Powoli domykamy wątki.
- Odnaleźliśmy ciało Sevica.
Barran wypowiedział te słowa spokojnym, zmęczonym głosem. Odpowiedziała mu pełna napięcia cisza. Nikt nie kwapił się, by zadać mu pytanie. Wszyscy czekali na dalszy ciąg. Zebrali się w sali odpraw. Generał Hammond zajął swoje zwykłe miejsce u szczytu długiego stołu. Po jego lewej ręce zasiadali major Carter, Daniel Jackson oraz pułkownik Reynolds, po prawej zaś pułkownik O`Neill oraz Barran. Przez ostatni tydzień on i jego ludzie przeczesali wiele planet w poszukiwaniu tej, na której rozbił się myśliwiec Sevica i Teal`ca. Mężczyzna pół godziny temu przybył przez gwiezdne wrota, przynosząc wieści, na które wszyscy czekali. Wyglądał na zmęczonego. Wciąż trzymał się prosto, lecz lekkie pochylenie ramion i podkrążone oczy sugerowały, że miniony tydzień spędził naprawdę pracowicie.
- Teal`c nie znał adresu planety, lecz podany przez niego opis pasował do kilku znanych nam miejsc. - Kontynuował mężczyzna. - Sprawdziliśmy je wszystkie.
- Co to za planeta? - Spytał Hammond.
- Odległa. Sama w sobie nie ma wielkiego znaczenia strategicznego. Za to daje nam pewne sugestie. Olokun ucieka. Opuścił swoje dominium i wciąż się oddala.
- To dobrze. Wcale za nim nie tęsknimy. - Mruknął O`Neill.
- Ciało uwięzione było pod wrakiem myśliwca. - Mówił dalej Barran, jakby w ogóle nie usłyszał uwagi pułkownika. - Zabraliśmy je i przetransportowaliśmy na planetę, z której pochodził. Został pochowany zgodnie z obyczajem.
- Ciało pozostało w miejscu wypadku. - Wtrąciła Carter. - Olokun nie szukał go? Nie chciał ożywić w sarkofagu, przesłuchać? Nie chciał odzyskać więźnia?
- Nie. Znaleźliśmy też rozbite myśliwce, które wyruszyły w pościg. Wszystko wskazuje na to, że tylko one. Olokun nie chciał ryzykować dalszych poszukiwań. Poświęcił swoich ludzi. Poświęcił zakładnika, z którym wiązał duże nadzieje.
- Po prostu uciekł? - O`Neill pokręcił głową z dezaprobatą. - Ten skurwiel nie ma nie tylko honoru, ale także jaj.
- Pułkowniku! - Upomniał go Hammond. - Proszę liczyć się ze słowami.
- Przepraszam, sir. - Odrzekł szybko, choć jego mina mówiła, że wcale nie jest mu przykro.
- To prawda. - Poparł go Barran. - Olokun zaszył się gdzieś na krańcach galaktyki. Podejrzewamy, że ukrywa się przed którymś ze swoich wrogów. Miał ich kilku, a po rebelii stracił przewagę w postaci niewolników i nosicieli. Myślę, że chciał uniknąć konfrontacji.
- Wiadomo coś o aktualnym miejscu jego pobytu? - Ciągnął generał.
- Nie potrafimy go wytropić. Przynajmniej na razie. Jest bardzo ostrożny i nie pozostawia po sobie śladów.
- Wróci?
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To możliwe. Kiedy już wyliże swoje rany.
- Ra nie powrócił na Ziemię, kiedy opuścił ją z powodu buntu. - Przytomnie stwierdził Daniel.
- Nie. Ale my zakopaliśmy swoje wrota. - Dołączyła do dyskusji Carter.
- Olokun nie stracił jednej planety. On stracił wszystkie. Jeśli będzie dostatecznie arogancki, może spróbować przejąć je z powrotem. Uważam, że nie nastąpi to wkrótce, lecz mimo to należy zachować czujność. Dotyczy to nas wszystkich. Tau`ri również. Walką u naszego boku zyskaliście sobie nowego wroga.
