I oto nadchodzi chwila, która nadejść musiała.
Wielkie podziękowania dla Ann84 i LadyNikitaHavilliard za komentowanie, dla pozostałych za czytanie i dla niektórych za to, że ze mną byli.
Noc mijała spokojnie. Ciemność otulała szczelnie wznoszący się ponad wydmami pałac Olokuna i liczne, przycupnięte obok niego nędzne budowle. Senną ciszę przerywał od czasu do czasu szelest piasku osypującego się pod łapkami nieznanych bliżej stworzeń. Już od trzech dni siedzieli murem w chatkach otaczających opuszczony pałac. Choć jeśli wierzyć zwiadowcom, nie był opuszczony tak do końca.
Wkrótce po zakończeniu poszukiwań uciekinierów mieszkańcy planety porzucili utworzoną przez Goa`ulda osadę i powrócili do swych dawnych domów w głębi pustyni. O`Neill wciąż był pełen podziwu dla tych ludzi, tak bardzo doświadczonych przez los, a mimo to wciąż potrafiących powstać z popiołów i wieść normalne życie, a przy tym nie zapominać, że choć bezpośrednie zagrożenie minęło, nie zniknęło całkowicie. Dodatkową obawę budziły wieści z licznych osad o bandzie napadającej na wędrowców, a nawet na same osady. Napastnicy byli brutalni. Zabierali głównie żywność, lecz nie gardzili także pozostałym dobytkiem. Nikt nie był do końca pewny, kim są, kilka osób jednak w jednym z nich rozpoznało zarządcę. Banda pojawiała się nagle i znikała niepostrzeżenie. Próby pościgu oraz poszukiwania pozostawały bezowocne. Gdzieś jednak musieli się ukrywać. Nie mogli przejść przez gwiezdne wrota, bo te wciąż były strzeżone, ale również nie mogli oddalać się zbytnio od ludzkich siedzib. To Rufus wpadł na pomysł, że mogą znikać tam, gdzie nikt nawet nie będzie ich szukał. Dlatego też obserwowano zarówno gwiezdne wrota jak i teren wokół pałacu. Po kilku tygodniach ciągłych obserwacji wreszcie nastąpił przełom. Intruzi przychodzili w nocy, znikali w czeluściach pałacowych korytarzy, by za jakiś czas opuścić schronienie i pod osłoną ciemności wyruszyć w nieznane. Byli nadzwyczaj ostrożni. Tylko dzięki bystrym oczom jednego z młodych zwiadowców udało się odkryć ich obecność. Z całą pewnością był z nimi zarządca. Nie wiadomo, gdzie ukrywał się do tej pory, ani kto do niego dołączył. Pewne było tylko jedno – są niebezpieczni i nie mają żadnych skrupułów.
Pułkownik siedział przy oknie, wpatrując się w usiane gwiazdami, ciemne niebo. W dłoni ściskał krótkofalówkę, czekał na raport. Jeśli banda zbliży się w okolice pałacu, zostanie dostrzeżona przez któregoś z wartowników. Póki co, urządzenie milczało jak zaklęte. Korciło go, by porozmawiać z ukrytym gdzieś w ciemnościach Teal`ciem. Powstrzymywał się jednak. W mroku słyszał równe oddechy śpiących mężczyzn. Jackson pochrapywał cicho w najbliższym kącie. Po tylu wspólnych misjach rozpoznawał ten odgłos bezbłędnie. Noc mijała spokojnie. Za godzinę kończyła się jego warta, ale był pewien, że już nie zaśnie. Zbyt dużo myśli kłębiło się w jego głowie, zbyt dużo emocji narastających z każdym dniem wypełniało go od środka. Gdy przeczesywanie planety przy pomocy drona zakończyło się fiaskiem miał mieszane uczucia. Z jednej strony miał cichą nadzieję, że zarządca zginął gdzieś w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, z drugiej jednak zdawał sobie sprawę, że mężczyzna zna tę planetę nadzwyczaj dobrze i jeśli zechce, zapadnie się pod ziemię. Mijały kolejne tygodnie, w ciągu których powoli przyzwyczajał się do myśli, że już więcej nie spotka zarządcy. Potem jednak mieszkańcy planety ponownie zwrócili się do SGC z prośbą o pomoc i wszystko powróciło. Teraz miał szansę stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, którego szczerze nienawidził, miał szansę odpłacić mu za cierpienie swoje, Daniela i niezliczonej liczby niewolników pracujących niegdyś pod jego nadzorem. Ale zarządca nie zamierzał ułatwiać im zadania. Banda nie zjawiła się w przewidywanym czasie. Być może zarządca także miał swoich zwiadowców, którzy zaobserwowali niepokojącą aktywność wokół ich schronienia, a może po prostu nie spieszyli się do powrotu lub planowali kolejne ataki. Przedłużające się czekanie rodziło frustrację i budziło niepokój. Jeśli zarządca zwietrzy zasadzkę, znów zaszyje się gdzieś w jakimś ustronnym miejscu lub wyniesie w głąb kontynentu. I w jednym i w drugim przypadku oznaczało to, że pozostanie bezkarny.
