Betowała najcudowniejsza Disharmonie.
Nakurishi, Kinetsuko, rose29, Wieczna Panna, Star1012, effd, CreepyMary, Mareen7 – bardzo dziękuję za komentarze! Czytało mi się je, jak zwykle, z największą przyjemnością. Naprawdę jestem wam ogromnie wdzięczna za wsparcie :)
Kinetsuko, haha, czy Twoje przypuszczenia w sprawie walki się sprawdziły - zaraz się przekonasz :) Bardzo dziękuję również za wskazanie zauważonego błędu - został już, oczywiście, poprawiony. rose29, powiedziałabym, że ogarnęłaś wszystko znakomicie! Naprawdę jestem pod wrażeniem! Tak, dokładnie takie informacje na tę chwilę posiadamy :) Każde z wcieleń potrafi być na swój sposób bardzo sympatyczne, chociaż osobiście chyba też najbardziej lubię Potwora. I Riddle'a. No ale każde wcielenie z pewnością coś w sobie ma ;) Star1012, Potwór jest świetny, wcale się nie dziwię, że go lubisz! Ma swój własny, wyjątkowy urok - jak zresztą każde z wcieleń ;) effd, o matko kochana, miło mi słyszeć! :D
Miłego czytania!
Przeklęte pocałunki
Rozdział dziesiąty
Ściany Eurydyki
— Nie! – wrzasnął Potwór.
Harry poczuł, jak uginają się pod nim kolana, a ciało atakuje ból. Był pewien, że gdyby nie ściskający go Potwór, padłby na ziemię jak szmaciana lalka.
Czuł się, jakby raz za razem rozrywano mu nerwy, ale ani na chwilę nie tracił przy tym czucia. W jego żyły wbiły się nagle ostre noże. Cienie Potwora jeszcze mocniej się wokół niego owinęły, przyciągając go do siebie.
Ale za późno – w głowie kręciło mu się tak mocno, że ledwie cokolwiek widział. Bezimienny zamajaczył gdzieś w zasięgu jego rozmazanego wzroku, a Przeszłość obserwowała to wszystko szeroko otwartymi oczami, napierając swoimi drobnymi dłońmi na płótno, jakby pragnęła z niego wyskoczyć.
Strzeż się przeklętych pocałunków.
Szkarłatne oczy paliły jego skórę, gdy uniósł niewyraźny wzrok. Usta wciąż mrowiły go od pocałunku.
— Vol… — zaczął, ale dłoń zacisnęła się wokół jego warg, a Bezimienny zacmokał z dezaprobatą.
— Nie każ mi cię kneblować, Ofiaro. I tak już będziesz miał wystarczające problemy z oddychaniem. – Bezimienny zerknął na Potwora. – No chyba że, oczywiście, abominacja zdecyduje się ci pomóc.
Pomóc mu?
— Może odebrać ci wszystko, co się wydarzyło od momentu, gdy zawarliście swoją umowę – przypomniał mu Bezimienny ze zdecydowanie zbyt zaciętym zadowoleniem. – Wliczając w to ten pocałunek. Wziąć go, wchłonąć w siebie. Chociaż, oczywiście, klątwa tak potężna jak nieudany pocałunek prawdziwej miłości…
A więc o to w tym wszystkim chodziło.
— …wywołałaby u mnie ten sam efekt, co u niego – warknął Potwór, łypiąc spod byka na Sam-Wiesz-Kogo.
Harry nie widział w panujących ciemnościach twarzy Bezimiennego. Zresztą wystarczającą trudność sprawiało mu samo dotrzymywanie tempa toczącej się rozmowie, jako że jej członkowie, w przeciwieństwie do niego, wiedzieli, co dokładnie się tu wyrabia. No i ból wciąż nie zmalał. Wręcz przeciwnie: wzrósł, rozprzestrzeniając się po jego ciele – rozpalając krew i mrożąc palce. Miał problemy z oddychaniem.
— Twój wybór – powiedział lekko Bezimienny. – Możesz tu zostać i mu pomóc, wiedząc dokładnie, co się z tobą stanie, jeśli przed wschodem słońca nie opuścisz tego miejsca. I możesz też… się za niego wymienić. Zrzec się swojego roszczenia, oddać mi ofiarę, a wtedy pozwolę uciec ci bez szwanku z mojego terenu.
