Betowała wspaniała Disharmonie.
Ziebuszka, rose29, Ingula, Star1012, Wieczna Panna, Nakurishi, Kinetsuko, CreepyMary, K – oczywiście ogromnie dziękuję za wkład, jaki został przez was włożony w napisanie komentarzy pod poprzednim rozdziałem. Jestem wam za nie niezmiernie wdzięczna :).
rose29, miło mi więc słyszeć, że każdy kolejny rozdział coraz bardziej wciąga! Mam nadzieję, że poniższy nie zawiedzie Twoich oczekiwań ;) Star1012, Eurydyka jest tylko jedna, natomiast obraz, o którym wspomniałaś, to Ofiara. Nie ma (w tej chwili) aż tak dużego wpływu na grę, a po prostu przedstawia to, w jaki sposób gra oddziałuje na Harry'ego, jak go zmienia. Na temat samej Eurydyki nic natomiast nie mówię, bo to dobrze rozwinięte będzie później. Tak więc na Twoje pytania nie mogę odpowiedzieć ;). Ale miło mi się czyta, jak na ten temat kombinujesz... Kinetsuko, zdecydowanie wszystko zaczyna przyśpieszać, bo po prostu czasu nie ma (i mało rozdziałów zostało ;)). No ale przy okazji będzie się ta zagadka coraz bardziej rozjaśniać, bo, wydaje mi się, chyba wszystkie jej elementy zostały już w rozdziałach przedstawione. Tak mi się wydaje. K, cieszę się, że fic i jego fabuła Ci się podobają! Co do Eurydyki to mogę obiecać tylko tyle, że jeszcze powróci. Co do tego, jak daleko zaszłą Hermiona - rzeczywiście jest to ciekawe. Mnie, osobiście, najbardziej ciekawi, jak Eurydykę poznała, nie tracąc przy tym życia z rąk Bestii ;)
Miłego czytania!
Przeklęte pocałunki
Rozdział jedenasty
Białe oczy i różdżka
Pochłonięte nocą Little Hangleton było bardzo ciche – pogrążone w mroku przełamywanym wyłącznie przez światło wydobywające się z okien tutejszej knajpki.
Zebrali się w niej mieszkańcy wioski. Zaaferowani, rozgorączkowani i posępni.
— Żadna z ofiar jeszcze nigdy tak długo nie przetrwała! – Ginny zacisnęła mocno pięści u boków. – On wciąż żyje. Jestem tego pewna, czuję to.
— Może Bestia umarła – stwierdził Ron.
— Gdyby nie żyła – oświadczył Lucjusz Malfoy – chłopak dawno by już wrócił. To kompletna głupota.
— Nie możemy siedzieć z założonymi rękami. – Ginny spojrzała rozświetlonymi oczami i z zarumienionymi policzkami na swoją rodzinę. – Nie po tym wszystkim, co wycierpieliśmy z rąk potwora. Nie po tym wszystkim, co poświęcił Harry!
Kłótnia ta powtarzała się już trzecią noc z rzędu, kręcąc się wokół stojącego na wzgórzu domu i fakcie, że nie zwrócono im jeszcze żadnego – poćwiartowanego lub w jakikolwiek inny sposób okaleczonego – ciała. Oczywiście w przeszłości zdarzały się przypadki, że ofiara nigdy nie wracała, ale…
— Wyrosły truskawki – mruknęła ze swojego miejsca na tyłach karczmy Sprout. Po raz pierwszy w swoim życiu wyglądała na ożywioną. – Rubeus też je widział. Truskawki! – Ogromny kapelusz zadrżał na jej głowie pod wpływem okazywanego przez nią podekscytowania.
Nikt z obecnie żyjących nie pamiętał, by wyrosły kiedykolwiek w wiosce. Zawsze były dla nich tylko słodką fantazją, pozostałością świata sprzed klątwy. A wszyscy, którzy mogliby go pamiętać, dawno już nie żyli bądź zostali zabrani.
— Również słońce świeci jaśniej – zauważyła Luna. – A dom nie jest już taki smutny. Widzieliście go dziś rano?