Gwiazdy zbladły, aż wkrótce zniknęły zupełnie, a niebo zaczęło szarzeć. Z miejsca, w którym się znajdował, nie widział samego wschodu, ale był przekonany, że niebo przybiera już delikatną różową barwę zwiastującą nadejście nowego dnia. Pułkownik przeciągnął się. Minęła kolejna bezowocna noc. Banda, na którą czatowali, miała w zwyczaju przemieszczać się nocą, pod osłoną ciemności. Oznaczało to, że kolejny dzień spędzą ukryci w chatkach. Nie mogli przecież ryzykować, że wypatrzy ich jakiś bystry obserwator.
- O`Neill, mamy intruzów. - W krótkofalówce zabrzmiał cichy, lecz wyraźny głos Teal`ca. - Ośmiu. Podchodzą od wschodu. Właśnie zbliżają się do piramidy.
- Przyjąłem. - Odszepnął - Obserwuj ich.
Odetchnął głęboko. A jednak. Doczekał się. Teraz trzeba zrobić wszystko, żeby tego nie spieprzyć. Obudził towarzyszy. W milczeniu sięgali po broń, poprawiali ekwipunek. Opuścili swe schronienia i rozproszyli się pomiędzy budynkami. O`Neill podpełzł do narożnika budynku. Stąd powinien mieć lepszy widok na drogę prowadząca do pałacu. Starał się oddychać równo i spokojnie, choć przychodziło mu to z pewnym trudem. Na samo wspomnienie zarządcy jego puls gwałtownie przyspieszał.
- Carter? - Zamruczał do krótkofalówki.
- Sir? - Cichy głos podwładnej dodawał mu otuchy.
- Nadchodzą od strony piramidy. Ostrożnie. Nie wystraszcie ich.
- Tak jest, sir. Rozumiem.
Nie widział jej, lecz wiedział, że znajduje się po drugiej stronie uliczki razem s zespołem SG 5. Tuż obok pułkownika bezszelestnie pojawił się Rufus, nieco dalej przycupnął Daniel Jackson. O`Neill czuł, że oni również wpatrują się w dal z niezwykłą intensywnością. Oni także mieli powody, by nienawidzić przybyszów. Cała trójka niemal wstrzymała oddech, gdy w oddali zamajaczyły zamazane postacie. Jack dał im znak, by wycofali się pod osłonę budynków. Nie chciał ryzykować wykrycia. Jeszcze nie. Najpierw musiał się upewnić. Grupa mężczyzn przemieszczała się szybko i niespodziewanie cicho. Przemykali od jednego domu do drugiego. Najwyraźniej to właśnie dzięki tej niebywałej ostrożności pozostawali wciąż na wolności. Ziemianie oraz miejscowi okazali się nie mniej skryci. Przybysze minęli ich stanowiska, niczego nie zauważając i skierowali się prosto w do wejścia do pałacu. O`Neill rozpoznał pomiędzy nimi znajomą, przysadzistą sylwetkę. Patrzył, jak znika we wnętrzu budowli. Dopiero wtedy wypuścił nagromadzone w płucach powietrze.
- Jest. - Mruknął w kierunku archeologa.
- Widzę. - Odparł lakonicznie Daniel.
- Już się nie wywinie. - Tym razem mówił do siebie. - Nie pozwolę na to.
Wstał z ziemi i ostrożnie zbliżył się ku pałacowi. Pozostali podążali za nim. Ośmiu intruzów. Mieli więc przewagę. SG 1 I SG 5 wspierani byli przez oddział złożony z byłych niewolników. W porównaniu z marines ich uzbrojenie wydawało się mizerne, bez wątpienia jednak potrafili robić użytek z wykonanych własnoręcznie włóczni i noży. O`Neill wiedział, że znają teren jak własną kieszeń. Poza tym okazali się bardzo zdyscyplinowani i zorganizowani. Nic dziwnego, przecież przez całe lata prowadzili z Olokunem swoistą grę. Pułkownik przykucnął przy wejściu i zagwizdał tak, by przebywający we wnętrzu na pewno go usłyszeli. Reakcja była natychmiastowa. Zduszone okrzyki i tupot nóg poprzedziły pojawienie się jednego z rzezimieszków. Mężczyzna stanął osłupiały, by po chwili rzucić się z rykiem na napastników. Z pałacu wypadło kolejnych trzech opryszków. Uzbrojeni byli w z noże i najeżone kolcami pałki. Zaatakowali bez wahania. Pozostała czwórka z zarządcą na czele wypadła na zewnątrz zaraz potem. Widocznie uznali, że wolą otwartą konfrontację niż schronienie się we wnętrzu pałacowych korytarzy.
Zarządca musiał doskonale zdawać sobie sprawę z możliwości taktycznych atakujących go ludzi. Zręcznie uskoczył w bok przed O`Neillem i runął na jednego z poruczników. Powalił go ciosem przypominającej kształtem maczugę pałki. Nie oglądając się za siebie zanurkował pomiędzy stojącymi z tyłu miejscowymi. Wiedział, że nie dysponują oni bronią używaną przez Ziemian, co zwielokrotniało jego szanse. O`Neill zaklął, odbezpieczył broń i wywalił całą serię prosto w niebo. To powinno otrzeźwić wszystkich i dać ściganym do myślenia. Rzeczywiście większość z nich skuliła się odruchowo, rezygnując z dalszej walki. Ale nie zarządca. On nie miał nic do stracenia i nie zamierzał się poddać. Wyrznął bykiem zagradzającego mu przejście człowieka, powalił go na ziemię i pognał tam, skąd wcześniej przyszedł. Jack zaklął raz jeszcze, celując w uciekającego. Strzelił, lecz kule chybiły o włos. Zarządca nawet nie zwolnił. Rzucił się rozpaczliwym szczupakiem i wylądował pod osłoną najbliższego domostwa. Kolejna seria karabinu wgryzła się w drewnianą ścianę tuż nad jego głową, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Zerwał się i skoczył pomiędzy domy. O`Neill nie miał zamiaru wypuścić go z rąk. Zbyt wiele wycierpiał, żeby na to pozwolić. Na szczęście pozostali członkowie bandy nie mieli takiej determinacji. Po krótkiej lecz zażartej potyczce zostali obezwładnieni.
