Betowała najcudowniejsza beta na całym świecie, czyli Disharmonie.
Natomiast za komentarze z całego swojego drobnego serca dziękuję Nakurishi, Ingula, Ziebuszka, M, Star1012, K, silaera64, Mareen7, Victor Black, Kinetsuko, rose29 i Eluś. Wasze wsparcie rozpala we mnie wielką iskierkę radości i naprawdę sprawia, że czuję, iż warto było poświecić czas na to tłumaczenie :).
M, mogę mieć w takim razie jedynie nadzieję, że tłumaczenie wyda ci się równie ciekawe, co oryginał ;). Zwłaszcza że, przyznam, dopiero tłumacząc zauważyłam w tym ficu dużo drobnostek, które początkowo w oryginale mi umknęły. Star1012, właściwie Harry będzie z każdym rozdziałem nowych rzeczy się dowiadywał - i stawiał sobie coraz to kolejne pytania ;). K, niezwykle miło mi słyszeć, że wybrany przeze mnie do tłumaczenia fic przypadł ci do gustu! Siódmy kawałek duszy Toma zostanie, oczywiście, w pewien sposób rozwiązany, ale to dopiero czeka w kolejnych rozdziałach. Nie chcę więc nawet sugerować, czy któryś z twoich pomysłów zbliża się do prawdy ;). Mogę natomiast "przepowiednię lub choćby wierszyk" obiecać. Co do osoby, która spisała zasady - zostaje ona ujawniona w poniższym rozdziale ;). Kinetsuko, czasami ffnet ma problemy z komentarzami "Gości", niestety, więc z pewnością nie była to twoja wina ;). Co do twojego pytania odnośnie innych moich tłumaczeń - wszystkie będą kontynuowane, jeżeli jest w oryginale coś, czego jeszcze nie przetłumaczyłam. Przez ostatnie dwa miesiące zajmowałam się po prostu "Przeklętymi pocałunkami", a nie chcę też zbytnio męczyć betą Disharmonie, bo dziewczyna naprawdę ma już wiele na głowie. Niemniej żadnych tłumaczeń nie porzucam i na pewno wszystkie prędzej czy później skończę. Jak najbardziej kontroluję też pojawianie się nowych rozdziałów ;). rose29, bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa! Kto najdalej zabrnął w grę, wyjaśni się w dzisiejszym rozdziale. Powoli powinno się pokazywać w rozdziałach coraz więcej elementów układanki i coraz bardziej wszystko się wyjaśniać. Dlatego zresztą wrzucam te rozdziały tak często, bo inaczej czytelnik mógłby mieć problemy, aby wszystkie te szczegóły zapamiętać ;).
Miłego czytania!
Rozdział czwarty
Potwór w ciemnościach
Bestia. Riddle. Bezimienny. Potwór. Przeszłość. Przepowiednia.
Rozsądek podpowiadałby, że owych sześć części powinno tworzyć całość, jednak wciąż wydaje się czegoś w nich brakować. Z moich badań wynika, że sześć części tworzy łamigłówkę, którą trzeba rozwiązać, a nie, jak wcześniej myślałam, łączy się w rozwiązanie. Doszłam do wniosku, że ofiara musi w pełni stawić czoła każdej części, aby właściwie złamać klątwę. Lub mieć chociaż cień szansy na przetrwanie w tym domu.
Na korzyść ofiary działa fakt, że klątwa sama chce zostać złamana. By jednak utrudnić wygranie tej paskudnej „gry", nie wszystkie wcielenia pragną zostać ze sobą połączone. Nie ufaj im i uważaj bardzo, jak je nazywasz.