Harry'emu dudniło w głowie. Przekręcił ją, by spojrzeć na oświetlonego portretem Potwora. Czuł, jak serce waliło mu w piersi, ale chwilę później przetrzymujące go cienie zniknęły niczym poparzone. Uderzył kolanami w podłogę i ze wszystkich sił starał się nie poczuć zdradzonym.
— Tom… — Zacisnął szczękę. Potwór na dłuższą chwilę skierował na niego swoją uwagę.
Nie miał pojęcia, co planował zrobić z nim Bezimienny, ale zważywszy na to, że nawet Potwór najwyraźniej się go bał, Harry nie liczył raczej na przyjazną pogawędkę i spokojną noc.
Kiedy jednak cisza jeszcze bardziej się rozciągnęła, zdał sobie sprawę, że nie ma co liczyć na Potwora. Mógł może użyć jego imienia i rozkazać mu coś zrobić, ale…
— Idź – splunął. – Obaj wiemy, że mnie nie wybierzesz.
Potwór przesunął swoim czarnym językiem po zębach, ale jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.
— Wskoczyłeś do obrazu, aby mnie ocalić. Nie chciałbym urazić lub zmarnować twojego szlachetnego poświęcenia.
Harry spojrzał na niego ostro.
— Lepiej się zamknij. Serio. I idź. Lub sam cię zabiję, niech szlag weźmie klątwę i jej złamanie.
Bezimienny prychnął.
Potwór przyglądał mu się jeszcze chwilę – może przyjemność sprawiało mu obserwowanie jego bólu, kto wie – po czym przy nim przykucnął. Harry nie śmiał robić sobie nadziei, ale przez jedną głupią chwilę, gdy ból zaatakował z taką siłą, że miał ochotę zaskomlać, jego klatkę piersiową ścisnęło coś przerażająco przypominającego nadzieję.
— Wrócę po ciebie, Harry Potterze. W taki bądź inny sposób. W przeciwieństwie do niektórych… — Posłał Bezimiennemu pełne złości spojrzenie graniczące z brawurą. — …wiem, że prawdziwe roszczenia wykraczają poza słowa, którymi tak łatwo można sobie pogrywać i tak łatwo złamać.
— Nie zawracaj sobie głowy – odparł chłodno Harry. Nie przejmował się już tym, czy urazi jakoś tego drania. Twarz Potwora spoważniała i wyniośle się on wyprostował, owijając wokół siebie cienie.
— Zrzekam się swojego roszczenia.
Chwilę później zniknął.
Harry opadł na podłogę, doskonale świadomy tego, że Bezimienny wciąż wisi nad nim z tymi swoimi czerwonymi oczyma. Przeszłość także sobie poszła, najpewniej przyłączając się do Potwora, który wkroczył na jej teren.
W głowie Harry'ego pojawiła się przelotna, mściwa myśl, że być może Przepowiednia poznęca się trochę nad Potworem, skoro utknął chwilowo w portrecie, ale ostatecznie skutkowałoby to tylko tym, że poświęcił się na marne.
Zadrżał i wygiął się, coraz trudniej wdychając powietrze. Miał wrażenie, jakby coś wbijało mu się w gardło, ale kiedy uniósł dłoń ku szyi, dławiąc się płytko wdychanym powietrzem, nie napotkał niczego dziwnego.
— No i co? – warknął. – Na co czekasz? Dokończ, co zacząłeś.
Bezimienny przyglądał mu się uważnie – choć czy aby na pewno? Był w końcu ślepy, czyż nie? Tak czy inaczej wciąż wpatrywał się w niego z intensywnością godną bazyliszka.
Chwilę później stwór zbliżył się i przeczesał palcami jego włosy, po czym przesunął dłonią delikatnie po jego twarzy, jakby starając się go wyczuć.
— Niczego nie muszę dokańczać. Wszystko jest już w toku, ofiaro. Powinieneś powiedzieć coś wcześniej, zamiast zmawiać się z potwornością. Abominacja nie ma w sobie krztyny lojalności, nawet wobec tych, do których rości sobie prawa.
