Betowała genialna Disharmonie.
Victor Black, lohrelain, Kinetsuko, Nakurishi, Wieczna Panna, Star1012, rose29, Megi1986, Itami Namida i K – bardzo dziękuję za komentarze i wszystkie zawarte w nich miłe słowa. Każdy z nich wypełnił mnie naprawdę ciepłymi emocjami.
Kinetsuko, dziękuję za komentarz! A jak Harry ma pokochać? Powiedziałabym tak: jak to Harry :D. W końcu kto, jak nie on, robi rzeczy niemożliwe? ;) Star1012, haha, uwierzysz, że nigdy nie skojarzyłam Potwora z dementorem? Ale, rzeczywiście, podobieństwo wręcz bije po oczach! rose29, dlaczego Riddle znalazł się poza obrazem - zostanie wytłumaczone w poniższym rozdziale. Wtedy dowiesz się, czy Przeszłość też może się po korytarzach pałętać ;) A że Twoje komentarze nie są krótkie - uwierz, mnie to ani trochę nie przeszkadza. Ani trochę :D. K, wcale się nie dziwię skojarzeniom z Tomem z ULa, skoro to The Fictionist za oba te opowiadania odpowiada ;) W sprawie Twoich problemów ze zrozumieniem kwestii pokochania różnych wcieleń - tu przypomnę o tym, co napisała Hermiona: "każde wcielenie na swój sposób poszukuje tego, czego nie ma". Bardziej w szczegóły nie wchodzę, bo zostanie to potem wyjaśnione ;).
Miłego czytania!
Przeklęte pocałunki
Rozdział dziewiąty
Przeklęte pocałunki
Reakcja była natychmiastowa i wstrząsająca.
W jednej chwili Harry wpatrywał się z przerażeniem i zdumieniem, zastanawiając się, co takiego spieprzył. W drugiej chrząknął z bólu, gdy jego plecy uderzyły o stół, a dłoń Bestii przywarła do jego klatki piersiowej, by przytrzymać go w miejscu.
Wcielenia długo na siebie patrzyły. Voldemort promieniował gniewem, podczas gdy Riddle po prostu się uśmiechał – jak gdyby nie było w tym wszystkim absolutnie nic dziwnego.
— Nie powinno cię tu być – warknęła Bestia.
Riddle tylko uniósł brew i uśmiechnął się promiennie.
— A jednak jestem.
— Jakim cudem? – Harry ledwie zdołał wykrztusić z siebie to pytanie. Wyprostował się, próbując pozbierać z szoku, ale uścisk Voldemorta wbił się jeszcze mocniej w jego skórę. Ostrzeżenie, aby się nie ruszał. Zignorował je, odsuwając dłoń Bestii, choć chwilę później ta wykręciła mocno jego ramię.
W oczach Riddle'a pod wpływem tego nie do końca delikatnego traktowania pojawił się nieokreślony błysk.
— Drzwi nie prowadzą tylko w jedną stronę, Harry – mruknął. – Wiesz przecież. Kiedy, jak to nazywasz, „odblokowujesz obraz", istnieje pewna możliwość, że pod wpływem słabnącej klątwy otworzy się on w obie strony.
Harry niemal się na te słowa poderwał.
— A więc klątwa słabnie?
Nie cień, a zegarek. Nie klątwa, a zamek.
Ale to raczej dobrze? No chyba że, oczywiście, naruszył zamek rozprzestrzeniającej-się-ciemności-pożerającej-wszystko-na-swojej-drodze. Poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.
— Naprawdę świetnie ci idzie, Harry – odparł Riddle, przybliżając się do niego. Voldemort natychmiast również zrobił krok do przodu, jak gdyby próbując fizycznie ich od siebie oddzielić. Jakby w towarzystwie Bestii był bezpieczniejszy…
— Wręcz przeciwnie. Nie idzie ci ani trochę dobrze, skoro się uwolnił – rzucił równie szybko Voldemort. Harry patrzył raz na jednego, raz na drugiego, próbując zdecydować, któremu z większym prawdopodobieństwem warto wierzyć. Jego ramię wciąż uwięzione było w nieprzyjemnym uścisku.