Pułkownik dokonał szybkiego przeglądu sytuacji. Ani Carter, ani Daniel nie ucierpieli w starciu. Ranny został jeden z żołnierzy oraz jeden z miejscowych, lecz ich obrażenia nie wyglądały na poważne. Zresztą już zajmował się nimi Rufus, który do tej pory trzymał się z tyłu.
- Związać ich. - Rzucił O`Neill, wskazując na siedmiu jeńców. - Tylko porządnie. Jak barany. Daniel, dopilnuj tego.
- Jack, zarządca nam ucieka. - Stwierdził archeolog.
- Nie ucieknie daleko. - O`Neill. Chwycił krótkofalówkę. - Teal`c, mamy zbiega. Jeśli wyjdzie na ciebie, zatrzymaj go za wszelką cenę.
- Rozumiem.
Krótka odpowiedź w pełni go usatysfakcjonowała. Rozejrzał się po reszcie zespołu.
- Travis i Warren idziecie ze mną od lewej. Carter… - Spojrzał na swą drugo dowodzącą. - Bierzesz Viplera i pozostałych na prawo. Spróbujemy wziąć drania w dwa ognie.
Odpowiedział mu cichy zbiorowy pomruk „tak jest, sir". Drużyna rozdzieliła się. Pochyleni, z bronią w pogotowiu rozproszyli się pomiędzy chatkami. O`Neill rzucił ostatnie spojrzenie na Daniela. Archeolog wraz z Rufusem i dwójką rannych mężczyzn pracowicie wiązali ręce i nogi pojmanych. O nich nie musiał się już martwić. Wiedział, że więzy będą wystarczająco mocne, aby ich zatrzymać. Odwrócił się i skrył za najbliższym budynkiem. Marines czekali na niego. Dał im znak ręką i wszyscy wyruszyli na łowy.
Zarządca zdawał sobie sprawę, że został otoczony i jego szanse na ucieczkę są mizerne. Nie zamierzał jednak rezygnować. Przyklejony do ściany czekał na pościg. Jeden szybki rzut oka na drogę uzmysłowił mu, że ma przed sobą młodego, a co za tym idzie zapewne niedoświadczonego przeciwnika. Ukryty za rogiem czekał aż do ostatniej chwili. Wziął zamach i z całych sił uderzył nadbiegającego żołnierza. Zakrzywiona pałka trafiła mężczyznę w ramię, wytrącając mu broń i posyłając na ziemię. Upadł ciężko, zaraz jednak spróbował się podnieść i krzyknął z bólu. Prawe ramię zwisało bezwładnie. Musiał użyć drugiej ręki, aby je podtrzymać. Zarządca wykorzystał moment. Kopnął go w brzuch, a kiedy żołnierz z jękiem zgiął się w pół, jeszcze raz kopnął go, tym razem celując w twarz. Głowa mężczyzny odskoczyła do tyłu, a on sam nieprzytomny osunął się na ziemię. Zarządca schylił się, by podnieść leżącą na piasku broń. Chwilę ważył ją w dłoni. Znał ją. Wiedział, co potrafi, a co ważniejsze wiedział jak się nią posługiwać. Z chytrym uśmiechem wycofał się pod osłonę następnej chaty.
O`Neill wyjrzał szybko zza rogu. Dostrzegł jednego z marines leżącego na środku drogi. Wciąż pochylony podbiegł do niego i delikatnie przewrócił go na plecy. Mężczyzna jęczał cicho i dławił się własną krwią. Miał złamany nos, rozbite wargi i prawdopodobnie stracił przednie zęby. Pułkownik zaklął cicho, lecz dobitnie. Chwycił rannego za kamizelkę i odciągnął go pod ścianę domu, po czym ułożył na boku, tak, by krew nie spływała mu do gardła. Tyle mógł dla niego zrobić w tym momencie. Gdzieś tam w ciemności krył się zarządca i to on był obecnie priorytetem. Sięgnął po krótkofalówkę.
- Carter?
- Słucham. - Odpowiedziała półgłosem.
- Kapitan Travis jest ranny. Skurwysyn zmasakrował mu twarz. Znalazłem go nieprzytomnego na głównej alei. Zniknęła jego broń. Uważajcie.
- Tak jest, sir. Rozumiem. Jesteśmy tuż za panem.