Harry parsknął, wcale się nawet nie dziwiąc, że zamieniło się to w kolejną rywalizację między wcieleniami.
— Jeśli utknę w obrazie Przeszłości, zamieni mnie ona w lalkę. Potwór wyssie ze mnie wspomnienia i duszę, Riddle mój umysł, a Bestia rozerwie mnie na kawałki. A ty co robisz? Czego pragniesz?
Bezimienny był odpowiednikiem Bestii, ale Harry nie mógł go, najwyraźniej, nazwać. Lub przynajmniej nie powinien. Lecz czy istniało coś, co uchroni go od śmierci?
— Nie możesz dać mi tego, czego pragnę.
— Jestem ofiarą – oświadczył spokojnie Harry. – Chodzi chyba właśnie o to, że najpewniej mogę…
— Niczego od ciebie nie chcę – przerwał mu chłodno Bezimienny, pozwalając mu upaść na podłogę. – Ciekawi mnie tylko, jak wiele zaoferuje mi reszta, aby cię odzyskać.
Harry'ego ścisnęło w żołądku.
— Najwyraźniej niezbyt wiele, sądząc po zachowaniu Potwora. Więc raczej nie był to z twojej strony najmądrzejszy ruch – warknął.
Bezimienny tylko mruknął, a jego usta wykrzywił uśmieszek.
— Zobaczymy. Mimo wszystko wydaje mi się, że znam ich trochę lepiej niż ty. – Na twarzy mężczyzny pojawił się pewien niesprecyzowany wyraz. Harry napiął mięśnie i stanął w miarę sił na nogach, mimo że otaczający go świat kręcił się nieubłaganie.
— Potwór zasugerował, że możesz być tym, który… stworzył resztę wcieleń. Wliczając w to Przepowiednię, tak?
— Bystry chłopak.
— Tyle że teraz uwięziony jesteś w obrazie, który ona kontroluje – oznajmił Harry. Bezimienny nie wydawał się tym zbytnio rozbawiony i w jednej chwili chwycił go za gardło. Harry nawet nie drgnął. Co miał w końcu do stracenia? – Pragniesz odzyskać kontrolę – zaskrzeczał uparcie. – Ale nie chcesz jej zarazem uwolnić. Jest ci na rękę, że więżą ją łańcuchy. – Szarpnął za zaciskające się na jego gardle palce. – Nie chcesz, bym złamał klątwę.
— Tutaj, w moim towarzystwie, nie wpakujesz się w żadne kłopoty. Nie jesteś w stanie nic nawet zobaczyć, nie mówiąc już o knuciu – powiedział Bezimienny. – A szkoda, całkiem zabawnie się ciebie oglądało.
— Knuciu? – warknął Harry, choć świat zaczynał mu się powoli rozmazywać przed oczami. – Jasne, ten dom wręcz ocieka knuciem i intrygami, ale ja zdecydowanie nie przykładam do tego ręki!
— Dostanie się na mój teren ukartowałeś sam, nikt cię do tego nie zmuszał. A ja nie lubię intruzów… samo to wystarczy, bym miał ochotę cię zabić.
— Nie byłoby to najmądrzejsze. Zresztą niedługo nastanie świt. A wtedy, gdy cię tu nie będzie, będę sobie mógł po prostu uciec.
Bezimienny znów rzucił go na podłogę. Harry zakaszlał i potarł swoją klatkę piersiową, zaciskając mocno szczękę.
— Nawet jeśli uciekniesz, nie uwolni cię to od klątwy – oznajmił mężczyzna. – A tu będziesz bezpieczniejszy.
— A to niby dlaczego? – wykrztusił Harry. Jakoś nie wydawało mu się, by Bezimienny był jakoś szczególnie bezpieczniejszy od reszty. Skazał go już pocałunkiem na śmierć, a na pewno miał w rękawie jeszcze więcej okropności.
Poczuł, że znów zaczynają owijać się wokół niego pnącza, przytrzymując go w ciemnościach. Bezimienny zniknął z zasięgu jego wzroku – odwrócił się w końcu i zatopił w tworzące jego świat cienie.
