Palące słońce nie znało litości. Teal`c szedł w jego promieniach już niemal wieczność. Pocieszał się, że wkrótce zajdzie i nastanie dająca wytchnienie noc. Był coraz słabszy. W ciągu tych kilku dni wędrówki nie natknął się na żaden strumień. Żadnej wody, którą mógłby ugasić pragnienie. Rana na udzie znów się otworzyła i teraz czuł ciepły strumień krwi spływający powoli lecz nieustannie po nodze. W normalnych warunkach powinna już się zasklepić. To jednak nie były normalne warunki. Był sam, osłabiony, odwodniony i ranny. Zmuszał się, aby iść wciąż naprzód. Wmawiał sobie, że za następnym wzgórzem znajdzie wreszcie cel swej wędrówki. Wchodził na szczyt i przed jego oczami roztaczała się kolejna równina. A za nią kolejne wzgórze. Szedł dalej z tym samym rezultatem. Potykał się. Przewracał. Coraz częściej musiał odpoczywać, a wrota wciąż pozostawały poza jego zasięgiem. Powietrze falowało z gorąca. Kilkakrotnie widział jakieś cienie przesuwające się na linii horyzontu. Nie był jednak pewien, czy nie są to przywidzenia. Opadł na kolana, dysząc ciężko. Wiedział, że nie może tu zostać, ale był taki zmęczony… Pochylił się do przodu, oparł dłonie na ziemi i wdychał zapach rozgrzanej ziemi i spalonych na ciemny brąz, wyschniętych traw. Chętnie położyłby się pod tym bezlitosnym niebem i zasnął. Nie mógł tego jednak zrobić. Nie teraz. Nie po tym jak ktoś oddał za niego życie. On w niego wierzył. I to dla niego musiał teraz wstać i wspiąć się na jeszcze jedno wzgórze w nadziei, że będzie już ostatnie. Sevic dał mu tę szansę. Nie mógł jej zmarnować.


Po uwolnieniu z celi Jaffa poprowadził go krętymi korytarzami. Szli ostrożnie, nasłuchując, czy nie zbliża się jakiś patrol. Czasami musieli cofać się w boczne korytarze i czekać, aż intruzi pójdą dalej. Jak dotąd nikt ich nie zauważył. Dotarli w końcu do jednego z mniejszych magazynów. Jaffa przepuścił Teal`ca przodem, rozejrzał się po korytarzu, po czym zamknął dokładnie wejście. Pomieszczenie było puste, jeśli nie liczyć kilku skrzyń stojących w kącie. Teal`c oparł się ciężko o ścianę. Nogi drżały mu z wysiłku i z trudem łapał oddech.

- Odpocznij. - Zwrócił się do niego jego wybawca. - Niebawem dotrzemy na miejsce.

- Idziemy do hangaru myśliwców?

- Zgadza się. Jesteśmy zbyt daleko od dominium Olokuna, by dolecieć tam myśliwcem, wykorzystamy go jednak żeby dostać się na pobliską planetę. Jest niezamieszkała, ale znajdują się na niej gwiezdne wrota. Jeśli uda nam się do nich dotrzeć, będziemy wolni.

- Będą nas ścigać.

- Nie, jeśli opuścimy statek wystarczająco szybko. Olokun będzie się ukrywał. Musiał uciekać. Jego siły zostały znacznie nadszarpnięte. Nie mówiąc już o jego reputacji. Teraz, kiedy jest już w miarę bezpieczny jego uwaga ponownie skupi się na tobie. Ale jeszcze nie teraz. W tej chwili oczekuje, aż jego szpieg zostanie przywrócony do życia przez sarkofag. Najpierw będzie chciał go przesłuchać. Musimy wykorzystać ten właśnie moment.

- Olokun musiał uciekać? Ukrywa się?

- Tak. Jego poddani wystąpili przeciwko niemu. To była krótka, ale muszę przyznać, że skuteczna rebelia.

- A szpieg? Co to za jeden?