— To niczego nie udowadnia. – Twarz burmistrza Knota zaczerwieniła się. – Nie zamierzam ryzykować życia dla… dla truskawek i wschodzącego minutę wcześniej niż zwykle słońca!
I tak w kółko.
— Jeśli potwór osłabł – wtrącił jakiś głos – może moglibyśmy go zabić! To idealny moment. Wystarczająco nam już zabrał. Nam wszystkim. Kto będzie następny? Kogo poślemy do niego kolejnego roku?
— Nikt nie przetrwa w tym domu. To po prostu niemożliwe. Gdyby wciąż żył, z całą pewnością by tam nie tkwił.
— Ja nie będę siedzieć bezczynnie. – Ginny mocno się wyprostowała. – Nawet jeśli nikt z was mi nie wierzy.
— To zbyt niebezpiecznie. – Głos Molly drżał. – Serce mi się kraje na myśl, że wciąż jest tam uwięziony z tym… z tym czymś… ale…
Dorośli byli zmęczeni, a ich dzieci odnajdywały w sobie coraz więcej śmiałości.
Na horyzoncie zamajaczyła burza, gdy zaczęły znikać kuchenne noże i zapałki.
Oczywiście czekało na niego jakieś zadanie.
Harry był pewien, że bez problemu je wykona, gdy tylko zrozumie, na czym dokładnie powinno polegać. Oraz jak wydostać się z łóżka, mimo że nawet w bezruchu miał wrażenie, jakby coś rozrywało go od środka.
Przeszłość. Riddle. Bezimienny. Bestia. Potwór. Przepowiednia.
Przeszłość chciała zdobyć przyjaciela. A Riddle intelektualnego towarzysza, z którym mógłby porozmawiać i dobrze się dogadać. Riddle – Zagadka – nawet z imienia istne uosobienie kogoś trudnego do zrozumienia, chciał zostać zrozumiany, a nie tylko rozumieć umysły innych ludzi. Potwór, który pożądał emocji, wspomnień – pragnął miejsca w świecie. No a Bestia dość dosłownie jego serca i Harry nie był jeszcze do końca pewien, co powinien w związku z tym zrobić.
Pokochać kogoś – umysłem, ciałem i duszą. Łatwo było to pojąć, ale w praktyce komplikowało ich wysiłki.
Przepowiednia pragnęła przyszłości wolnej od klątwy. Gdy się kogoś kochało, chciało się spędzić z nim resztę życia, czyż nie?
Ale czego chciał Bezimienny?
Imienia?
Mimo że każdy z nich chciał być na różny sposób kochany, Bezimienny wydawał się przedziwną manifestacją czystej nienawiści. Jego pocałunek był klątwą, obietnicą trucizny i morderstwa, które zniekształcały obrzydliwie coś, co powinno być jednym z najpiękniejszych wyrazów miłości. Co takiego mógł pragnąć z niej Bezimienny, skoro wydawał się ani jej, ani serca w ogóle nie pożądać?
Harry przewrócił się na drugi bok, nie mogąc znaleźć sobie na łóżku wygodnej pozycji. Wbił w swoją dłoń paznokcie tak mocno, że spod jego palców rozkwitła niczym płatki róży krew. Szybko powrócił do wcześniejszej pozycji.
Jak mogło chodzić o imię, skoro Eurydyka twierdziła, że nazwanie Bezimiennego po imieniu – poza złamaniem jednej z zasad domu – połączy na nowo wszystkie wcielenia? Czyż nie powinien poczekać z tym, aż je wszystkie odblokuje? Jakoś nie wydawało mu się, by dobrym pomysłem było łączenie ze sobą na siłę połamanych elementów układanki.
Niemniej to właśnie imię było czymś, czego Bezimiennemu w głównej mierze brakowało.
Tom Riddle. Lord Voldemort. Byli jednym i tym samym, czyż nie? Tą samą osobą?
Jaki był więc sens tego imienia? Dlaczego byli zarazem Tomem Riddle'em i Lordem Voldemortem?
Co takiego ofiarowywało to nowe imię, czego nie miało w sobie jego prawdziwe?
Usiadł nagle, czując, jak jego oczy otwierają się szeroko ze zdumienia.
