Betowała wspaniała Disharmonie.
Nakurishi, Ingula, Ziebuszka, Victor Black, Kinetsuko, Star1012, Wieczna Panna, CreepyMary i Itami Namida - chciałam wam bardzo podziękować za wsparcie komentarzami ostatniego rozdziału. Naprawdę zawsze jest mi strasznie miło, gdy widzę, iż ktoś poświęca chwilę swojego czasu, aby napisać kilka słów. Nie potrafię wyrazić słowami, jak wiele daje mi to energii :)
Kinetsuko, bardzo miło słyszeć, że poprzedni rozdział tak strasznie Ci się spodobał! I że Przeszłość oraz Przepowiednia przypadły Ci do gustu - zdecydowanie nie jest to ostatni raz, gdy się z nimi spotykamy ;) Star1012, no rzeczywiście już chyba bardziej w to wszystko uwikłany Harry być nie może. A czy rozumie już grę na tyle, by móc w niej wygrać - to się dopiero okaże! Wieczna Panno, ja też zdecydowanie zginęłabym już u bram dworku ;). Niemniej dobrze słyszeć, iż fic wydaje Ci się z każdym rozdziałem coraz ciekawszy - mam nadzieję, że kolejne Cię nie zawiodą.
Miłego czytania!
Przeklęte pocałunki
Rozdział szósty
Serce Bestii
— Nie powinno cię tu być.
Harry odwrócił się w jednej chwili, gdy tylko dłoń dotknęła jego karku. A wtedy było już za późno, by się przed tym powstrzymać. By nie widzieć.
Momentalnie zaschło mu w ustach – początkowo w wyniku tego, jak szybko udało się dotrzeć tutaj Bestii, a później w obliczu perspektywy nieubłaganie nadchodzącej śmierci. Niemniej, skąpany w złocistych promykach wschodzącego słońca, najpewniej w ostatnich sekundach swojego życia…
…i tak potrafił tylko bezmyślnie się w niego wpatrywać.
Szkarłatne oczy rozszerzyły się i zapłonęły pod wpływem jego spojrzenia. Harry'emu serce zabiło mocniej w piersi.
Tak jak się wcześniej domyślał, Bestia przypominała z wyglądu Bezimiennego. Miała te same oczy, pozbawioną włosów głowę i wąskie usta, kościstą budowę i absolutnie żadnego nosa, ale… Boże drogi…
— Twoja klatka piersiowa… — mruknął.
Serce Bestii spoczywało w pudełku, więc, oczywiście, nie mogło znajdować się w tym samym czasie w jego piersi, ale…
Byłoby chyba nieco prościej, gdyby wiało tam po prostu pustką. Na to się, przynajmniej, w jakiś sposób nastawiał.
Zamiast tego w miejscu, które normalnie powinno zajmować serce, widniała czerwona róża, której łodyga przekształciła się w coś na kształt mostka. Jej kolce jednak zdawały się groteskowo wydłużone, oplatając się i wijąc wokół klatki piersiowej, znikając ostatecznie w głębi ciała. Powierzchnię żeber otulała także niesamowicie cienka warstwa przezroczystej niczym szkło skóry. Harry nie miał problemów dojrzeć, co się pod nią znajduje.
Zaczynał zastanawiać się, czy róże nie miały w tej grze większego znaczenia, niż mu się początkowo wydawało.
— Czy to cię nie boli? – Jego głos lekko się załamał.
Skoro serce połączone było z Przepowiednią, a ta z domem… coś podobnego musiało zachodzić tutaj, w przypadku fizycznego ciała. Harry przełknął z trudem ślinę.
Kapanie, które wcześniej słyszał, pochodziło, jak się okazało, z uderzającej o płatki róży krwi, która następnie powoli się z nich ześlizgiwała. Mogłoby się również zdawać, że kolce weszły także w żyły Voldemorta. Harry patrzył, jak jeden z płatków oddziela się od kwiatu i zaczyna opadać, znikając, gdy tylko dotknął podstawy żeber.
Przez ten cały czas Bestia nie oderwała od niego wzroku, jeszcze bardziej rozwścieczona niż wcześniej. Harry zrobił krok do tyłu, ale mężczyzna natychmiast za nim podążył.
