Betowała wspaniała Disharmonie.
Oczywiście z całego serca dziękuję wszystkim tym, którzy przystanęli na chwilę i zostawili pod poprzednim rozdziałem komentarz. Nakurishi, Anona, Ziebuszka, Mareen7, Gościu, Ingula, Jackie. Jacqueline, rinnka, Star1012 i CreepyMary – jestem wam niesamowicie wdzięczna za wasze wsparcie :).
Anona, pozostaje mi w takim razie mieć tylko nadzieję, że polskie tłumaczenie cię nie zawiedzie ;). Gościu, (Kinetsuko, jak mniemam? :)) co do wielkości kolejnych rozdziałów, to tendencja będzie raczej wzrostowa, choć oczywiście będą się też zdarzały rozdziały krótsze od swoich poprzedników. Ogólnie jednak tłumaczenie będzie miało jakieś mniej więcej 46 tysięcy słów (przy czym tutaj, na ffnet, licznik bez wątpienia będzie pokazywał więcej - choćby ze względu na to moje odpisywanie na komentarze). Cieszę się, iż sądzisz, że problem "zagadki" został dobrze rozwiązany. Co się natomiast tyczy moich studiów - jestem na psychologii. Star1012, dokładnie, Zagadka jest zagadką :). Mam oczywiście nadzieję, że kolejne rozdziały cię nie zawiodą.
Miłego czytania!
Przeklęte pocałunki
Rozdział trzeci
Pierwsza noc
Przypominał Riddle'a.
Niemal.
Równie przystojny, o takiej samej budowie – jakby wyciągnięto go żywcem z obrazu. Tyle że… nie do końca.
Zamiast zachwycających, choć zimnych, niebieskich oczu, jakie Harry widział u Riddle'a, te przywodziły na myśl obsydianowy atrament. A w przeciwieństwie do nieskazitelnej, zdrowej, kremowej skóry postaci z portretu, żyły Potwora pulsowały na powierzchni tym samym mrokiem, co jego oczy. Owinięty ciemnymi ubraniami, przywodził niemal na myśl czarno-białą fotografię. Coś, z czego wyssano wszelkie życie. Tylko jego intensywnie czerwone usta miały jakiś kolor.
Uśmiechnęły się.
— Jest nas sześciu – odpowiedział, opierając się o ramę drzwi, ale nie przekraczając progu. – Spotkałeś już Bestię, Riddle'a i obecnego tu Sam-Wiesz-Kogo. – W przeciwieństwie do wysokiego i zimnego głosu Voldemorta, stwór przemawiał przyjemnym barytonem Riddle'a.
— A ty jesteś Potworem – domyślił się Harry.
— Dokładnie – wymruczał.
No dobra. Nie ma co ukrywać, drań wyglądał dość przerażająco, ale Harry nie do końca rozumiał, dlaczego był potworem. A przynajmniej dlaczego właśnie to wcielenie miało być gorsze od wszystkich pozostałych. Bezimienny – czy, jak to określił Potwór, „Sam-Wiesz-Kto" – choćby pod względem wizualnym dużo bardziej go przerażał.
A skoro Potwór przypominał wyglądem zniekształconą wersję Riddle'a, domyślał się, że podobnie Bestia ma w sobie pewnie coś z Bezimiennego.
Zerknął ponownie na obraz. Twarz Sam-Wiesz-Kogo była nieprzenikniona, gdy uważnie się im przyglądał, choć większą uwagę zdawał się poświęcać Potworowi. Harry wciągnął ostro powietrze.
— Dlaczego nazywają cię potworem? – zapytał cicho. Stwór wzruszył ramionami.
— A dlaczego ciebie nazywają ofiarą? – odparł.
— Z chęcią usłyszałbym odpowiedź – warknął Harry. – Nie jestem tu nawet od doby. Nie mam pojęcia, co tu się wyrabia.
Przynajmniej ustały w końcu krzyki.
— To musi być frustrujące – powiedział Potwór. – Dlaczego po prostu nie uciekniesz? – Cofnął się trochę od drzwi, jakby zwalniając mu drogę. Harry poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku.
Może był nieco uprzedzony i stronniczy, ale zdecydowanie nie zamierzał zaufać tak łatwo komuś, kogo nazywano „potworem".
— Riddle też powiedział, że powinienem wyjść, gdy zrobi się ciemno – przypomniał sobie, próbując to wszystko rozgryźć.
