- A niech to szlag! - Jack O`Neill z niedowierzaniem wpatrywał się w znajdującą się tuż przed nim szachownicę. - Nie wierzę, że znowu to zrobiłeś. Nie wierzę!
Rufus wyszczerzył w uśmiechu zęby i wzruszył przepraszająco ramionami. Wygrał. Po raz kolejny. Rzeczywiście okazał się dobrym strategiem i niezwykle pojętnym uczniem. Błyskawicznie zrozumiał zasady gry w szachy i od tego czasu wciąż czynił postępy.
- Poprzednim razem mówiłeś to samo, O`Neill - Stwierdził ze stoickim spokojem siedzący na swoim łóżku Teal`c.
- Widziałeś? - Sapnął pułkownik. - Wyhodowałem żmiję na własnej piersi.
- Widziałem raz żmiję w telewizji, ale nie wiedziałem, że można ją wszczepić w ciało. To coś w rodzaju larwy Goa`ulda? - Teal`c zmarszczył brwi wyraźnie zdumiony.
- Przecież nie dosłownie. - Żachnął się pułkownik. - Mówię tylko, że skurczybyk ogrywa mnie, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota.
- Niewątpliwie. - Przyznał Jaffa z rozbrajającą szczerością. - Miał dobrego nauczyciela.
- Pochlebca się znalazł. - Burknął w odpowiedzi pułkownik. Spojrzał z namysłem na Rufusa. - To co, rewanż? Należy mi się.
Rufus uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale pokręcił przecząco głową. Spojrzał znacząco na drzwi. Z korytarza dobiegł ich szybki stukot obcasów. O`Neill westchnął. Janet Fraiser opuściła swój gabinet i właśnie wyruszyła na wieczorny obchód. Obchód to może zbyt wiele powiedziane. Liczba jej pacjentów zmalała obecnie do dwóch i obaj znajdowali się w tej samej Sali. Rufus przygotowywał się właśnie do opuszczenia SGC. Właściwie był to jego ostatni wieczór na Ziemi. Następnego dnia miał powrócić na planetę P8X 375, zwaną wciąż planetą Olokuna. Jego rany goiły się dobrze. Był jeszcze osłabiony i odrobinę obolały, lecz nic już nie zagrażało jego życiu. Właściwie mógł już opuścić ambulatorium. Został jednak z własnej woli. Nie znał tego świata i czuł się w nim obco. Nawet gdyby przeniósł się do kwatery gościnnej, wciąż byłby uwięziony w plątaninie podziemnych korytarzy.
W królestwie Janet Fraiser był najbardziej swobodny, zapewne dlatego, że sam jako uzdrowiciel zajmował się ratowaniem życia. Pomimo tego, że Rufus był niemową, porozumiewali się znakomicie. Chłopak żywo interesował się licznym sprzętem medycznym i technologią wykorzystywaną przez Tau`ri do leczenia i diagnostyki. Lekarka długo tłumaczyła mu zastosowanie poszczególnych urządzeń. Był naprawdę pod wrażeniem. Zaangażował się też w proces leczenia i rehabilitacji Teal`ca. Jaffa powoli lecz systematycznie odzyskiwał dawną siłę i sprawność. Coraz więcej czasu spędzał na ćwiczeniach oraz Kelno`reem. Rufus często towarzyszył mu w jego zmaganiach. W przeciwieństwie do kolegów z drużyny nie miał on żadnych obowiązków, za to wolnego czasu aż nadto. O`Neill śmiał się, że nikt nie dogaduje się tak dobrze jak oni. I rzeczywiście, milczący młodzieniec i małomówny Jaffa rozumieli się bez słów. Pułkownik także często odwiedzał ambulatorium. Przynosił ze sobą nowe wiadomości i szachy. On i Rufus siadali wtedy przy stoliku w pokoju Teal`ca i rozgrywali partyjkę lub dwie, a Teal`c leżąc na swoim łóżku, obserwował ich i wtrącał od czasu do czasu zaskakująco trafne opinie. I wszystko wskazywało na to, że rozegrana właśnie partia będzie ostatnią. Przynajmniej w tym miejscu.
Kroki przybliżyły się i wkrótce w drzwiach stanęła Janet Fraiser.