— Nie powinno cię tu być – powtórzył Voldemort, tym razem ciszej. Harry napiął się.
— Nie chcesz mnie zabić – oświadczył, owijając dłoń wokół lodowatego nadgarstka. Szczerze mówiąc, biorąc pod uwagę sytuację, nie za bardzo podobało mu się, że palce jego towarzysza zaciskają mu się teraz na gardle. Zaczynało robić mu się niedobrze. – Rozmawiałem z Przepowiednią. Mogę ci pomóc.
Bestia przechyliła lekko głowę płynnym, gadzim ruchem – i zdecydowanie zbyt drapieżnym, jeśli ktoś pytałby Harry'ego o zdanie.
— Mówiłem, byś nie zbliżał się do tej części domu. Jesteś głupcem.
— Potwór powiedział to samo. – Harry siłą zmusił się do słabego uśmiechu, gorączkowo usiłując wymyślić jakiś plan ucieczki. Sposób, by wyjść z tego cało. Może… może gdyby udało mu się dostać do pokoju, byłby w nim bezpieczny? – Dlaczego żaden z was nie chce, bym rozmawiał z Przepowiednią?
Skoro Potwór nie mógł wejść do jego pokoju, może to samo dotyczyło Bestii? Miał cholerną nadzieję.
Czuł, jak otaczający go dom się porusza, rozświetlony nasilającym się z każdą sekundą blaskiem świtu.
— Nie sądziłem, że kiedykolwiek zgodzę się z czymkolwiek, co mówi ta abominacja – stwierdził sucho Voldemort.
Harry znów się cofnął, szarpiąc dłonie Bestii, ale jej palce w odpowiedzi tylko jeszcze mocniej zacisnęły się wokół jego gardła.
Przynajmniej z głowy miał już problem zapłacenia za możliwość spojrzenia na Bestię. Nawet jeśli zrobił to całkowicie przypadkowo, nie można było już tego odwrócić. A biorąc pod uwagę ten cały nacisk kładziony na ofiary i ofiarowywanie, być może należało także zwrócić uwagę na siłę, jaka kryła się w przyjmowaniu.
Miał jednak okropne przeczucie, że mimo wszystko nie wywinie się od zapłaty – swoim życiem, jakby tego było mało. Zacisnął mocno szczękę.
— Dlaczego nie powinienem rozmawiać z Przepowiednią? – zapytał ponownie. – Nie chcesz złamać klątwy?
— Przepowiednie są zwodnicze – powiedziała Bestia. – Podobnie jak dzieci. Możesz rozmawiać sobie z Przepowiednią ile zechcesz. W nocy.
— Co to ma niby znaczyć? Możesz mi równie dobrze powiedzieć, zanim najpewniej spróbujesz mnie zabić. – Harry wciąż spoglądał prosto w oczy Voldemorta, jakby przerwanie kontaktu wzrokowego mogło przełamać zaklęcie. Sprowokować go do ataku. – No i o co chodzi z tymi wszystkimi różami?
Może rzeczywiście przerwałoby to zaklęcie. W końcu nazywano go „Bestią" nie bez przyczyny.
— Nie cień, a zegarek. Nie klątwa, a zamek.
— To, że będziecie mi to bezustannie powtarzać nie sprawi, że nagle zrozumiem, co to znaczy – syknął sfrustrowany Harry. – Ale wiem, że mam oddać ci serce. Bo tak właśnie mogę to zakończyć, czyż nie? Przepowiednia mi powiedziała. Pocałunkiem prawdziwej miłości – rzucił śmiało.
— Tak właśnie mnie nazywają.
— Co? – Harry zmarszczył brwi.
— Cieniem – mruknął Voldemort, przypatrując mu się z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. – Tak właśnie nazywała nas twoja wioska, zanim jeszcze nadała nam miano klątwy. Byliśmy dla was wiszącym nad miasteczkiem cieniem. A cienie są przejściowe, mijają. Nikną, gdy tylko dotknie ich światło. Klątwy kojarzą się natomiast z czymś zdecydowanie bardziej stałym – i celowo wyrządzonym – niż cień, który jest tak naprawdę tylko skutkiem ubocznym braku światła.