— Och, nie wątpię – stwierdził Bezimienny. Harry ponownie rzucił okiem na obraz, czując przebiegający mu po plecach dreszcz. Był pewien, że słyszał już te słowa wcześniej, tyle że z ust Riddle'a w kontekście odradzającego mu opuszczenie pokoju Voldemorta.
Był to zestaw niezbyt pomocnych, sprzecznych informacji i naprawdę nie miał pojęcia, którym powinien ufać. A może żadnym? To dopiero pocieszająca myśl…
Tak czy inaczej, nie mógł uciec. Sam się do tego zgłosił. Co prawda nie tego dokładnie się spodziewał, niemniej nie znaczyło to, że ma od razu wiać.
Spojrzał ostrożnie na dwóch swoich towarzyszy, mając złe przeczucia. Jego kończyny wciąż zdawały się ważyć tonę – niezmiennie od czasu kolacji.
— Dlaczego nazywają go potworem? – zapytał malowidło.
— Bo tym właśnie jest – odparł Sam-Wiesz-Kto.
— Cóż takiego okropnego zrobił? – naciskał Harry, chcąc dowiedzieć się więcej, a nie słuchać jakichś tautologicznych bzdur.
Bezimienny jednak milczał, zaciskając mocno wargi.
— Co zrobiłeś? – zapytał więc Potwora, sfrustrowany brakiem odpowiedzi. Wcześniej już jakieś z nich wyciągnął, więc może i tym razem mu się uda.
— Wyjdź, a ci pokażę – oznajmił stwór, posyłając mu wyjątkowo uroczy, choć powściągliwy, nieodsłaniający zębów uśmiech. Harry zmrużył oczy i skrzyżował ramiona.
Potwór wciąż nie wszedł do jego pokoju, a biorąc pod uwagę, że Voldemort powiedział mu, aby go nie opuszczał… mógł się tylko domyślać, że nie był w stanie przekroczyć progu. Zastanawiał się, czy to samo dotyczyło Bestii.
— Ludzie się na to zwykle nabierają?
Potwór wzruszył ramionami, ale jeszcze mocniej się uśmiechnął. Harry potrząsnął głową i odwrócił się. Dzisiejszy dzień obfitował w nowe wydarzenia i czuł się już zmęczony. Westchnął, przeczesał ręką włosy i spojrzał w stronę okna. Nie było raczej co za nie wyglądać, jako że rezydencję otuliły szczelnie cienie nocy.
Znowu rozbrzmiał przeszywający, ostry krzyk. Harry przeklął pod nosem, odwracając się. Potwór wciąż stał w drzwiach i nic nie wskazywało na to, by zamierzał w najbliższym czasie się z nich ruszyć. Jego oczy były tym razem mniej przyjazne, jakby znał myśli Harry'ego i to, że ten postanowił go zignorować. Wiedział, co zrobić, aby zajść mu za skórę. Harry zastanawiał się przez chwilę, czy nie powinien po prostu do niego podejść i zamknąć mu drzwi przed nosem. Raczej tak.
Krzyki znowu ustały.
— To ty je powodujesz? – zapytał. Nie wiedział, jak te wrzaski mogłyby być robotą Potwora, ale…
Potwór po raz pierwszy porządnie otworzył usta. Rozciągnęły się one szeroko i przepastnie, ujawniając rząd najostrzejszych zębów, jakie kiedykolwiek widział. Ostrzejszych nawet niż u grasujących w lesie wilków. Chwilę później uderzył w niego krzyk – głosy wylały się strumieniem z ust Potwora, jakby więził je w swoim gardle.
Proszę, Harry, pomóż! Ratuj! Powstrzymaj go! Błagam, niech przestanie, zrobię wszystko…
Harry pobladł. I wpatrywał się szeroko otwartymi oczami, nie będąc w stanie odwrócić wzroku. Po chwili Potwór zamknął ponownie usta, powracając do przyjemnego uśmiechu i towarzyszącej mu ciszy.
Dobry Boże. Harry przełknął ślinę.
Zerknął ponownie na obraz, mimo że nie spodziewał się po nim żadnego pocieszenia czy wyjaśnień.
Bezimienny uniósł nieco brwi, dłubiąc sobie w paznokciach.
A co w tym wszystkim najgorsze, Harry miał niepokojące przeczucie, że słuchanie wydobywających się z ust Potwora krzyków najbliższych mu osób to dopiero początek. Zacisnął mocno pięści.
