Betowała absolutnie cudowna Disharmonie.
Bardzo dziękuję wszystkim za tak ciepłe przyjęcie tego tłumaczenia. I za komentarze, jakie napisaliście - lohrelain, inanna86, rinnka, K, Nakurishi, Kinetsuko, Star1012. Postaram się na nie jak najszybciej wam odpisać :)
K, jak najbardziej poczekaj z oceną, choć oczywiście miło słyszeć, że początek ci się podoba. A co do tego autografu - o Boże kochany, naprawdę zwykłym szarym człowiekiem jestem ;). Ale oczywiście bardzo mi miło. Kinetsuko, ogromnie się cieszę, że już pierwszy rozdział ci się podoba! I że doceniasz wysiłek, jaki w tłumaczenie wkładam. O tym, by tłumaczyć książki, nie myślałam - nie ma na to, tak naprawdę, zbyt dużego popytu, a moje obecne studia zajmują mnie już na tyle, że raczej nie mam czasu myśleć o filologii angielskiej ;). Star1012, och, to nawet nie wiedziałam, że ktoś to wcześniej próbował tłumaczyć! Dobrze więc jednak wyszło, że nie było ono kontynuowane, bo mogłaby wyjść nieprzyjemna sytuacja, gdyby tłumaczenie danego tekstu się powieliło. Niemniej cieszę się, że cieszysz się z mojego wyboru tekstu.
Miłego czytania!
Przeklęte pocałunki
Rozdział drugi
Riddle i Bezimienny
Czas pozostały do kolacji Harry wykorzystał na poznanie otoczenia.
Voldemort nie wskazał mu, który z pokoi powinien zająć – a w dworku było ich wiele, pustych i bez wątpienia nieużywanych.
Zaczynał przypuszczać, że ma sobie po prostu któryś wybrać, jako że wszystko wskazywało na to, iż jednak zagrzeje tu miejsca na trochę dłużej. Albo i nie. Może pozostały mu czas powinien liczyć w godzinach, wschodach i zachodach słońca.
Może, nim nastanie poranek, jego krew rozleje się po korytarzach, a to, co z niego pozostanie, zostanie wysłane w pudełku do wioski. Zwrócone. Na samą myśl przebiegł go dreszcz.
Ale nie uciekł.
Zbieganie przed wiszącymi nad miasteczkami cieniami powinno być proste – jak przed chmurami deszczowymi czy wyjącymi w nocy wilkami.
Jednak ich wioska również była przeklęta. Dwór i czyhający w nim potwór stanowili tylko centrum klątwy.
I być może to właśnie dlatego wciąż składali ofiary – bo mieli nadzieję, ale byli zarazem bezradni. Bezradni, bo czuli, że nie mają siły stawić czoła potworowi. Wszyscy, którzy tego próbowali, zmarli, a próbujący ucieczki ginęli, gdy tylko przekraczali granicę miasteczka.
W końcu każdej starej rezydencji przypadał również kawałek leżącej nieopodal ziemi.
Choć do wioski docierały promienie słoneczne, nikt nie pamiętał, by kiedykolwiek panowało tam lato. A przynajmniej nie takie prawdziwe. Przez ponad połowę roku pod ich stopami skrzypiał śnieg, a zima pożerała pozostałe im resztki dziennego światła i ciepła. Pojawiały się także jesienie i wiosny, ale zawsze ponure, szare i deszczowe.
Choć nie tak ciemne jak wzgórze – nic nie mogło równać się z żywymi cieniami pochłaniającymi dom Riddle'ów.
Zawsze istniała jakaś nadzieja. Nadzieja, że jest to tylko klątwa, a nie potępieńcza tyrania jakiegoś potwora. Że da się z tego uwolnić.
W końcu kto nie słyszał takich historyjek? O wybawcach i bohaterach, wspaniałych rycerzach w lśniących zbrojach, o prawdziwej miłości i czystych sercach.
Harry mimowolnie zwrócił uwagę na to, że wszystkie znajdujące się w rezydencji lustra zostały roztrzaskane. Nigdy nie sprzątnięte pozostałości po nich kurzyły się po kątach, mimo że cała reszta domu była nieskazitelnie czysta, a pościel ścieląca wszystkie łóżka świeża i wyprasowana. Dwór naprawdę się poruszał. Widział to, zapalając światła – drzwi otwierały się, mimo że nie wiał żaden wiatr, a schody poruszały. Dziwnym jednak było, że wszystkie obrazy przedstawiające Pana domu zostały pocięte. Bardzo głęboko i brutalnie, pozostawiając na podłodze skrawki rozerwanych twarzy malowideł.