Harry zamrugał. Dlaczego Bestia nie powiedziała mu tego wcześniej? Bo nie spotkał wszystkich wcieleń? Czy też dlatego, że nie spotkał Przepowiedni?
Jeśli… jeśli Przepowiednia naprawdę była połączona z całą grą i kontrolowała jej elementy, jak to sugerował Potwór… to kontrolowała również pytania, na które mogły lub też nie mogły odpowiadać dane wcielenia. W końcu jeśli coś wykraczało poza kompetencje Riddle'a, leżało w rękach Przepowiedni. Nie licząc terytorium Potwora.
Być może niektóre ruchy mogły być wykonywane jedynie pod określonymi warunkami. Hermiona twierdziła, że ruchy w grze są całkowicie dowolne, ale zawsze trzeba zapłacić za nie jakąś cenę.
Zważywszy na to, że w tej chwili ową ceną miało być najpewniej jego życie, nie było to jakoś szczególnie pocieszające.
Nie cień, a zegarek… nie klątwa, a zamek…
Bestia za dnia, potwór nocą. Strzeż się wojny, gdy cień spotka się z jasnością.
— Nie rozumiem. – Jego wzrok przesunął się na różę w klatce piersiowej Voldemorta.
— Widzenie czegoś pogrążonego w ciemności rzeczywiście może sprawiać trochę problemów, ale zdajesz się głupszy niż większość ofiar. Czasem już samo to sprawia, że mam ochotę cię zabić.
Palce znów się zacisnęły, tym razem uniemożliwiając mu oddychanie.
— Skoro jesteś cieniem… ale nie jesteś cieniem… bo jesteś… zegarkiem? Ale skoro jesteś zegarem, jaki czas odliczasz? A może powinienem cię zignorować i skupić się wyłącznie na zegarku? – wysapał.
To jakieś kompletne szaleństwo.
Nigdy nie był zbyt dobry w rozwiązywaniu zagadek. Wydawało mu się to teraz straszną ironią.
Zawsze jednak całkiem dobrze mu wychodziło przeżywanie.
Niemal natychmiast zwrócił uwagę na to, że mimo iż uścisk Bestii na jego tchawicy był żelazny i duszący, jeszcze go ona nie zabiła. Istniało też wiele znacznie skuteczniejszych sposobów, by kogoś uśmiercić.
Nie rozerwała go jeszcze na kawałki.
A skoro Bestia nie była cieniem, tylko zegarkiem… czyż nie znaczyło to, iż, podążając tym rozumowaniem, klątwa była tak naprawdę zamkiem? Harry nie miał bladego pojęcia, ale była to złowieszcza myśl. Choć czy aby na pewno?
Być może to, iż klątwa jest zamkiem znaczyło, że złamanie jej zniszczy zamek więżący serce Bestii.
— Nie mogę powiedzieć.
Harry westchnąłby, gdyby tylko miał potrzebne ku temu powietrze. Wił się w bezlitosnym uścisku, podczas gdy Voldemort przyglądał się mu swoimi zimnymi oczami. Świat zaczął mu się rozmazywać. Był już na granicy omdlenia, gdy Bestia w końcu go puściła, a jej szkarłatne oczy błysnęły na chwilę bielą.
Harry pochylił się, niemal upadając na kolana i łapiąc powietrze dużymi haustami. Delikatnie potarł sobie gardło i uniósł wzrok. Oczy Bestii znów były czerwone i Harry miał niemal wrażenie, że sobie to wszystko wyobraził.
— Dlaczego mnie nie zabiłeś? Przecież takie właśnie jest twoje zadanie, mam rację?
— Owszem, zabijam ofiary. Pannę Granger, na przykład.
— Jestem ofiarą!
— Ale nie zwykłą Ofiarą.
— Bo sam się do tego zgłosiłem? A co to za różnica?
Bestia milczała przez chwilę.
— Ofiara jest ofiarowywana przez wioskę, a więc zostaje złożona zanim jeszcze do nas dotrze. Ty natomiast sam się ofiarowujesz, a więc proces ten nie dobiegł jak na razie końca. Jeszcze do nas nie należysz, a więc nie mogę wziąć czegoś, czego nie ofiarujesz.
Oczy Harry'ego otworzyły się szeroko ze zdumienia. No cóż, to wiele tłumaczyło.
— A co z Potworem? – zapytał.