- Dobry wieczór, panowie. - Przywitała ich od progu. Uśmiechnęła się do O`Neilla. - Pułkowniku, jak miło znów pana widzieć. Mam nadzieję, że nie przemęcza pan pacjentów?
- Gdzież bym śmiał, pani doktor. - O`Neil posłał jej niewinne spojrzenie. - Ja tylko dbam o ich kondycję umysłową. Uważam, że to bardzo ważny element rekonwalescencji.
- Doceniam pańskie wysiłki. Naprawdę. Ale każda terapia ma swój czas. Ta również. - Zawiesiła znacząco głos.
- Znaczy, że powinienem już sobie pójść? - Udał zdziwionego.
- Z ust mi pan to wyjął. - Uśmiechnęła się trochę ironicznie.
- Panowie, koniec zabawy na dzisiaj. - Skinął z udawaną powagą najpierw w stronę Teal`ca, a potem Rufusa. Zebrał figury, zatrzasnął pudełko i wstał. - Mówię ci, stary… - Zerknął na Rufusa. - Będziesz jeszcze tęsknił za tym rozstawianiem po kątach.
- Pułkowniku! - Oburzenie w głosie Janet było niemal autentyczne.
- Mówię szczerze. Mnie czasem tego brakuje. - Dodał z miną niewiniątka.
- Akurat. - Prychnęła lekarka. - Pierwsze słyszę.
- Ależ tak właśnie jest… Choć może nie zawsze na to wygląda. - Dokończył trochę koślawo.
- Przypomnę panu o tym przy następnych badaniach okresowych.
- Tego się niestety obawiam. - Rzucił jej przepraszający uśmiech i wyszedł.
Ruszył korytarzem, przeciągając się. Kark miał zesztywniały, a oczy zmęczone od wpatrywania się w planszę. No, może nie tylko od tego. W końcu był dziś na nogach od wczesnych godzin porannych. I były to godziny wypełnione intensywną pracą. Niestety umysłową. Zaległe raporty, jak zwykle zresztą, nie chciały napisać się same. Może nawet pozwoliłby im kwitnąc na swoim biurku jeszcze przez jakiś czas, jednak Hammond był bezwzględny. W krótkich i ostrych słowach dał wyraz swemu niezadowoleniu i stwierdził, że oczekuje raportów niezwłocznie. Takich krótkich i ostrych słów nie można puścić mimo uszu. Pułkownik przezwyciężył więc swoją awersję do wszelkiej papierologii i potulnie siedział przy klawiaturze niemal cały dzień. Generał był teraz zadowolony, a O`Neill znużony. W chwilach takich jak ta był pełen podziwu dla Daniela, który godzinami potrafił ślęczeć nad swoimi tłumaczeniami i w ogóle nie wykazywał oznak zmęczenia. Albo Carter. Wyliczała, projektowała, konstruowała swoje zabawki i w zasadzie mogła spędzać nad nimi całe dnie. A właśnie, Carter… Zatrzymał się i zamyślił. Widział ją dzisiaj, jak szła korytarzem. W roztargnieniu nie pomyślał o tym wcześniej. Przecież powinna być dziś w domu i odpoczywać. Jej ostatnie badania krwi znów wykazały lekką anemię. A ona mimo to przyszła do bazy i zapewne pracowała. Postanowił sprawdzić jej laboratorium. Wsiadł do windy, wcisnął guzik i czekał. Winda z lekkim szumem zawiozła go na 19 piętro. Przeczucie rzeczywiście go nie myliło. W szparze pomiędzy zamkniętymi drzwiami, a podłogą dojrzał wąską smugę światła.
Zapukał cicho, lecz nie uzyskał odpowiedzi. Ostrożnie otworzył drzwi i zajrzał do środka. Carter spała pomiędzy porozrzucanymi dokumentami. Oparta wygodnie o biurko, twarz wtuliła w przedramię. To było dziwne. W pracowni robiła zazwyczaj inne rzeczy. No i musiało jej być niewygodnie. A jednak spała snem sprawiedliwego i nawet pojawienie się pułkownika nie wyrwało jej z tego stanu. O`Neill zawahał się. Być może powinien ją obudzić, ale wyglądała tak… Nie potrafił tego określić. Miała w sobie jakąś dziecięcą beztroskę. Jej poza była tak swobodna, niewymuszona. Niezwykle rzadko mógł ją oglądać właśnie taką. W pełni naturalną. Skrzyżował ramiona na piersi, oparł się o framugę drzwi i po prostu patrzył. Chłonął całą jej postać. Jasne, lekko rozczochrane włosy, linię pleców, podwinięte pod krzesło nogi w ciężkich, wojskowych butach.