- Właściwie to szpieg Kaleba. Pracował dla niego przez całe lata w kamieniołomie. Wiedzieliśmy o nim i często podsyłaliśmy mu niezbyt precyzyjne Informacje. Głupiec, próbował powiadomić Olokuna o rozpoczęciu powstania.

- Co się z nim stało?

- Na szczęście zdążyłem go unieszkodliwić. Choć tym samym zdradziłem, kim jestem. Kiedy sarkofag wróci go do życia, Olokun też pozna prawdę. Moja rola dobiegła końca. Moim ostatnim zadaniem będzie wydostanie cię z niewoli. To powinien być dla Olokuna kolejny dość bolesny cios. Zdaje się, że planował wymienić cię w zamian za wsparcie militarne.

- Nie wydaje mi się, abym był wart aż tyle.

- Ha! Dobre sobie. Jesteś symbolem. Ikoną. Wielu chętnie ujrzałoby cię martwego, a równie wielu chciałoby cię uśmiercić własnoręcznie.

- Albo uczynić sobie poddanym.

- Tak, to inna z możliwości.

- Zapewne uratowałeś mnie przed praniem mózgu.

- Co to jest pranie mózgu? - Zdumiał się Jaffa.

- Zniewolenie. - Wyjaśnił cierpliwie Teal`c. - W pewnym sensie. Tak to nazywał jeden z moich towarzyszy.

- Czyżby ten nazywany O`Neill?

- Skąd…?

- Skąd o nim wiem? Wiem o wszystkim, co działo się w pałacu i poza nim aż do powrotu Olokuna. Twoi towarzysze żyli. Niestety nie potrafię powiedzieć, co stało się z nimi potem. - Widząc zdumiony wzrok Teal`ca pośpieszył z wyjaśnieniami. - Nie działałem sam. Było nas wielu i współpracowaliśmy ze sobą. A potem także z Tau`ri. Samantha Carter doprowadziła do naszego sojuszu.

- Sam? - Teal`c był coraz bardziej zszokowany. Nie był w ogóle świadomy tego, co działo się w ostatnim czasie. A musiało dziać się naprawdę dużo.

- Ma duszę wojownika. - Ciągnął Jaffa. - Dobrze dobrałeś sobie towarzyszy.

- Też tak uważam. - Stwierdził Teal`c i był o tym absolutnie przekonany. Potem przyjrzał się uważnie starszemu mężczyźnie. - Nie wiem nawet, jakie nosisz imię.

- Jestem Sevic.

- Cieszę się, że cię poznałem, bracie.

- I nawzajem, bracie.

Urwał i nakazał Teal`cowi gestem milczenie. Przysunął się bliżej do wejścia i nasłuchiwał. Teal`c również usłyszał przybliżający się odgłos licznych kroków. Wstrzymał oddech, gdy idący korytarzem ludzie znaleźli się tuż obok wejścia do magazynu. Oni jednak poszli dalej i korytarz znów był pusty. Sevic wyjrzał ostrożnie przez drzwi i skinął na Teal`ca, by szedł za nim.

- To był Olokun. Właśnie poszedł do sarkofagu. Możemy ruszać.