— Potwór nie przestrzega zasad. Weźmie niewybrednie co zechce, gdy tylko opuścisz swój pokój. Jest, jak nazwała to panna Granger, prawdziwym wolnym agentem.
— Ode mnie nic nie wziął.
— Bo utargowałeś z nim bezpieczne przejście. Nie mógł cię więc zaatakować – wyjaśniła Bestia. – Naprawdę musi strasznie pragnąć twojej duszy, skoro się na coś takiego zgodził. Chce, abyś go lubił. Domyślam się, że cię pocałował.
Bestia zacisnęła z obrzydzeniem usta. Harry poczuł, że palą go policzki.
— No cóż, w alternatywie miałem oddanie mu swojej pierwszej miłości. Sądzę, że dobrze wybrałem – warknął Harry.
— Nie ufaj jego pocałunkom – oznajmił Voldemort. – Są niebezpieczne.
— Przeklęte pocałunki? – prychnął Harry, wciąż wpatrując się jednak w różę w klatce piersiowej Voldemorta. Nie było mowy, aby go to nie bolało. Jej kolce wbijały się mocno w jego ciało. Bez wątpienia Harry zauważył również, że Bestia nie odpowiedziała, gdy wcześniej o to zapytał.
— Powiedział ci ktoś, jak rozpoczęła się ta klątwa? – zapytał cicho Voldemort, zmuszając go do wyprostowania się. Chwilę później dłoń spoczęła na jego plecach, odprowadzając go z dala od lewego skrzydła domu. Ku jadalni.
Harry obrócił głowę.
— Nie. Przepowiednia mówiła tylko o przyszłości. O ile dobrze pamiętam, gdy zapytałem ją, jak naprawić tę klątwę, powiedziała o, cytuję, „pocałunku prawdziwej miłości" i „daniu Voldemortowi serca ofiary". Potem stwierdziła, że powinienem wrócić do swojego pokoju, zanim wzejdzie słońce.
— A Przeszłość? Co powiedział ci ten bachor?
— Prócz tego, że mnie zabije, jeśli nie zostanę jego przyjacielem? – Harry uniósł brwi. – Że nic nie jest takie, jakie się wydaje i że przyszłość zawsze opiera się na przeszłości.
— Powiedział, że nic nie jest takie, jakie się wydaje?
Harry zamarł, usłyszawszy nagle w głosie Bestii wściekłość. Zacisnął mocno szczękę.
— Powiedział, że potrzebuję zarówno przeszłości, jak i przyszłości, aby mieć pełny wgląd w sytuację – odparł zwięźle Harry. – Jeśli mam być szczery, nie obraziłbym się za jakieś konkretniejsze wskazówki. Żaden z was nie jest tak pomocny, jak by mógł. A skoro już o tym mowa – o co chodzi w tym całym „wybieraniu stron"? No i nie wyjaśniłeś mi tej całej sprawy z różami.
Miał zdecydowanie zbyt wiele pytań, na które musiał poznać odpowiedzi.
Voldemort zatrzymał się.
— Nie cień, a zegarek – powtórzył.
— Tak, wiem, nie jesteś cieniem, a zegarkiem. To już załapałem, jeśli to właśnie próbujesz mi powiedzieć – oznajmił zirytowany Harry. – Jaki czas odliczasz?
— Przepowiednia odlicza innym zegarem niż ja.
— A do czego ty odliczasz? – zapytał uparcie Harry. Nagle w oczach Bestii pojawiło się coś niepokojąco przypominającego współczucie. Niewidzialna dłoń ścisnęła żołądek Harry'ego. Powtórzył swoje pytanie, tym razem głośniej.
— Gdy opadnie ostatni płatek, nikt już nie będzie w stanie złamać klątwy.
Wzrok Harry'ego z niepokojem spoczął na róży. Próbował ocenić, jak wiele pozostało na niej płatków. Nie jakoś szczególnie mało, ale nie też tyle, ile by chciał.
— A ja będę, jak zakładam, martwy?
— To zależy.
— Od czego?
— Od ciebie.
No cóż, nie była to najjaśniejsza odpowiedź. Harry westchnął głęboko.
— A ofiary? Przestaniecie ich żądać, skoro klątwy nie będzie można już złamać?