Harry wybrał sobie ostatecznie pokój umieszczony głęboko w prawym skrzydle budynku. Wydawał się w najlepszym stanie i… no cóż, chyba po prostu coś go do niego ciągnęło.
Było to jedyne pomieszczenie w całym dworku, które nie zostało choć trochę zniszczone. Przyjrzał się mu z ciekawością. Stało w nim ogromne łóżko z baldachimem, zapierające dech w piersiach biurko i wiele innych udogodnień.
Wisiał tu też obraz.
Harry przypatrywał się mu uważnie i podszedł nieco bliżej, by przeczytać widniejącą pod nim inskrypcję.
Tom Riddle Junior
Był to jedyny obraz, jaki widział, który nie został rozerwany. Przedstawiał przystojnego młodzieńca o ciemnych włosach, skórze koloru kości słoniowej i bystrych oczach.
Harry przechylił głowę.
Zastanawiał się, dlaczego właśnie ten obraz, ze wszystkich znajdujących się w rezydencji, przetrwał. Na pierwszy rzut oka nie wydawało mu się, by było w nim coś specjalnego.
Tyle tylko, że Harry miał wrażenie, jakby jego rezydent go obserwował.
I wcale go to nie dziwiło. Cały ten dom był cholernie dziwaczny i przyprawiający o ciarki. Zadrżał lekko i odwrócił się.
O dziwo nie do końca wiedział, co ze sobą począć.
Przygotowywał się – co prawda podświadomie – do walki na śmierć i życie.
I choć Voldemort bez wątpienia potrafił wytrącić z równowagi, nie zrobił na razie niczego jawnie zagrażającego jego życiu. Tylko wbił mu trochę swoje paznokcie.
Co sprawiło, że zaczął zastanawiać się, skąd brały się te wszystkie ciała.
Obrócił się na pięcie, znów wodząc wzrokiem po pokoju. Swędziała go skóra i mrowiły dłonie. Ostatecznie rzucił swoje rzeczy na łóżko i przez chwilę się w nie wpatrywał.
Kilka szpargałów schowanych w znoszonej torbie – szczoteczka do zębów, parę ubrań na zmianę, nóż i album ze zdjęciami. Zabawnie było myśleć, że to wszystko, co po nim pozostanie.
Nic wyjątkowego. Nic doniosłego.
Ot po prostu zbiór kilku zwykłych rzeczy.
Ale to przecież właśnie dlatego się tu znalazł – bo był zupełnie zwyczajny. Nie miał za bardzo co za sobą pozostawić, a jeszcze mniej, by ze sobą zabrać. Choć może ostatecznie po wszystkich zostawało tylko kilka nic nieznaczących rupieci. I pył.
Nie wziął ze sobą nawet niczego, co nadawałoby się na odpowiedni strój na kolację. Czy to znaczyło, że sam się nią stanie? No i co, dokładnie, działo się między zachodem a wschodem słońca?
W kilku krokach zbliżył się do okna.
Nie było przynajmniej zaryglowane, choć otworzenie go wymagało kilku porządnych szarpnięć. Wciągnął powietrze, szukając czegoś świeżego i wyrazistego, co choć trochę kontrastowałoby z oziębłą ociężałością pokoju.
Niczego takiego nie znalazł. W powietrzu nie unosił się wprawdzie dym, ale niebo było tak ciemne, że właściwie nie sposób określić różnicy. Czuł się, jakby mógł złapać je w dłonie.
Zadrżał z zimna, które wdarło się do pomieszczenia, więc po chwili zamknął z westchnieniem okno. Nawet gdyby chciał uciec tędy pod osłoną nocy, upadek z takiej wysokości mógłby skończyć się dla niego tragicznie.
Przesunął dłonią po twarzy. Ucieczka, tak czy siak, była bezcelowa – mimo że pragnęła jej każda komórka jego ciała.
Chwilę później zamarł. Wydawało mu się, czy obraz naprawdę się poruszył? Zaschło mu w ustach.
Oczywiście w tak przepełnionym magią domu ruszający się obraz nie byłby najdziwniejszym, co jak do tej pory widział.
Ale włoski i tak stanęły mu na karku dęba.
Harry mógłby przysiąc, że głowa malowidła poruszyła się jego śladem, gdy przeszedł przez pokój.
A może był po prostu idiotą?
— Witam? – Jego głos nieco ochrypł.
— Jesteś ofiarą.
