Alarm rozwył się głośno i niespodziewanie. Generał Hammond odłożył pióro na blat biurka i starannie poskładał dokumenty. Żadna z drużyn nie powinna dziś wracać. Niezapowiedziana aktywacja wrót zawsze była stresująca. Mogła zwiastować przybycie któregoś z sojuszników, lecz także wcześniejszy powrót drużyny lub atak na bazę. Wyszedł ze swego gabinetu i po schodach zbiegł do pomieszczenia kontrolnego. Akurat w momencie, gdy przesłona zacisnęła się, zasłaniając całkowicie horyzont zdarzeń. Walter Harriman spojrzał krótko na swojego przełożonego.

- Połączenie przychodzące. - Zakomunikował zupełnie niepotrzebnie.

Generał odruchowo skinął głową. W końcu procedury to procedury i należało ich przestrzegać. Wszyscy w napięciu obserwowali monitor komputera. Tylko drużyny SG i sojusznicy posiadali nadajniki i kody, dzięki którym mogli zostać zidentyfikowani. Po kilku chwilach na ekranie pojawił się szereg cyfr.

- Sir, kod jedynki. - Zameldował Harriman, choć wszyscy obecni w pomieszczeniu również zauważyli ten komunikat.

- Otworzyć przesłonę. - Rzucił krótko generał i skierował się do wyjścia.

Zbiegł do sali wrót lekko zdyszany. No cóż. Lata już nie te, co dawniej. Kondycja również. Ustawił się za uzbrojonymi strażnikami i czekał. Z migotliwej tafli wyłoniły się trzy osoby. Major Carter i pułkownik Reynolds podtrzymywali słaniającego się na nogach Teal`ca. Jeden rzut oka wystarczył, by zrozumieć, jak wiele przeszedł, zanim udało mu się powrócić. Hammond wciągnął głośno powietrze. Teal`c został uprowadzony przez Goa`ulda. Jakim cudem udało mu się wydostać z niewoli? Żołnierze opuścili broń. Generał wyminął strażników i wyszedł przybyszom na spotkanie. Zdumiony wpatrywał się w Jaffa, potem przeniósł wzrok na dowódcę zespołu.

- Pułkowniku Reynolds, co …

- Sir, potrzebny jest zespół medyczny. - Przerwała mu Carter.

- Oczywiście. - Generał zerknął w górę, w kierunku przeszklonego okna. - Zespół medyczny do sali wrót! - Krzyknął. Sierżant już trzymał w dłoni słuchawkę telefonu, by powiadomić odpowiednie służby.

Cała trójka zeszła powoli po rampie. Kiedy dotarli do końca, delikatnie opuścili Teal`ca na dół. Jaffa bezwładnie osunął się na rampę. Był przytomny lecz najwyraźniej zupełnie wyczerpany. Ciężko dyszał, po jego nienaturalnie bladej twarzy spływał pot. Otworzył jednak oczy i rozejrzał się. Poszukał wzrokiem pochylającego się nad nim Hammonda.

- Generale... - Wyszeptał z trudem.

- Nic nie mów, synu. - Dowódca bazy poczuł nagle, że sam jest spocony. Odruchowo otarł wierzchem dłoni pot z czoła. - Cieszę się, że cię widzę. Ostatnie wieści o tobie były bardzo niepokojące.

- W rzeczy samej… - Jaffa odetchnął głęboko. A potem po raz kolejny zemdlał.


Jack o Neill w tym czasie siedział na leżance w gabinecie zabiegowym i zaciskał zęby. Rany na jego plecach goiły się dobrze, wciąż jednak były bolesne. Musiał uważać na każdy gwałtowniejszy ruch. Nawet zwykłe wzruszenie ramionami było obecnie trudnym zadaniem. Teraz jednak nie wykonywał żadnego ruchu, choć ochotę miał wielką. Wstać i wyjść. I nie wracać tu więcej. Trwał jednak dzielnie, lekko zgarbiony, wstrzymując oddech, gdy Janet Fraiser odrywała kolejny plaster by przemyć rany i zmienić opatrunki. Wiedział, że to konieczne i wiedział, że lekarka stara się być możliwie delikatna, mimo to czekał na koniec zabiegu jak na zbawienie. Janet odkleiła ostatni opatrunek i przyjrzała się swojemu dziełu. Plecy pułkownika wciąż wyglądały koszmarnie. Pokrywające je ciemne pręgi wyraźnie odcinały się od bladej skóry. Chwyciła pęsetą gazik nasączony antyseptycznym roztworem i zaczęła przemywać kolejne partie skóry.

