Dziękuję za komentarze. Jak to miło usłyszeć dobre słowo od innych „braci w wierze", jak nazywam miłośników gwiezdnych wrót. Niesamowite, że wciąż jest nas aż tylu;-)
Carter usiadła gwałtownie w swoim śpiworze. Jej serce biło jak oszalałe. Była zlana potem. Rozejrzała się nieprzytomnie dookoła. Naprzeciwko siebie dostrzegła zaniepokojoną twarz Daniela. Siedział przy prowizorycznym stole i przeglądał jakieś notatki. Zawsze znalazł sobie coś do czytania bądź tłumaczenia. Poza nim nie było nikogo. Z westchnieniem ulgi opadła z powrotem na plecy. Uniosła ręce w górę i ukryła twarz w dłoniach. Był wczesny ranek. Słońce powoli zaczynało wdzierać się do komnaty wejściowej, w której zorganizowali obóz.
- W porządku? - Dobiegł ją pełen troski głos archeologa.
- Tak. - Odrzekła. - To tylko…
- Zły sen?
- Uhm. - Mruknęła.
- Zgaduję, że nie przyśnił ci się po raz pierwszy?
- Co? - Opuściła ręce i spojrzała na Jacksona. - Dlaczego tak myślisz?
- Wczoraj w nocy mówiłaś przez sen. Rzucałaś się.
- Mówiłam?- Zaniepokoiła się. - Co mówiłam?
- Mamrotałaś. Nic zrozumiałego, trwało to jednak dobrą chwilę. Już miałem cię obudzić, ale nagle przestałaś. Śni ci się coś konkretnego?
- Nie chcę o tym rozmawiać. - Ucięła.
- Może powinnaś?
- Daniel, naprawdę, daj mi spokój.
- W porządku. Nie nalegam. Ale jakbyś chciała pogadać, to wiesz… Jestem do usług.
- Jasne. Będę o tym pamiętać. - Jeszcze raz rozejrzała się po pomieszczeniu, potem spojrzała na zegarek. - Dlaczego nikt mnie nie obudził?
- Nie przesadzaj. - Daniel odłożył notes, przeciągnął się. - Jest jeszcze wcześnie. Wczoraj do późnej nocy przeglądałaś zapisy z kamer, a dzisiaj znowu wysyłamy drona, więc pewnie sytuacja się powtórzy. Powinnaś odpocząć.
- Powinnam zając się moimi obowiązkami.
- Akurat! Spałaś jak zabita. I mówię ci, potrzebowałaś tego.
- Daniel, proszę, nie traktuj mnie jak…
- Nic na to nie poradzę. - Archeolog wzruszył ramionami. - Masz się nie przemęczać. To zalecenie lekarskie. Wiesz, że z Janet nie można dyskutować. No i Jack też kazał mi mieć na ciebie oko.
- Pułkownik? Chyba nie mówisz poważnie?
- Martwi się o ciebie, Sam. Nie możesz mieć mu tego za złe. Ja też się martwię. Nie chcę, byś bez potrzeby narażała swoje zdrowie.
- Moje zdrowie jest już w najlepszym porządku. - Stwierdziła oschle, ale zaraz zmitygowała się. Daniel chciał dobrze, nawet jeśli był nieco nadgorliwy. - Przepraszam. - Bąknęła. - Masz rację, powinnam trochę przystopować, ale czuję się lepiej, gdy zajmuję się jakąś konkretną pracą.
- Wiem. - Jackson wstał od stołu i skierował się do wyjścia. - Chyba czuję zapach kawy. Masz ochotę? Oprócz snu potrzebujesz też pożywienia.
- Bardzo chętnie. Kawy nie odmówię nigdy.