Harry'ego natychmiast ogarnęło déjà vu. I znów niemal wyskoczył ze skóry. Poruszający się, a mówiący obraz to dwie zupełnie różne rzeczy, chociaż przecież obie można było uznać za dziwaczne. Jakby nie patrzeć, skoro potrafił się poruszać, logicznym było, że może być też w stanie się odzywać.
Tak czy inaczej, po jego ciele przebiegł kolejny dreszcz. Co nie znaczyło, że z tym głosem było coś nie tak – jego baryton był naprawdę przyjemny.
— Taaa. Nazywam się Harry – powiedział. Zerknął znowu na inskrypcję. – A ty jesteś… Tom, mam rację?
— Tak. Jestem Riddle. Zagadka.*
Harry zmarszczył brwi, słysząc to dziwne sformułowanie.
— Zagadka? – powtórzył. Portret posłał mu w odpowiedzi tylko przebiegły uśmieszek.
— Powinieneś wyjść, wiesz? – oznajmił Riddle. – Gdy zrobi się ciemno.
— Voldemort powiedział, bym nie opuszczał pokoju między zachodem a wschodem słońca.
— Och, nie wątpię.
— Co to ma niby znaczyć? – zapytał Harry.
— Bestia za dnia, potwór nocą. Strzeż się wojny, gdy cień spotka się z jasnością – niemal wyśpiewał. I zdecydowanie nie za bardzo pocieszało Harry'ego to, w jaki sposób Tom ostro się do niego przy tym uśmiechał. A ta… no cóż, jakby nie mówiąc zagadka niczego mu nie wyjaśniła.
Przełknął ślinę.
— Skoro w nocy grasuje potwór, chyba jednak lepiej nie wychodzić na spacer – odparł.
— A więc wolisz zasiadać do stołu z bestią – mruknął Riddle. – Interesujący wybór.
Oczy Harry'ego zwęziły się.
— Zachowujesz się, jakby to była jakaś gra – zauważył. Malowidło uniosło brwi i przechyliło głowę, przyglądając się mu.
— A nie jest?
Harry'emu zaschło w ustach, więc się odwrócił. Zastanawiał się, co powinien ze sobą zrobić, skoro od kolacji dzieliło go jeszcze ładnych parę godzin. Poza rozmawianiem z tym doprowadzającym do szału obrazem, oczywiście.
Kim, tak w ogóle, był Tom Riddle? Poprzednim lokatorem tego dworu? A może kimś zupełnie innym?
Z pewnością będzie to szalenie interesujące. Jeśli przeżyje noc.
Kolację zjadł sam. Dom równo o osiemnastej zaprowadził go do jadalni.
Długi stół został dość suto zastawiony. Znajdowało się na nim chyba wszystko, co tylko mógłby sobie wymarzyć.
Zaburczało mu w brzuchu. Zbyt się rano denerwował, by zjeść porządne śniadanie, a od tego czasu nie miał niczego w ustach.
Widział ziemniaki i nerkówkę. Pieczoną kaczkę. Świeżą sałatkę, misę z różnymi owocami. Groszek. Kukurydzę. Marchewki. Brokuły.
Pachniało niebiańsko.
Zastanawiał się, kto to ugotował. W czasie swojej wycieczki odnalazł kuchnię, ale, poza Voldemortem, nie widział żadnych ludzi. Przyszło mu na myśl, że być może ten chce go otruć, więc szturchnął podejrzliwie to przecudnie wyglądające jedzenie.
No cóż, tak czy inaczej umrze, jeśli się zagłodzi. A biorąc pod uwagę sytuację, w której się znalazł, strajk głodowy raczej na nic się mu nie zda. Nie miał nic do stracenia.
Jedzenie smakowało równie dobrze, co wyglądało. Wydał z siebie cichy odgłos zadowolenia.
Wprawdzie nie miało to raczej zbytniego znaczenia, ale skoro i tak miał umrzeć, równie dobrze mógł zaznać wpierw trochę prawdziwego luksusu.
Nie powstrzymało go to jednak przed zastanawianiem się, gdzie podziewa się Voldemort, skoro najwyraźniej tak szalenie ważne było dla niego, by pojawił się na kolacji. Z drugiej strony, powiedział mu wcześniej, że zobaczą się rano, jeśli przeżyje noc. Może sam stanie się kolacją, gdy sparaliżuje go ukryta w jedzeniu trucizna? Lub zabije. Kto tam wie.
Naprawdę był w rezydencji z Voldemortem sam?
Nawet gdyby przeżył, zapowiadało to strasznie samotne życie.