- Decydując się na udzielenia wam wsparcia militarnego liczyliśmy się z takim ryzykiem. - Rzekł Hammond. - To nie pierwszy wróg, przed którym musimy mieć się na baczności. Proszę też pamiętać, że oprócz wroga, znaleźliśmy również sojuszników.
- Pamiętam. - Zgodził się Barran. - Tylko zjednoczeni byliśmy w stanie stawić mu czoła.
- A co z człowiekiem, o którym wspominał Teal`c? Tym, który pozostał na statku. Współpracowniku Sevica?
- Nic mi o nim nie wiadomo. - Mężczyzna potrząsnął głową. - Nie wiedziałem nawet, że ktoś taki istnieje.
- Według Teal`ca to bardziej uczeń niż współpracownik. - Stwierdził O`Neill. - No wiecie, dwóch zawsze ich jest. Mistrz i jego uczeń. Coś jak mistrz Bra`tac i Teal`c. Też nikt inny nie wiedział o ich powiązaniach. Przynajmniej do czasu.
- Dlaczego pozostał z Olokunem? - Odezwał się po raz pierwszy Reynolds.
- Może osłaniał ich ucieczkę? - Odparował Jack. - Może poświęcił się, bo zakładał, że samotny myśliwiec ma większe szanse niepostrzeżenie dolecieć na miejsce? A może uznał, że pozostanie u boku Goa`ulda, by wciąż go obserwować? Szukać sposobności do dalszej walki? Nie wiem. Podejrzewam, że nie wie nikt poza nim samym. Tak jak powiedział Sevic przed śmiercią: to była jego decyzja i musimy ją uszanować.
- Ależ szanuję ją. Obawiam się tylko, że to mógł być jakiś podstęp. Jeśli on wcale nie był lojalny wobec Sevica? Jeśli zawiadomił Olokuna o ucieczce więźnia? Jeśli to właśnie za jego sprawą wysłano pościg?
- Do czego właściwie zmierzasz?
- Być może Sevic wtajemniczył go we wszystko, a on potem wszystkie informacje przekazał wrogowi?
- Nie. - Głos Barrana zabrzmiał niezwykle stanowczo. - Nie znaliście Sevica. On nie popełniłby takiego błędu. Nie powierzyłby tajemnic komuś, komu bezgranicznie nie ufał. Jeśli pozostawił kogoś w szeregach Olokuna, to jest to z całą pewnością ktoś podobny do niego.
- Jeśli Olokun nigdy nie wróci, jego poświęcenie pójdzie na marne. - Stwierdził Reynols.
- Poświęcenie nigdy nie jest daremne. Daje siłę wątpiącym i nadzieję niecierpliwym. Jest zapowiedzią zbliżającej się walki, zaraniem odległego zwycięstwa.
- Innymi słowy będzie miał oko na Olokuna i w razie potrzeby zorganizuje drugi ruch oporu, żeby powtórnie skopać mu tyłek? - Podsunął uczynnie O`Neill.
- No cóż, w zasadzie można to i tak ująć. - Zgodził się Barran z błyskiem w oku. - Goa`uld rzadko zmienia swe przyzwyczajenia. Nie ważne, czy powróci do swojego starego dominium, czy spróbuje odbudować je na nowym terytorium. Będzie okrutny i bezwzględny. Będzie prześladował ludzi, porywał, mordował. Sevic pokazał, że takie postępowanie niesie ze sobą pewne konsekwencje. Że nie trzeba godzić się na terror. Że można mu się przeciwstawić. Albo umrzeć, próbując. Jeśli ten następca okaże się choć odrobinę podobny do swego mistrza, powinien zrozumieć pozostawioną mu lekcję. Ale musi być ostrożny. Niezwykle ostrożny. Olokun będzie odtąd bacznie przyglądał się zarówno swym wrogom jak i podwładnym. Jestem przekonany, że on również wyciągnie odpowiednie wnioski.
- Dobrze, że sprowadziliście go z powrotem. - Powiedział cicho Daniel. - Zasłużył na to.
- Byliśmy mu to winni. - Barran uśmiechnął się smutno. - To niewiele w porównaniu ze wszystkim, czego dokonał.
Wszyscy umilkli jakby podświadomie pragnęli oddać zmarłemu cześć. Po długiej chwili ciszę przerwał generał Hammond.