Znów podjęli przerwaną wędrówkę. Korytarze stały przed nimi otworem. Większość straży znajdowała się zapewne w pobliżu Olokuna. Kilkakrotnie musieli ukryć się przed patrolem, jednak udało im się bezpiecznie dotrzeć do hangaru myśliwców. Tu zwolnili. Sevic dał Teal`cowi zata i na migi pokazał, by schował się za załomem korytarza. Sam zaś wkroczył śmiało do hangaru. Znajdowało się tu czterech wartowników. Wszyscy uzbrojeni w lance, wyprostowani i czujni. Pozdrowił ich skinieniem dłoni. Sprawiał wrażenie, jakby przybył na inspekcję. Jaffa wyprężyli się jeszcze bardziej. Sevic przeszedł powoli wzdłuż szpaleru gotowych do startu maszyn, przystanął, zawrócił. W jego ręku pojawił się zat. Wycelował w najbliższego wojownika i wystrzelił. Zanim nieszczęśnik upadł na ziemię, drugi już rzucił się na nieoczekiwanego napastnika. Sevic, nie zdążył wycelować, zrobił unik, wykorzystując impet natarcia. Chwycił Jaffa za ramię, pociągnął mocno w przód, jednocześnie podstawiając mu nogę. Mężczyzna stracił równowagę i runął na ziemię z rozkrzyżowanymi ramionami. Sevic zanurkował pod ścianę, ratując się przed trafieniem promieniem oszałamiającym kolejnego wartownika. Sytuację wykorzystał Tael`c, wychylając się zza węgła i strzelając w plecy nieświadomych zagrożenia ze strony korytarza wojowników. Sevic dokończył dzieła: wciąż leżąc pod ścianą, unieszkodliwił przy pomocy zata ostatniego z wojowników, który właśnie zbierał się na nogi po upadku. Zapadła cisza. Sevic wstał z podłogi, Teal`c już do niego dołączył. Dysząc ciężko, spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Teren zabezpieczony. Pora opuścić to miejsce. Bez słowa wdrapali się do kokpitu. Teal`c opadł ciężko na tylni fotel. Sevic rzucił tylko na niego okiem, skupił się na uruchomieniu pojazdu. Jeszcze nie byli bezpieczni. Wciąż jeszcze musieli zachować najwyższą ostrożność.

Teal`c przygotował się na nagłe przeciążenie podczas startu. Poczuł znajome szarpnięcie i myśliwiec znalazł się w przestrzeni kosmicznej. Otoczyła ich ciemność rozświetlona jedynie punkcikami odległych gwiazd. Skierowali się ku najbliższej planecie. Rosła powoli w miarę jak się do niej zbliżali. Nic dziwnego, że była niezamieszkana. Wyglądała na martwą. Było to oczywiście złudzenie. Z tej wysokości jednak kontynenty wyglądały jak brązowo-żółte plamy na tle sinych, niemal czarnych wód oceanów. Jedynie w okolicach pokrytych śniegiem biegunów rozpościerały się połacie ciemnozielonej roślinności. Wkrótce poczuli lekkie wibracje towarzyszące wejściu w atmosferę. Powietrze wokół nich falowało i migotało, ale wszystko wkrótce ustało. Zniżali się coraz bardziej. Nad ogromny obszar porośnięty trawą i karłowatymi drzewami. Sevic sterował sprawnie. Wkrótce na tle zachodzącego słońca dostrzegli maleńki punkcik, który jednak z każda sekundą rósł i przybierał formę wolnostojącego pierścienia.

- Oto i one. - Stwierdził Sevic. Odezwał się po raz pierwszy od startu.

- W rzeczy samej. - Zawtórował również do tej pory milczący Teal`c.

Kula ognia przeleciała tuz obok ich myśliwca. Sevic zareagował odruchowo, odbił ostro w lewo unikając kolejnych pocisków.

- Jednak ruszyli za nami w pogoń. - Stwierdził z całkowitym spokojem. - Trzymaj się. Może być gorąco.