- Przepraszam. - Rzuciła odruchowo, gdy wzdrygnął się mimowolnie. - Już prawie kończę.

Pokiwał w milczeniu głową. Mówiła tak już kilka razy. Korytarze wypełniły się nagle rykiem syreny oznajmiającej otwieranie się gwiezdnych wrót. Któraś z drużyn wracała z misji. Pułkownik westchnął. Minie jeszcze trochę czasu zanim dane mu będzie zrobić to samo. Fraiser wyrzuciła do kosza zużyty gazik i sięgnęła po następny. Przygotował się na kolejna porcję bólu. Uratował go dźwięk telefonu. Lekarka odłożyła pęsetę na tacę i podeszła do aparatu.

- Fraiser. - Rzuciła do słuchawki. Chwilę słuchała, potem jej twarz zmieniła wyraz. Zerknęła szybko na O`Neilla, po czym odwróciła wzrok. - Tak jest. Oczywiście. Już idę.

- Co się dzieje? - Zainteresował się Jack.

- Pułkowniku, proszę tu zostać. Zaraz przyślę kogoś, kto dokończy opatrunek.

- Dlaczego? Co się stało?

-Nie teraz, pułkowniku. Muszę iść.

- Co się dzieje? - Powtórzył teraz już się zdenerwowany. - Pani doktor, może mi pani powiedzieć?

Mimowolnie podniósł głos. Zachowanie lekarki budziło jego niepokój. Zatrzymała się w drzwiach. O`Neill wpatrywał się w nią z napięciem. Uznała, że ma prawo wiedzieć. Wkrótce wszyscy w bazie będą wiedzieli, a on był dowódcą drużyny. To jego podwładny leżał teraz nieprzytomny na podłodze tuż obok wrót.

- Major Carter i Pułkownik Reynolds sprowadzili do bazy Teal`ca. - Ton głosu lekarki sugerował, że sytuacja jest niewesoła.

- Co z nim? - Wychrypiał Jack.

- Nie wiem. - Pokręciła głową. - Pułkowniku, jestem pewna, że chciałby go pan zobaczyć, ale naprawdę proszę, żeby pan poczekał. Będę więcej wiedziała, kiedy już go zbadam. Zaraz kogoś do pana przyślę.

Wyszła pośpiesznie, zamykając za sobą drzwi. O`Neill został sam, wsłuchując się uważnie w oddalający się stukot obcasów kobiety. Czuł, jak jego nagie ciało pokrywa gęsią skórką. Teal`c powrócił do bazy. To była dobra wiadomość. Ale pośpiech z jakim lekarka opuściła pomieszczenie, jej dziwne spojrzenie, już nie wróżyły niczego dobrego. Dłuższą chwilę na korytarzu panowała cisza, potem rozległ się tupot kilku par nóg wymieszany z gwarem głosów. Nie wytrzymał. Podszedł do drzwi i uchylił je lekko. Zanim cały pochód zniknął za załomem korytarza, zdążył dojrzeć leżącą na noszach nieruchomą postać.

- Cholera, Teal`c!

Nie zastanawiając się, co robi, pobiegł korytarzem za oddalającym się konduktem. Pobiegł to może za dużo powiedziane. Bardziej przypominało to pośpieszne kuśtykanie, ale bardzo się starał. Zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami i tu zabrakło mu odwagi. Bał się tego, co zastanie po ich drugiej stronie. Czy Teal`c żyje? Znów przypomniał sobie niepokojące zachowanie Fraiser i aż go zmroziło. Stał tam po prostu z wyciągniętą ręką i dyszał ciężko, jakby przebiegł maraton, a nie zaledwie jeden korytarz.