O`Neill przycisnął plecy do glinianej ściany. Starał się być jak najmniej widoczny. Do tej pory mieli przeciwko sobie szaleńca. Teraz był to uzbrojony szaleniec. Jeszcze bardziej niebezpieczny i nieobliczalny. Zranił kolejnego z jego ludzi i zapewne nie cofnie się przed niczym. Pułkownik widział tylko jedno wyjście z sytuacji. Musiał dopaść go pierwszy, zanim ucierpi ktoś jeszcze. Odchylił głowę, opierając potylicę o chropowatą ścianę, zamknął oczy i zaczął nasłuchiwać. Wytężał słuch jak chyba nigdy wcześniej. Słyszał chrapliwy oddech leżącego obok człowieka, daleki odgłos przypominający ziemskie świerszcze, delikatny szczęk metalu, dobiegający gdzieś z tyłu. I wreszcie ciche szuranie, jak gdyby ktoś ostrożnie stawiał stopy na sypkim piasku. Gdzieś niedaleko. Naprawdę blisko. Tuż za rogiem. Zaczerpnął głęboki haust powietrza, wstał bezszelestnie i zbliżył się do narożnika budynku. Teraz już nawet nie słyszał, ale zwyczajnie wyczuwał, że uciekinier stoi przyklejony do ściany i również nasłuchuje. Wystarczy tylko wyciągnąć rękę. Wstrzymał oddech, kiedy zorientował się, że zarządca postanowił wyjrzeć zza rogu. Tuż przed twarzą pułkownika wyłoniła się najpierw ciemna sylwetka karabinu maszynowego, a zaraz po niej wyciągnięte ramię. Chwycił zaciśniętą na rękojeści twardą pięść i z całej siły uderzył nią w mur. Zarządca wydał z siebie zduszony okrzyk. Broń wysunęła się z jego palców, lecz on sam zareagował instynktownie, chwycił O`Neilla za przód kamizelki kuloodpornej i pociągnął go ku sobie. Obaj mężczyźni zatoczyli się, po czym runęli na ziemię. Niemal jednocześnie poderwali się na nogi i ponownie rzucili na siebie. Pułkownik uniósł broń, lecz nie zdążył wycelować, gdy ciężkie ciało zarządcy przygniotło go do ziemi. Wykorzystał impet upadku do zrzucenia z siebie napastnika, lecz ten działał błyskawicznie. Przeturlał się, skoczył na nogi i znów zaatakował. O`Neill odskoczył. Karabin maszynowy gdzieś przepadł, lecz w kaburze na udzie miał pistolet. Wyszarpnął go, wycelował i w tym momencie pojawiła się odsiecz.
- Nie ruszaj się! - Wrzasnęła Carter.
- Stój! - Ryknęli jak na komendę pozostali mężczyźni.
Wybiegli zza budynków i otoczyli zarządcę, celując do niego z broni. Mężczyzna zawahał się. Może i był szalony, lecz takiej przewagi liczebnej nie mógł zlekceważyć. Sapiąc z wściekłości powiódł po wszystkich spojrzeniem i zatrzymał wzrok na O`Neillu.
- Co przybłędo, myślisz, że jesteś górą? - Warknął wyzywająco. - Myślisz, że dam się potulnie zamknąć w klatce?
- Nie. Myślę, że nie będziesz potulny, ale i tak cię zamkną.
- Niedoczekanie wasze. - Wybuchnął nagle gardłowym śmiechem. - Jeszcze mnie nie znacie.
- Tak sądzisz? - O`Neill przyglądał mu się z kamiennym wyrazem twarzy. - Jesteś kimś, kto lubi poniżać słabych i bezbronnych. Czyli zwykłym tchórzem.
- Łżesz psie! - Wrzasnął zarządca. Patrzył na pułkownika z nienawiścią. - Nikt nigdy nie będzie nazywał mnie tchórzem!
- Już nie możesz rozkazywać. - Stwierdził spokojnie Jack. Podszedł do zarządcy wpatrując się prosto w gorejące, obłąkane oczy. - Coś ci obiecałem. Pamiętasz? - Spytał cicho.
Zarządca roześmiał się szyderczo. Nagle spoważniał i spojrzał na O`Neilla przenikliwie.
- O, tak. Zawsze byłeś wygadany. - Splunął z pogardą. - Odważysz się, żołnierzyku?
- Żebyś wiedział, łajzo.
- Sir… - Zaczęła Carter.
- To sprawa osobista. - Uciął. - Tylko pomiędzy nami.
Podał kobiecie trzymany w dłoni pistolet. Powoli rozpiął kuloodporną kamizelkę. Zdjął ją i rzucił na bok. To samo zrobił z czapką. Zarządca wpatrywał się w niego, oblizując wargi. Powolnym, przemyślanym ruchem wyciągnął zza pasa zakrzywiony nóż. O`Neill zacisnął palce na rękojeści swojego noża i także wyszarpnął go z pochwy. Stanęli naprzeciwko siebie w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Carter przełknęła ślinę. Rozejrzała się bezradnie. Towarzysze czekali na jej decyzję. Odsunęła się i to samo poleciła pozostałym. Posłuchali. Pułkownik podjął decyzję. Nie mogła mu się przeciwstawić. I w zasadzie nie chciała. Po tym, co przeżył w kamieniołomach z ręki tego człowieka, miał prawo do osobistej zemsty.