— Dlaczego Bestia przybrała imię Voldemort? – zapytał. Oczy Bezimiennego zmrużyły się na obrazie. – Musisz mi teraz odpowiadać – przypomniał mu Harry. Odblokował Riddle'a, a zatem prawdy i możliwości.
— A dlaczego którykolwiek z nas miałby chcieć nosić imię mężczyzny, który nas porzucił?
Harry stłumił uśmiech, bo choć nie-do-końca-odpowiedź Bezimiennego była doprawdy tragiczna, uśmiechnięcie się zdecydowanie byłoby w tej chwili niewłaściwe. Zerknął szybko w stronę drzwi, sprawdzając, czy nie kręcą się w ich pobliżu pozostali.
Mógłby się niemal założyć, że Riddle i Potwór nie byliby zbyt zadowoleni z tego, że przymierza się na Bezimiennego – zwłaszcza po tym, co wydarzyło się ostatnim razem w jego obrazie. Jego czas był najpewniej mocno ograniczony, nim jeden z nich w końcu się w jego pokoju pojawi.
Riddle wybył sprawdzić, czy zdoła sprowadzić mu więcej jedzenia. Harry udawał znacznie głodniejszego niż się w rzeczywistości czuł, bo pragnął chwili spokoju.
Krok drugi: wydostać się z łóżka.
Każdy wykonywany przez niego ruch przeszywał go do kości i uderzał bólem głowy, która pulsowała, jakby jego czoło przeszywała błyskawica.
Gdy stanął w końcu na nogi, w jednej chwili ugięły się pod nim kolana. Bezimienny prychnął. Harry natychmiast posłał mu spojrzenie godne bazyliszka.
Krok trzeci: wstać i podejść do pieprzonego obrazu. Zanim ktokolwiek go przed tym powstrzyma.
Szło mu bardzo powoli. Chwiał się na każdym kroku, jakby stawiał go na igłach. Siłą musiał powstrzymać się od sprawdzenia, czy jego stopy aby przypadkiem rzeczywiście nie krwawią. Bo tak się właśnie czuł.
Zerknął ponownie na drzwi i oblizał wargi.
W końcu jednak dotarł do Bezimiennego – i niepewnie wyciągnął ku niemu dłoń. Poczuł, jak jego palce przechodzą przez malowidło i westchnął głęboko.
Okej, a więc mógł przejść. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości, że to Bezimienny powinien być kolejny. Zresztą przyglądał mu się właśnie z obrazu z całkowicie beznamiętnym wyrazem twarzy. A przynajmniej Harry czuł się, jakby był obserwowany i zaglądano mu w najdalsze zakamarki duszy… Nie był tylko pewien, czy portret aby na pewno był w stanie go zobaczyć.
Ruszył gwałtownie do przodu.
Podobnie jak poprzednim razem, ze wszystkich stron otoczyły go gęste ciemności. Takie, które byłyby w stanie wedrzeć mu się do płuc i wypełnić nos oraz usta niczym dym.
Szkarłatne oczy już się na nim skupiły. Harry stał przez chwilę niczym spetryfikowany. Czekając być może na jakiś ruch lub próbując przekonać swoje nogi, że naprawdę, naprawdę powinny wziąć się jak najszybciej do roboty.
Dłoń sięgnęła w jego stronę, blada w upiornym świetle wydobywającym się spoza obrazu. Palce przesunęły się po jego twarzy, a usta Bezimiennego wykrzywiły w uśmieszku.
— Boisz się. Czyżbyś lękał się ciemności, Ofiaro?
Harry zacisnął mocno szczękę i zrobił krok do przodu z czystej, upartej złości.
— Przepraszam, że ostatnim razem wtargnąłem na twój teren bez pozwolenia – oświadczył. Przypomniał sobie zasady. – Nie miałem na celu okazania braku szacunku wobec ciebie czy domu. Mogę wejść dalej?
Włoski zjeżyły się na jego karku pod wpływem śmiechu, który rozbrzmiał w odpowiedzi na jego słowa. Dłoń zacisnęła się wokół jego ramion i odciągnęła go od światła. Ale przynajmniej, jako że nie wyszli z pokoju, wciąż był w stanie odnaleźć drogę powrotną.