Bestia szarpnięciem jeszcze bardziej go do siebie przybliżyła i czubek jego nosa znalazł się niepokojąco blisko ziejącej w jej klatce piersiowej dziury z różą. Wydawała się bardziej zwiędnięta niż kiedykolwiek wcześniej – zauważalnie bardziej niż wczoraj.
Harry przełknął z trudem ślinę i zacisnął mocno szczękę.
— Wiecie, jeśli chcecie ze mną rozmawiać, powinniście rzeczywiście ze mną rozmawiać, a nie skakać sobie przy mojej pomocy do gardeł – warknął. To spowodowało, że obaj rzeczywiście na niego spojrzeli, zamiast łypać na siebie niczym drapieżniki szykujące się do zaatakowania swojej ofiary. – O, proszę, o to mi chodziło. A teraz… — Z całych sił spróbował się uspokoić, mimo że czuł, jak z każdym oddechem coraz trudniej złapać mu powietrze. – Jak się to ma do tej całej gry i Przepowiedni?
Wciąż nie wiedział jeszcze, co tak naprawdę chciało które wcielenie – rozprzestrzenienia się ciemności, rozwiązania klątwy czy po prostu jego śmierci.
— Wiesz już, do czego dąży Przepowiednia – podpowiedział Riddle.
— Chce złamania klątwy, a w przypadku, gdyby się to nie udało, abym stał się zamiast niej główną bazą – oświadczył ponuro Harry.
— Dokładnie. – Riddle wykonał kolejny krok w jego stronę, nie odwracając od niego choćby na chwilę wzroku i nie zważając na wyraz twarzy Bestii. – A także kontroluje obrazy i dom. Co już wiesz.
Otaczający ich dom drżał złowrogo. Jego drzwi zamykały się z trzaśnięciem, po czym znowu otwierały
— Wypuścił cię. Ale dlaczego?
No cóż, przynajmniej nie była to całkowicie wina Harry'ego.
— Myślisz, że jako jedyny w tym domu zawierasz umowy? – Głos Bestii ociekał bezdenną pogardą. – Potwór stał się zbyt potężny. Musi zostać zneutralizowany. Twoja głupia decyzja oddania mu przyszłości graniczy zbyt mocno z poświęceniem przepowiedzianej ci zdolności złamania klątwy. Przepowiednia opiera się na przyszłości, a ty swoją obiecałeś już Potworowi.
Harry nigdy o tym w taki sposób nie myślał. Jego wnętrzności się ścisnęły. Spojrzał na Riddle'a.
— A ty jesteś odpowiednikiem Potwora. – Zaschło mu w ustach. – Jak brzmiała umowa?
— A jak myślisz? – warknął Voldemort, ściskając go jeszcze mocniej i za siebie przesuwając. – Wszyscy w tym domu pragną jednej rzeczy: ciebie.
Harry'emu dzwoniło w uszach. Czuł się, jakby cały świat znalazł się nagle pod wodą.
— Ja… nie rozumiem.
— Nie lubię się dzielić. – Riddle wzruszył ramionami. – A jeśli będziesz uwięziony, przywiązany na wieczność łańcuchami do ściany, ktoś może zrobić sobie z tobą, co tylko zechce. On… — Riddle posłał Voldemortowi paskudne spojrzenie. — …tylko zmarnuje twój potencjał, zabijając cię i rozrywając na kawałki.
Harry'emu zrobiło się niedobrze.
— Jestem niemal całkowicie pewien, że nie możecie umawiać się ze sobą co do mojej przyszłości – warknął. – No i jak to niby neutralizuje Potwora?
— Och, nie neutralizuje. – Riddle uśmiechnął się uroczo. – Ale to, co potrafię, już tak. W końcu wszystko ma swoją drugą stronę. – Riddle wykonał w jego kierunku jeszcze jeden krok i Voldemort znów zacieśnił swój uścisk, przesuwając się, by zakryć go swoim ciałem. – No dalej, oddaj mi go, Bestio. Wiesz, że to konieczne. W końcu nie postawisz się rozkazom Przepowiedni, co?
