir. - Uśmiechnęła się ze znużeniem. - Mam dla pana dobre nowiny.
Odstawiła kawę i sięgnęła po plik dokumentów i druków, leżących dotąd na biurku.
- Stan wszystkich pacjentów jest stabilny. Niektórzy, w tym major Carter i Daniel Jackson zostaną dziś wypisani. W najcięższym stanie jest Rufus, mężczyzna, który trafił tu z pułkownikiem O`Neillem. W trakcie usuwania pocisku doszło do krwotoku. Utrzymujemy go w stanie śpiączki farmakologicznej. Jeśli jednak nie dojdzie do dodatkowych komplikacji, niebawem spróbujemy go wybudzić. Znam też przyczynę jego dotychczasowego milczenia. Po prostu nie ma języka. Został wycięty.
- Och… - Hammond nieczęsto słyszał takie rewelacje.
- Ranni z pałacu potwierdzają, że jest kimś w rodzaju uzdrowiciela i wszystko wskazuje na to, że pułkownik O`Neill zawdzięcza mu życie. Mam już większość jego badań. Stan pułkownika jest zadowalający. Powiedziałabym nawet, że jest zaskakująco dobry, wziąwszy pod uwagę jego obrażenia. - Widząc uniesione brwi generała, pospieszyła z wyjaśnieniami. - Pułkownika poddano torturom. Został pobity, potem ubiczowany. Oparzenia na skórze świadczą również, że użyto na nim pałki bólu. Ponadto w jego krwi znaleźliśmy śladowe ilości nieznanej nam substancji. Przypuszczam, że środek ten oddziałuje na układ nerwowy, wywołując jego pobudzenie. Sam pułkownik zauważył, że wyostrzyły mu się zmysły. Zaobserwowałam u niego znaczną przeczulicę skóry i nadwrażliwość na światło, które stopniowo ustępowały, w miarę jak substancja ulegała metabolizmowi. Najprawdopodobniej podano ją w celu spotęgowania doznań bólowych. No i nie zapominajmy, że O`Neill stracił dużo krwi. Bardzo dużo. Powiem szczerze... Spodziewałam się uogólnionej infekcji. Wysokiej gorączki, objawów wstrząsu. Tymczasem rany goją się dobrze. Nie ropieją. Ktoś wcześniej przemywał je i stosował maść o działaniu bakteriobójczym i ściągającym. Podawał pułkownikowi lek obniżający gorączkę.
- Rufus?
- Zapewne tak. Musiał dodawać do stosowanych przez siebie medykamentów jakiś środek usypiający. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Na razie nie można go przesłuchać. Pułkownik również nie jest w tanie odpowiedzieć na nasze pytania. Wiem jednak, że bez tych zabiegów pułkownik miałby niewielkie szanse na przeżycie.
- Ten środek pobudzający zmysły to też jego robota?
- Nie wiem. - Fraiser odłożyła papiery, wzięła kubek i otuliła go dłońmi. - Niewykluczone. Był niewolnikiem Olokuna. Mógł być zmuszony… Myślę, że najrozsądniej będzie poczekać, aż obaj odzyskają przytomność.
Hammond wciągnął w płuca powietrze i wypuścił je bardzo powoli, wydymając przy tym policzki. Miał wrażenie, że ostatnio jego życie składało się wyłącznie z czekania, ale lekarka miała w tym względzie rację. Gdybanie nic nikomu nie da. Być może Barran będzie w stanie udzielić im nieco dokładniejszych informacji o Rufusie i jego roli w całej konspiracji. On jednak przebywał wciąż na planecie razem z pułkownikiem Reynoldsem. Obaj mieli powrócić do SGC dziś rano. Rano, to znaczy za parę godzin. Będzie więc musiał jeszcze poćwiczyć swą cierpliwość. Zrezygnowany dopił kawę. Janet zrobiła to samo ze swoją i teraz pocierała czoło wyraźnie znużonym gestem.
- Powinna pani odpocząć.
- Powinnam. - Uśmiechnęła się i odstawiła kubek na biurko. - To rzeczywiście była ciężka noc.
- Nie będę więc pani dłużej przeszkadzał. Proszę informować mnie na bieżąco. - Generał wstał i skierował się ku wyjściu. W samych drzwiach jeszcze się odwrócił. - I dziękuję za kawę.