Podążały za nimi trzy myśliwce wroga. Wszystkie maszyny miały takie same możliwości. Teraz liczyły się umiejętności pilotów. Sevic znał się na rzeczy. Robił zwody i uniki wciąż unikając trafienia. Zrobił ciasną pętlę, zanurkował, a kiedy wyrównał lot, znalazł się tuż za jednym ze ścigających go pojazdów. Wystrzelił, ledwie tylko celując. Jeden z pocisków trafił w myśliwiec, który nagle eksplodował. Jaffa skręcił ostro, uciekając przed pozostałymi napastnikami. Rozwścieczeni śmiercią jednego z nich, atakowali ze zdwojona siłą. Sevic musiał mocno lawirować, by uniknąć ich ostrzału. Zanurkował ostro. Ziemia zbliżała się w zastraszającym tempie. Tuż ponad jej powierzchnią odbił w górę. Fala gazów wylotowych wyrzuciła w powietrze prawdziwą fontannę piasku. Myśliwce wciąż siedziały mu na ogonie. W pewnym momencie rozdzieliły się, okrążały go szerokimi łukami. Sevic odbił w górę i w prawo. Jeden z myśliwców podążył za nim, drugi pozostał w tyle. Lecieli zygzakami, sevic starał się zgubić ścigającego, obejść go tak, by mógł go ostrzelać. Pociągnął dziób ostro w górę, zrobili klasyczną beczkę i nagle znaleźli się na wprost napastnika. Oba myśliwce wystrzeliły jednocześnie i niemal natychmiast wykonały unik. Teal`c stracił drugi statek z oczu. Rozglądał się gorączkowo, podczas gdy jego towarzysz wyrównywał lot. Niemal krzyknął z radości, kiedy go wreszcie ujrzał. Ciągnęła się za nim ciemna smuga dymu. Został trafiony i nieuchronnie opadał na ziemię. I wtedy ogień buchnął prosto na nich.

- Trafił nas! - Wrzasnął Sevic. - Trzymaj się!

Jakoś udało mu się zapanować nad myśliwcem. Pomimo kłębów dymu wydobywających się spod poszycia, silnik jeszcze działał. Wzniósł się w górę i zrobił ostry zwrot w lewo. Ostatni z myśliwców trzymał się z dala. Pilot wiedział doskonale, że jego pociski osiągnęły cel i spodziewał się, że maszyna niebawem runie na ziemię. Nie przewidział jednak, w ostatnim akcie desperacji Sevik zawróci gwałtownie i skieruje się prosto na niego.

Teal`c wstrzymał oddech. Coraz bardziej gęsty dym nie ograniczał widoczności. Myśliwiec Jaffa zbliżał się z każdą sekundą. Za chwilę powinni się zderzyć. Zamknął oczy, czekając na nieuniknione. Usłyszał jeszcze przekleństwa Sevika towarzyszące odgłosowi ostrzału, potem głośny wybuch i nic więcej. Otworzył oczy. Myśliwiec spadał. Ziemia rosła w zastraszającym tempie. W pewnej odległości dojrzał ostatniego z napastników. Jego pojazd koziołkował w powietrzu, ciągnąc za sobą pióropusz ognia. Więc jednak w ostatniej chwili udało się go zestrzelić. Przeciążenie wgniatało go w fotel. Ledwo mógł oddychać, w uszach dzwoniło. Odruchowo uniósł ręce, by osłonić nimi głowę, a potem myśliwiec uderzył w ziemię.

Ocknął się w całkowitej ciemności. Znajdował się w niewygodnej pozycji. Czuł przykry swąd spalenizny i jeszcze czegoś, czego nie potrafił nazwać. Kiedy spróbował się poruszyć, poczuł nagły rwący ból wzdłuż całego lewego boku. Poza tym był uwięziony. Coś trzymało jego nogi i zgniatało je z niewiarygodną siłą. Wyciągnął ręce przed siebie, macając dookoła na oślep. Zacisnął palce na ostrych krawędziach i wtedy zrozumiał, że to rozbity kokpit. Wciąż znajdował się w zestrzelonym myśliwcu. Pogięty metal unieruchamiał jego nogi, ale musiało być coś jeszcze. Oczywiście natychmiast odnalazł to coś. Fragment skrzydła oderwany prawdopodobnie w trakcie zderzenia z ziemią przebił na wylot jego udo i przyszpilił go do fotela. Oszołomiony osunął się na oparcie. Musiał zebrać myśli. Jego uwagę zwrócił dobiegający z ciemności cichy jęk. Natychmiast przypomniał sobie, że przecież nie był sam.

- Sevic? - Odpowiedziała mu cisza. - Sevic, jestem uwięziony, czy możesz się ruszać?