Choć w obrębie domu możesz wykonywać w grze dowolne ruchy, każdy z nich ma swoją cenę, więc powinieneś uważać, jakie kroki podejmujesz. Nie wiem, czy choć trochę ci to pomoże – mam nadzieję, że tak – ale podczas swojego pobytu spisałam wszystkie, które choć mgliście rozpoznałam. Oraz wszystko, co uznałam za pomocne. Wiem, że sama nie dam rady złamać klątwy, ale mogę mieć chociaż nadzieję, że moje informacje pomogą komuś pokonać wiszące nad miasteczkiem cienie, nim zginie jeszcze więcej osób.
Bestia zamknie przed tobą lewą stronę domu i swoje kwatery. Nie próbuj nawet podchodzić do nich za dnia. To wyrok śmierci. Zabije cię. Bestia to swego rodzaju obrońca zasad, podczas gdy Potwór to w tej grze prawdziwy wolny agent. Dzika karta.
To jednak, jak już pewnie niestety się domyśliłeś, oznacza…
Harry był mniej więcej w połowie śniadania, gdy dłoń złapała go zza pleców za brodę.
W jednej chwili zamarł, nie usłyszawszy wcześniej żadnych kroków. Domyślał się jednak, kto to jest, mimo że długie palce jak na razie nie chwyciły go za biodro.
Wciągnął ostrożnie powietrze. I przełknął ślinę.
— Zamierzasz mnie teraz zabić? – Przynajmniej jego głos wciąż był opanowany. Zerknął w bok, mając nadzieję cokolwiek ujrzeć, ale Bestia wciąż pozostawała poza zasięgiem jego wzroku.
— A więc przetrwałeś noc.
— Bestia za dnia, Potwór nocą. Wiedziesz ciekawe życie – mruknął i zacisnął mocniej szczękę. Nie znał wkładu Voldemorta w zaistniałą klątwę – czy sam ją spowodował, czy może, podobnie jak wszyscy inni, został przez nią uwięziony. Pewnym było tylko, że dom wypluł z siebie na przestrzeni lat pokaźną listę ciał. – Jak rozumiem, wciąż nie wolno mi na ciebie patrzeć?
— Zobaczymy. – Usta opadły nieco, przysuwając się do jego szyi i lekko odchylając jego głowę. Harry ze wszystkich sił próbował zachować spokój. Mając jednak na uwadze, że części zwracanym miasteczku ciałom rozerwano gardło, było to dość ciężkie i czuł, że serce natychmiast zaczyna szybciej bić mu w piersi.
Zacisnął mocniej palce wokół sztućców, próbując poskładać myśli. Oparł się silnej chęci odsunięcia. Z drugiej strony Bestia miała tak mocny uścisk, że nie był pewien, czy udałoby mu się z niego wyswobodzić nawet, gdyby próbował.
— Zamierzasz mnie teraz zabić? – zapytał ponownie. Dyskretnie zamknął leżący przed nim mocno już zniszczony notatnik. Wziął go z biblioteki w drodze na śniadanie, bo nie wydawało mu się, aby miał wiele czasu do stracenia.
Im dłużej nie posiadał istotnych informacji, tym mniejsze stawały się jego szanse na przetrwanie.
Wyglądało na to, że notatnik napisała jedna z wcześniejszych ofiar – dziewczyna przedstawiająca się jako Hermiona Granger.
— Jeszcze nie dzisiaj – odparła Bestia. – Lubiłem ją. Była jedną z lepszych. I smakowałaby przepysznie. Aromatem wielu pomysłów. Miała silne serce.
Harry niemal zadrżał, a jego oczy skierowały się na notatnik, który najwyraźniej nie umknął uwadze jego towarzysza.
— Co się z nią stało?
— Dopadł ją Potwór – oznajmił jak gdyby nigdy nic Voldemort. Lodowate ramię owinęło się wokół pasa Harry'ego. Nie sądził jednak, aby miał być to czuły gest, a raczej kolejny sposób na powstrzymanie go przed odwróceniem się.
Niewidzialna dłoń zacisnęła się wokół jego żołądka.