Zarządca podrzucił nóż w górę. A potem złapał go zręcznie i rzucił się naprzód. O`Neill uskoczył zwinnie i znów stanęli naprzeciw siebie. Obaj czujni. Obaj śmiertelnie niebezpieczni. Zarządca znów zaatakował. Wyrzucił rękę z nożem, celując w serce, lecz O`Neill sparował cios. Kolejny również. I jeszcze jeden. Ciosy zadawane były niedbale, jakby od niechcenia. Pułkownik zastanawiał się, czy miały na celu uśpienie jego czujności, czy też zarządca tak nisko oceniał jego możliwości. Następny atak był błyskawiczny. Aż trudno było uwierzyć, że ten wielki i ciężki mężczyzna może poruszać się w takim tempie. O`Neill był na to gotowy. Odpowiedział równie szybkim kontratakiem, ale przeciwnik nie dał się zaskoczyć. Odtrącił rękę Jacka i rąbnął go łokciem w twarz. Pułkownik zatoczył się, lecz natychmiast odzyskał równowagę. Akurat w momencie, gdy zarządca chcąc wykorzystać chwilową przewagę, znów na niego ruszył. Jack chwycił uniesioną do ciosu rękę mężczyzny, jednocześnie atakując go kolanem. Trafił dokładnie tam, gdzie planował. Dokładnie w splot słoneczny. Zarządca jęknął i cofnął się. O`Neill splunął krwią. A potem rzucił się na przeciwnika zadając serię szybkich ciosów. Zarządca cofał się. Był szybki, lecz pułkownik był szybszy. W końcu jego ostrze dosięgło celu i z rany na prawym barku zarządcy trysnęła krew. Mężczyzna ryknął rozwścieczony i zaatakował. Tym razem to Jack musiał cofnąć się przed błyskawicami ostrza. Furia dodawała zarządcy sił, lecz odbierała mu zdolność oceny sytuacji. Zaślepiony nie zauważył, że zbyt się odsłonił. Pułkownik wychwycił zadany cios, wykręcił mężczyźnie rękę, patrząc z satysfakcją jak jego palce rozwierają się, a nóż ląduje w piasku. O`Neill dokończył akcję solidnym kopnięciem. Zarządca w ostatniej chwili pojął, co się święci. Zdążył skręcić tułów i cios zamiast w pachwinie wylądował na jego biodrze. Siła kopnięcia normalnego mężczyznę powaliłaby na ziemię, lecz zarządca tylko jęknął ciężko. Postanowił jednak skrócić dystans i rzucił się całym ciałem na O`Neilla. Chwycił go wpół, powalił na ziemię. Po chwili obaj toczyli się po sypkim piasku, starając się zadać przeciwnikowi jak najwięcej ciosów. Zarządca trzymał kurczowo ramię pułkownika, starając się wytrącić mu nóż z ręki, a gdy mu się to nie udało, wbił zęby w jego przedramię. Jack wrzasnął. Czegoś takiego w życiu by się nie spodziewał. Nawet nie wiedział, kiedy nóż wysunął się z jego palców, a przeciwnik zachęcony efektem swoich działań zaczął zasypywać go gradem ciosów. Szarpnął się dziko, zrzucił z siebie rozjuszonego mężczyznę. Teraz to on znalazł się na górze. W tym momencie zarządca wymacał w piasku rękojeść. Zacisnął na niej palce i bez namysłu ciął szerokim łukiem. Ostrze ześlizgnęło się po uniesionym odruchowo przedramieniu i zagłębiło się w prawym boku pułkownika. O`Neill zachłysnął się z bólu, jego ciało wygięło się w łuk. Zamroczony osunął się na piasek.
- Sir! - Usłyszał jak przez mgłę rozpaczliwy krzyk Carter.
Zarządca powoli podniósł się na nogi. W dłoni wciąż ściskał zakrwawiony nóż. Podszedł do skulonego pułkownika. Szarpnięciem pociągnął go w górę tylko po to, by wymierzyć solidny cios w szczękę. O`Neill zatoczył się, lecz utrzymał się na nogach. Przyciskał kurczowo ramię do zranionego boku. Oddychał szybko. Pięść zarządcy znów wylądowała na jego twarzy, omal nie powalając go na ziemię. Trzeci cios nie doszedł celu. Jack zablokował rozpędzoną pięść i sam wyprowadził klasyczny sierpowy. I zanim zarządca zdążył zareagować, uderzył na odlew. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, potknął i poleciał na plecy. Pułkownik runął na niego. Siadł okrakiem na przeciwniku i niemal na oślep zadawał ciosy. Raz za razem. Systematycznie i bez litości. Zarządca starał się osłonić twarz ramionami, lecz jego wysiłki były mizerne. O`Neill atakował jak w transie. Nie słyszał krzyków swoich towarzyszy. Nie słyszał jęków wijącego się pod nim mężczyzny. Wyładowywał całą nagromadzoną w sobie furię. Całą nienawiść do tego człowieka, a także żal, strach i poczucie winy. Powstrzymał się dopiero, gdy jego ofiara przestała się ruszać. Spojrzał z niedowierzaniem na swoje zakrwawione teraz ręce, potem przeniósł wzrok na opuchniętą twarz zarządcy. Zsunął się z nieprzytomnego mężczyzny i podpierając się na łokciach odsunął nieco dalej. Oddychał szybko i spazmatycznie.
- Sir? - Drżący głos Carter przywrócił go do przytomności.
- Zabierzcie stąd to ścierwo. - Warknął przez zaciśnięte zęby.
Nienawiść wciąż jeszcze w nim buzowała, jednak stopniowo jego ciało ogarniała dziwna niemoc. Uświadomił sobie, że drży. Patrzył jak dwóch marines chwyta nieprzytomnego mężczyznę za ramiona i odciąga na bok. Wstał chwiejnie. Zatoczył się i opadł na jedno kolano. Miał dziwne wrażenie, że nie może zaczerpnąć tchu.