Odprowadziła archeologa wzrokiem. Gdy została sama, zaklęła soczyście. Cholerne koszmary. Wciąż ją nawiedzały. Miała nadzieję, że zmęczenie spowoduje spokojny, głęboki sen, ale myliła się. Nie ważne jak późno położyła się spać, jak bardzo była wyczerpana i tak w końcu lądowała w celi z Kalebem. Zaciskał dłonie na jej gardle, przygniatał ją swym ciężarem, śmiejąc się demonicznie, a ona szarpała się rozpaczliwie, nie mogąc złapać tchu, a w końcu dusiła się i wtedy zazwyczaj wracała do świata jawy. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważy. Kładła się ostatnia i wstawała razem ze wszystkimi, a mimo to Daniel zdołał ją przejrzeć. Zawsze był uważnym obserwatorem. Była mu wdzięczna, że nie próbował niczego z niej wyciągnąć. Nie była gotowa, żeby rozmawiać o tym, co ją dręczyło. Tym bardziej, że sama do końca tego nie rozumiała. Kaleb nie żył. Widziała jego ciało. Już w żaden sposób nie mógł jej skrzywdzić. Wspomnienia jednak pozostawały żywe i niestety wciąż świeże. Bicie i poniżanie nie były najgorsze. To, w jaki sposób dotykał jej twarzy… Patrzył na nią… Było w tym coś obscenicznego. A jego wzrok, gdy spojrzał na nią tuż po ucieczce Olokuna, wciąż wywoływał u niej dreszcze. Budził w niej prawdziwy pierwotny lęk, nad którym nie potrafiła zapanować.
Wygrzebała się ze śpiwora i sięgnęła po ubranie. Wciągnęła spodnie i czysty podkoszulek. Starannie wiązała sznurówki butów. Potem zwinęła śpiwór i spakowała rzeczy do plecaka. Przygładzając włosy palcami, z nostalgią pomyślała o prysznicu. Na razie jednak o podobnych luksusach mogła zapomnieć. Wzięła bluzę do ręki i w samym podkoszulku wyszła na zewnątrz. Było przyjemnie ciepło. Niebawem, gdy słońce powędruje w górę, zrobi się gorąco, ale teraz powietrze pachniało jeszcze poranną świeżością. Nieopodal wejścia przy ognisku zgromadziło się kilka miejscowych kobiet oraz trójka marines. Pułkownik Reynolds pozdrowił ją krótkim skinieniem głowy. Odpowiedziała tym samym gestem. Czwarty z drużyny pełnił wartę przy gwiezdnych wrotach. Wspomagali go miejscowi, którzy okazali się równie czujni i zdyscyplinowani jak wyszkolona drużyna SG. Nic dziwnego. Stali na straży dopiero co odzyskanej wolności. Odpowiadali za bezpieczeństwo wszystkich, którzy zdecydowali się pozostać na tej planecie. Daniel pochylał się nad ogniskiem, by zdjąć znad ognia czajnik. Gdy zbliżyła się do ogniska, marines właśnie kończyli śniadanie. Pozbierali odłożony na czas posiłku ekwipunek i odeszli do swych zajęć. Daniel wyciągnął w jej stronę napełniony po brzegi kubek.
- Proszę. Zasłużyłaś sobie.
- Dziękuję. - Usiadła ze skrzyżowanymi nogami i upiła pierwszy łyk.
Kobiety przyglądał się jej z uśmiechami na twarzy. Sam wyraźnie im imponowała. Do ogniska podeszła Rebeka, niosąc półmisek wypełniony cienkimi, ale apetycznie wyglądającymi plackami. Podała jeden Carter. Kobieta znów podziękowała i wzięła go do ust. Przypominał w smaku razowy chleb. Był miękki i delikatny. Właśnie taki przyniósł jej Rufus, gdy była uwięziona. Od drugiej otrzymała miskę gęstej zupy. Sam nie miała pojęcia, skąd mieszkańcy brali pożywienie. Przecież wszędzie dookoła były same piaski. Teraz prawdopodobnie opróżniają spiżarnie pałacowe, ale co będzie, gdy zapasy się skończą? Odejdą na inne planety, czy wyruszą w głąb pustyni w poszukiwaniu oazy? Przy pomocy drona przeczesali teren w promieniu wielu kilometrów na wschód i południe. Natknęli się na trzy otoczone skąpą roślinnością źródła. Miejscowi jednak zapewniali, że jest ich więcej i że niegdyś życie skupiało się właśnie wokół nich, choć odkąd Olokun objął tu swe rządy, zaopatrzenie sprowadzał poprzez gwiezdne wrota. Nie mogła spytać o to Barrana, bo musiał opanować jakiś inny, lokalny kryzys. Postanowiła, że zrobi to, kiedy tylko mężczyzna wróci, a do tego czasu przeskanuje kolejny fragment pustyni. Jeśli będzie miała szczęście, może odnajdzie kogoś z zaginionej świty Olokuna.