— Kim są Przeszłość i Przepowiednia? – zapytał. – Reszta… eee, no, reszta. Co to za przepowiednia? Ma jakiś związek z klątwą? Gdzie teraz są?
— To nie twoja sprawa. – W głosie Bestii rozbrzmiała ostrzegawcza nuta. Harry zacisnął szczękę. Wydawało mu się, że to właśnie przede wszystkim jego sprawa.
— Dlaczego nie pozwalasz mi się zobaczyć?
— Bo nigdy nie opuściłbyś już swojego pokoju, a to byłoby dość nudne.
Harry lekko się zjeżył.
— Wyglądasz jak Bezimienny, mam rację? Riddle i Potwór są do siebie podobni, więc musi być w tym jakiś wzór.
Pożałował podzielenia się tym wnioskiem, gdy tylko opuścił on jego usta… Ale nie można było się chyba dziwić, iż po dwudziestu czterech godzinach miał już serdecznie dość zgrywania uprzejmego.
Na całe szczęście Bestia wydawała się tym przede wszystkim rozbawiona.
— Mądry z ciebie chłopiec, Harry – wymruczała. – Widziałeś jednak Riddle'a i Potwora oraz to, jak wiele ich różni.
— Nie możesz być przecież aż tak obrzydliwy – powiedział z niedowierzaniem Harry. – Po prostu mi się pokaż. Tak czy inaczej umrę, nie ma więc mowy, abym mógł się tym z kimkolwiek podzielić.
— Wszystko ma swoją cenę.
Harry westchnął. Powinien się tego spodziewać. Jakby nie patrzeć, nikt w tym domu nie był zbyt pomocny – może z wyjątkiem Riddle'a, a i ten ograniczał się pod tym względem, jak tylko potrafił.
— Co więc za to chcesz? Mojego zmysłu smaku? Koloru moich oczu?
— To lista żądań Potwora, nie moich. Choć masz naprawdę ładne oczy, więc może kiedyś je sobie wezmę.
Naprawdę przerażało go, jak swobodnie Bestia rzucała takimi oświadczeniami. W gardle zacisnęła mu się gula.
— Twoje żądania różnią się od Potwora? – No jasne, że tak. Przecież nic w tym domu nie mogło być proste lub łatwe! – Dlaczego?
— Bo pragniemy innych rzeczy. Widać to wyraźnie po losach naszych ofiar. – Voldemort brzmiał teraz na znudzonego, ale Harry ponownie zamarł. Nigdy nie myślał o tym w taki sposób.
Wiedział już, że w tym domu kryją się różne… rzeczy, ale…
A może mózg mu po prostu zamarzł od tej zimnej, ściskającej jego brodę dłoni.
— A więc które z was rozrywa ludzi na kawałki i ich kaleczy? – Nie był pewien, czy na pewno chce usłyszeć odpowiedź. Zresztą wydawało mu się, że już ją zna.
— Ja.
Nie tego się spodziewał. Żołądek podniósł mu się do gardła. Chyba jednak nie powinien jeść śniadania.
— Dlaczego?
— Ceny, ceny… — zacmokała Bestia.
Po prostu fantastycznie.
Każde wcielenie na swój sposób poszukuje tego, czego nie ma. Potwór powoli odbierze ci duszę. Wszystko, co do ciebie należy. Nie pamiętam już, jak się śmiać, ale odkąd mnie tego pozbawił, ciągle słyszę swój śmiech z jego ust. Odzierają ofiarę z tego, co najbardziej im się w niej podoba. To dlatego właśnie zaczęłam spisywać ten notatnik. Sądzę bowiem, że ze wszystkich rzeczy, jakie posiadam, najbardziej zauroczył ich mój umysł. Czuję, że nie ma już odwrotu. Zaczęło się.