Harry czuł, jak serce coraz mocniej wali mu w piersi. A zaciskający się na jego ramieniu uścisk z całą pewnością był już teraz bolesny.
— Jaką drugą stronę? – zapytał z trudem.
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Wcielenia tylko się w siebie mocno wpatrywały. Nagle Harry nie był już wcale taki pewien, czy chce, aby Voldemort usunął się Riddle'owi z drogi i pozwolił mu go chwycić. Nawet jeśli z pozoru wydawał się bardzo ludzki. Wiedział, że o ile nie złamano żadnej zasady, Bestia raczej nie zabierała tego, co nie było jej ofiarowywane.
— Dlaczego chcesz powstrzymać Potwora? W końcu jako jedyny wydawałeś się stać po jego stronie.
Nie miał pojęcia, do czego zdolny był Riddle poza ramami portretu. A choć nie mógł ufać Potworowi – nie był na tyle głupi – nie znaczyło to, iż sądził, że dobrym pomysłem było go zneutralizować. To mogło dać zbyt wiele władzy Przepowiedni…
A czy klątwa mogła nie być w tej chwili trochę złamana? Sam Riddle powiedział, że osłabła. Może Przepowiednia mogła wypuścić Riddle'a dopiero po tym, jak Harry nie zamknął za sobą drzwi?
Działo się tu coś naprawdę podejrzanego.
— Powiedz mi więcej o tym drugich stronach – rozkazał. – Wciąż jesteś Riddle'em. Wciąż musisz odpowiadać na moje pytania. Wszystkie gry mają dołączoną jakąś instrukcję.
— Czym jest odpowiednik, Harry? Skoro jest nas dwóch… co to znaczy?
Harry zerknął na Bestię, a potem z powrotem na Riddle'a.
— Że jesteście częścią jednej całości? Parą?
— A co dokładnie zaobserwowałeś w przypadku znajdujących się w tym domu par? – Na twarzy Riddle'a zakwitł uśmiech i Bestia jeszcze bardziej przyciągnęła do siebie Harry'ego. – Wiem, że to zauważyłeś. Pomyśl.
— Że się zamieniacie – powiedział powoli Harry. – Początkowo myślałem, że Bestia i Potwór tworzą parę, bo zamieniają się o świcie i zmierzchu. I poniekąd tak jest, ale… ale nawet między dniem a nocą to nie oni wymieniają się fizycznymi postaciami. A przynajmniej nie między sobą. Jesteś… — Dobry Boże. — …jesteś Potworem. Wychodzisz w nocy z portretu i się nim stajesz, a Bestia wciągana jest w obraz i zamienia się… — Voldemort ścisnął jego ramię. – Zamienia się w niego – poprawił się Harry. – Ale… skoro jesteś już na zewnątrz…
Co to oznaczało dla Potwora? Takie złamanie wzoru przemian? Harry tym razem bardziej stanowczo wyrwał się Bestii, zaskoczony szaleńczym biciem własnego serca, i zrobił kilka kroków naprzód, aż stanął oko w oko z Riddle'em.
— Gdzie on jest? Co mu zrobiłeś?
Jego żołądek zaciskało naprawdę dziwne odczucie.
— Jest w obrazie.
Harry zmarszczył brwi.
— A… a co się stanie, gdy zapadnie noc?
Tym razem odpowiedziała mu Bestia.
— Wtargnie na teren Bezimiennego.
Riddle miał na twarzy najpaskudniejszy uśmiech, jaki Harry kiedykolwiek widział.
Harry zatrzymał się przed obrazem Riddle'a. Już wkrótce nastać miała noc i choć nie był do końca pewien, co się wtedy wydarzy, nie sądził, aby było to coś dobrego.
Co więcej, choć nie rozumiał do końca zasad panującej klątwy – aczkolwiek przynajmniej zaczynał już chyba trochę ją pojmować – dałby sobie rękę uciąć, że nie będzie w stanie złożyć w całość wszystkich elementów układanki, jeśli którejś z części mu zabraknie.
Przełknął z trudem ślinę.
Potwór stał w ramach obrazu, siłując się z naszpikowanymi kolcami pnączami róż, które owijały się wokół jego kończyn. Ich oczy się spotkały.