Jak dotąd nie znaleźli nawet śladu po zarządcy. Naprawdę dobrze się ukrywał. Nic dziwnego, mieszkał tu od urodzenia i z pewnością znał doskonale wszystkie możliwe kryjówki. Postanowiła, że odnajdzie go choćby miała przeskanować tę całą cholerną planetę. Kaleb był martwy, Olokun znajdował się poza jej zasięgiem, ale zarządcę wytropi. Za to, co zrobił ludziom skazanym na pracę w kamieniołomach. Za to, co zrobił Danielowi i O`Neillowi. Za każdą cholerną bliznę, jaką pozostawił na ich ciele. Skurwysyn zasłużył na dotkliwą karę i ona postara się, aby w końcu ją otrzymał.
Widząc, że apetyt jej dopisuje, Daniel wstał i poszedł z powrotem do sali wejściowej, by z własnego plecaka wygrzebać krem z filtrem. Na głowę wcisnął kapelusz z szerokim rondem. Nie przepadał za słońcem. Zawsze starał się przed nim chronić. Pod pachę wsunął pozostawiony na stole notatnik. Wyszedł na słońce zapinając bluzę. Nagle przystanął w pół kroku i wyraźnie zdumiony spojrzał w kierunku, gdzie znajdowały się gwiezdne wrota.
- Ktoś biegnie. - Stwierdził, pokazując palcem.
- Co takiego? - Zerwała się na nogi.
Rzeczywiście. Poprzez wydmy, potykając się i przewracając, biegła ku nim jakaś postać. Marines również ją dostrzegli. Zespół rozproszył się z bronią gotową do strzału. Reynolds przyciszonym głosem rozmawiał przez krótkofalówkę z majorem znajdującym się przy wrotach. Choć wymiana zdań wyraźnie go uspokoiła, pozostał czujny. Carter rozejrzała się gorączkowo. Broń zostawiła w pałacu obok reszty swoich rzeczy. W ułamku sekundy podjęła decyzję, że nie pobiegnie po nią. Zespół SG już panował nad sytuacją, a zresztą ten ktoś był sam i najwyraźniej nie zawracał sobie głowy środkami bezpieczeństwa. Po prostu biegł na złamanie karku. Sam i Daniel wyszli mu na spotkanie. Reynolds towarzyszył im i dopiero gdy w przybyszu rozpoznał Jareda, zdecydował się opuścić broń. Już niebawem usłyszeli ciężki oddech zmęczonego mężczyzny.
- Jaffa… - Wykrztusił.
Mózg Carter pracował na najwyższych obrotach. Natychmiast przesłał jej obrazy uzbrojonych w śmiercionośne lance wojowników otaczających osadę i mordujących wszystkich jej mieszkańców. Zrobiło jej się słabo. Jak mogło do tego dojść? Mężczyzna podbiegł do Sam i chwycił ją za ramiona.
- Jaffa... - Powtórzył urywanym głosem. - Ten, który był z tobą w wiosce…
- Co? - Przed oczami wciąż miała wizję martwych ludzi.
- Twój towarzysz jest w wiosce. Przybył przez gwiezdne wrota.
- Co? - Powtórzyła. Sens wypowiedzi jeszcze do niej nie dotarł.
- Teal`c? - Wtrącił się Daniel. - Mówisz o Teal`cu? Jest w twojej wiosce?
- Tak… - Jared pokiwał głową, walcząc o odzyskanie oddechu. - Przeszedł przez wrota. Jest ranny.