Zaczynał również podejrzewać, że cały ten koszmar powtarzać się będzie co noc. Mógł, oczywiście, zamknąć drzwi, ale to nie powstrzyma go przed słyszeniem, co się za nimi znajduje. Jak miał niby w takich warunkach spać? Nigdy się o to nie prosił! Znaczy, jasne, zgłosił się na ochotnika, ale nie spodziewał się, że będzie się to wiązało z przeżywaniem czegoś takiego.
Myślał, że będą polować na niego jak na zwierzę. Że rozerwą go na kawałeczki i zjedzą, gdy tylko przekroczy bramę. Nie pisał się na „grę", w której własnoręcznie będzie decydował o swoich kolejnych krokach i tym, czy zginie. Już raz zgodził się na śmierć. Zrobienie tego ponownie nie będzie proste.
— Czego chcesz?
— Ciebie – odparł prosto z mostu Potwór. – Chcę mojej ofiary. I nie spocznę, póki jej nie zdobędę.
— Nie jestem jakąś pieprzoną zabawką – warknął Harry. – Jestem osobą. Człowiekiem. Coś to któremuś z was mówi? – Spojrzał zażarcie na nich obu. – Odkąd tylko przybyłem, zachowujecie się, jakby to była jakaś gra.
— Bo to jest gra – stwierdził Bezimienny. – Mniej więcej.
Harry zacisnął mocno szczękę. Riddle, oczywiście, powiedział coś podobnego, ale sam fakt, że wszyscy, bez wyjątku, tak bezceremonialnie traktowali to – jego życie! – jak jakąś zabawę…
W gardle stanęła mu gula.
— Robi mi się od was niedobrze – wychrypiał.
— Więc ucieknij – wręcz wymruczał Potwór. – W końcu nie wybrałeś sobie sam takiego losu.
— Właściwie to wybrałem – warknął Harry. Obaj zamarli.
— Zgłosiłeś się na ochotnika? – wykrztusił po chwili Bezimienny.
— Zachowujesz się, jakby nigdy wcześniej się to nie zdarzyło – powiedział Harry. Jak na tak zupełnie odmienne od siebie monstra, przybrali w tej chwili dokładnie ten sam wyraz twarzy, bez słowa się na niego gapiąc. Harry zamrugał. – Zdarzyło się to wcześniej, nie? Jacyś rodzice, którzy zgłosili się za swoje dzieci? Rodzeństwo za rodzeństwo?
Nie potrafił sobie wyobrazić, by był pierwszym takim przypadkiem.
— Naprawdę jest Ofiarą – mruknął pozbawiony tchu Bezimienny.
— Czy to nie tak przez ten cały czas mnie nazywaliście? – Harry uniósł brwi. Nie było to w końcu nic nowego. Ich zachowanie nie miało najmniejszego sensu.
— Czy Bestia wie? – zapytał Bezimiennego Potwór. – I inni?
Inni. Na razie z sześciu wcieleń poznał tylko cztery. Przez chwilę zastanawiał się, jak jeszcze będą na siebie mówić. A także nad tym, czy znajdzie się wśród nich ktoś miły. Jakieś Serce lub coś w tym stylu. Fajnie by było.
— Wie o czym? – nie wytrzymał Harry. – Co masz na myśli? O czym wy mówicie? Dlaczego to, że sam się zgłosiłem, jest nagle takie ważne?
Nie był nawet pewien, czy to przerażające, czy może tylko dezorientujące. Skłaniał się raczej ku temu drugiemu, jako że bezsensowne byłoby obawianie się czegokolwiek w tym stosunkowo bezpiecznym pokoju. Potwór budził grozę, ale skoro rzeczywiście nie mógł dopaść go, jeśli nie przekroczy progu… nie miał się czego bać.
Co innego, gdyby spotkał się z nim w środku nocy po drugiej stronie drzwi. Tego z pewnością wolałby uniknąć.
Kiedy jednak Potwór wciąż tylko mu się przyglądał, odwrócił się do Bezimiennego, szukając u niego odpowiedzi.
— On nic ci nie powie – oznajmił wtedy Potwór. – Ja mogę. Riddle musi. Bestia i Bezimienny nie mogą. To wbrew zasadom.
— Ty możesz, ale Riddle musi? I o co chodzi z tymi zasadami?
— Potwór to potwór. Nie licząc zakazu wejścia do tego pokoju, może robić, co chce. Jest abominacją – powiedział zwięźle Bezimienny. – Co nie znaczy, że zrobi. Riddle natomiast jest zobowiązany do odpowiadania na każde pytanie, jakie do niego skierujesz, bez względu na to, co dzieje się z domem lub jaka jest twoja… sytuacja.