Nic. Żadnej odpowiedzi. Drugi Jaffa wciąż mógł znajdować się w kokpicie, ale równie dobrze siła zderzenia mogła wyrzucić go na zewnątrz statku. Mógł być nieprzytomny lub martwy. A już na pewno nie mógł przyjść Teal`cowi z pomocą. Nie miał wyjścia. Cokolwiek postanowi, musi najpierw wydostać się z myśliwca. Jeszcze raz dokładnie zbadał wbity w fotel kawałek metalu. Był wydłużony i miał ostre krawędzie. Ku dołowi zwężał się nieco. Chwycił go obiema rękoma i pociągnął. Poczuł jak ostre brzegi rozcinają jego skórę. W ten sposób na pewno nie da rady. Ostrożnie, starając się wykonywać jak najbardziej oszczędne ruchy, zdjął bluzę. Owinął materiał wokół metalowej drzazgi i spróbował raz jeszcze. Chwyt miał znacznie pewniejszy. Pociągnął. Metal drgnął, lecz towarzyszący temu ból zamroczył go. Opadł na fotel, oddychając głęboko. Wiedział, że przy mocniejszym szarpnięciu powinien się uwolnić. Wiedział też również, że będzie mocno krwawił. Może mieć nawet przeciętą tętnicę udową. Może mieć zmiażdżoną kość. Ale wiedział też, że nikt nie znajdzie go na tej zapomnianej przez wszystkich planecie. A jeśli już, to będą to z pewnością ludzie Olokuna. W takim przypadku już wolał śmierć z wykrwawienia. Musiał też sprawdzić, co stało się z Seviciem. Zebrał się w sobie. Zacisnął obie dłonie na pręcie, odetchnął głęboko, a potem szarpnął. Ból był tak intensywny, że nie był w stanie powstrzymać krzyku. Poczuł zawroty głowy. Zdawał sobie jednak sprawę, że teraz musi zatamować krwawienie. I to jak najszybciej. Jak w transie odplatał drżącymi rękoma bluzę z uwolnionego kawałka metalu. Rzucił go gdzieś na oślep, a bluzę omotał jak mógł najdokładniej na swoim udzie. Zawiązał rękawy, a potem zacisnął prowizoryczny opatrunek najmocniej jak tylko potrafił. Z głośnym jękiem osunął się z powrotem na oparcie fotela i po raz kolejny stracił przytomność.

Gdy ponownie otworzył oczy, niebo ponad jego głową przybrało już szaro-różową barwę charakterystyczną dla przedświtu. Zraniona noga pulsowała ostrym, kłującym bólem, ale wciąż żył. Nie wykrwawił się. Powoli, zaciskając zęby i walcząc z zawrotami głowy, dźwignął się z fotela. Wyciągnął najpierw jedną, potem drugą nogę spod złomu, który jeszcze niedawno był zwrotnym i szybkim myśliwcem. Zacisnął palce na resztkach potrzaskanej szyby, przerzucił prawą nogę przez krawędź kokpitu, wychylił się, a potem już siła ciążenia zrobiła swoje. Wysunął się na zewnątrz pojazdu. Osłabione ramiona nie zdołały udźwignąć jego ciężaru, więc zwalił się ciężko na ziemię. Chwilę leżał oszołomiony, w końcu jednak niezgrabnie dźwignął się na kolana, a potem przytrzymując się wraku wstał chwiejnie na nogi. Mimowolnie zarejestrował fakt, że miał naprawdę dużo szczęścia i jego kość udowa pozostała nienaruszona. Zrobiło się już na tyle jasno, że mógł rozejrzeć się po okolicy. Jak okiem sięgnąć ciągnęło się porośnięte sztywną trawą pustkowie. Daleko przed nim majaczył jakiś duży, ciemny kształt, lecz nie potrafił jeszcze dojrzeć, co konkretnie to było. Zajrzał na przedni fotel, zajmowany wcześniej przez Sevika. Był pusty. Wciąż opierając się o szczątki myśliwca, pokuśtykał na drugą jego stronę. Tu wreszcie znalazł to, czego szukał. Jaffa leżał na wznak. Jego nogi aż po biodra ginęły pod pogiętą masą okopconego metalu. Chwilę trwało, zanim Teal`c pojął, co właśnie widzi. Rzucił się naprzód, uklęknął obok swego sojusznika, mając świadomość, że prawdopodobnie jest już martwy. Kiedy jednak położył na jego ramieniu rękę, Jaffa jęknął.