- Sir, jest pan ranny. - Carter natychmiast znalazła się przy nim. - Proszę nie wstawać.
- Nic mi nie będzie. - Burknął. - Co z pozostałymi? Co z Travisem? Pomóż mi wstać. - Zażądał.
- Odzyskał przytomność. Przeżyje. Jest z nim Daniel. Sir, krwawi pan.
- Pomóż mi wstać. - Powtórzył tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Bez słowa wykonała polecenie, choć widział, że nie jest zadowolona. Teraz, gdy adrenalina stopniowo wracała do swojego normalnego poziomu, zaczął w końcu odczuwać skutki pojedynku. Był zmęczony i obolały. Odruchowo przyciskał prawe ramię do klatki piersiowej. Czuł, że z prawej strony materiał munduru jest mokry od krwi i lepi się do ciała. Z trudem łapał oddech.
- Cholera, dziabnął mnie. - Stwierdził ponuro.
- Sir, nie wygląda to dobrze. Proszę pozwolić…
- Uch… Jak tylko odstawimy skurwiela w bezpieczne miejsce.
- Naprawdę uważam…
- Carter!
- Oczywiście, sir. - Carter wiedziała, że nie ma sensu się spierać. Pułkownik nie ustąpi.
Podała mu pistolet, który natychmiast schował do kabury. Schylił się, by podnieść broń i kamizelkę kuloodporną. Skrzywił się, lecz bez słowa wyprostował plecy i ruszył za podwładną. Przy ostatnich zabudowaniach czekała na nich reszta zespołu. Sam ruszyła ku więźniom. Wolała upewnić się, że z ich strony nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo. Banda opryszków siedziała w półkolu skrępowana i dobrze strzeżona. Wszyscy patrzyli w milczeniu na swego przywódcę, który powoli zaczął odzyskiwać przytomność, bo potrząsał głową, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.
Kapitan Travis siedział oparty plecami o ścianę. Do twarzy przyciskał przesiąknięty krwią opatrunek. Daniel Jackson pochylał się nad nim. Wstał zaraz i ze zgrozą wpatrywał się w zakrwawioną twarz Jacka.
- Co się stało? - Przeniósł wzrok na pobitego zarządcę.
- Wyrównywaliśmy rachunki. - Stwierdził spokojnie O`Neill.
A potem złapał go atak kaszlu tak silny, że musiał przytrzymać się ściany. Skulił się, obejmując żebra obiema rękami. Daniel znalazł się przy nim w dwóch susach, podtrzymując go pod ramię. Carter tez odwróciła się w jego kierunku, lecz nie zdążyła zrobić ani kroku.
Zarządca zerwał się z miejsca i skoczył ku najbliższemu z wartowników. Jego ruchy były szybkie, płynne i przemyślane. Zupełnie jakby nie odzyskał przytomności zaledwie przed chwilą. Jakby planował całą akcję i jedynie czekał na odpowiedni moment. O`Neill na chwilę odwrócił uwagę i ta chwila wystarczyła, by znów przejął kontrolę. Całym ciałem wyrżnął w żołnierza, zwalając go z nóg. Zaraz potem wystrzelił jak z procy ku odwróconej do niego plecami Carter, sięgając jednocześnie do cholewy buta po ukryty tam kolejny nóż. Kobieta kątem oka zauważyła ruch, lecz nie zdążyła zareagować. Zarządca chwycił ją za włosy i brutalnie pociągnął ku sobie, przyciskając ostrze do jej szyi. Zaraz potem rozległ się zbiorowy szczęk odbezpieczanej broni, gdy pozostali marines jak na komendę wycelowali w napastnika.
- Nie strzelać! - Ryknął Pułkownik.
Zaległa pełna napięcia cisza. Wszyscy zamarli. Carter wstrzymała odruchowo oddech. Na szyi czuła zimny dotyk. Ostrze lekko naciskało na skórę. Wiedziała, że wystarczy jeden ruch i zagłębi się w miękkich tkankach. Cholera, jak mogła do tego dopuścić? Na ułamek sekundy straciła czujność, a zarządca to wykorzystał. Spięła się w sobie. Teraz to ona musiała wykorzystać moment nieuwagi mężczyzny i zaatakować. Ale zarządca był maksymalnie skupiony.
O`Neill powoli ruszył w ich stronę. Nie miał broni. Uniósł ręce wyżej, by zarządca mógł zobaczyć, że jego dłonie są puste. Zrobił jeszcze jeden krok. Zarządca mocniej przycisnął ostrze do gardła swej zakładniczki. Po przeciętej skórze pociekła krew. Pułkownik zatrzymał się, unosząc dłonie jeszcze wyżej.
- O.K. - Rzekł cicho. - Już stoję. Widzisz? Nie ruszam się. Opuścić broń. - Zwrócił się do żołnierzy.
- Sir?- Spytał ktoś niepewnie.
- Wykonać. - Nawet nie spojrzał w stronę mówiącego. Wzrok utkwił w zaciśniętej na rękojeści dłoni. Nieruchomej i bezlitosnej.