— I co, będziesz tam tak stał? – Jego ciemne oczy błysnęły. – Zrób coś! Jesteś w końcu moją ofiarą!
Pomimo zjadliwego tonu Potwora, w jego głosie słychać było także, o ile Harry się nie mylił, malutką nutę strachu. Szaleńczego, bestialskiego strachu, który zamiast oszałamiać, zmuszał do atakowania wszystkiego na swojej drodze.
W jaki sposób świadczyło to o Bezimiennym, skoro nawet Potwór się go bał?
Harry zrobił krok do przodu, a otaczający go pokój złowieszczo zagrzechotał.
— Wiesz, on może cię stamtąd nie wypuścić – powiedział jak gdyby nigdy nic Riddle.
W tym samym czasie odezwała się także Bestia:
— Jeszcze jeden krok, a wyrwę ci nogi.
Harry zamarł i zerknął przez ramię, zaciskając mocno ręce u boków.
— Nie możesz wejść do tego pokoju! – Bo tak to właśnie działało, czyż nie?
— Jak dotąd chroniła cię Przepowiednia – syknął Potwór. – Ale nie zauważyłeś może, że dzieci miewają wybuchy złości, gdy zabawa nie idzie po ich myśli?
To było po prostu niemożliwe. Zerknął szybko za okno. Mimo że nie widział przez szybę zbyt wiele blaknącego słońca, zdecydowanie chyliło się ono ku zachodowi. Z każdą chwilą coraz bardziej otulała ich ciemność.
Nagle ich zazdrość o samych siebie nie wydawała się już taka zabawna.
W uszach szumiała mu krew, a w ustach cierpł strach.
— Bo nie mogę oddać wam swojej przyszłości, skoro ofiarowałem ją już jemu? – Harry próbował się jakoś opanować. Naprawdę. – Wiecie, nie mogę złamać klątwy i spełnić przepowiedni bez dostępu do wszystkich części.
— Ostrzegaliśmy cię przed wybieraniem strony – powiedziała Bestia. – Jeśli znów wybierzesz abominację, odpowiednio na to zareaguję. Skoro nie będzie ci pisane złamać klątwy, posilę się przynajmniej sercem ofiary.
Słońce coraz bardziej się obniżało.
Pomimo tych dość tragicznych okoliczności, poczuł nagły spokój. I coś musiało zmienić się także w wyrazie jego twarzy, bo głowa Riddle'a przechyliła się z zainteresowaniem, a Voldemort zesztywniał.
— Naprawdę jeszcze tego nie zrozumieliście? – Harry miał się niemal ochotę roześmiać. – Jestem Ofiarą. Zgłosiłem się do tego. Wybrałem to. I nikt prócz mnie nie może decydować o mojej przyszłości, szczególnie panikujący dzieciak dzierżący zdecydowanie zbyt wielką władzę.
Po czym skoczył w obraz Riddle'a, gdy się na niego rzucili.
Przez chwilę Harry bał się, że Riddle i Voldemort wskoczą do portretu za nim. Aczkolwiek wydawało się, że nawet teraz moce Przepowiedni jednak trzymały ich jeszcze trochę na wodzy.
Wątpił, by Bestia mogła wkroczyć do obrazu, na którym za kilka chwil pojawi się Bezimienny. Cały ten bałagan powstał właśnie dlatego, że się zmieniali. A Riddle nie mógł tam wejść, bo w środku był już Potwór.
— Szybko, rozwiąż mnie! – syknął stwór. – A potem natychmiast się stąd wynośmy.
— Skąd mam wiedzieć, że mnie wtedy…
— Do zachodu słońca pozostało trzydzieści sekund! – Potwór brzmiał na absolutnie oszalałego, wściekłego. – Harry Potterze, rozwiąż mnie w tej chwili!
Czego ten dupek od niego niby oczekiwał – że rozerwie pieprzone kolce gołymi rękami? Niemniej ruszył automatycznie do przodu, opadając na kolana.
Gdy tylko dotknął pnączy, zaczęły go oplatać.
