Samantha Carter zajrzała ostrożnie do sali. Starała się otworzyć drzwi tak, żeby nie skrzypnęły. Pułkownik był co prawda wciąż na środkach przeciwbólowych, mimo to obawiała się, że go obudzi. A tego chciała uniknąć. Jej ostrożność zdała się zupełnie na nic. Łóżko O`Neilla stało puste. Zmięta kołdra leżała odrzucona niedbale; jeden róg zwisał do samej podłogi. Sam wycofała się na korytarz i zawahała. Nie miała pojęcia, gdzie o tej porze mógł znajdować się jej dowódca. Z pomocą przyszła jej jedna z pielęgniarek. Kobieta niosła teczkę wypełnioną dokumentami do gabinetu Janet Fraiser. Widząc konsternację Sam, bez słowa skinęła głową w głąb korytarza. Znajdywały się tam izolatki i sale intensywnej opieki medycznej. Odpowiedziała uśmiechem i ruszyła w tamtą stronę. Rufus. No oczywiście.
Kiedy tylko pułkownik odzyskał przytomność, zażądał pełnego raportu z misji. Początkowo Janet Fraiser uznała, że stan pacjenta jest jeszcze zbyt ciężki i zaleciła odpoczynek. Poznał jedynie ogólny zarys sytuacji, bez wdawania się w szczegóły. O`Neill zniósł to dość dobrze zapewne z uwagi na silne środki przeciwbólowe i nasenne serwowane mu naprzemiennie przez następne dwa dni. Co oczywiście nie przeszkodziło mu w zadawaniu pytań wszystkim, którzy go odwiedzali, a on był akurat wystarczająco świadomy. Lekarka powzięła więc bardziej drastyczne kroki i zarządziła małą kwarantannę. Odizolowany od kolegów z drużyny, pułkownik chcąc nie chcąc musiał skapitulować i naprawdę wypoczywał. W tym czasie antybiotyki i kroplówki zrobiły swoje. Organizm pułkownika powoli regenerował się. Po dwóch dniach wyspany, nawodniony i solidnie odżywiony mężczyzna poznał wreszcie wszystkie szczegóły przeprowadzonej operacji. Rola, jaką w całym przedsięwzięciu odegrał Rufus nie tyle nim wstrząsnęła, co raczej przygnębiła. Do tej pory postrzegał niewolnika jako kogoś, kto znęcał się nad nim na rozkaz Olokuna. Tymczasem siedział on w samym sercu konspiracji, narażając życie pomagał Carter i jemu samemu. I to pod nosem Goa`ulda i jego straży. I za wszystko dostał podziękowanie w postaci kulki. To był rykoszet. Wypadek. Fakt jednak pozostawał faktem. Załatwili go sojusznicy.
Przymusowa bezczynność musiała widocznie znaleźć swoje ujście i gdy tylko pułkownik poczuł się na siłach, by wstać z łóżka, ruszył na obchód ambulatorium. Większość spośród rannych w walce została już wypisana. Pozostali najciężej ranni. Zobaczyła go już z daleka przez niedomknięte drzwi znajdującego się tuż obok izolatki bocznego pomieszczenia, w którym przez oszklone okna można było obserwować wnętrze pomieszczenia bez potrzeby wchodzenia do środka. Siedział zgarbiony, wpatrując się w leżącego na łóżku mężczyznę. Lewą rękę w usztywniającej łusce oparł na kolanach. Złamane druga i trzecia kość śródręcza. Mogło być gorzej. W prawej dłoni miętosił końcówkę paska od szlafroka. Kiedy się zbliżyła, wyraźnie zobaczyła płaty skóry schodzące z jego nosa i policzków. Pamiątka po palącym słońcu kamieniołomów. Pod opalenizną wciąż jednak był blady. Musiał słyszeć, że nadchodzi, lecz w żaden sposób nie zareagował.
- Sir? - Spytała ostrożnie.
- Carter. - Stwierdzenie, nie pytanie.