Marines posłusznie wykonali polecenie. Zarządca patrzył dzikim wzrokiem to na Jacka, to na stojących wokół mężczyzn. Na jego usta wypełzał powoli obłąkańczy uśmiech. Cofnął się, pociągając Carter za sobą. Poddała się bez oporu. Mężczyzna kierował się w stronę pustyni. Sam domyślała się, że planuje wydostać się poza zasięg obławy. Wiedziała, że jeśli mu się to uda, zniknie pośród piasków i już może nigdy nie pozwoli się ponownie schwytać. Podniosła wzrok na O`Neilla. Pułkownik leciutko pokręcił głową. Ruch był zaledwie minimalny, ale i tak zdążyła odczytać jego intencje. „Nic nie rób. Nie prowokuj go." Mówiły jego oczy.
Błękitny promień zata wystrzelił zza najbliższej wydmy. Zarządca oraz jego ofiara zesztywnieli jednocześnie i jak na zwolnionym filmie osunęli się na ziemię wciąż spleceni uściskiem. Ponad piaskiem pojawiła się głowa Teal`ca. Po chwili Jaffa podniósł się z ziemi i biegł ku nim lekko pochylony dla zachowania równowagi. O`Neill otrząsnął się z chwilowego osłupienia. Rozejrzał się po równie zaskoczonych towarzyszach, którzy ponownie odruchowo unieśli broń, a widząc, kto oddał strzał, znów ją opuścili.
Zarządca drgnął i otworzył oczy. Oszołomiony, przez ułamek sekundy, wpatrywał się w stojącego ponad nim pułkownika. Po chwili przeniósł wzrok na leżącą obok niego nieprzytomną kobietę i zacisnął palce na rękojeści noża, który jakimś cudem wciąż pozostawał w jego dłoni. Teal`c wycelował zata i zamarł. Nie mógł wystrzelić po raz kolejny. Drugi, śmiertelny promień dosięgną łby również major Carter. Za to O`Neill już się nie wahał. Jednym płynnym ruchem wyciągnął z kabury pistolet i strzelił w momencie, gdy zarządca uniósł w górę ramię. Nóż wypadł z bezwładnych palców, a martwy mężczyzna upadł na ziemię. Biały piasek wokół jego głowy zabarwił się na czerwono. Pośrodku jego czoła widniał niewielki otwór.
Żołnierze po raz trzeci unieśli broń. „Trochę poniewczasie" przemknęło przez głowę pułkownikowi. Otoczyli pojmanych, choć ci już nie wykazywali najmniejszej ochoty na jakiekolwiek działanie. Śmierć przywódcy skutecznie ostudziła ich zapały. Daniel wyminął Jacka i pochylił się nad Carter.
- Nic jej nie będzie. - Ocenił. - Powinniśmy ją stąd zabrać. A co z tobą?
Pytanie skierowane zostało do O`Neilla. Pułkownik stał wciąż w tym samym miejscu z nieobecnym wyrazem twarzy. W opuszczonej dłoni ściskał pistolet.
- Jack? - Jackson podniósł się zaniepokojony. - O cholera!
Świat nagle zafalował. O`Neill poczuł dziwną duszność. Chciał zaczerpnąć głębszy oddech, lecz nie udało mu się to. Zupełnie jakby na jego żebrach zacisnęła się niewidzialna obręcz. Zdumiony rozejrzał się dookoła. Widział twarze, widział poruszające się usta, lecz nie słyszał głosów. Kolana ugięły się pod nim. Jeszcze raz spróbował odetchnąć. W ustach poczuł smak krwi. A potem zauważył, że piasek zaczął się do niego przybliżać, aż w końcu wpadł na niego z impetem, jakiego się nie spodziewał. Chwilę potem zemdlał.
- Cholera! - Powtórzył archeolog. Zostawił nieprzytomną Carter i rzucił się ratować pułkownika.
Ocknął się na szpitalnym łóżku. Leżał na wznak i miał trudności z zaczerpnięciem oddechu. Coś trzymało jego żebra w żelaznym uścisku. Uniósł dłonie w górę, starając się wymacać, co takiego usiadło mu na piersi. Bandaż. Zawinięty ciasno wokół jego klatki piersiowej.
- Dzień dobry pułkowniku. - Rozległ się ciepły głos Janet Fraiser. Po chwili odsunęła się seledynowa zasłona odgradzająca jego łóżko od reszty pomieszczenia i lekarka ukazała się w całej okazałości. - Witamy w świecie żywych.
- Uch… - Chrząknął. Usta miał wyschnięte na pieprz. - Pić.
Fraiser podała mu szklankę wody i pozwoliła mu napić się przez słomkę. Nie do wiary, jak przyjemna może być tak prozaiczna czynność.
- Proszę się oszczędzać i nie mówić zbyt wiele. - Kontynuowała kobieta. - Ma pan uszkodzone płuco.
- Rozumiem. - Pokiwał głową. Potem spojrzał na Fraiser z niepokojem. - Carter?
- Nic mi nie jest, sir. - Sam wyłoniła się zza zasłony cała i zdrowa. Do tego szeroko uśmiechnięta. - Cieszę się, że odzyskał pan przytomność.
- Jak długo byłem...
- Kilka godzin. Martwiłam się.
- Naprawdę? - Wychrypiał.
- Oczywiście. Sądzi pan, że jest inaczej?
- Nie, skądże. Ja tylko...
- Właściwie, to mam wyrzuty sumienia.
- Dlaczego?
- Nie powinnam panu pozwolić na tę demonstrację męskości.
- Że jak? - Jęknął Jack.
- Chodzi o zarządcę. Nie mówię, że sobie nie zasłużył, ale… - Urwała skonsternowana.
- Tak?