— Pośpiesz się! – Potwór wyszczerzył zęby.
— Szybciej już nie mogę, dupku – warknął Harry, odrzucając kopniakiem jedną przeklętą łodygę, próbując zarazem zmiażdżyć inną drugą nogą. – Ciesz się, że w ogóle próbuję ci pomóc. – W końcu Bóg jeden wiedział, że byli bandą najmniej pomocnych istot, jakie kiedykolwiek spotkał. Już raz to powiedział i wielokrotnie pewnie powtórzy.
Kolce pokuły jego palce, rozerwały skórę, ale w końcu udało mu się uwolnić jeden z nadgarstków Potwora.
Chwilę później zaszło słońce.
Zapadła ciemność. Ciemność tak gęsta, że Harry nie widział nawet koniuszka swego nosa. Niemożliwa, wygłodniała ciemność.
Nie było mowy, aby dojrzał przez nią Potwora, co było całkiem niepokojące, biorąc pod uwagę, że ogólnie nie był on najbezpieczniejszą osobą, w jakiej pobliżu mógł się znaleźć. Ale przynajmniej nie sądził, by próbował go od razu zabić, zwłaszcza że Harry przybył mu przed chwilą na ratunek.
Nigdzie nie widać było jeszcze ani śladu Bezimiennego.
— Chodźmy… — zaczął. Dłoń natychmiast przykryła mocno jego usta.
— Zamknij się – syknął mu do ucha Potwór. – Usłyszy cię. Stój spokojnie. I na miłość boską, nie pozwól, aby cię zobaczył. Nie nawiązuj kontaktu wzrokowego.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się, a żółć podeszła mu do gardła. Spróbował wytężyć w tych ciemnościach wzrok. Czuł, jak róże i pnącza owijają się wokół jego nóg, jak gdyby również przeszukiwały ciemności.
I… dobry Boże.
Gdzieś w tej bezdennej pustce dostrzegł tylko oczy. Płonące, czerwone kule, które wędrowały po pokoju.
Och nie. Nie.
Oczy, które niczego nie widziały.
Potwór jeszcze mocniej ścisnął dłonią jego usta.
Harry był niemal całkiem pewien, że Bezimienny będzie w stanie usłyszeć bicie jego serca. Że każdy będzie. Ledwie oddychał – nie śmiał – choć również ten dźwięk tłumił mocny uścisk Potwora.
Spróbował wymyślić, co powinni zrobić. W końcu nie mogli być całkowicie bezradni. On sam nie mógł być całkowicie bezradny.
Może Bezimienny go nie zaatakuje. W końcu wydawał się nim całkiem rozbawiony.
Miał jednak okropne przeczucie, że z całą pewnością rzuci się na Potwora. Oni się po prostu nienawidzili.
Chciał zacisnąć mocno oczy, ale zarazem nie śmiał odwrócić ich choćby na chwilę od Bezimiennego.
Widział, jak Riddle zatrzymuje się na zewnątrz obrazu. Tam również było ciemno, ale tak normalnie, w sposób, do którego Harry już przywykł.
Kolce i róże dalej sunęły po jego ciele – niczym węże czekające na choćby najmniejszy, dający sygnał do ataku skurcz. Rozerwały jego spodnie i koszulę, pozostawiając za sobą cienkie szramy na jego udach i przy szyi.
Miał tak siedzieć całą noc?
— Czuję twoją krew, ofiaro. – Głos Voldemorta był wysoki i zimny, chociaż przemawiał konwersacyjnym tonem. Harry poczuł, jak ciało Potwora się obok niego napina. – To… miło, móc cię w końcu osobiście poznać.
Potwór wbił w niego mocno swoje paznokcie, jakby ostrzegając, aby nic nie mówił. Harry miał jednak wrażenie, że powinien się odezwać… choć zarazem nie miał wątpliwości, że Bezimienny zlokalizowałby go po głosie.
— Jest mój – oznajmił spoza obrazu Riddle. – Nie waż się dotykać chłopca. Przepowiednia już mi go obiecała.