— Bo ja nie pozwolę, aby dopadła cię Przepowiednia.
Na żadne kolejne pytanie nie otrzymał odpowiedzi.
Harry uniósł otumaniony wzrok, gdy blade słońce uderzyło w jego twarz, rozbudzając go z niespokojnego snu. Wyglądało na to, że pnącza gdzieś w międzyczasie go puściły.
Ale ból pozostał.
Gdyby miał wciąż siłę, otworzyłby szeroko oczy ze zdumienia. Ale tym razem nie był nawet jakoś szczególnie zaskoczony.
— Jesteś Eurydyką, mam rację? – Posłał mu zmęczony uśmiech.
Wpatrywały się w niego jego własne zielone oczy. Eurydyka była młodsza, tak naprawdę zaledwie dzieckiem – i to też raczej nie powinno go, szczerze mówiąc, dziwić.
Tak czy inaczej, nie to go tak zdumiało.
Wpatrywał się z oszołomieniem w chłopca, którego skóra zamieniła się po części w kamień – tworząc z jego lewej ręki, ramienia oraz szyi element stojącej za nim ściany. Jedna z jego skamieniałych nóg stopiła się z podłogą aż do tego stopnia, że rozkwitła na niej trawa i róże.
— Musisz wydostać się z obrazu – oznajmił cicho chłopiec. – Nie wyjdzie ci na dobre stanie się w zbyt dużym stopniu częścią domu. – Opuścił wymownie spojrzenie na obrastające go kamienie.
Ciało Harry'ego wciąż pulsowało mocnym bólem, jakby coś wbijało w niego swoje szpony.
— No tak, bo reszta domu rzeczywiście jest znacznie bezpieczniejsza – prychnął. – Nie wiem, czy Riddle kręci się gdzieś w pobliżu, ale nie był ostatnio zbyt pomocny. Mógłbyś może umożliwić mi przejście?
Dlaczego Hermiona pisała, aby strzec się Eurydyki? Jeśli nie mógł ufać nawet samemu sobie, co mu, kurwa, pozostało?
— Wątpię, byś chciał mnie teraz użyć. Jeśli w ogóle kiedykolwiek. Cena może okazać się zbyt wysoka. Lepiej martw się bardziej Ofiarą. Pokaże ci, co tak naprawdę się teraz z tobą dzieje. Konsekwencje przeklętego pocałunku.
No tak, obraz w pokoju Riddle'a. Ale jeśli… jeśli Eurydyka reprezentowała coś, po co wrócił Orfeusz, a zatem najpewniej jego więź z Ginny, jako że zdecydował się na to wszystko po to, aby ją uratować… dlaczego ten obraz przedstawiał właśnie jego? A nie ją?
— A co to za cena? – Wiedział, że przynajmniej na to pytanie zawsze uzyska odpowiedź.
— Znasz tę opowieść. Oglądnięcie się za siebie oznacza przemienienie w kamień. Wszystkie te ściany zbudowane zostały przez umarłych. Zostaniesz wciągnięty w fundamenty domu i tak jak my na zawsze związany z tym miejscem. Każdy obraz spełnia jakąś rolę. Riddle odpowiada na twoje pytania. Przeszłość opowiada o początkach klątwy, o swojej przeszłości i prowadzi do potencjalnej przyszłości, a więc Przepowiedni.
— A Bezimienny?
— Jak wiesz, stworzył wszystkie wcielenia. Może je też ze sobą ponownie połączyć. Choć, oczywiście, potrzebować będzie… perswazji. Ani on, ani Bestia nie pragną złamania klątwy. Serce bywa bowiem bolesne, a śmierć to źródło największego strachu.
Oczy Harry'ego otworzyły się szeroko, gdy próbował to przyswoić. A więc Bestia nie chciała złamania klątwy, bo to oznaczało ponowne połączenie wszystkich części, ale Przepowiednia zmuszała ją do postępowania zgodnie z zasadami. Potwór… Bóg jeden wiedział, czego pragnęli Potwór i Riddle. Może zniszczenia klątwy? Lub rozprzestrzenienia się ciemności?