— Nie. Nigdy nie przestaniemy – powiedział Voldemort. – To się rozprzestrzeni.
— Co masz na myśli?
— Poza granice miasteczka. Cień się rozprzestrzeni i pożre wszystko na swojej drodze, póki nic już po nim nie pozostanie. – Bestia mówiła o tym zdecydowanie zbyt swobodnie, jeśli ktoś pytałby Harry'ego o zdanie. Zaschło mu w ustach. Dotarli do jadalni, ale jakoś stracił apetyt.
Spojrzał znów na różę, czując, jak krew zamarza mu w żyłach.
— A gdzie w tym wszystkim miejsce na Potwora? Czy on… próbuje powstrzymać złamanie klątwy? Aby cień rozprzestrzenił się po świecie?
— Trudno powiedzieć, czego chce Potwór. Potwory bywają równie zwodnicze co przepowiednie. Ale zwykle stara się powstrzymać ofiary przed wykonaniem kolejnego ruchu w grze, mimo że sam stanowi jej element.
— Powiedziałeś „zwykle".
Bestia odwróciła wzrok i w żaden sposób mu nie odpowiedziała. Harry zacisnął zęby i oparł się pokusie potarcia skroni. Był wyczerpany i zaczynała boleć go głowa.
— Skąd nagle ta rozmowność? Myślałem, że tylko Riddle i Potwór mogą odpowiadać otwarcie na moje pytania – zapytał.
— Zasady gry nieco się zmieniły. Otworzyła się przed tobą przeszłość.
Harry'emu drgnęła powieka. Milczał przez chwilę, próbując poukładać sobie te wszystkie nowe informacje. Zauważył też, że fakt, iż otworzyła się przed nim „przeszłość" można było zrozumieć na dwa różne sposoby.
— Pytałeś, czy ktoś powiedział mi, jak zaczęła się ta klątwa.
— Owszem – oznajmiła Bestia, której usta wykrzywił lekki uśmieszek.
— A więc jak?
— Będziesz musiał zapytać o to Przeszłość… ale nie teraz – przerwał mu Voldemort, gdy Harry ruszył w stronę, z której przed chwilą przyszli.
— Naprawdę wciąż zamierzasz powstrzymywać mnie przed wchodzeniem do lewego skrzydła domu? Dlaczego? Przecież wiem już, co tam znajdę.
— Przepowiednie są zwodnicze, a dzieci chcą mieć czym się bawić. Jak myślisz, dlaczego jest to gra? Przecież nie musi nią być.
Oczy Harry'ego lekko się rozszerzyły.
— Dlaczego Przepowiednia pragnie, bym odwiedzał tamto miejsce tylko w nocy? Wtedy grasuje Potwór.
— Dokładnie. Czytałeś notatki panny Granger.
Teraz to już zdecydowanie bolała Harry'ego głowa.
— Mam wrażenie, że odnosisz się do jakiejś konkretnej wypowiedzi, ale nie wiem, o którą ci chodzi – oświadczył. Bestia spojrzała na niego z pełną irytacji pogardą.
— Naprawdę jesteś niewiarygodnie głupi. Owszem, w nocy grasuje Potwór.
— A Przepowiednia chce, abym… och. – Harry miał ochotę walnąć się w głowę. – Poruszanie się w nocy zmusza mnie do konfrontowania się z Potworem. W innym przypadku ofiary zostawałyby w pokoju. Tam, gdzie bezpiecznie. – Zmarszczył brwi. – Myślałem, że wszyscy nienawidzą Potwora.
— Riddle nie. Ale wszyscy inni tak. Niemniej jak każdy inny jest częścią gry.
— A żeby złamać klątwę, muszę stawić czoła każdej części. – Harry westchnął. I takim oto sposobem Przepowiednia go do tego zmuszała, pozbawiając go innych opcji. – Pomyślałby kto, że skoro Przepowiednia tak strasznie pragnie złamać klątwę, powinna powstrzymywać cię przed rozrywaniem ofiar na strzępy.
Bestia posłała mu tylko kolejne spojrzenie sugerujące, że jest kompletnym idiotą. Zaczynało robić się to nużące. To spojrzenie „nie dostrzegasz czegoś oczywistego".