- Sevic? - Pochylił się niżej, czując na twarzy słaby oddech mężczyzny. - Sevic, bracie. To ja, Teal`c. Ocknij się.

Ranny znów jęknął. Jego oddech był szybki i urywany. Z kącika ust sączyła się cienka, w słabym świetle niemal czarna stróżka krwi. Krew pokrywała również zbroję. Wsiąkała powoli w suchą, spękaną ziemię. Kiedy przyjrzał się bliżej, zauważył cięcie biegnące od mostka wzdłuż całego prawego boku. Czym było zadane Teal`c nie wiedział. Musiało to być coś naprawdę ostrego, co przecięło metalowy pancerz z taką łatwością. Wziąwszy pod uwagę obrażenia, zdumiewające było to, że Jaffa wciąż pozostawał przy życiu.

- Sevic! - Teal`c poklepał mężczyznę po policzku. Ten wreszcie drgnął i otworzył zamglone z bólu oczy.

- Kto… - Wyszeptał. - Kto to?

- To ja, Teal`c. Trzymaj się, bracie. Spróbuję cię uwolnić.

- Nie… Nie, czekaj… To na nic. Nie jesteś w stanie mi pomóc…

- Nie mów tak. Wyciągnę cię stąd.

- Teal`c… - Na ustach rannego pojawił się lekki uśmiech. - Ja umieram. Nic nie możesz zrobić.

- Nie zostawię cię tu.

- Zostawisz. - Wyciągnął rękę, chwycił Teal`ca za ramię. - Umieram wolny, bracie. O tym zawsze marzyłem. Ale ty musisz iść. Musisz iść do wrót…

- Pójdziemy, ale obaj…

- Czy ty mnie słuchasz? - Zniecierpliwił się Sevic. - Mój symbiont nie uleczy mnie, bo sam jest już prawie martwy. Zranił go odłamek metalu. Mam zmiażdżone obie nogi. Teal`c, wiesz, co to znaczy.

- Nie mogę cię zostawić.

- Możesz. Posłuchaj… Wrota znajdują się dokładnie na wschód od nas. Odlecieliśmy daleko, ale trafisz do nich. Idź… - Jego ciałem wstrząsnął kaszel. Z ust popłynęło więcej krwi.

- Musi być coś, co mogę dla ciebie zrobić.

- Pamiętaj… Pamiętaj o mnie… - Jego głos zaczął się rwać. - Powiedz Barranowi, że… że udało mi się… Mam godnego następcę. Gdziekolwiek Olokun się teraz uda, on będzie przy nim. Będzie kontynuował moje dzieło…

- On pozostał na statku? Czemu nie opuścił go razem z nami?

- To był… jego wybór. Nie… Nie trać czasu… Idź…

- Wrócę po ciebie, bracie. - Teal`c przyglądał się uważnie twarzy rannego. Jego skurczona dotąd z bólu twarz wypogodziła się. - Sevic? - Spytał cicho.

- Jestem wolny… - Wyszeptał Jaffa, a potem jego powieki opadły wolno.

Sevic był martwy. Na jego twarzy wciąż pozostał lekki uśmiech. Teal`c położył dłoń na ramieniu mężczyzny, by po raz ostatni oddać mu cześć.

- Zaszczytem było walczyć u twojego boku, bracie. - Rzekł cicho, pochylając nisko głowę.