— A ty? – zapytał.
— Ofiara to twoja przyszłość. Wieczność. Wskazuje, co się teraz z tobą dzieje i co się z tobą stanie w ramach aktualnie podjętych kroków. Ja natomiast prezentuję to, czego już dokonałeś. I umożliwiam zrobienie czegoś ponownie.
To zdecydowanie przykuło uwagę Harry'ego.
— A więc mogę zrobić coś jeszcze raz? Co tylko zechcę? – Teraz, czując ten wszechogarniający ból, bez wątpienia interesującą opcją wydawało mu się zmienienie decyzji o wskoczeniu do portretu za pieprzonym Potworem. – Ale zadziała to w ogóle, skoro zamienię się przy tym w kamień?
— W zależności od tego, czy zrobisz coś wartościowego. Wszystko ma swoje konsekwencje.
Serce waliło Harry'emu mocno w piersi. Nim się spostrzegł, zaczął powoli zbliżać się do Eurydyki, która spoglądała na niego w milczeniu.
— Ale możesz też… możesz też tylko patrzeć – mruknęła. – Uwięzić się w wspomnieniu i pozwolić, by świat kruszył się bez ciebie. W jakimkolwiek wspomnieniu. Nie pamiętasz mamy i taty, prawda? Ale ja tak. Mogę ci ich pokazać, jeśli to właśnie wybierzesz.
Jego serce ścisnęła ostra tęsknota, niemal go od środka rozrywając. Jego ciało zadrżało, a wnętrzności się skurczyły. Był zmęczony i przygaszony, jakby uleciała z niego wszelka wola i chęci.
I to wtedy zupełnie znikąd pojawił się Riddle.
— Trzymaj się od niego z daleka – syknął, gwałtownie Harry'ego odciągając. – Jeśli chcesz mieć choć cień szansy na wyjście z tego cało, nie możesz oglądać się za siebie.
— A myślałem, że tak czy siak nie macie zamiaru pozwolić mi kiedykolwiek odejść – warknął Harry. – A może to Przepowiednię rozwściecza tak niezmiernie, że mógłbym umrzeć na własnych zasadach? – Bo czuł się, jakby umierał. Nieudany pocałunek krążył niczym trucizna po jego organizmie, mrożąc go i rozpalając.
Uścisk Riddle'a tylko się wzmocnił.
— Nie pozwolę ci w taki sposób skończyć. – Odwrócił się, ciągnąć go za sobą.
— Jakby co wiesz, gdzie mnie znaleźć, Harry – szepnęła za nimi Eurydyka.
I przez chwilę, gdy zerknął przez ramię na uśmiechający się obraz, mógłby przysiąść, że widoczne na nim zielone oczy błysnęły czerwienią.
Zważywszy na to, co powiedziała mu Eurydyka, Harry spodziewał się, że obraz Ofiary wyglądać będzie trochę inaczej. Niemniej to, co zastał, i tak niemal zwaliło go z nóg.
Róże i kolce nie tworzyły już tylko korony wokół jego głowy. Atakowały z każdego kąta tworzącego obraz świata i zaciskały się wokół jego gardła. Wbijały mocno w jego skórę i żyły, po czym wydobywały nagle z nadgarstków i owijały niczym kajdany wokół ramion. A także nóg. I tułowia – pnącza rozwarły jego klatkę piersiową, odsłaniając wielką różę otulającą jego serce.
Jakby powoli wyciskano z niego życie – zatapiając obraz i jego skórę w krwi, gdy szarpał się ze znajdującą się na malowidle ścianą w sposób niepokojąco przypominający to, jak wyglądała w dziecięcym pokoju Przepowiednia.
Kolana niemal się pod nim ugięły, gdy wpatrywał się w to wszystko w niemym przerażeniu.
Tym razem nie był to tylko obraz przedstawiający coś, co nie miało z nim w rzeczywistości nic wspólnego. Bo nagle zdał sobie sprawę, że odczuwany przez niego ból faktycznie przypominał wbijające się mu głęboko w ciało kolce, niszczące go od środka i kwitnącą krwawą czerwienią różę, tak różną od uschniętych płatków w klatce piersiowej Bestii.