Tyle że, oczywiście, jak sugerowało samo imię, odpowiedzi drania nie będą bezpośrednie, nawet jeśli najpewniej poprawne. Po prostu, kurwa, zarąbiście.
— A Bestia? – nie dawał za wygraną Harry. – Dlaczego nie może robić tego samego, co Potwór? I tylko mi nie mów, że dlatego, iż nim nie jest.
Bezimienny zamknął usta, mimo że już je otwierał, by mu odpowiedzieć.
— Bo to niezgodne z zasadami – powiedział Potwór, wzruszając ramionami. – Nie może.
— A dlaczego po prostu nie złamiecie zasad? Co was powstrzymuje? – Zdecydowanie zaczynało przyprawiać go to wszystko o ból głowy. Zostanie zabitym wydawało się nagle znacznie łatwiejszą opcją.
— Nikt nie łamie zasad – oznajmił Bezimienny.
— Dlaczego? – naciskał dalej Harry. Nie nadeszła żadna odpowiedź. – Bestia, Riddle, Bezimienny i Potwór. A co z pozostałą dwójką? Co oni mogą? Kim są? Spotkam się z nimi w pierdoloną pełnię księżyca, czy co?
Nie wiedział, dlaczego patrzył akurat na Sam-Wiesz-Kogo, skoro portret po prostu dalej dłubał sobie w paznokciach, spoglądając na niego, ale mu nie odpowiadając. Harry domyślił się, że najpewniej nie może.
Zastanawiał się, jaki był cel tego drania. Bo zakładał, że skoro jest to gra, każdy element musi mieć w niej jakieś zadanie. Z drugiej strony – czy coś nieposiadającego imienia mogło mieć w ogóle jakieś przeznaczenie?
Spojrzał ponownie na Potwora.
— Niech zgadnę, nie masz ochoty odpowiadać na którekolwiek z tych pytań? – prychnął Harry, zaciskając szczękę.
— Dlaczego miałbym robić coś za darmo, skoro wszystko ma swoją cenę? – wymruczał Potwór.
— A co by to była za cena?
— Odradzam – ostrzegł Bezimienny. Tym razem Harry go zignorował.
— Och, to zależy, co dokładnie chcesz wiedzieć – oznajmił Potwór. – Może twój pierwszy uśmiech, zapach rodzinnego domu albo dźwięk twojego głosu.
Harry'emu momentalnie zaschło w ustach. Co to był niby za cennik? Spojrzał na Bezimiennego.
— Wspomniałeś wcześniej o bibliotece. Znajdę tam odpowiedzi, których szukam? – zapytał.
— Niektóre. I zasady – odparł obraz. – Możesz też zapytać bez żadnych konsekwencji Riddle'a, o ile uda ci się w ogóle zrozumieć, co mówi.
Jeśli jednak chciał natychmiastowej, nieograniczonej w żaden sposób wiedzy, musiał zwrócić się z tym do Potwora.
A przynajmniej przypuszczał, że taka właśnie konkluzja wisiała niewypowiedziana między słowami Bezimiennego.
— Nie ma w takim razie mowy – powiedział do Potwora. Wyszczerzył on w odpowiedzi do niego swoje zęby.
— Prędzej czy później, ofiaro, będziesz musiał wybrać stronę.
— Mam na imię H…
— Odradzam.
Harry spojrzał ponownie na obraz. Powróciła początkowa szorstkość jego wcześniejszych reprymend. Naglenie do milczenia.
— Naprawdę masz fioła na punkcie imion, co? – odparł Harry.
— Imiona kryją w sobie siłę – odpowiedział portret. – Powinieneś uważać, co nazywasz i komu podajesz swoje imię.
Harry zmarszczył brwi.
Skoro imiona miały pewną moc, jaką władzę dzierżyła „ofiara"? Bo z całą pewnością wydawali się zafiksowani na jej punkcie. Tak samo jak na jego dobrowolnym zgłoszeniu się.
— Zna już moje imię. – Jakby nie patrzeć, wydobywające się z jego ust wrzaski zwracały się bezpośrednio do niego.
— Wiedza to nie to samo, co dobrowolne ofiarowanie. Nie może swobodnie używać twojego imienia – wyjaśnił obraz.
Dobra. Wspominał już, że śmierć byłaby w tej chwili prostszym rozwiązaniem?