Jadł tak długo, aż się posilił, ale z każdym kęsem coraz bardziej tracił apetyt. Kaczka była przepyszna, podobnie jak wszystko inne – ale z trudem skończył talerz, zanim go od siebie odsunął.
Nie miał pojęcia, co powinien teraz zrobić. Zanieść naczynia do kuchni i je umyć? Wstał, zerkając przez wychodzące na ogród okno.
Trudno było powiedzieć, ale słońce wisiało już nisko na niebie. Powoli opadało, zabierając ze sobą coraz to kolejne promyki światła.
Nie opuszczaj swojego pokoju między zachodem a wschodem słońca.
Czy było tam bezpiecznie? Nie widział żadnych masywnych zamków. Niczego, co powstrzymałoby potwora przed wtargnięciem.
Słowo „potwór" nie podobało mu się równie mocno co „bestia".
Nazywając kogoś Voldemortem mógł mieć przynajmniej mgliste pojęcie na temat tego, z czym ma do czynienia. Natomiast to, co bezimienne, było znacznie mniej konkretne. Potwory przybierały różne postaci. Lekko napiął mięśnie.
Najwyższy czas wrócić do pokoju, zanim słońce całkowicie zniknie za horyzontem.
Dotarł na miejsce trochę przed czasem, nie zamierzając wykazywać się głupotą i z tym zwlekać. A przynajmniej nie już pierwszej nocy.
Jego kończyny zrobiły się nagle jakby znacznie cięższe, ołowiane. Może rzeczywiście został otruty, chociaż bardziej czuł się, jakby po prostu na jego barki nałożono zbyt duży ciężar, a stopy skuto kajdanami.
Gdy dotarł w końcu do pokoju, był lekko spocony. Zerknął na obraz i Riddle posłał mu uśmieszek.
— Smakowała ci kolacja?
— Owszem, dziękuję – odpowiedział po chwili. Jeśli miał być szczery, cały ten portret był nieco dziwaczny. Uprzejmy, ale bardzo, bardzo osobliwy.
Jego uśmiech się poszerzył.
— Mam dla ciebie kolejną zagadkę: jak nazwiesz bezimiennego? – rozbrzmiał znowu szyderczy, śpiewny ton. Jeśli Harry miał być szczery, przyprawiał go o ciarki.
— Nie wiem – mruknął. – Jak nazwać coś, co jest bezimienne? Możesz określić je, jak tylko zechcesz, skoro nie ma nazwy. – Zdecydowanie bardziej martwił go w tej chwili ciemniejący pokój i zachodzące słońce. Została najwyżej minuta.
Przesunął się do okna. Czuł drażniące jego skórę oczekiwanie.
W następnej chwili wszystko na zewnątrz domu ogarnęły absolutne ciemności. Całkowicie wszystko. Jakby świat zatonął w czarnym smogu i płynnych cieniach. Również w jego pokoju, pomimo maksymalnie rozpalonych świateł, zrobiło się jakoś bardziej ponuro.
Wszystko stało się nagle upiorniejsze, zniekształcając znane kształty w coś zupełnie nowego.
Powinien się domyślić, że skoro już w dzień było dość ciemno, w nocy będzie jeszcze gorzej. Zwłaszcza tu, w samym centrum klątwy. Wciągnął drżąco powietrze. Nagle, w obliczu potykania się samotnie w ciemnościach, rozmawianie z Tomem wydało się znacznie bardziej pociągające niż wcześniej.
— Odpowiesz mi więc, Tom? Jak ty byś nazwał bezimiennego?
Odwrócił się i zamarł.
Obraz był pusty. Niczego w nim nie było. A już na pewno nie Toma.
Równie szybko, co płótno pociemniało, nagle zaczęła pojawiać się na nim zupełnie nowa postać.
Harry przełknął ślinę. Napiął się.
Ten rezydent obrazu wyglądał znacznie inaczej. Przerażająco. Miał oczy niczym piekielny ogień, skórę bladą jak kość słoniowa. Długie palce, które wcześniej trzymały jego biodro. Żadnych włosów ani nosa.
— Tom? – zapytał bardzo cicho. Inskrypcja pozostała ta sama: Tom Riddle Junior. A jednak… no cóż, to stworzenie zdecydowanie nie przypominało przystojnego młodzieńca, który opierał się wcześniej o ramę.
Ostrożnie zbliżył się do niego o krok.
— Harry! – Wołanie. Spoza pokoju. Głos Ginny. – Harry, pomóż mi!