Rąbek słońca wyłonił się ponad widnokręgiem, oświetlając całą scenę złocistym blaskiem. Wschód. To tam powinien się udać, by powrócić do swych towarzyszy. Nie miał pojęcia, jak daleko od wrót się znajdował. W trakcie walki stracił orientację. Wiedział jednak, że jest daleko i podróż będzie z pewnością długa. Tym bardziej, że był ranny. Przyjrzał się uważnie prowizorycznemu opatrunkowi. Nie widział świeżej krwi. Jego symbiont miał się całkiem nieźle i najwidoczniej już rozpoczął proces gojenia. Wstał z ciężkim sercem. Musiał odejść. Musiał, jeśli chciał, by poświęcenie Sevica nie poszło na marne. Jeśli pozostali mieli poznać historię jego walki i śmierci. A poza tym czekała na niego jego własna, prywatna walka, którą także musiał kontynuować. Ruszył powoli w stronę świetlistej kuli coraz wyżej wspinającej się na widnokrąg. Nie oglądał się za siebie.

Minął spalony wrak drugiego myśliwca. Nie tracił czasu na oglądanie zgliszczy. Pilot z pewnością nie przeżył. Szedł nieprzerwanie dzień i noc, odpoczywając jedynie tyle, by nie opaść całkiem z sił. W nocy wędrówka była nawet łatwiejsza, bo nie dokuczało palące słońce. Starał się więc odpoczywać w dzień, szukając choć odrobinę cienia rzucanego przez rosnące tu i ówdzie prawie bezlistne drzewa. Brak snu, wody i pożywienia szybko zaczął dawać się we znaki. Dzięki swojemu symbiontowi był silniejszy niż zwykły człowiek. Mógł znieść znacznie więcej, ale nawet i on miał swoje ograniczenia. Coraz częściej łapały go bolesne kurcze, zaczął też mieć halucynacje. Widział różne rzeczy. Widział Apophisa zmuszającego do popełniania strasznych zbrodni, widział swoich kolegów z drużyny uwięzionych i torturowanych, krzyczących z bólu. Widział tez swojego syna, Rya`ca, martwego, leżącego bezwładnie z roztrzaskaną głową. W końcu widział też Olokuna; klęczał u stóp Goa`ulda, ze słowami uwielbienia na ustach. Wizje odbierały mu siły, ale nie poddał się rozpaczy. Wiedział doskonale, że nie są prawdziwe. Że to jego własny strach podsuwa mu te obrazy.


Kolejnego dnia podróży nie był już pewien, czy da radę dotrzeć na miejsce. Szedł coraz wolniej. Zraniona noga uginała się pod jego ciężarem. Potknął się i po raz kolejny wylądował na kolanach. Coraz trudniej było się z nich podnosić. Zdawał sobie sprawę, że w końcu zabraknie mu sił, by tego dokonać. Słońce wisiało dokładnie nad jego głową. Uniósł ku niemu twarz, czując, jak pali jego skórę. Potem ukrył twarz w dłoniach. Chciał zapłakać, ale nawet tego już nie potrafił. A potem spojrzał przed siebie i zamarł. Daleko, daleko przed nim majaczył maleńki , okrągły pierścień. Gwiezdne wrota. Musiał osłonić oczy dłonią, lecz i tak nie był pewien, czy widzi je naprawdę. Może są kolejnym przywidzeniem? Okrutnym żartem zesłanym przez los? Musiał to sprawdzić. Jeszcze raz dźwignął się z kolan i utykając powlókł się w ich kierunku. Szedł, a one nie znikały, lecz stawały się coraz to większe. A więc jednak! Udało mu się. Zbliżył się już na tyle blisko, że doskonale widział wyryte na nich symbole. Podszedł do DHD i zawahał się. Nie mógł wrócić na Ziemię. Nie miał nadajnika. Zmusił wyczerpany umysł do ostatniego wysiłku. Potem wbił ostatni zapamiętany przez siebie adres, zaczekał, aż horyzont zdarzeń ustabilizuje się, wszedł po kilku schodkach na niewielką platformę i zanurzył się w srebrzystej poświacie.