- Widzę, że czuje się pan lepiej?
- Jest dobrze. Naprawdę. Pod warunkiem, że się nie śmieję. - Wreszcie na nią spojrzał. Zapadnięte policzki, podkrążone oczy, ale w kąciku jego ust błąkał się nikły uśmiech. - Dzięki temu gościowi. Wyobrażasz sobie? Skurczybyk miał szczęście, że nie byłem w stanie mu dołożyć.
- No cóż, mogę tylko stwierdzić, że starał się pan.
- Dzięki, że mnie powstrzymałaś.
- Nie ma sprawy. Zresztą, i tak zaraz pan zemdlał.
- Dobij mnie! - O`Neill wzniósł oczy do nieba, lecz zobaczył tam tylko betonowe sklepienie. Wolał patrzeć na swą podwładną. - Wcześnie dziś pani przyszła.
- Mamy spotkanie z Kalią i resztą starszyzny. Zdaje się, że mają problem z więźniami. Nie bardzo wiedzą, co mają z nimi zrobić. Nigdy nie byli w takiej sytuacji. Wie pan, że człowiek, który pełnił funkcję zarządcy w kamieniołomach uciekł z aresztu?
- Słyszałem. - Twarz pułkownika na moment stężała. - Skurwiel, po drugiej stronie bicza już nie czuł się tak dobrze. Żałuję, że nie mogę wziąć udziału w poszukiwaniach. Coś mu obiecałem, a zwykłem dotrzymywać danego słowa.
- Nie uciekł przez wrota. To pewne. Musiał udać się w głąb planety.
- A ta jest całkiem spora…
- Dlatego zwrócili się do nas. Opowiadałam Kalii o dronach, które można wykorzystać w poszukiwaniach. Bardzo ją to zainteresowało. Barran prosi również o pomoc na kilku innych planetach. Bardzo im zależy, żeby wymierzyć sprawiedliwość dawnym poplecznikom Olokuna.
- Ja myślę! Pierwszy bym ją wymierzył, a znałem ich zaledwie kilka dni. - Odruchowo zacisnął zdrową pięść. - A poza tym? Coś nowego?
- Niestety. - Nie musiała pytać, o jakie konkretnie informacje mu chodzi. - Olokun zaszył się gdzieś. Tok`Ra również nie natrafili na jego ślad. Wszystko wskazuje na to, że Teal`c wciąż jest razem z nim.
- Cholera! To nie są dobre wiadomości.
- Nie, sir. Jeśli jednak Sevic również znajduje się na statku, Teal`c ma jeszcze szansę.
- Sevic…
O`Neill zacisnął wargi i zapatrzył się przed siebie. Źle znosił przymusową hospitalizację, podczas gdy jeden z jego ludzi wciąż pozostawał zaginiony. Wolałby być ze wszystkimi, działać, pytać, przeczesywać teren. Potrafił jednak realnie ocenić własne siły, a te były jeszcze dalekie od stanu, który można by uznać chociażby za zadowalający. Ale Carter miała rację. Sevic zaginął. Znając historię Teal`ca, O`Neill nie był szczególnie zdziwiony, że w otoczeniu Olokuna wyrósł kolejny Shol`va. Nie znał motywów mężczyzny, nie znał jego historii, ale był pewien, że podobnie jak Teal`c miał on powody, by nienawidzić swojego pana. Jaffa współpracujący z ruchem oporu, a właściwie jeden z jego inicjatorów, a potem przywódców, z racji swej funkcji przebywał zawsze w pobliżu Olokuna, gdy ten przybywał na planetę. Tym razem też zapewne był blisko niego. I choć ani Sam, ani nikt inny nie mógł potwierdzić, że przeniósł się na statek razem z Olokunem, nigdzie nie znaleziono też jego ciała.
- A jak z nim? - Spytała po dłuższej chwili Carter, wskazując brodą na Rufusa.
- Śpi. - Padła lakoniczna odpowiedź. - Wczoraj wybudzono go ze śpiączki farmakologicznej. Wygląda na to, że się wyliże.