Nie pamiętam, co chciałam wcześniej napisać, wydaje mi się, że w którymś momencie musiałam za coś to z nimi wymienić. Kontekst jednak sugeruje, że skoro nie można zwiedzać domu w dzień, trzeba to robić nocą. A domyślasz się już pewnie, że niezbyt dobrym pomysłem jest spacerowanie po domu Riddle'ów po zmroku. Gdy tylko wyjdziesz z pokoju, Potwór bezzwłocznie weźmie sobie z ciebie, co tylko chce, a resztę odeśle do wioski. Jedyną twoją szansą jest danie mu czegoś w zamian za gwarancję bezpiecznego poruszania się po domu w czasie nocy. Zapyta o twoje imię, ale musisz upierać się na wymianę za coś innego. Jeśli cena będzie nieodpowiednia względem prośby, a wyjdziesz w cienie nocy, zaciągniesz dług, którego się już nigdy nie pozbędziesz.
Pójdź do lewego skrzydła domu…
— Znalazłeś coś interesującego? – zaszydziła Bestia. A przynajmniej tak właśnie przypuszczał Harry. Zastanawiał się również, czy to Bestia próbowała nie dopuścić do złamania klątwy, czy może chodziło w tym przypadku o Potwora. Na pewno można było zaliczyć do tej grupy Riddle'a, biorąc pod uwagę jego szaleńczo zdawkowe odpowiedzi.
Myślał też przez chwilę nad tym, jak bardzo głupim pomysłem byłoby zapytanie o lewą stronę domu.
— Co więc znajduje się na twojej liście żądań? – Może przynajmniej tym sposobem zdobędzie jakieś mgliste pojęcie o całej tej sprawie.
— Wszystkie kości twojej lewej dłoni. Twoje powieki, serce, język, rzepka w kolanie. Zależy od tego, czego będziesz chciał, Harry.
— Urocze – mruknął. – Dlaczego mnie jeszcze nie zabiłeś? Potwór nie mógł tego zrobić, bo nie opuściłem pokoju. I po cóż ci, na Boga, byłyby w ogóle moje rzepki?
— Jesteś Ofiarą. Bezimienny mi powiedział.
— Przecież ja też ci to powiedziałem – zauważył zdezorientowany Harry. Chyba że… — Chodzi ci o to, że sam się zgłosiłem? Dlaczego to w ogóle takie ważne?
Bestia nie odpowiedziała. Harry miał ochotę walnąć głową w stół.
Książka wspominała również, że jeśli chce wygrać tę „grę", musi stawić czoła każdej „części". A mógłby się niemal założyć, że obecnej rozmowy z Voldemortem nie można było uznać za „stawianie mu czoła", skoro nawet nie patrzyli sobie w twarz.
Zaczynał rozumieć, dlaczego ludzie przy tym ginęli. Miałby przechlapane, gdyby oddał swoje organy. Całe szczęście, że wciąż miał chociaż pieprzone migdałki. Podobno mógł wykonywać w tej grze dowolne ruchy, ale ich ilość zdawała się dość ograniczona. W końcu prędzej czy później straci zdolność do brania w niej udziału. Naprawdę wolałby nie oddawać żadnych części ciała.
— Istnieje może jakaś szansa, bym spojrzał na ciebie bez poświęcania za to swoich gałek ocznych?
— A co proponujesz? – odparł Voldemort, znów przysuwając usta do jego ucha.
Może Bestię zostawi sobie na sam koniec?
Strzeż się Eurydyki. Strzeż się Przepowiedni. Strzeż się przeklętych pocałunków. Uciekaj. Wydostań się. Nie jest tu bezpiecznie. Przepraszam. Przepraszam. Przep…
Harry przewracał coraz to kolejne strony książki i nieuchronnie zbliżał się do końca, mimo iż wiedział, że na pewno nie będzie szczęśliwy. To, jak zupełnie nagle się urywała, bez wątpienia wytrącało z równowagi.
Biorąc pod uwagę zawarte w niej diagramy, notatki i plany, Hermiona Granger była bardzo inteligentną dziewczyną.