Westchnęła cicho. Jej ramiona drgnęły. Pułkownik otrząsnął się z zamyślenia. Jego podwładna właśnie zaczynała się budzić. Postanowił wycofać się niepostrzeżenie. Niezwykle powoli sięgnął do klamki, by zamknąć za sobą drzwi, lecz zamarł w pół gestu. Carter jęknęła. Jej ramiona spięły się nagle, a spoczywająca na przedramionach głowa zaczęła wykonywać dziwny taniec. Przez chwilę dojrzał czoło naznaczone głęboką pionową zmarszczką. Mamrotała coś niezrozumiale, oddychając coraz szybciej. Natychmiast domyślił się, że znów przyśnił się jej ten koszmar, o którym nie chciała z nikim rozmawiać. W trzech krokach znalazł się obok niej. Pochylił się i w tym momencie otworzyła oczy. Gwałtownie wciągnęła powietrze, jednocześnie zrywając się na nogi. Potknęła się o krzesło i pewnie by się przewróciła, gdyby nie zdążył chwycić jej za ramiona. Szarpnęła się dziko, a w wyrazie jej twarzy dostrzegł prawdziwe przerażenie. Pułkownika zmroziło. Od pewnego czasu kiełkowało w nim bardzo nieprzyjemne przeczucie. Im dłużej obserwował swą podwładną, tym bardziej przybierało na sile. Nie mógł zapytać wprost. I prawdę mówiąc nie chciał. A może po prostu bał się odpowiedzi? W tym momencie, patrząc w oczy kobiety, jego przeczucie zmieniło się w pewność.
- Carter! - Wrzasnął, przytrzymując ją mocniej.
Przez sekundę wpatrywała się w niego, jakby widziała go po raz pierwszy. Potem zamrugała szybko powiekami, a kiedy spojrzała na niego ponownie, jej wzrok był już trzeźwy.
- Sir? - Wyjąkała zaskoczona.
- No raczej. - Mruknął, uwalniając ją z uścisku.
Wymacała ręką krzesło i usiadła na nim, jakby uszło z niej całe powietrze. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Zatrzymała wzrok na rozrzuconych na biurku dokumentach, wreszcie znowu spojrzała na dowódcę.
- Przepraszam. - Bąknęła.
- To ja przepraszam. Chyba panią wystraszyłem. Nie powinienem… Po prostu tędy przechodziłem.
- Zasnęłam. - Zaczęła nieco zażenowana. - Sprawdzałam dokumenty i po prostu zasnęłam. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło
- Nie musisz się tłumaczyć. - Machnął lekceważąco ręką. - Też mam nieraz na to ochotę. Szczególnie przy czytaniu raportów Daniela. Hej, tylko mu tego nie mów. Mógłby poczuć się urażony.
- Oczywiście. - Ukryła twarz w dłoniach. - Uch, chyba powinnam napić się kawy.
- Moim zdaniem to nie kawy teraz potrzebujesz. Co właściwie robisz? - Zainteresował się. - Przecież masz wolne.
- Nic Takiego. Po prostu to przeglądam.
Sięgnęła na biurko, by zebrać porozrzucane dokumenty i zdjęcia. Pułkownik był jednak szybszy i zdążył złapać jedno z nich. Przedstawiało wykonane przez drona zdjęcie pustynno – skalistego terenu. Żółte i brunatne plamy mieszały się ze sobą, przenikały. Cień rzucany przez skały tworzył na piasku fantastyczne kształty. Zdjęcie mogło być wykonane gdziekolwiek, ale O`Neill wiedział, że pochodzi z konkretnego miejsca. Z planety Olokuna. On sam oglądał je już wielokrotnie w poszukiwaniu najmniejszych nawet śladów zarządcy lub innych zbiegów. Zastanawiali się wówczas, czy pomiędzy skałami mogą znajdować się ukryte jaskinie. Wiele na to wskazywało, jednak po sprawdzeniu tego miejsca okazało się, że ulegli złudzeniu. Nie znaleźli żadnych możliwych kryjówek, a cienie pozostały jedynie cieniami. Zapisy video również nie dostarczyły im wyczekiwanej odpowiedzi. Zbiegli więźniowie jakby zapadli się pod ziemię. Po trzech tygodniach dali w końcu za wygraną. Spakowali sprzęt i powrócili do bazy. Carter źle zniosła porażkę. Była wyraźnie rozgoryczona. Najwyraźniej za punkt honoru przyjęła sobie schwytanie zbiegów, a tymczasem wracała z pustymi rękami. I jak widać nie odpuściła jeszcze do końca. Wciąż miała nadzieję na jakiś przełom, który jednak wciąż nie następował.