— A więc głupiec z ciebie, skoro wierzysz w obietnice dziecka. W ogóle wszyscy jesteście idiotami, mającymi fioła na punkcie dzieciństwa i wszystkiego, co z nim powiązane. Serca, miłość, to naprawdę… urocze. Jakże z ich strony ludzkie, nie sądzisz, ofiaro?
Oczy Bezimiennego ponownie prześledziły pomieszczenie. Harry'ego ogarnął zimny niepokój.
— Z drugiej strony – kontynuował – nie patrzę dobrze na tych, którzy nieproszenie wkraczają na mój teren. Ani tych, którzy pomagają moim wrogom.
Pieprzony Potwór. Harry całkowicie go za to wszystko winił.
Robił też, co tylko mógł, aby się nie trząść, jako że połowa jego ubrań leżała teraz w strzępach na ziemi. Choć kolce wydawały się w końcu stracić nim zainteresowanie i przesunęły w inną część pokoju. Nie żeby Harry potrafił to w jakiś sposób ujrzeć.
— Przepowiednia nie będzie zadowolona, jeśli zabijesz naszą ofiarę – oznajmił Riddle.
Trudno było w tych ciemnościach ocenić wyraz na twarzy Bezimiennego, zwłaszcza że stał on plecami do lekkiego, przytłumionego światła padającego z zewnątrz obrazu.
— Przepowiednia nie może wiele zrobić, jeśli pozostanie uwięziona – stwierdził nieporuszony Bezimienny. – Nie poświęcę dla niej swojej nieśmiertelności. I nie poświęcę jej też dla chłopaka.
Czerwone oczy znów przesunęły się po pokoju.
— Siedzisz zadziwiająco cicho, ofiaro. Czyżby stłamsił cię Potwór? Zwykle nigdy się nie zamykasz, więc rozumiesz, mam nadzieję, moje zaniepokojenie. A może się boisz?
Szkarłatne oczy znalazły się tym razem bliżej, a po pomieszczeniu potoczył się odgłos uważnie stawianych kroków. Harry rozmyślał przez chwilę, czy byliby w stanie wyskoczyć z obrazu – choć to wpakowałoby ich prosto w łapy Riddle'a.
Harry nie chciał się nawet zbytnio zastanawiać nad tym, gdzie dokładnie znikały różne części, gdy kontrolę przejmował ich odpowiednik. Klątwa musiała być choć trochę osłabiona, skoro coś takiego było w ogóle możliwe.
Zacisnął mocno pięści u boków. Nagle poczuł w ciemnościach na swojej szyi lekki dotyk ust Potwora i niemal się zadławił.
— A ty, Potworze… czyż ciemność nie jest twoją domeną? Dlaczego się ukrywasz? Aż tak bardzo przeraża cię powrót do tego poziomu, zważywszy że tak długo wylewałeś z siebie siódme poty, by zyskać fizyczną postać? Jak wielu ludziom pochłonąłeś duszę, by móc tego dokonać?
Oczywiście, jeśli Potwór się pożywiał, zyskiwał większą siłę. Tyle że… no cóż, ich umowa mówiła, że nie mógł zabierać czegoś, czego Harry jeszcze nie miał. Tego, co nie było nowe. Co raczej w tej sytuacji nie zdawało się zbyt pomocne.
Niemniej Harry wolałby, aby Potwór nie wyssał mu do cna duszy tylko po to, aby móc sobie uciec.
Bezimienny roześmiał się, wysoko i zimno, kiedy w dalszym ciągu nic mu nie odpowiedzieli.
Harry rozważał przez chwilę swoje możliwości. Myśli szalały w jego głowie.
Byłoby znacznie prościej, gdyby cokolwiek widział.
Powoli – bardzo, bardzo powoli – wyprostował palce i przesunął nimi po podłodze, meblach, szukając czegoś, czym mógłby rzucić. Modląc się, by niczego nie zrzucić.
Był tu już u Riddle'a i całkiem dobrze znał swój pokój, więc podejrzewał, że jest to całkowite odbicie domu. Miał więc chyba podstawy przypuszczać, że znajdzie tu te same rzeczy? W tym samym ustawieniu?