- Pułkowniku? - Pełen dezaprobaty głos generała Hammonda natychmiast go otrzeźwił. - Może mi pan wyjaśnić, co pan tu robi?

Zamarł. Odwrócił się niechętnie w stronę swojego przełożonego. Odruchowo wyprężył się i chciał stuknąć obcasami, lecz miękkie pantofle, które miał na nogach zupełnie zepsuły efekt. Generał zlustrował go dokładnie od góry do dołu. Jego brwi powędrowały do samej góry. O`Neill też na siebie spojrzał i dopiero teraz uświadomił sobie, że wybiegł na korytarz w samych spodniach od szpitalnej piżamy.

- Sir, ja… - Zaczął i urwał zmieszany. - Przepraszam. Chciałem sprawdzić co z Teal`ciem.

- Rozumiem, ale w takim stroju…

- Tak, rzeczywiście. Nie powinienem…

- Zgadzam się. Nie powinien pan. - Dołączył nagle energiczny kobiecy głos. - Właśnie pana szukam. Muszę opatrzyć pańskie plecy.

Tuż obok generała pojawiła się pielęgniarka. Patrzyła na pułkownika z wyraźnym wyrzutem. No tak, miał na nią zaczekać w gabinecie zabiegowym. Zrozumiał, że nie ma wyjścia. Nie mógł tu zostać, a już na pewno nie mógł teraz zajrzeć na salę. Słyszał dobiegające zza drzwi głosy Fraiser oraz Carter. Lekarka jak zawsze była opanowana. Głos Sam lekko drżał. Co tam się dzieje do cholery? Przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Hammond patrzył na niego ze zrozumieniem.

- Proszę pozwolić doktor Fraiser pracować. - Powiedział łagodnie. - W tej chwili w niczym pan nie pomoże. Wie pan o tym doskonale.

- Tak jest, sir. - Zgodził się potulnie.

- Poza tym, jeśli się nie mylę, powinien pan być gdzie indziej.

- Tak jest. - Powtórzył, zerkając kątem oka na pielęgniarkę

- Pułkowniku, zapraszam. - Kobieta wskazała dłonią kierunek.

-To ja już… tego… chyba sobie pójdę.

Wyminął dowódcę i ruszył powoli korytarzem. Generał patrzył za nim, mimowolnie zaciskając pięści. O`Neill szedł przygarbiony, a jego plecy prezentowały się teraz w pełnej krasie. W zimnym blasku oświetlających korytarz jarzeniówek wyglądały wyjątkowo źle. Sztywny chód pułkownika wskazywał na to, że rany wciąż sprawiały mu ból. Generał otworzył usta, by coś jeszcze powiedzieć, ale zawahał się. Nie winił go. Przeciwnie – doskonale go rozumiał. Przecież sam przyszedł tu, choć wiedział, że jest za wcześnie na konkretne informacje. Jack na pewno martwił się o przyjaciela, ale sam wciąż jeszcze potrzebował odpoczynku. Rany Teal`ca były poważne. Zanim zostanie dokładnie zdiagnozowany i zanim lekarze zrobią wszystko, co konieczne może minąć nawet kilka godzin. Pułkownik nie powinien stać pod drzwiami sali operacyjnej aż tak długo, a znając go, Hammond był pewien, że tak właśnie by postąpił.

O`Neill rzeczywiście miał taki zamiar, lecz personel medyczny całkowicie go udaremnił. Po założeniu opatrunku pułkownik został odeskortowany do swojego pokoju i unieruchomiony pod kroplówką. Co prawda mógłby wziąć stojak na mały spacer, lecz w końcu pozostał na miejscu udobruchany obietnicą, że zostanie powiadomiony gdy tylko operacja dobiegnie końca. Lekarze mozolili się z zatrzymaniem krwawienia. Rana na udzie Teal`ca była bardzo poważna. Czekał więc cierpliwie. Minuty mijały jedna za drugą. Minęła godzina, a potem druga. Kroplówka dawno już zeszła. Nie mógł leżeć bezczynnie w łóżku. Siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, spacerował od ściany do ściany. W końcu stwierdził, że nie chce już dłużej trwać w niepewności. Naciągnął na ramiona szlafrok i wyszedł na korytarz, gotowy zmierzyć się z każdym, kto chciałby go zatrzymać. Jego obawy okazały się bezpodstawne. Bez żadnych problemów pokonał korytarze, by wreszcie natknąć się na Carter. Siedziała na składanym krzesełku. Łokcie oparła na kolanach. Jej dłonie zwisały luźno. Wpatrywała się podłogę. Słysząc kroki uniosła wzrok.