Jego oczy rozszerzyły się i natychmiast ruszył w stronę drzwi, ale…
Nie opuszczaj swojego pokoju między zachodem a wschodem słońca. Bez względu na to, co usłyszysz.
Było mu niedobrze. Przesunął wzrokiem między drzwiami a obrazem. Mężczyzna, stworzenie, obserwował go swoimi pozbawionymi radości, szkarłatnymi oczami. Drgnął, rozdarty. Serce waliło mu w piersi.
Jego wzrok wędrował między drzwiami i dobiegającymi zza nich krzykami a obrazem.
Którego rezydent potrząsnął głową.
Dlaczego obraz się zmienił? Co tu się, do diabła, wyprawiało?
— Nie rozumiem – oznajmił Harry. – Gdzie jest Riddle? Kim jesteś?
— Odradzam.
Harry natychmiast rozpoznał ten głos. Słyszał go już dzisiaj. To był V…
— Odradzam – powtórzyło stanowczo stworzenie.
Harry zastanawiał się, czy kiedykolwiek przyzwyczai się do poczucia déjà vu. Przyjrzał się uważnie swojemu towarzyszowi.
Choć nie wyglądał on zbyt przyjemnie, a jego oczy były przerażające, nie tego spodziewał się po bestii. Palce Harry'ego zacisnęły się u boków w pięści, a brwi zmarszczyły ze zmieszania.
Znów rozbrzmiały krzyki. Piskliwe, błagające o pomoc. Każdy, kogo kiedykolwiek kochał, wrzeszczał do niego z ciemności. Harry natychmiast ruszył znowu w stronę drzwi, roztargniony i roztrzęsiony.
— Odradzam. – Tym razem głos był leniwszy, choć wciąż pobrzmiewało w nim ostrzeżenie.
— Co tam jest? – Głos Harry'ego lekko się załamał. – Co się, u diabła, dzieje?
— Riddle już ci powiedział.
Harry przez chwilę gapił się na niego, próbując objąć to wszystko umysłem. Że niby naprawdę była to… zagadka? Wrócił myślami do Toma, z niepokojem nie odrywając oczu od portretu.
— Bestia za dnia, potwór nocą. Strzeż się wojny, gdy cień spotka się z jasnością – szepnął. – Czy ty…? – Znów rozbrzmiały krzyki. Harry zamknął mocno oczy, czując zaciskającą mu się w gardle gulę.
Potwór nocą.
— Przyjdzie po ciebie. Nigdy nie przestanie.
— V… — zaczął.
— Głupcze – wręcz syknął obraz. – Odradzam.
Harry przełknął ślinę. Za każdym razem, gdy choćby zbliżał się do głośnego nazwania lub pomyślenia o…
— Dlaczego nie wolno mi cię nazwać? – spytał, ostrożnie dobierając słowa.
Jak nazwiesz bezimiennego?
— Nie próbuj nazwać bezimiennego. Znajdziesz tu bibliotekę. Powinieneś przeczytać zasady. Spisane przez tą, która dobrnęła najdalej.
— Dobrnęła najdalej? – powtórzył Harry. Stworzenie nic nie powiedziało, tylko na niego spoglądało. Harry znów zacisnął pięści. – No dobra. Dzięki. Byłeś naprawdę pomocny.
— To nudziarz. Powinieneś spędzić trochę czasu ze mną, ofiaro.
Był to zupełnie nowy głos i Harry krzyknął, w mig obracając się na pięcie.
A potem… potem mógł tylko patrzeć, czując suchość w ustach.
— Ilu dokładnie was tu, kurwa, jest!?
*z angielskiego „Riddle" można przetłumaczyć jako zagadkę. Jest to bardzo ważne w kontekście tego fica, bo Riddle jest tu zagadką całkowicie dosłownie (i tyle tylko mogę powiedzieć, nie zdradzając dalszej fabuły, ale uznajcie Riddle'a po prostu również za Zagadkę) i nawiązanie do znaczenia tego nazwiska w odniesieniu do tej konkretnej postaci pojawi się tu jeszcze niejednokrotnie. O ile będę się starała tłumaczyć to w taki sposób, by nikt nie miał nigdzie żadnych wątpliwości, dalej proszę, byście mieli na uwadze powiązanie „zagadki" bezpośrednio z Riddle'em, gdy w przyszłości pojawi się to słowo gdzieś w tym tłumaczeniu, ponieważ czasami, mimo moich najcięższych wysiłków, może być to po prostu konieczne w celu całkowitego zrozumienia przekazu.