— No dalej, nie masz do mnie jakiegoś pytania? Zwykle zadajesz ich tak wiele, wcale się z nimi nie powstrzymując, ofiaro. Chcesz wiedzieć, dlaczego jest tak ciemno? Co się dzieje w tym domu, czy Riddle morduje naszego kochanego ojczulka…?
Może znajdzie coś na biurku? Harry pamiętał, że widział tam raz mały nóż do rozcinania kopert.
Napiął każdy mięsień swojego ciała.
Sekundę później Potwór wcisnął mu go w dłonie.
W pierwszej chwili czuł się rozdrażniony, ale zarazem nieco uspokojony, że Potwór wciąż wałęsa mu się po głowie. W drugiej zdał sobie sprawę, że musiał w takim razie widzieć coś w tych ciemnościach.
No tak! W końcu był z nich praktycznie zbudowany! Oczywiście, że takie cienie nie mogły pogarszać jego pola widzenia!
Obrócił lekko głowę, próbując ocenić, skąd Potwór dokładnie wiedział, o czym myślał i wyobraził sobie rzucenie mocno nożyka do papieru w stronę drzwi.
Nic się nie stało.
No dobra. Riddle odpowiadał za myśli, a Potwór za wspomnienia, emocje.
Wnioskując z tego, co jak do tej pory udało mu się ustalić, o ile nie chodziło o czystą wiedzę – na przykład imię Harry'ego – Potwór pożerał przez swoje usta. Czy może była to po prostu kwestia upodobań i tworzył tym sobie tylko mówkę do całowania „swoich ofiar"? Harry nie wiedział.
Ale, nie odwracając wzroku od Bezimiennego, przysunął usta do szyi Potwora. Policzka. A może szczęki? Naprawdę nie miał pojęcia. Podobnie jak wcześniej czuł się oszołomiony, ale zarazem pomimo strachu zdeterminowany.
Oczywiście Potwór nie mógł się już pożywiać jego przeszłością, więc było to w miarę bezpieczne. Teoretycznie.
Rzucił w swoim życiu już wieloma przedmiotami. Musiał więc tylko sobie to przypomnieć i, miał głęboką nadzieję, intelekt jego towarzysza choć raz posłuży na jego korzyść i zrobi resztę.
Palce Potwora owinęły się bardzo, bardzo powoli wokół jego nadgarstka.
Bezimienny stał teraz bliżej, węsząc delikatnie, gdy przeszukiwał pokój.
— Nie chcesz poznać mojego imienia?
Rzucili z rozmachem.
Oczy Bezimiennego zniknęły, gdy odwrócił głowę w stronę, z której rozległ się stukot. To sprawiło, że Harry już kompletnie go nie widział.
Wstrzymał oddech.
Znów rozbrzmiały kroki, tym razem nieco dalej.
Przesunął się ku dochodzącemu spoza obrazu światłu, ale uścisk Potwora tylko bardziej się zacisnął. Jego usta przywarły do jego ucha, a głos był niemal niesłyszalny.
— Nie damy rady tamtędy wyjść. Jeszcze go nie odblokowałeś. Te drzwi nie zostały otwarte.
Co więc mieli, kurwa, zrobić?
Potwór pociągnął go w przeciwną stronę, ku miejscu, w które rzucili nożyk do papieru. W stronę Sam-Wiesz-Kogo.
— Dlaczego… — zaczął ledwie szeptem, zanim uderzyło w niego nagłe zrozumienie.
Skoro ten dom stanowił dokładne odwzorowanie świata poza obrazem – nie tylko on w nim wisiał.
Nie odblokował jeszcze Bezimiennego, prawda, ale stawił już czoła Przeszłości.
Była to powolna podróż.
Szczerze mówiąc, nie za bardzo się Harry'emu podobało, że musi całkowicie polegać na Potworze. A w to, że nie prowadzi go on w pułapkę wierzył tylko dlatego, że stwór wydawał się jeszcze bardziej zdesperowany wydostaniem stąd niż on.
A, jak Harry nie wahał się wytknąć, Przeszłość lubiła Potwora mniej więcej w takim samym stopniu, co reszta mieszkańców. Czyli ogólnie nie za bardzo.