W jego ustach pojawił się nieprzyjemny posmak.
Cały dzień czytał jej notatnik, szukał informacji, prowadził rozmowy o niczym z Bestią. I wciąż ani razu jeszcze na niego nie spojrzał. Pomieszczenie, w którym może nawet byłby w stanie to zrobić, otulone było cieniami i jedyną widoczną ponad stołem rzeczą były oczy błyszczące w ciemnościach niczym piekielne ognie.
Dopiero w panującej tam ciszy Harry zwrócił uwagę na zupełnie nowy szczegół.
Był bardziej zauważalny niż pierwszej nocy, kiedy zbyt przejmował się dreszczem, jaki powodowała obecność Bestii i swoją nieuchronnie nadchodzącą śmiercią.
Bardzo miękki, bardzo cichy. Coś kapało.
Początkowo myślał, że to Bestia stukała palcem. Ale nie. Nie miał pojęcia, co to było, a w panujących ciemnościach nie mógł tego zobaczyć. Czuł się jednak przez to bardzo niespokojnie.
W ogóle cały dom powodował, że nieustannie ogarniał go niepokój.
A mimo to i tak wolał Bestię od Potwora. Nawet jeśli nie miał najmniejszego pojęcia, dlaczego ta go jeszcze nie zabiła. Hermiona powiedziała, że jest „obrońcą zasad", więc może po prostu Harry żadnej jeszcze nie złamał.
Najpewniej jutro zginie.
Niezbyt pomocne były też rzucane cały wieczór przez Riddle'a komentarze. Drań uśmiechał się do niego złośliwie ze swojego obrazu.
— Nie cień, a zegarek. Nie klątwa, a zamek.
Tym razem, gdy się ściemniło, był przygotowany na krzyki.
— Naprawdę nie jest to konieczne – oznajmił Harry, zamykając mocno oczy pod wpływem tych przeraźliwych wrzasków. – Wiem, że się pojawisz. Większość ludzi po prostu się wita.
— Trzeba znać czyjeś imię, by prawidłowo się z nim przywitać – odparł Potwór. Harry spojrzał na Bezimiennego, który przyglądał się mu przymrużonymi oczami.
Harry zebrał się w sobie i skupił na Potworze, do którego lekko się zbliżył.
— Co zażyczysz sobie za gwarancję bezpiecznego poruszania się po rezydencji dzisiejszej nocy? – zapytał, zadzierając wysoko brodę. Potwór roześmiał się, zachwycony. Harry zastanawiał się przez chwilę z lekką grozą, czyjego śmiechu tym razem używa. Której ofiary.
— Twojego imienia – zagruchał stwór. – Ty w końcu znasz moje.
Harry zacisnął zęby.
— Nie podam ci swojego imienia.
— W takim razie nie mogę ci obiecać bezpieczeństwa. – Potwór znów posłał mu swój powściągliwy, zakrywający zęby uśmiech. – Ale, proszę bardzo, możesz próbować swojego szczęścia. Kto wie, może pozwolę ci pozwiedzać. A może nie.
Harry'emu obrzydliwie zaschło w gardle. Niczego tak teraz nie pragnął, jak wycofać się, nie wychodzić w ciemności do tego czegoś. Tym bardziej, że już w pewnym stopniu wiedział, do czego zdolny jest Potwór.
Wziął głęboki oddech. Był ofiarą. To jego właśnie chcieli. Nikt nie rzucił go na poświęcenie. Miał tu władzę. W każdej grze istniała jakaś szansa na zwycięstwo, bo inaczej byłaby to po prostu rzeź. Musiał w to wierzyć. Inaczej byłby zgubiony.
Nawet spędziwszy tu zaledwie jedną noc i dzień – nie chciał się na to godzić.
Wciąż mogli wybrać Ginny kolejnego roku. Lub kogoś innego. Nikt nie był bezpieczny, póki domagano się ofiary.