Podał jej zdjęcie, które ułożyła na równy stosik na blacie biurka.
- Spodziewasz się znaleźć na nich coś, czego nie dostrzegliśmy poprzednio? - Spytał spokojnie.
- Nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - Cały czas mam wrażenie, że coś przeoczyliśmy.
- Oglądaliśmy je setki razy. Wszyscy. A ty byłaś tam na miejscu. Razem z miejscowymi sprawdziliście każdy metr kwadratowy tego zadupia. Co znaleźliście?
- Nic. - Odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Dokładnie. Nie możesz znaleźć czegoś, czego nie ma.
- Zbiegowie gdzieś muszą być.
- I są. Gdzieś, ale nie tutaj. - Dźgnął palcem plik kartek. - Przecież musisz zdawać sobie z tego sprawę. Chyba… Chyba, że tu nie chodzi wyłącznie o zbiegów.
- Nie rozumiem.
- Przeglądanie zdjęć to tylko czynność zastępcza, prawda?
- Słucham? - Zesztywniała lekko.
- No, przecież mam oczy. Wyraźnie uciekasz w pracę. Nie zaprzeczaj. Znam cię nie od dzisiaj.
- Nie wiem, o czym pan mówi.
O`Neill przyglądał jej się dłuższą chwilę. Dzielnie wytrzymała jego spojrzenie.
- Wiem, że nie chcesz z nikim rozmawiać. Chcesz poradzić sobie sama i ja to szanuję. Widzę jednak, że jesteś coraz bardziej zmęczona, a to już mnie niepokoi. I nie wydaje mi się, że chodzi o niepowodzenie misji. To sprawa zbyt oczywista. - Urwał i znów patrzył na nią z poważnym wyrazem twarzy. - Czy twój raport z misji jest kompletny?
- Oczywiście, że tak.
- Nie oceniam cię. Moje raporty też czasem bywały niezbyt precyzyjne. - Jego oczy przewiercały ją niemal na wylot. - Przepraszam, ale jako twój bezpośredni przełożony muszę o to spytać. Czy w więzieniu wydarzyło się coś, czego nie ujęłaś w raporcie?
- Co ma pan na myśli?
- Twoje koszmary. Widziałem wyraz twoich oczu tuż po przebudzeniu. Nie podobał mi się.
- Słucham? - Powtórzyła.
- Coś się wydarzyło. Coś, co wciąż do ciebie powraca.
- Owszem. Wydarzyło się dużo rzeczy. Wszystkie szczegółowo opisałam.
Oblała ją fala gorąca. Jaki ten człowiek był irytujący. Drążył i drążył, choć ona nie miała ochoty na zwierzenia. Spuściła wzrok.
- Nie jestem twoim wrogiem. - Rzekł cicho.
- Wiem. Po prostu nie jestem gotowa, by o tym rozmawiać. - Znów na niego spojrzała. - Tym bardziej, że sama tego nie rozumiem.
- Może jednak powinnaś się z kimś tym podzielić. Nie mówię, że to mam być ja. Pogadaj z Danielem albo z Janet. Może z nią będzie ci łatwiej.
- Dlaczego?
- Bo jest lekarzem i... kobietą.
- Co pan właściwie sugeruje?
- Uch… - Teraz O`Neill oblał się potem. - Nie ułatwiasz mi zadania.
- Sam pan zaczął.
- W porządku. Podejrzewam, ale tylko podejrzewam, że Kaleb cię skrzywdził.
- Rzeczywiście. Więził mnie, głodził, zastraszał. Kilkakrotnie mnie pobił.
- To było w raporcie.