Riddle przytrzymał go w pozycji pionowej i dalej za sobą pociągnął.
— Nie mogę cię wyleczyć – mruknął, pchnąwszy go na łóżko i natychmiast się nad nim pochylił, przesuwając palcami po jego twarzy. – Ale mogę sprawić, by cię nie bolało. Ból, przyjemność… to wszystko konsekwencje pracy twojego mózgu. Oddaj mi swój umysł, Harry, a będę w stanie usunąć twój ból.
— Idź do diabła – charknął Harry. – Gdybyś nie zamknął tam Potwora, nic z tego by się nie zdarzyło. I gdzie tak w ogóle podziewa się ten drań?
Kręciło mu się niepokojąco w głowie i zdecydowanie nie czuł się zbyt pewnie. Jedyne, na co miał teraz ochotę, to schować się pod kojąco chłodną kołdrę i nigdy już spod niej nie wychylać.
Niestety miał zbyt wiele rzeczy do zrobienia, by pozwolić sobie na taki luksus.
Resztkami sił spróbował podnieść się do pozycji siedzącej, ale dłoń Riddle'a spoczęła mocno na jego klatce piersiowej, skutecznie mu to uniemożliwiając. Nie po raz pierwszy Harry poczuł nagle ostre ukłucie strachu.
— Tom… — warknął ostrzegawczo.
— Chcę tylko zobaczyć – zagruchotał Riddle, drugą dłonią zaczynając gładzić go po włosach. W Harrym zrodziło się niepokojące przypuszczenie, że gdyby tylko było to fizycznie możliwe, dupek najpewniej dosłownie wbiłby mu paluchy w mózg. Zbadał jego nerwy i zagrał na nich jak na skrzypcach. – Proszę, pozwól mi na to, Harry. Dlaczego to sobie robisz?
— Ja? – splunął Harry. – To Bezimienny mnie pocałował!
— Ale po co wskoczyłeś za Potworem do obrazu? Twierdzisz, że nie śpieszy ci się ponoć do grobu, ale czasami zastanawiam się, ile jest w tym tak naprawdę prawdy, biorąc pod uwagę twój kompleks bohatera.
— Nie złamię klątwy, jeśli się nawzajem pozabijacie i zabierzecie mi części układanki – syknął Harry, któremu kompletnie zaschło w ustach. – Tylko tyle.
Riddle przechylił lekko głowę.
— Nie jesteś w stanie samemu się teraz pałętać. A jeśli zbyt długo utkniesz w obrazie, staniesz się tym samym, co ja – szepnęło wcielenie. – Mogę to przeczekać, jeśli nie dasz mi, czego pragnę.
No dobra. Dosyć tego.
— Myślisz, że to na tym właśnie polega miłość? – warknął Harry. Do diabła z bólem; pchnął mocno Riddle'a i ten zatoczył się o kilka kroków, a Harry usiadł, dysząc ciężko. – Nie możesz zmusić kogoś, by cię pokochał. Lub się z tobą zaprzyjaźnił. Albo ci coś dał. Nie, jeśli ma być to szczere.
Riddle spoglądał na niego w całkowitym zdumieniu. Harry zacisnął mocno dłonie.
— Chcesz wiedzieć, co myślę? – Harry wstał i ruszył ku niemu, niemal prychając z przepełniającej go ironii, kiedy Riddle cofnął się znów o kilka kroków, nim zebrał się w sobie i wyniośle zatrzymał. – Dlaczego po prostu o to nie zapytasz? Dlaczego nie próbujesz nawet choć trochę zainteresować się kimś, kto nie jest tobą?
— Kiedy ktoś cię kocha, posiadasz jego ciało, duszę i umysł… — zaczął Riddle. Harry wydał z siebie jadowity dźwięk, który niebezpiecznie chylił się ku rozpaczliwemu niedowierzaniu.
— Myślisz, że to, iż posiądziesz mój umysł sprawi, że cię pokocham? – Było to, tak naprawdę, poniekąd tragiczne. – To głupota niemal dorównująca Bestii przekonanej o tym, że naprawdę musi dosłownie zjeść moje serce.