— Rozumiem, że nie zamierzasz wyjaśnić?
— Nie jestem Riddle'em. Nie muszę ci odpowiadać.
Innymi słowy – stawał się zbyt irytujący.
Po prostu fantastycznie.
Harry zerknął znów na różę.
— Masz ją jak przycinać? – zapytał cicho. – Róże bywają trudne w pielęgnacji. – A ta była z całą pewnością zaniedbana. Och, zdecydowanie wyglądała nadzwyczaj dobrze, biorąc pod uwagę, że ludzkie ciało raczej nie stanowiło dla niej idealnego środowiska do wzrostu. Domyślał się, że została w jakiś sposób… zaczarowana, ale…
Voldemort spojrzał na niego z czymś, co chyba można było nazwać zaskoczeniem.
— Podobnie jak serca, o ile mi wiadomo – odpowiedział. Harry opuścił na chwilę wzrok.
— W miasteczku zajmowałem się kwiatami. Gdy w ogóle jakieś mieliśmy. Chcesz, abym… mogę…
— Nie ufam ci na tyle, by pozwolić ci wsadzić mi nożyce w klatkę piersiową – oznajmiła chłodno Bestia. – Jeszcze byś ją rozerwał.
— Ale cierpisz – powiedział Harry. – Nie ma mowy, by nie sprawiało ci to bólu. Masz… masz cholerną różę w klatce piersiowej, ona…
— I tak mógłbym cię zabić.
Harry uniósł buntowniczo brodę.
— Owszem, ale nie chcesz. Gdyby było inaczej, już dawno byś to zrobił. Tak czy inaczej, jestem ci potrzebny. Aby złamać klątwę. Chcesz… — Przypomniał sobie nagle, jak Bestia wbiła mu przy pierwszym spotkaniu paznokcie mocno w pierś. – Chcesz mojego serca. Ja… o mój Boże. Bierzesz to dosłownie. „Serce ofiary". Naprawdę bierzesz... masz świadomość, że „serca ofiary" nie należy traktować dosłownie?
Voldemort miał kamienny wyraz twarzy.
— Nie bądź śmieszny, oczywiście, że należy. Co innego miałoby to znaczyć?
Teraz to już naprawdę ściskało Harry'ego za serce.
— Miłość. Oddać komuś swoje serce lub posiadać czyjeś serce to eufemizmy miłości.
— Nie.
— Tak!
— Mam w klatce piersiowej różę. Śmiem twierdzić, że prawdziwe serce byłoby mi znacznie przydatniejsze niż ten twój sentymentalny nonsens.
Następnie Bestia odwróciła się i ruszyła szybkim krokiem ku lewej części domu.
Riddle nawet na niego nie spojrzał, gdy w końcu dowlókł się jakoś po tym wszystkim do swojego pokoju.
W głowie aż wirowało mu od wszystkiego, czego się dowiedział. I czuł się oszołomiony tym, co się wydarzyło.
— Przepowiednia powiedziała, że klątwę złamie pocałunek prawdziwej miłości. I oddanie Voldemortowi serca. Dobrze rozumiem, że mam pocałować Bestię i naprawdę tego chcieć?
Wydawało się to całkiem proste – może prócz faktu, że nie za bardzo był w stanie zakochać się na zawołanie, nawet gdyby chciał. A Bestii z całą pewnością nie kochał.
Riddle posłał mu mordercze spojrzenie – i to wtedy Harry zdał sobie nagle sprawę, że obraz jest na niego wściekły. Natychmiast zamarł.
— A może jednak nie? – dodał. – Wkurzasz się, bo zawarłem układ z Potworem?
Tyle że Bestia twierdziła, iż Riddle jako jedyny lubi „abominację".
— Co o nim sądzisz, Harry?
— O kim? O Przepowiedni?
— Tak.
Harry zawahał się, uważnie dobierając słowa.
— Jest mi go trochę żal. To dziecko. Jest podłączony do domu niczym maszyna, a to na pewno nie może być przyjemne.
— No tak, bo przecież zostanie uwięzionym w obrazie to po prostu karuzela śmiechu.
— Zostanie uwięzionym w obrazie? – Był to pierwszy raz, kiedy Harry spotkał się z określeniem tego w taki sposób. Przypomniał sobie także słowa Przeszłości i to, że ma zdolność wchodzenia do portretów.