— Eee, dzięki – stwierdził Harry. A następnie przełknął ślinę, próbując pozbierać rozproszone myśli.
— Wyglądasz okropnie.
— Tak już bywa, gdy wysysa się z kogoś życie. – Słowa te wymknęły się z jego ust, zanim zdołałby je powstrzymać.
— Jeśli próbujesz nakłonić mnie do zniwelowania efektów tego…
— Nie próbuję. – Imiona. Imiona i ich znaczenie. Imiona miały w sobie wielką moc, a Bezimienny został swojego, oczywiście, pozbawiony. Tego, którego wybrali, zanim rozpoczęła się ta klątwa. Voldemorta. A skoro Tom Riddle był porzuconym przez ojca chłopcem, po którym został nazwany, Harry raczej wątpił, aby akurat tego imienia pragnął. Imienia kogoś, kto w jego mniemaniu był absolutnie bezwartościowy. – Nie jestem na tyle głupi, by sądzić, że byś na coś takiego przystał. To znaczy, jeśli chcesz go cofnąć, proszę bardzo, z pewnością nie będę narzekał, a jeśli chcesz uzyskać za to coś konkretnego, nie wahaj się podać swojej ceny… Niemniej nie po to tu przybyłem.
— Mówiłem ci już, że nie możesz mi dać tego, czego pragnę.
— A może powiesz mi, czego pragniesz i zobaczymy? – Harry próbował zachować w głosie optymizm, mimo że czuł, jak pokryte kolcami pnącza znów owijają się wokół jego nóg. Co, zważywszy na to, iż naprawdę nie był obecnie w stanie określić, czy przebijają jego skórę, było naprawdę niepokojące. I za bardzo przypominało mu fizycznie o tym, co się do tej pory wydarzyło.
— Wszystkiego. Świata. – W głosie Bezimiennego pobrzmiewała szydercza nuta. – Mam znacznie większe ambicje niż roszczenie sobie praw do ofiary, która tak czy siak już do mnie należy.
— Nie należę do ciebie. Gdyby tak było, dawno bym już umarł, bo podobnie jak Potwór czy Bestia wziąłbyś sobie ze mnie wszystko, co byś tylko chciał. Przeszłość już tego próbowała.
— Przeszłość to dzieciak.
A Bezimienny – Voldemort – nienawidził tego, kim był jako dziecko. Nienawidził dzieciństwa i wszystkiego, co się z nim wiązało, bo widział w nim słabość, głupotę. Ledwie był w stanie znieść myśl o Tomie Riddle'u, jako że ze wszystkich sił próbował uciec sidłom tworzonym przez to imię i chłopca, którym kiedyś był. Harry rozważał to przez chwilę.
Częścią miłości było stanie się dla kogoś kimś ważnym. Akceptowanie go. Nadanie czemuś imienia wiązało się poniekąd ze zrozumieniem tego. Imiona kryły w sobie siłę, wiele już wcześniej na ten temat myślał. Zebrał się na odwagę.
— Harry – powiedział po chwili. – Harry Potter. Harry James Potter, jeśli chcesz być w tym względzie naprawdę formalny. Miło mi cię poznać.
Bezimienny spojrzał na niego z pełnym zdumieniem.
— Co?
— Moje imię. – Harry nie opuścił wzroku. Serce podskoczyło mu do gardła. – Możesz je mieć, jeśli chcesz.
— Imiona mają w sobie moc – oznajmił Bezimienny.
— Więc ufam, że nie nadużyjesz przywileju znania mojego.
— Jesteś więc głupcem. – Szkarłatne oczy pociemniały, czego Harry zupełnie się nie spodziewał. Pnącza i kolce poruszyły się w ciemnościach z gwałtownym niepokojem. – Głupcem, którego imię nigdy nie zapisze się na kartach historii. Który w żaden sposób nie zostanie powiązany z tym, co po nim nadejdzie lub co przed nim było. Mógłbyś być równie dobrze… duchem.
Harry poczuł, że pnącza zaczynają coraz mocniej go oplatać, podobnie jak ciemność.