- O mój Boże. - Dopiero teraz Sam się odblokowała. - Jak się tam dostał?
- Nie wiem. Nie był w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie.
- Jest ciężko ranny?
- Źle z nim. Zemdlał, jak tylko przeszedł przez wrota. Zabraliśmy go do wioski, ale potrzebuje waszej pomocy. My nie wiemy jak z nim postępować. To coś, co nosi w sobie…
- Larwa Goa`ulda go chroni. - Wyjaśniła odruchowo, a potem zwróciła się do Reynoldsa. - Pułkowniku, musimy to sprawdzić.
- Zgadzam się. - Mężczyzna marszcząc brwi, już obmyślał plan działania. - Kiedy przeszedł przez wrota?
- Niedawno. Nie wiem dokładnie. Przynieśli go wartownicy. Sprawdziłem tylko w jakim jest stanie i zaraz wyruszyłem, by was zawiadomić.
- Dobrze. Pani major, pójdzie pani ze mną i z majorem Smithem. Jeśli to rzeczywiście Teal`c, powinniśmy jak najszybciej zapewnić mu pomoc medyczną. Nie możemy jednak wykluczyć jakiegoś podstępu, dlatego wy dwaj… - Spojrzał na marines, którzy właśnie do nich podeszli. - Pozostaniecie po tej stronie gwiezdnych wrót. Będziecie zabezpieczać nam tyły.
- Idę z wami. - Wtrącił się Daniel.
- Pan zostanie, doktorze Jackson.
- Ale…
- Nie ma żadnego „ale". - Uciął stanowczo pułkownik. - Wciąż musimy zachować szczególną ostrożność. Jeśli nie odezwiemy się w ciągu godziny, zawiadomi pan o wszystkim generała Hammonda. Zrozumiał pan? - Zaczekał, aż archeolog skinie niechętnie głową, po czym odwrócił się, by odejść. - Major Carter proszę zabrać swoje rzeczy. Czekamy przy gwiezdnych wrotach.
Carter pobiegła do pałacu. W pośpiechu zapinała bluzę i kamizelkę kuloodporną. Machinalnie sprawdziła sprzęt. Przewiesiła przez ramię pasek, na którym zawieszony był karabin maszynowy i już gnała do wyjścia. Gdy zadyszana wspięła się na ostatnią z wydm, pułkownik Reynolds zdążył już wydać swym podwładnym stosowne rozkazy i widząc ją nadbiegającą, zaczął wybierać adres na konsoli. Miała zaledwie chwilę, by uspokoić oddech.
- Gotowi? - Reynolds rzucił pytanie zarówno do niej, jak i do swojego zespołu.
- Tak jest, sir! - Wysapała, przygładzając włosy, by włożyć na głowę czapkę z daszkiem.
Zanurzyli się w horyzont zdarzeń i wypadli na trawiastą równinę. Tutaj wrota także były strzeżone. Wartownicy, młodzi mężczyźni z osady, przywitali ich gotowymi do strzału lancami, zabranymi pokonanym Jaffa.
- Hej, hej, panowie! - Reynolds uniósł ręce do góry. - Spokojnie. Jesteśmy po tej samej stronie.
Opuścili lance i wyraźnie podekscytowani natychmiast zaczęli jednocześnie mówić. Jared uciszył ich uniesieniem dłoni.
- Przenieśliśmy go do naszego domu. - Objaśniał, gdy szybkim marszem ruszyli w kierunku wioski. - Zatamowaliśmy krwawienie. Tylko tyle byliśmy w stanie zrobić. Stracił dużo krwi.
- Jego metabolizm jest nieco inny niż nasz. - Carter mówiła w połowie do Jareda, a w połowie do samej siebie. - Junior chroni go przed powszechnymi infekcjami i przyspiesza proces regeneracji organizmu.
- Co to Junior? - Zdziwił się Jared.
- Larwa. Tak ją nazywamy.
- Larwa w jego brzuchu nosi imię? - Wciąż nie mógł zrozumieć.