— Harry…
— Ale, nie, serio. – Dudniło mu mocno w głowie i chwycił się krawędzi łóżka, by utrzymać równowagę. – Wytłumacz mi to. Co się, u diaska, dzieje w twojej głowie?
Riddle milczał przez dłuższą chwilę, patrząc na niego ze wściekłością.
— Jeśli będę posiadał twój umysł, będziesz o mnie myślał. Z całkowitym oddaniem. Nie będziesz…
— Nie będę czego? – spytał tym razem spokojniej Harry, marszcząc brwi.
— Nie możesz mnie oceniać lub opuścić, jeśli będę kontrolował twoje myśli. Sądzisz, że nie dostrzegamy obrzydzenia, z jakim na nas spoglądasz? Jak, podobnie jak wszyscy inni, nas potępiasz?
Cisza, która nastała, dzwoniła w uszach. Harry otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Nagle znów stanęła mu przed oczami Przepowiednia, choć, biorąc pod uwagę, co wiedział o różnych wcieleniach i tym, w jaki sposób się ze sobą łączyły, raczej nie powinno go to aż tak bardzo dziwić. Każde z nich miało ten sam problem, po prostu podchodzili do niego w różny sposób. Byli jednym i tym samym człowiekiem, tyle że całkowicie rozbitym.
Ostatecznie westchnął.
— Podejdź do mnie.
— Co? – Niemniej przybliżył się nieco, jak gdyby czekając na jakąś zasadzkę.
Harry wykonał pełen zniecierpliwienia gest i przyciągnął do siebie Riddle'a, sadzając go koło siebie, po czym oparł się, całkowicie wyczerpany, o tego idiotę, bo ogarniający go ból był zdecydowanie zbyt przytłaczający, by mógł przeprowadzić tę pokręconą rozmowę na siedząco. Riddle początkowo zesztywniał, co Harry uznał za lekką przesadę. Niemniej nie zmienił uparcie pozycji, tylko czekał, aż jego towarzysz choć trochę się zrelaksuje.
Nie sądził, by tym razem wystarczyło go tylko przytulić. Riddle zajmował się w końcu myślami. Inteligencją i umysłami.
— Nie potępiam was – powiedział Harry. – Ale nie możecie zmusić mnie, abym was pokochał.
— Właściwie to przeprowadzono taki eksperyment na temat wytwarzania odruchów warunko…
— Zamknij się – prychnął Harry. – Nie możecie. A przynajmniej nie tak, jak należy. Miłość wymaga wyboru, nie siły. Choć wiele mówi o was fakt, iż postrzegacie ją jako zabranie mi czegoś lub pożarcie jakiejś części mnie. Nie mówię, że nie jest to jakaś forma miłości, ale… ta przepowiednia i klątwa twojej matki… nie sądzisz, że istnieje powód, dla którego tak bardzo opiera się na ofiarowywaniu, a nie zabieraniu?
— Moja matka była głupia. Wystarczy spojrzeć, jakiego wybrała sobie męża.
— Widzisz, to zabawne, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić dla tych, o których się troszczymy – oznajmił sucho Harry. Riddle zerknął na niego.
— A więc zrobiłbyś to dla mnie? Ofiarowałbyś mi swoje myśli?
— Jesteś cholernie monotematyczny. – Harry z trudem zdusił w sobie frustrację. – Mowa tu o rozmawianiu, ty przerośnięta plamo farby! W taki właśnie sposób ludzie dzielą się ze sobą myślami. Rozmawiają. Zaczynają sobie powoli ufać i wpuszczają się do swoich głów.
— Brzmi to nad wyraz niebezpiecznie – mruknął Riddle. – Nigdy nie wiesz, co zdecydują się w niej zrobić.
— Czy ty…? – Nie. Harry był przekonany, że Riddle nie żartował. Niemniej niemal go to bawiło, bo gdy miało się wrażenie, że ktoś robi sobie sieczkę z twoich wnętrzności, mocno uszczuplało to ludzkie mechanizmy obronne. – Jak niby chcesz, bym pozwolił ci wejść do mojej głowy, skoro nie masz zamiaru tego odwzajemnić?