- Ma pan rację. Było. Ale nie o to chciałby pan zapytać, prawda?
Wciągnęła powietrze w płuca i zatrzymała je na chwilę. Musiała podjąć decyzję. Już od dawna wyczuwała na sobie czujny wzrok swego przełożonego. Patrzył na nią ukradkiem, myśląc, że ona nie zdaje sobie z tego sprawy. Mylił się. Dostrzegała pełne troski spojrzenia i naprawdę doceniała, że nie starał się na siłę włazić w jej życie. A że w końcu zrobił pierwszy krok… Podejrzewała, że prędzej czy później to nastąpi. Może więc powinna przestać chować głowę w piasek? Wypuściła powietrze i spojrzała mu prosto w oczy.
- Chciałby pan wiedzieć, czy doświadczyłam przemocy seksualnej?
O`Neill poczuł jednocześnie ulgę i zakłopotanie tak jasnym postawieniem sprawy. Zmarszczył brwi. Spojrzał na swe dłonie, stwierdzając, że odruchowo zacisnął pięści. Zanim odpowiedział, też musiał zaczerpnąć głęboki oddech.
- Przyszło mi to na myśl. - Stwierdził.
- Nie tylko panu. - Potarła ze znużeniem czoło. - Janet również. Już ze mną rozmawiała. Powiem panu to samo co jej. Nie. Nic takiego nie miało miejsca. Miewam koszmary, to prawda, ale na pewno nie z tego powodu.
- Cieszę się… - Urwał zakłopotany. - Nie w tym sensie, tylko…
- W porządku. Rozumiem.
- O Boże, Carter, chyba mam już dosyć. Posłuchaj, przepraszam, że się wyrwałem. Nie wiedziałem, że Janet jest w to zaangażowana.
- Skąd miałby pan wiedzieć? Przecież obowiązuje ją tajemnica lekarska.
- Cholera, głupio wyszło. Nie powinienem. Ale przez moment tak na mnie patrzyłaś…
- Podzielił się pan z kimś swoimi wątpliwościami?
- Skąd. To był impuls. Wcale nie planowałem tej pogawędki.
- I wierzy mi pan?
- Jak zawsze.
- To dobrze. Nie chciałabym niepotrzebnego zainteresowania moją osobą.
- Moje zainteresowanie wynikało jedynie z troski. Naprawdę się martwiłem.
- Niepotrzebnie. Wiem, kiedy powinnam poprosić o pomoc. Jestem po prostu przemęczona. Potrzebuję odpoczynku.
- Więc odpocznij. Ale zrób to naprawdę. Na początek zostaw te zdjęcia i może coś zjedz.
- No nie wiem…
- Ale ja wiem. W zasadzie ja też bym coś przekąsił. Jest już późno, ale pewnie znajdą dla nas jakieś kanapki. No dobra. Pakuj manatki i idziemy na stołówkę. To rozkaz, majorze! - Dodał z naciskiem.
- Tak jest, sir. - Uśmiechnęła się ze znużeniem.
- No! I tak właśnie ma być. - Mruknął.
Wycofał się pod drzwi i czekał. Carter porządkowała swoje biurko. Wszystkie dokumenty i zdjęcia zebrała razem i schowała do tekturowej teczki. Tę z kolei ułożyła równo na kilku podobnych. Potem sięgnęła po myszkę. Stojący na biurku monitor nagle ożył, ukazując zatrzymany kadr pochodzący bez wątpienia z umieszczonej na dronie kamery. Pułkownik taktownie nie skomentował niczego. Bez słowa patrzył, jak Sam zamyka plik video, a potem wyłącza komputer. Skierowali się prosto do opustoszałej o tej porze stołówki. Tak jak przypuszczał pułkownik, mogli liczyć jedynie na kanapki. Nie byli jednak wybredni. Z pełnymi talerzami ruszyli do stolika. Późna pora miała również swoje dobre strony – cała stołówka była do ich dyspozycji. Rozsiedli się wygodnie i zaczęli jeść.
- Wracasz do domu? - Zapytał pułkownik po dłuższej chwili.
- Nie. Naprawdę jest już późno. Prześpię się tutaj. Rufus wraca jutro do domu. Chciałabym go pożegnać.
- Miły z niego dzieciak.