Sam Harry, natomiast, przy odrobinie szczęścia będzie w stanie zapewnić im przejście.
Nie miał pojęcia, czy Bezimienny depcze im już po piętach. Lokalizował go wyłącznie na podstawie dostrzeżonego raz na jakiś czas błysku czerwieni.
Tak czy inaczej w głowie kłębiła mu się teraz cała masa pytań, mimo że wciąż otaczały go mocno dłonie Potwora, prowadząc w nieprzeniknionych ciemnościach.
— Co takiego okropnego zrobił, że nawet ty, Potwór, tak się go boisz? – szepnął.
— Nie boję się go. – Stwór szarpnął nim i Harry niemal warknął.
Przez minutę, a nawet dwie, panowała napięta cisza.
— Jestem… jestem potworem. Potworem. Manifestacją morderstwa i zemsty. Ja, który długo jeszcze przed tym, czym się stałem, zabiłem swoją rodzinę i wielu innych ludzi. – Choć ten jeden raz głos jego towarzysza był poważny. Nie miał w sobie tej śpiewnej nutki. Aczkolwiek jego wężowy język muskał niepokojąco policzek Harry'ego. – A on… on jest tym, którego imię ludzie boją się nawet wymawiać. To on rozerwał swoją duszę za cenę nieskończonego życia. To dlatego Bestia nie ma serca.
Harry uśmiechnął się smutno.
— A oczy są zwierciadłem duszy. I to dlatego jego są… — Niedziałające. Niewidzące. Splamione przez przemoc czerwienią.
— Dokładnie. Powiem ci, że stajesz się w tym coraz lepszy.
W umyśle Harry'ego zakwitła nowa myśl. Bestia strzegła lewego skrzydła domu nie bez powodu. Ludzie z jakiegoś powodu w końcu umierali, gdy próbowali się tam dostać.
— Przeszłość zajmuje portret w nocy. Tyle że jest już odpowiednikiem Przepowiedni. Przeszłość i Przyszłość. Tyle że wy wszyscy zmieniacie się między dniem a nocą. „Strzeż się wojny, gdy cień spotka się z jasnością"… — Harry poczuł, jak zasycha mu w ustach. – Więc skoro Przeszłość nie zajmuje obrazu w dzień…
— Harry.
— Jest tam Eurydyka, tak? Nie jeden z was… ale ktoś.
Cisza, jaka zapanowała, mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa. Usta Harry'ego wykrzywiły się w uśmieszku.
Oczywiście cała ta sytuacja wciąż była śmiertelnie dezorientująca, ale lubił myśleć, że powoli coraz bardziej ją rozumie. Choć zdecydowanie wolałby, aby jego postępy były szybsze.
Niemniej ogarnęła go niebotyczna ulga, gdy w końcu zamajaczył przed nimi portret Przeszłości – światełko w tej wszechogarniającej ciemności. Nawet Potwór zdawał się odczuwać ulgę, a jego uścisk nieznacznie się poluźnił.
Ulga Harry'ego szybko zniknęła, gdy spostrzegł, jak niewiarygodnie przerażony wydawał się ten mały chłopiec.
— Spokojnie – powiedział pośpiesznie. – Potwór nic ci nie zrobi. Nie pozwolę mu. Poza tym, jeśli tylko pozwolisz nam przej…
Czerwone oczy otworzyły się w ciemności.
Tym razem spoglądały prosto na niego i Bezimienny wkroczył w rzucane przez obraz Przeszłości światło. Chłopiec zadrżał żałośnie.
— Przepraszam, Harry – szepnął.
— Najpierw wchodzisz bez pozwolenia na mój teren, a teraz próbujesz go opuścić, nawet się nie przywitawszy. Powinieneś okazać mi więcej szacunku, ofiaro – wymruczał Bezimienny.
Nie miał nawet czasu wyrzucić z siebie „no to cześć", gdy ten się na niego rzucił.
Poczuł, jak owijają się wokół niego z zaborczą opiekuńczością wstęgi Potwora, szarpiąc nim do tyłu, a jego wargi przykryte zostają ustami.
Chwilę później czuł już tylko ból.