— Naprawdę niczego nie chcesz od swojej ofiary? – zapytał. Bezimienny zamrugał, usłyszawszy jego słowa, a jego oczy zaczęły błyszczeć czymś, co niepokojąco przypominało rozbawienie. Potwór pochylił głowę.
— Za kogo się zgłosiłeś?
Harry zmarszczył brwi, nie spodziewając się tego pytania.
— Przepraszam, czy odpowiedź to twoja cena za przejście?
— Nie – oznajmił Potwór. – Ale i tak mi powiedz.
— Jej imienia również ci nie podam – odparł ostrożnie.
— Kochałeś ją?
Harry skrzyżował ramiona na piersi, czując się niezręcznie pod tą lawiną pytań.
— Każda informacja ma swoją cenę – wykręcił się. – Ty nie odpowiadasz na moje pytania, ja nie odpowiadam na twoje.
Tym razem Bezimienny wybuchł głośnym śmiechem, na co Potwór posłał obrazowi paskudne spojrzenie. A Harry'emu wnikliwe, jakby po raz pierwszy porządnie się mu przyglądał.
— Moją ceną za gwarancję bezpiecznego przejścia jest pierwszy raz, gdy się w kimś zakochałeś.
Harry niemal się zakrztusił.
— Słucham?
— Słyszałeś.
Harry wpatrywał się w Potwora, czując, jak serce wali mu w piersi. Pierwszy raz, gdy się zakochał? Nie wiedział zbyt wiele o miłości oraz tym, ile była warta. Ale nie był idiotą, domyślał się, że to również było coś ważnego.
W miasteczku opowiadano wiele historyjek, być może po to, by podnieść trochę mieszkańców na duchu. I miłość zawsze była w nich ogromnie ważna.
Zaczął się więc zastanawiać, co miało większą wartość – jego imię, czy pierwsze zakochanie. Jeśli w ogóle kiedykolwiek naprawdę się zakochał – czasem trudno było odróżnić prawdziwą miłość od jakiejś jej słabej, rozpaczliwej imitacji.
Być może jest to coś, co dopiero czeka na niego w przyszłości, a Potwór odbierze mu taką możliwość. Z drugiej strony, jeśli tutaj zginie, tak czy inaczej nigdy się w nikim nie zakocha.
— Mój pierwszy pocałunek – targował się. Potwór przechylił nieco głowę, przyglądając się mu.
— Widzę, żeś dość śmiały, Ofiaro – mruknął. Harry posłał mu w odpowiedzi zacięty uśmiech i czekał. – Twój pierwszy pocałunek. Za bezpieczne wyjście. Lecz nie udawajmy, że nie wiem, gdzie się zamierzasz wybrać. Smak wpadającego do ust deszczu za bezpieczny powrót.
Harry zamrugał. Spróbował rozważyć wszystkie aspekty tego żądania, boleśnie świadomy umykającego mu z każdą sekundą czasu. Czy smak deszczu naprawdę był tak niezmiernie ważny?
Spojrzał na obraz, szukając porady.
— Skoro jesteś na tyle głupi, by się z nim targować, nie zamierzam ci pomagać – oświadczył Bezimienny. Harry prychnął i skierował wzrok ponownie na Potwora.
— Zgoda – oznajmił. – Umowa stoi.
Stwór znowu się uśmiechnął i kiwnął przyzywająco palcem, opierając się o drzwi.
Dlaczego Harry miał wrażenie, że będzie tego żałować?
Przeszedł przez próg.
Wokół kwiknęły dzikie kwiaty, a na niebie wisiało wyblakłe słońce. Była wiosna – o ile można w ogóle powiedzieć, że kiedykolwiek zawitała w ich wiosce.
Zbierał z Ginny na polu jagody, czując pełen oczekiwania ucisk w żołądku. Cały tydzień posyłała mu swoje najpiękniejsze uśmiechy.