- Tak, to prawda. - Popiła kanapkę potężnym łykiem dietetycznej coli. - Pewnie już nie może się doczekać powrotu.
- Miejscowi planują z tej okazji prawdziwą fetę. Zasłużył sobie na to, choć muszę przyznać, że będzie mi go brakowało. Nieczęsto trafia się taki partner do szachów.
- Znowu pan przegrał? - Spytała i ugryzła się w język.
- Oj tam, przegrał. - O`Neill sapnął. - To była tylko zagrywka taktyczna. Chciałem zachęcić go do rozwoju.
- Udało się panu. - Stwierdziła z miną niewiniątka.
- Odegrałbym się przy następnej partii. Niestety Janet wyrzuciła mnie z ambulatorium.
- A to pech.
- Dokładnie. - Pułkownik przeciągnął się, aż kości zatrzeszczały. - Do diabła, ale jestem zmęczony. Idę spać i tobie radzę to samo.
- Hmm… Ja w zasadzie nie jestem senna.
- Carter, nie. - Wzrok pułkownika był twardy i stanowczy.
- Słucham?
- Powiedziałem: nie. Nie będziesz już dziś pracować.
- Skąd pan…
- Mówię poważnie. Nawet nie myśl o powrocie do laboratorium. Żadnych zdjęć dziś wieczorem, rozumiesz?
- Tak jest, sir. Żadnych zdjęć.
- I dobrze, bo w zasadzie wieczór dawno minął.
Carter pierwsza wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze. O`Neill zawahał się. Podniosła oczy i napotkała jego wzrok. Skupiony, poważny. Tak kontrastujący z lekkim tonem, jakim przemawiał jeszcze przed chwilą.
- Na pewno wszystko w porządku?
Patrzyła mu w oczy, czując, że znów robi jej się gorąco. Była mu wdzięczna. Za troskę, za uwagę. Za wszystkie wypowiedziane i niewypowiedziane słowa. Była wdzięczna za to, że jest. Poczuła, że znajduje się na właściwym miejscu. Wśród przyjaciół, którym nie jest wcale obojętne, co się z nią dzieje. Udowodnili to wszyscy. Daniel, Janet, Teal`c, a teraz i O`Neill. Każdy na swój sposób. Pomyślała, że warto było przejść przez to wszystko, by widzieć ich teraz żywych i bezpiecznych. Wiedziała, że może na nich liczyć. Że będą przy niej niezależnie od wszystkiego. Pułkownik nie spuszczał z niej wzroku. Do licha! Czemu on musi to robić! Patrzeć tak, jakby zaglądał jej prosto w duszę. Pragnęła tego, a jednocześnie wiedziała, że nie może na to pozwolić. Siłą woli zmusiła się do przerwania kontaktu wzrokowego. Uśmiechnęła się trochę nerwowo.
- Jestem dużą dziewczynką, sir. Potrafię o siebie zadbać, ale dziękuję, że pan pyta. To naprawdę bardzo… miłe.
- Do usług Carter. W ramach wzajemnej pomocy mogę odprowadzić cię do łóżka.
- Ależ sir, co na to regulamin? - Sam spojrzała na niego figlarnie i właściwie dopiero teraz zrozumiał dwuznaczność swej wypowiedzi.
- Och, nie męcz mnie już dzisiaj. - Jęknął. - Za stary jestem na to. Jutro wielki dzień. Rufus opuszcza Ziemię, Teal`c opuszcza ambulatorium. Przy odrobinie szczęścia ból opuści moje kolana…
- Daniel znów opowie nam o technologii budowy piramid…
- Ach… Nie można jednak mieć wszystkiego…
- Nie. Nie można.
Chwyciła tacę i odniosła ją do okienka z napisem „zwrot naczyń". Pułkownik czekał na nią przy drzwiach. Bez pospiechu ruszyli pustymi korytarzami. Nie rozmawiali już więcej. Spojrzała na niego dopiero stojąc w drzwiach do swojej kwatery.
- Dobranoc, sir.
- Dobranoc, Carter. Spokojnej nocy.
Odwrócił się na pięcie i nie oglądając się za siebie, pomaszerował korytarzem. Stała tak i patrzyła, jak oddala się, aż wreszcie zniknął za zakrętem korytarza. Dopiero wtedy zamknęła za sobą drzwi.