- Nie, nie nosi. Ten Goa`uld był jeszcze bardzo młody, kiedy trafił do Teal`ca, stąd to określenie. Junior oznacza po prostu „młody". - Tłumaczyła cierpliwie. - Pułkownik O`Neill nazwał tak larwę w żartach i przyjęło się.
- Rozumiem. - Stwierdził mężczyzna, choć wcale nie wyglądał na przekonanego.
- Spójrzcie. - Przerwał im Reynolds. - Mamy komitet powitalny.
Zbliżali się już do pierwszych zabudowań. Na uliczki wylegli mieszkańcy wioski. Byli wyraźnie zaniepokojeni. Pojawienie się Teal`ca musiało zburzyć krótkotrwały spokój, jakiego zaznali po powrocie do swych rodzin. A jeśli ktoś będzie go poszukiwał? Co jeśli przybędzie tu za nim? Dokąd mają uciekać? Gdzie się schronić? Carter doskonale rozumiała ich nastawienie. Dlatego też jak najszybciej musieli porozmawiać z Jaffa. Jeśli jednak jego stan rzeczywiście jest tak ciężki, będzie to niemożliwe. A jeśli wszyscy znajdują się w niebezpieczeństwie? Przyspieszyła kroku. Mijała dom za domem. Nie patrzyła na nikogo. Kierowała się prosto do budynku, w którym mieszkała przewodnicząca rady osady. Kiedy podeszła do drzwi, te otworzyły się gwałtownie i zobaczyła w nich bladą twarz Kalii.
- Jesteście…
W spojrzeniu dziewczyny było coś takiego, że Sam stanęła jak wryta, czując jak krew odpływa jej z twarzy.
- Czy on… - Wyszeptała.
- Żyje. - Kalia chwyciła ją za rękę i pociągnęła w głąb domu. - Tak się bałam, że coś się stanie wam, albo Jaredowi… Wciąż nie wiemy skąd się tu wziął. Ocknął się na chwilę, ale powtarzał tylko, że Sevic nie żyje. Nic więcej.
Carter już jej nie słuchała. W głębi pomieszczenia, na niskim posłaniu leżał członek jej drużyny. Jego twarz pokrywały siniaki. Miał rozciętą wargę, łuk brwiowy i mnóstwo drobnych skaleczeń i otarć na ramionach i głowie. Prawa nogawka spodni została rozcięta, a spod strzępów materiału wystawał świeży opatrunek, który już zdążył przesiąknąć krwią. Zabandażowane miał także obie dłonie. W dwóch susach znalazła się przy nim, przyklękając na jedno kolano. Jej dłoń odruchowo powędrowała do tętnicy szyjnej. Puls był szybki, ale silny. Przeniosła dłoń na jego czoło i zmarszczyła brwi. Miał wysoką gorączkę. To był niepokojący objaw. Teal`c nigdy nie chorował. Jego symbiont zawsze zwalczał wszelkie czynniki zakaźne. Czemu nie zrobił tego i teraz? Wolała się nad tym nie zastanawiać.
Niespodziewanie powieki rannego drgnęły. Uchylił je nieznacznie i spojrzał na siedzącą obok niego kobietę. Jego wzrok pozostał obojętny, jakby jej nie poznawał.
- Teal`c? - Pochyliła się niżej. - Słyszysz mnie?
- Major Carter? - Zdziwienie w jego głosie było autentyczne. Zamrugał kilka razy i znów na nią spojrzał tym razem z niedowierzaniem.
- To ja. Teal`c, co się stało? Jak się tu dostałeś?
Jaffa z trudem wyciągnął dłoń i dotknął jej policzka.
- Jesteś prawdziwa… Myślałem… - Przymknął powieki, a kiedy otworzył je ponownie, wzrok miał już trzeźwy. - Miałem halucynacje. Myślałem, że pani wcale tu nie ma. Że jest pani tylko kolejnym omamem.
- Jestem tu. - Delikatnie chwyciła jego poranioną dłoń, żeby mógł poczuć, że jest jak najbardziej realna. Uśmiechnęła się. - Naprawdę tu jestem.