- Podpuścił go pan.
- Ach… No, może odrobinę.
- Przez tę odrobinę znów znalazł się pan w ambulatorium.
- Może to z powodu tęsknoty? - Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na Teal`ca, który zmaterializował się przy łóżku nie wiadomo skąd.
- Jakiej tęsknoty? - Zdziwiła się Carter. - Za ambulatorium?
- Nie, za kątami.
- Co? - Odpowiedź wyraźnie ją zamurowała.
- Rozstawianymi. - Dokończył Jaffa z kamiennym wyrazem twarzy. - O`Neill stwierdził kiedyś, że mu ich brakuje. Nie rozumiem tylko, czym się różnią od kątów w innych pomieszczeniach.
- Aaaa… - Fraiser zaczynała już rozumieć. Zerkając na pułkownika, mogła podziwiać rumieniec wypełzający powoli na całą jego twarz. Niezawodny znak, że i on przypomniał sobie o swoich wcześniejszych słowach. - To możliwe. Niektórzy uważają, że te kąty są naprawdę wyjątkowe.
- Nie zauważyłem. - Stwierdził Teal`c, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Szczerze mówiąc ja też nie. - Janet rewelacyjnie panowała nad sobą, choć z trudem przychodziło jej powstrzymywanie uśmiechu. - Ale ja widuję je na co dzień.
Carter stała osłupiała. W ogóle nie miała pojęcia, o czym mówi pozostała trójka. Widziała wyraźne rozbawienie Janet, konsternację pułkownika i szczere zdziwienie Teal`ca.
- Hej, co się dzieje? - Daniel Jackson dołączył do całej grupy. Rozejrzał się zdumiony po wszystkich twarzach i z jego miny Carter wyczytała, że on również niczego nie rozumie. Pomyślała, że przynajmniej nie jest w tym osamotniona. - O co chodzi?
- Pojęcia nie mam. - Sam wzruszyła ramionami. - Bredzą coś o kątach.
- O czym?
Janet nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Na jej twarzy wykwitł bardzo wdzięczny rumieniec.
- Przepraszam. - Bąknęła zażenowana, znów nad sobą panując. - Pułkowniku, jeśli pan chce, może pan wyjaśnić swojej drużynie, co Teal`c miał na myśli, ale proszę to zrobić za jakiś czas. Na razie powinien pan jak najwięcej odpoczywać. Czy to jasne?
- Jak słońce. - Odparł ponuro.
- Zajrzę do pana później. Możecie zostać - Zwróciła się do pozostałych. - Ale tylko kilka minut. Pułkownik naprawdę potrzebuje teraz spokoju.
Odruchowo poprawiła prześcieradło przykrywające pułkownika, zerknęła na monitor, po czym uspokojona wyszła. O`Neill westchnął. Przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mu opatrunek na żebrach.
- Więc, Jack… O co chodzi z tymi kątami? - Daniel spojrzał na niego wyczekująco.
- Nie powiem. - Jack przewrócił oczami. Spojrzał gniewnie na Teal`ca. - A z tobą muszę poważnie porozmawiać. Tak sypnąć kolegę…
- Nie rozumiem, O`Neill. - Jaffa zachował niewzruszony spokój. - Niczym nie sypałem.
- Akurat. - Po jego twarzy przemknął krótki, bolesny skurcz.
- My tez już pójdziemy. - Carter położyła nacisk na „my". - Niech pan odpoczywa.
- W porządku. - Zgodził się archeolog. - Ale wrócimy do tego później. Zaintrygowałeś mnie.
Ruszyli do wyjścia. Teal`c wciąż marszczył brwi. Zawiłości języka Tau`ri wciąż stanowiły dla niego nie lada zagadkę. Carter zawróciła od drzwi.
- Sir, gdyby pan czegoś potrzebował…
- Dzięki. Niczego mi nie trzeba. - Zawahał się. - Carter?
- Słucham?
- Załatwiłem go?
- Zarządcę? O, tak. Na amen. Pozostali też są w dobrych rękach.
- To dobrze. Warto było.
- Skoro pan tak mówi…
- Cieszę się, że nic się pani nie stało.
- Nie. Dzięki panu.
- Jak mówiłem: warto było.
- Proszę spróbować się przespać. - Uśmiechnęła się. - Musi pan nabrać sił. Rufus chciałby pana odwiedzić. Myślę, że za kilka dni doktor Frasier wyrazi na to zgodę. Ona również bardzo polubiła chłopaka. No i proszę nie zapominać, że jesteśmy zaproszeni przez Kalię na kolejną uroczystość zjednoczenia.
- Jakże mógłbym zapomnieć? Kolejne wesele? Heh! Nie przepuściłbym takiej okazji. Przecież trzeba przypilnować Daniela.
- Myślę, że tym razem będzie już grzeczny. Ostatni raz porządnie odchorował.
- I dobrze.
O`Neill skrzywił się lekko. Środki przeciwbólowe robiły swoje. Poczuł nadciągającą senność i wiedział, że nie będzie w stanie nad nią zapanować. Tak naprawdę jednak nie miał na to ochoty. Zasłużył sobie na odpoczynek. Bez dwóch zdań. Rozprawił się z zarządcą i uratował życie Carter. Cóż, można śmiało powiedzieć, że to był dobry dzień. Sam stała wciąż obok jego łóżka. Zasnął spokojnie z jej obrazem pod powiekami.
KONIEC