Jakby nie patrzeć, jeśli Hermiona mówiła prawdę i rzeczywiście będzie musiał stawić czoła każdej „części", zanim pocałuje Bestię, chyba nie będzie miał innego wyjścia?
Po raz pierwszy przyjrzał się uważniej tłu portretu Riddle'a. Wydawało się, że jest to lustrzane odbicie pokoju, w którym sam się teraz znajdował. Czy naprawdę mogło być to aż tak niebezpieczne?
— Tak wiele obserwujesz, a tak mało widzisz – powiedział ostatecznie Riddle. – Może dlatego, że widzenie byłoby dla ciebie zbyt bolesne, a ignorancja jest błogosławieństwem.
Harry przechylił lekko głowę.
— Hermiona pisała, aby strzec się Przepowiedni. – Między innymi. – Czy to dlatego, że kontroluje ona grę?
— Czym jest Przepowiednia?
— Dzieckiem. – Bez wątpienia wydawali się mieć na tym punkcie fioła. Usta Riddle'a lekko się wykrzywiły, choć jego oczy pozostały zimne i zabójcze.
— Dokładnie. Ale czym jest zwykle normalna przepowiednia?
— Um… przewidywaniem przyszłości? Zwiastunem czegoś, co ma się wydarzyć?
— Przepowiednie to kontrolujący agent. To los. Decydują o konkretnym przebiegu przyszłych wydarzeń, wybierając je spośród licznych potencjalnych sytuacji, które mogłyby się wydarzyć w ramach wolnej woli.
— A Potwór jest tego przeciwieństwem – zrozumiał Harry. – Wolnym agentem. Tak, na to już wpadłem. Nie jestem całkowicie głupi. Przepowiednia i Potwór nie za bardzo się ze sobą dogadują.
W końcu na własne oczy widział, jak Potwór biegnie ku niemu, gdy wkroczył do obrazu, zanim portal się przed nim zamknął. A skoro Przepowiednia kontrolowała wszystkie portrety, można przypuszczać, że to właśnie ona nie pozwoliła Potworowi na przejście.
Czy to dlatego właśnie Potwór mówił o wybieraniu stron? Jego – czegokolwiek tak naprawdę chciał – lub Przepowiedni?
— A dzieci? – zapytał Riddle.
— Co?
— Dzieci to stworzenia o nieograniczonych możliwościach. Technicznie rzecz biorąc mają przed sobą otwartą przyszłość, bo muszą ją dopiero przeżyć. Wiadomo też, że miewają dużą wyobraźnię.
— Ale nie odnosi się to do dzieci z tego domu – mruknął po chwili Harry. – Jedno jest, podobnie jak ty, uwięzione w obrazie i tkwi w przeszłości, zamiast zmierzać ku przyszłości. A Przepowiednia jest… no cóż. Przepowiednia jest losem, nie ma nieograniczonej przyszłości. Sam to powiedziałeś. Przepowiednie narzucają pewną przyszłość. A przynajmniej próbują. Przepowiednia to uwięzione łańcuchami dziecko.
— Nie klątwa, a zamek – stwierdził Riddle.
— Gdy przełamię zamek, serce Bestii nie będzie już uwięzione w pudełku? Przepowiednia nie będzie już skuta łańcuchami? – Riddle znów spojrzał na niego, jakby był idiotą. Naprawdę miał już serdecznie dość tego spojrzenia i… och. O Boże. – Wszystkie zamki? – wykrzyknął.
— Otworzyłeś Przeszłość. Informacje dotyczące przeszłości. Z czasem odblokujesz wszystkie zamki w tym domu.
To niesamowite, że po tym wszystkim, czego się dzisiaj dowiedział, czuł się tylko jeszcze bardziej zdezorientowany.
Tak czy inaczej – potrzebował kluczy. I wyglądało na to, że jakimś cudem udało mu się otworzyć zamek Przeszłości. Czy to dlatego, że w pełni stawił jej czoła? Nie miał pojęcia.
Ale wydało się to proste. Zresztą pocałunek prawdziwej miłości też był na swój sposób prosty.
Tyle że, no cóż…
Niektóre rzeczy były zamknięte nie bez przyczyny.