Zapytałby też, co Potwór miał na myśli poprzez „wybranie strony", ale coś mu mówiło, że o ile nie będzie chciał dać za tę informację czegoś w zamian, nie uzyska żadnej pomocnej odpowiedzi.
Z drugiej strony – czy naprawdę aż tak potrzebny był mu pierwszy uśmiech?
Niemniej głupotą byłoby robienie czegokolwiek zbyt pochopnie, zanim zajrzy do biblioteki. Na razie utknął w martwym punkcie i musi poczekać do świtu.
Miał przeczucie, że będzie to bardzo długa noc.
Poranek przywitał go zapuchniętymi oczami i wyczerpaniem.
Nie zmrużył nawet oka. Potwór całą noc czyhał za jego drzwiami, krzycząc do niego głosami jego bliskich, gdy nie mógł dostać się do środka, a Harry nie chciał do niego wyjść.
Zniknął dopiero, gdy pierwszy promyk słońca przemknął z okna w stronę drzwi. Rozmazał się niczym pozbawiony sygnału ekran telewizora, po czym w jednej chwili zniknął z oczu.
Portret poczerniał i znów pojawił się na nim Riddle, spoglądając na niego z tym samym przerażającym rozbawieniem, co reszta jego wcieleń. Harry natychmiast się wyprostował.
— Zasady. Jak brzmią? – zażądał natychmiast.
— Witaj, Harry – odparł Riddle, opierając się wygodnie o ramę obrazu. – Widzę, że przetrwałeś pierwszą noc.
— Musisz odpowiadać na moje pytania – oznajmił. Tom się skrzywił.
— Pytasz, jak mniemam, o zasady domu?
— A o jakie inne miałbym? – Harry poczuł, jak zamiera z nieufności.
— Zasady domu – powiedział Riddle. Tym razem jego głos był całkowicie beznamiętny, a twarz nie okazywała żadnych emocji. – Pierwsza: jeśli coś zjesz, nie możesz go już opuścić. Druga: odnoś się z szacunkiem do obrazów i domu. Trzecia: nie próbuj nazywać bezimiennego. Czwarta: jeśli dostaniesz pozwolenie na odejście, nie oglądaj się za siebie. Piąta: za każde przyjście lub przejście trzeba zapłacić. To samo dotyczy wykonania kolejnego ruchu w grze.
Harry pobladł. No cóż, przynajmniej nie była to zagadka. Domyślał się, że obraz był zmuszony wymówić zasady, gdy zostanie o nie zapytany. Mimo że mógł dowolnie układać, zgodnie ze swoją nazwą, zagadki na wszystkie pozostałe tematy.
Tyle że… no cóż, zjadł już coś, czyż nie?
— Mogłeś powiedzieć mi o tym, zanim poszedłem na kolację – syknął, zaciskając dłonie w pięści. Riddle uśmiechnął się złośliwie.
— Nie zapytałeś. Postanowiłeś zasiąść do stołu z Bestią.
Harry prychnął, usłyszawszy tę odpowiedź. Nie zapytał? Skąd miał w ogóle wiedzieć, że powinien o coś takiego pytać?
— A… ofiara? Co to znaczy?
— Ofiara. Poświęcenie. Dawana domowi i jego mieszkańcom przez ludzi z wioski, aby powstrzymywać Voldemorta przed wkroczeniem do miasteczka. – Riddle patrzył na niego, jakby uważał go za idiotę, skoro musi o to pytać. Harry zacisnął zęby.
— A co to za różnica, że zgłosiłem się na ochotnika? Nie jestem przez nikogo poświęcany, sam wybrałem sobie taki los.
Podobnie jak wcześniej u pozostałych, wyraz twarzy Riddle'a w jednej chwili się zmienił.
— To już wykracza poza moją jurysdykcję – odpowiedział beznamiętnie obraz. – Będziesz musiał zapytać kogoś innego.
— Kogo? Potwora? – Harry roześmiał się gorzko. – Po co więc w ogóle jesteś? I co to w ogóle znaczy, że to „wykracza poza twoją jurysdykcję"?
— Jeśli na to się właśnie zdecydujesz… — Riddle przyglądał się mu przez moment. – Idź na śniadanie. Bestia czeka tam na ciebie. To, czy coś zjesz, nie ma już znaczenia. Uważaj.
— Spotkałem Potwora, a dopiero teraz mówisz mi, bym uważał?
Riddle w odpowiedzi tylko się uśmiechnął.
Harry westchnął.
Przynajmniej mógł się już pochwalić, że przeżył pierwszą noc.