— Że co? Nie, nie… tu chodzi o to, byś ty pokochał mnie…
Czasami naprawdę zaczynał tracić nadzieję.
Gdy jednak tak leżał, czując we włosach palce Riddle'a i widząc portret groteskowo poświęcającej się Ofiary… Riddle zaczął mówić.
Gdy Harry znów się obudził – choć nie był nawet pewny, kiedy dokładnie stracił przytomność – znajdował się w swoim łóżku, a świat ogarnęła noc.
Nieopodal postawione zostały talerze z jedzeniem, a także woda i wino.
Poruszył się lekko i poczuł, że w jego ciele wciąż pulsuje nieprzyjemny ból. Bezimienny obserwował go beznamiętnie ze swojego portretu.
Gardło Harry'ego ścisnęła gula.
— Co… co się stało? – zapytał.
— Riddle wyciągnął cię z obrazu – odparł spokojnie Bezimienny. – I wraz z Bestią wręcz obrzydliwie się tobą zajęli. Wciąż, oczywiście, umierasz…
Harry zamrugał.
— Oni… się mną zajęli? Zemdlałem?
— Powoli wyciskane jest z ciebie teraz życie – oświadczył cicho Bezimienny. – Oczywiście, że zemdlałeś. No i oczywiście, że się tobą zajęli. Woleliby, byś przeżywał niespotykane wręcz katusze, niż mieli zgodzić się na to, by ktoś im cię zabrał… zdecydowanie wliczają w to również śmierć.
Harry przyglądał się mu przez chwilę.
— Nie wydajesz się z tego tak zadowolony, jak sądziłem. Z tego, że umieram, mam na myśli. Zważywszy że traktujesz nas wszystkich jak głupców, bo zawracamy sobie głowę graniem w tę grę.
— Nie chcę, by klątwa została złamana – przypomniał Bezimienny. – A samo twoje istnienie stanowi tego bezpośrednie przeciwieństwo.
A więc… chciał, aby umarł?
— Najwyraźniej jednak nie. Potwór, jakby nie patrzeć, zabrał moją przyszłość – mruknął Harry.
— Potwór pragnie przełamać klątwę – stwierdził Bezimienny. – Nie chce tylko uwolnienia Przepowiedni. A, jak już się pewnie domyśliłeś, ta dwójka jest… nierozerwalnie ze sobą połączona.
— Chyba nie rozumiem.
— Co za niespodzianka. Co za nowość. Rozumiesz przecież tak wiele, nie mam pojęcia, jakim cudem złożoność tego może być ponad twoje możliwości.
Harry spojrzał na niego wściekle.
— Spierdalaj. Umieram, a to twoja wina.
— Idąc tropem wcieleń, skoro Potwór posiada twoją przyszłość, może ją kontrolować. A jeśli może kontrolować przyszłość ofiary, kontroluje końcowy rezultat tej gry… a przynajmniej tak mogłoby się wydawać. To dziecinne rozumowanie, ale czym jest Przepowiednia, jeśli nie dzieckiem?
Harry zmarszczył brwi, nie do końca pewien, co powinien o tym myśleć. Chwilę później uderzyło w niego pewne spostrzeżenie.
— Odpowiadasz na moje pytania.
— Jakiś ty bystry.
— Myślałem, że tylko Riddle może odpowiadać na moje pytania. – Harry'emu zabiło nagle mocniej serce. Przypomniał sobie głaszczącą jego włosy dłoń Riddle'a i jego łagodny, rozbrzmiewający mu w uchu baryton, kiedy najzwyczajniej w świecie mówił.
A mówienie… mówienie wiązało się z dzieleniem się myślami, a co za tym idzie – umysłem. Jego oczy otworzyły się szeroko.
— Lepiej się pośpiesz, ofiaro – mruknął Bezimienny. – Zostały ci jeszcze cztery części, a umrzesz, nim skończy się ten miesiąc. Twoja największa nadzieja leży chyba ostatecznie w pocałunku prawdziwej miłości. Skoro nie masz co liczyć na Potwora, może być to twoja jedyna szansa na przeżycie.
Boże, miał przewalone.