- Sir? - Zerwała się z krzesła.

- Co z nim? - Spytał krótko.

- Miał pan być w swoim pokoju. - Odparła wymijająco.

- Carter, zlituj się. - Pułkownik podszedł do niej i chwycił ją za ramiona. - Przeżyje?

- Tak sądzę. Już po operacji. Czekam na doktor Fraiser. Miałam iść do pana, kiedy tylko dowiem się czegoś więcej.

- Nie mogłem znieść tego czekania. - Mruknął. - Co się właściwie stało? Jak się tu dostał?

Drzwi otworzyły się niespodziewanie i stanęła w nich Janet Fraiser. Zamiast munduru miała na sobie niebieski uniform składający się z luźnych spodni i workowatej bluzy. Obrzuciła oboje czujnym spojrzeniem. Pułkownik puścił ramiona Sam wyraźnie zmieszany. W tym samym momencie zza pleców lekarki wyłonił się nagle generał Hammond. Obserwował cały zabieg, siedząc na przeszklonej galerii z boku sali operacyjnej.

- No oczywiście! Powinienem był się spodziewać, że jednak mnie nie posłuchacie. - Rozpoczął gderliwie na widok dwójki swych podkomendnych. Na pułkowniku zatrzymał wzrok nieco dłużej. - Przynajmniej tym razem jest pan ubrany. - Stwierdził.

- Jak on się czuje? - Spytał O`Neill bez ogródek.

- Możemy go zobaczyć? - Zawtórowała Sam.

- To nie jest dobry pomysł. - Fraiser potrząsnęła głową. - Właśnie został przewieziony na salę pooperacyjną. Przez dłuższy czas będzie nieprzytomny. Potrzebuje teraz dużo odpoczynku.

- Bardzo z nim źle? - Hammond zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji.

- No cóż… - Janet spoglądała na całą trójkę. - Nie będę ukrywać, że jego stan jest poważny. Stracił dużo krwi. I choć krwawienie udało się zatamować, a obrażenia wewnętrzne okazały się niezbyt groźne, jego życie wciąż jest zagrożone. Problem stanowi jego symbiont.

- Jaki problem?

- Podejrzewam, że larwa może znajdować się w stanie przypominającym szok. Odniosła obrażenia w trakcie wypadku, a wcześniej już była osłabiona w wyniku tortur Kara Kesh. Goa`uld był w stanie utrzymać Teal`ca przy życiu, lecz nie miał już dość siły, by rozpocząć leczenie jego obrażeń. To dlatego rany nie zasklepiły się same. Podaliśmy mu krew i antybiotyki. Nawadniamy go. Stworzyliśmy warunki, aby symbiont mógł się sam zregenerować, nie tracąc energii na swojego nosiciela. Pozostaje tylko czekać i mieć nadzieję. Myślę, że wszystko rozstrzygnie się w ciągu najbliższych godzin.

- Jaki wypadek? - O`Neill przeniósł wzrok z Carter na Hammonda. - Sir, mógłbym poznać szczegóły?

Generał długo wpatrywał się w niego z namysłem.

- Jeśli doktor Fraiser wyrazi zgodę, może pan wziąć udział w odprawie. Mamy do omówienia kilka kwestii. Przyda się pańska opinia. - Rzekł wreszcie. - Oczywiście jeśli czuje się pan na siłach.

- Tak jest, sir. Dziękuję. - Patrzył na lekarkę niemal błagalnie. - Pani doktor?

- Dobrze. - Janet uznała, że i tak nie ma innego wyjścia. - Tylko proszę się nie forsować.

- Nie ma obawy. Carter będzie nade mną czuwać. - Uśmiechnął się niemal szelmowsko. - A teraz przepraszam. Chciałbym pozbyć się wreszcie tego szlafroka.