- Jak wygląda sytuacja na pozostałych planetach?
- Stabilizuje się. Minie trochę czasu zanim wszyscy nauczymy się żyć od nowa, ale to się stanie. Dzięki waszemu wsparciu i waszej technologii udało się schwytać wielu podwładnych Olokuna. Lojalnych mu Jaffa, a także tych, którzy służyli mu, zdradzając własnych ludzi. Zostaną osądzeni. Nie zwróci to naszych zmarłych, ale być może pocieszy tych, którzy za ich sprawą stracili swych bliskich.
- Niestety nie wszystkich zbiegów udało nam się wytropić. - Odezwała się cicho Carter.
- Wiem. - Barran spojrzał prosto na pobladłą twarz kobiety. - Jestem pewien, że zrobiliście co w waszej mocy. Nie zawsze udaje się zrealizować wszystkie cele. Dziękuję, że próbowaliście. - Popatrzył znów na generała. - Chciałbym także dowiedzieć się, co wydarzyło się na waszej planecie podczas mojej nieobecności?
- Teal`c żyje. - Hammond w lot zrozumiał aluzję. - Jest z nim coraz lepiej.
- Miło to słyszeć. Kiedy przybyłem, żeby z nim porozmawiać, wasza uzdrowicielka nie miała pewności, czy zdoła mu pomóc.
- Rzeczywiście jego stan był bardzo ciężki. W końcu jednak zastosowane leczenie przyniosło oczekiwany skutek. Niemałą rolę w tym procesie odegrał Rufus. Udostępnił nam kilka receptur. Jego stosowana na rany maść okazała się niezwykle skuteczna. Zwłaszcza w połączeniu ze standardową antybiotykoterapią. - Generał uznał, że nieco się zagalopował. Barran nie oczekiwał aż tak szczegółowych informacji. I chyba nie wszystko zrozumiał. - Na szczęście stan jego symbionta poprawił się. W zasadzie mógłby całkowicie przejąć proces leczenia, Janet Fraiser woli jednak nie ryzykować. Teal`c pozostaje wciąż pod obserwacją. Rufus mu towarzyszy, choć i on wraca już do zdrowia.
- To dobre wiadomości. Czy mógłbym się z nimi zobaczyć?
- Oczywiście.
- Jeśli można…
- Oczywiście. - Powtórzył Hammond. - Myślę, że ze szczegółowym raportem możemy jeszcze zaczekać. Pułkowniku… - Zwrócił się do O`Neilla. - Zechciałby pan towarzyszyć naszemu gościowi?
- Tak jest, sir. Z przyjemnością. Chłopaki się ucieszą.
- No myślę. - Mruknął Hammond. Wszyscy spojrzeli na niego w oczekiwaniu na dalszy ciąg wypowiedzi, lecz on wzruszył tylko ramionami. Najważniejsze informacje już uzyskał. W sytuacji, gdy Ziemi nie groził nagły atak żądnego zemsty Goa`ulda, mógł sobie pozwolić na niewielką zwłokę. Wstał, oparł dłonie na blacie biurka i spojrzał na swych podwładnych. - Rozejść się.
Patrzył jak wszyscy wstają ze swoich miejsc i opuszczają salę odpraw. Pierwszy wyszedł pułkownik Reynolds, za nim Daniel Jackson i Cater. O`Neill zaczekał przy drzwiach na Barrana. Ten zawahał się. Dłuższą chwilę patrzył generałowi w oczy. W końcu skinął głową, odwrócił się i razem z pułkownikiem zniknęli w korytarzu. Hammond podszedł do szyby oddzielającej pomieszczenie od sali wrót. Splótł ręce za plecami i zapatrzył się w wielki metalowy okrąg przenoszący jego ludzi w niezbadane rejony galaktyki. Nigdy nie miał pewności, czy wszyscy powrócą do domu. Takie było jego zadanie. Dźwigać na swych barkach odpowiedzialność za żywych i za poległych. Żeby miliony nieświadomych zagrożenia ludzi mogły spać spokojnie. Brzmiało to jak frazes, a jednak było prawdą. Dźwigał więc tę prawdę i był wdzięczny, że tym razem los okazał się łaskawy.