Zatrzymali się przy leżącym na granicy strumyku i spoglądali na odludzie rozciągające się poza granicami wioski oraz ciążącej na niej klątwy.
Nie mogli tam, oczywiście, pójść. Przekroczenie rzeki było samobójstwem, wielu widziało to na własne oczy.
— Zastanawiam się, jak tam jest – szepnęła, spoglądając w dal. – Wiesz… gdzieś indziej. – Ścisnął jej dłoń i pomyślał, że jej włosy wyglądają w tym ponurym świetle niczym ogień.
Nim się spostrzegli, ich usta już się o siebie delikatnie ocierały. Po raz pierwszy z wielu czekających ich razy.
Harry sapnął z zaskoczenia, gdy natychmiast odciągnięto go od drzwi. Został przyciśnięty do ściany i obce usta przycisnęły się do jego, podczas gdy w pamięci rozbłysło dawne wspomnienie.
W następnej chwili zniknęło, a on dyszał lekko. Twarz Potwora wciąż znajdowała się kilka cali od jego. Odchrząknął.
Miał niejasne pojęcie, co oddał za bezpieczne przejście, ale nie był w stanie przywołać tego w swojej pamięci. Wspomnienie zniknęło, wessane w usta Potwora.
— Przesłodkie – mruknął ten, marszcząc lekko nos. – Choć zwykle są one… cieplejsze, pełne obietnic i nadziei. Twoje jest jak marcepan. Nigdy nie przypisałbym ci marcepanu, ofiaro.
— Zejdziesz już ze mnie, czy nie? Obiecałeś mi bezpieczne przejście.
— Przecież cię nie ranię – odparł Potwór. Harry spojrzał na niego spod byka.
— Przejście wymaga ruchu. Nie mam całej no…
Usta znów przywarły mocno do jego. Dłonie zacisnęły się na jego bokach, podczas gdy wargi Potwora paliły swoim ciepłem.
Myślał, że będzie zimny jak Bestia. Zważywszy na jego wygląd, nie spodziewał się, że jego skóra będzie rozpalona niczym od gorączki. Wyczuwał ostre zęby i wydał z siebie cichy odgłos protestu, gdy wnętrze jego ust wypełniło się nieprzyjemnym smakiem miedzi.
Potwór w odpowiedzi jednak tylko jeszcze bardziej zawzięcie go pocałował, zaciskając jedną rękę na jego włosach, aby przechylić jego głowę. Mimowolnie jęknął cicho, ale ten dźwięk również przeszedł niezauważony.
Nie miał pojęcia, co go przytrzymywało, ale miał wrażenie, jakby był czymś owinięty. Czymś lżejszym niż jedwab, a zarazem niemożliwym do rozerwania.
Chwilę później zniknęło, a Potwór w końcu się od niego cofnął.
Harry zassał automatycznie rozcięcie na dolnej wardze.
— Co to niby, kurwa, było!? Nie taką mieliśmy umowę. Krwawię – i to jest niby bezpieczne przejście? – rzucił oskarżycielsko, mrużąc oczy. Jeśli był speszony, ukrywał to nawet przed samym sobą.
— Pierwszy pocałunek – wycedził z uśmiechem Potwór. – Odebrałem ci go. A potem stwierdziłem, że potrzeba ci nowego, lepszego. Naprawdę sądzę, że wielką niesprawiedliwością byłoby, gdybyś umarł, zaznawszy tylko jej okropnych pocałunków. Jesteś w końcu moją ofiarą, czyż nie? – Jego oczy błyszczały dość nikczemnie.
No jasne. Domyślał się, że była to odpłata za manipulowanie warunkami umowy. Cholera jasna.
Naprawdę się teraz cieszył, że ma gwarancję bezpiecznego przejścia.
Zmusił się do ponownego skoncentrowania i ruszył korytarzem, słysząc dzwoniący mu w uszach śmiech.
No cóż, przynajmniej przeżył.