- To dobrze. Wiele mu zawdzięczam.
- Jak my wszyscy. - O`Neill znużonym gestem pocierał nasadę nosa. - Cóż, pogadać sobie nie pogadamy, ale mógłbym nauczyć go grać w szachy. Jak myślisz, będzie zainteresowany?
- Czemu nie? Musi być niezłym strategiem.
- Uhm… Też tak uważam.
Pułkownik zamilkł. Zacisnął powieki, a jego oddech nieco przyspieszył. W końcu uniósł dłoń do czoła i trwał tak dłuższą chwilę.
- Sir? - Zaniepokoiła się Carter. - Wszystko w porządku?
- Tak. Myślę, że tak. Chyba po prostu przeceniłem swoje siły. - Kiedy się wyprostował, był jeszcze bledszy, a na jego czole lśniły kropelki potu. - Fraiser będzie zachwycona. Naprawdę muszę się położyć.
- Chyba nie powinien pan jeszcze wstawać. Czy Janet wyraziła w ogóle zgodę na taką wycieczkę?
- Nie wiem. Nie pytałem.
- No tak. - Wyciągnęła rękę, by pomóc mu wstać. - Zaprowadzę pana z powrotem do łóżka. I proszę się nie wykręcać. Nikomu pan nie pomoże narażając własne zdrowie.
- Szlag mnie trafia od tego odpoczywania. - Burknął, ale posłusznie chwycił jej dłoń. - No dobra, zrobię to dla pani. W końcu mam wobec pani dług.
- Zapamiętam to sobie.
- Nie wątpię.
O`Neill rzucił Rufusowi ostatnie spojrzenie, dźwignął się na nogi i zachwiał. Carter natychmiast chwyciła go pod ramię. Nie protestował, czuł się więc naprawdę źle. Pozwolił poprowadzić się z powrotem do swojej sali. U wylotu korytarza pojawiła się nagle Janet Fraiser. Pokiwała z dezaprobata głową. Jej usta już, już układały się w słowa nagany. W końcu jednak wzruszyła tylko ramionami. Niektórzy jej pacjenci byli po prostu niepokorni. Pułkownik posłał jej przepraszający uśmiech. Machnęła ręką i odeszła do swych zadań. Szli powoli. Carter starała się dostosować tempo do aktualnych możliwości dowódcy. O`Neill był jej za to wdzięczny. Z trudem łapał oddech, w głowie mu wirowało. Właściwie czuł się tak, jakby za chwilę miał znowu zemdleć, a bardzo by tego nie chciał. Zaciskał zęby, starając się kontrolować oddech. Po dotarciu do łóżka opadł na nie niemal bez sił.
- Dzięki Carter. - Wysapał, ocierając pot z czoła. - Po raz kolejny ratujesz mój tyłek.
- Nie ma sprawy, tylko proszę się nie przyzwyczajać. - Stanęła niezdecydowana. - Powinnam już pójść i pozwolić panu odpocząć.
O`Neill jednak dopiero niedawno odzyskał swobodę działania i nie zamierzał z niej rezygnować. Rozwiązał sytuację, wskazując jej krzesło.
- Nonsens. - Mruknął. - Już mi lepiej. Zresztą, na rozmyślania będę miał potem cały dzień. - Odetchnął głęboko, a potem popatrzył jej w oczy tym swoim specjalnym spojrzeniem, od którego zawsze robiło jej się gorąco. Nie była wcale pewna, czy on zdaje sobie z tego sprawę, czy robi to tylko mimochodem. Uśmiechnął się lekko. - Nie miałem dotąd okazji by to powiedzieć. Pani też się świetnie spisała.
- Nie. Sama nic bym nie zdziałała. To sukces rebeliantów. My tylko im pomogliśmy.
- Ależ tak! Sam, wróciłaś po nas. Uratowałaś nas. To dużo.
- Nie, sir. To wciąż zbyt mało.
Urwała, bo właściwie nie chciała tego powiedzieć. Użalanie się nad sobą nigdy nie leżało w jej naturze. Teraz jednak przepełniała ją frustracja tak wielka, że nie mogła znaleźć sobie nigdzie miejsca. Obraz Teal`ca znikającego w blasku opadających pierścieni prześladował ją dzień i noc. Była tak blisko. Niemal na wyciągnięcie ręki. Tak cholernie blisko, a jednak zbyt daleko, by go uratować. Pamiętała tez doskonale uczucie, gdy wraz z Rufusem dźwigała bezwładne, zakrwawione ciało swojego dowódcy i modliła się, żeby tym razem nie było za późno. O`Neill patrzył na nią bez słowa. Doskonale ją rozumiał. Widział siniaki we wszystkich kolorach tęczy pokrywające jej twarz i szyję, dobitnie świadczące o tym, co przeszła w ostatnim czasie. Jej palce splecione ze sobą tak ciasno, jakby były zrośnięte. Widział rozpacz w jej oczach. Znał to uczucie. Aż nazbyt dobrze. I cierpiał razem z nią. Jak w takim razie miał powiedzieć jej, że dzięki temu wszystkiemu będzie kiedyś mogła stać się lepszym człowiekiem, lepszym dowódcą? Kiedyś. Ale teraz musi uporać się ze swoimi uczuciami. Sama.
- Są sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu. - Rzekł cicho.
- Wiem.
- Wiem, że pani wie.
- Ale nie jest mi łatwiej.
- Nigdy nie będzie.
Zamilkli oboje. Bo właściwie już wszystko zostało powiedziane. Trwali tak obok siebie w niemym porozumieniu. Dwie rozdarte dusze. Chciał ją pocieszyć, wesprzeć. Mógłby to zrobić. Byli przecież sami, a ona właśnie się przed nim otworzyła. Coś go jednak powstrzymywało. Może świadomość, że byłby to pierwszy krok na drodze bez powrotu? Czy ona by tego chciała? Tego od niego oczekiwała? A jeśli nie? Skrzywdziłby ją jeszcze bardziej. Przełknął ślinę, czując, że w ustach mu zupełnie zaschło. Czemu to musi być aż tak skomplikowane?
- Sam, tak myślałem, że cię tu zastanę. - W drzwiach stanął niespodziewanie Daniel Jackson. Jak zawsze nieświadomie burząc otaczające ich napięcie. - Cześć, Jack. Słyszałem, że wcześnie dziś wstałeś.
- Nic się przed tobą nie ukryje, Danielu. - Mruknął O`Neill. - Miło, że wpadłeś.
- Chciałem zobaczyć jak się czujesz. - Archeolog podszedł bliżej, poprawiając nerwowo nowiutkie okulary. - Wiesz, przez kilka dni pewnie będziemy trochę zajęci.
Oparł dłonie na biodrach. Oba nadgarstki grubo owinięte bandażem wystawały spod podwiniętych rękawów bluzy. Jego twarz także była spalona słońcem. Uwagę przyciągał błyszczący od grubej warstwy kremu nos. Najwyraźniej Jackson już teraz przygotował się do powrotu na planetę należącą jeszcze niedawno do Olokuna. O`Neill nie mógł nie uśmiechnąć się na widok przyjaciela.
- Nie spieszcie się. - Stwierdził. - Zaprowadzanie ładu i porządku z reguły musi chwilę potrwać. Wierzę, że dzięki waszej pomocy będzie to ład i porządek z najwyższej półki.
- Jak sam zauważyłeś, będzie to tylko pomoc. Ci ludzie są niesamowicie zorganizowani.
- Sukces rebeliantów, co? Jakbym już gdzieś to słyszał… - Posłał znaczące spojrzenie Carter, a ona odwzajemniła się uśmiechem. - Idźcie dzieciaki. Idźcie. A jak znajdziecie zarządcę, koniecznie pozdrówcie go ode mnie.