— Czekaj… — Naprawdę miał nadzieję, że nie będzie musiał uciekać się do nazywania. – Czekaj. Nie chcesz mnie zabić.
— Nie zamierzam cię zabić. Przecież już umierasz – oświadczył Bezimienny. – Zamierzam bezpiecznie cię gdzieś ukryć.
Nie brzmiało to jednak zbyt pocieszająco.
— Pragniesz władzy, siły – stwierdził Harry, czując, jak bije mu serce. – Rozumiem. Wybrałeś imię o wielkiej mocy i zostało ci ono odebrane. Klątwa pozbawiła cię wszystkiego, czym byłeś i na co zapracowałeś, po czym zamieniła to w szyderstwo. Mężczyzna, który nie chciał serca, odczuwa teraz fizyczną agonię, bo zostało mu ono odebrane. Dziecko, które pragnęło być w przyszłości ważne, zostało z niej całkowicie odarte. Mężczyzna, który bez najmniejszych problemów dostawał się do umysłów innych ludzi, pozbawiony został możliwości zostania samemu zrozumianym… — Harry przełknął z trudem ślinę. – A ktoś, kto przez całe życie nazywany był potworem, w niego właśnie się zamienił. Nie jest to zbyt sprawiedliwe.
— Życie ogólnie nie jest sprawiedliwe. – Bezimienny wydawał się zupełnie nieporuszony. Harry zacisnął mocno pięści.
— A potem do waszego domu wchodzi jakiś chłopak, którego nigdy nie chcieliście i którego nie wybraliście, dzierżąc w sobie moc zmienienia waszej sytuacji. Coś, czego sami nie jesteście w stanie zrobić, uwięzieni w gierce Przepowiedni. Chłopak, którego uważacie za kompletnego kretyna.
Owinięte wokół jego nóg pnącze zamarło. Ale czy cokolwiek mogło go teraz tak naprawdę zranić? Harry nawet nie drgnął, wpatrując się prosto w oczy Bezimiennego, mimo że serce waliło mu jak oszalałe w piersi.
— Mam dla ciebie zadanie – oznajmił ten, zanim Harry mógłby znowu coś powiedzieć. Kolce powoli się od niego odsunęły. Harry czuł się jak absolutnie najgorszy na świecie poszukiwacz przygód, jako że niemal wszystkie swoje siły wkładał obecnie w niezwymiotowanie pod stopy Bezimiennego.
Ale przynajmniej nie został zamordowany, co nie?
— Zadanie?
— Abyś udowodnił, że jesteś godzien dzierżonej przez Ofiarę mocy. Na nic mi dzieciaki polegające całkowicie na Przepowiedniach, szczęściu i miłości.
Harry wyprostował się i uniósł wyżej brodę.
— Co to za zadanie? – zapytał.
— Istnieje pewien przedmiot, który chciałbym, abyś mi dostarczył. Różdżka.
— Że niby taka magiczna? – Oczy Harry'ego rozszerzyły się.
— Tak, taka magiczna. – Bezimienny posłał mu miażdżące spojrzenie. – A niby jaka inna?
Harry próbował nie wyglądać na urażonego. Kiwnął głową.
— I gdzie znajdę tę twoją magiczną różdżkę?
— W pokoju Przepowiedni.
Ten dzień robił się po prostu coraz, kurwa, lepszy.
— Nie bądź śmieszny – fuknął Riddle. – Nie stawisz w obecnym stanie czoła Przepowiedni.
— To całkowicie dosłownie przykute do łóżka dziecko – odparł Harry. Próbował nie wyglądać na tak zdenerwowanego, jakim się czuł lub przynajmniej brzmieć dość przekonywująco, zwłaszcza że szczerze wątpił, aby był w stanie jakoś magicznie usunąć osiadające mu na czole grube krople potu.
— A co z Potworem?
— Jak na razie mnie unika. – Harry ruszył w stronę drzwi.
— Nie pytałem cię o zdanie. – Riddle chwycił go za ramię. – Nigdzie nie idziesz.
Harry zmrużył oczy.
— Jak dotąd dogadywaliśmy się dość dobrze, więc wolałbym nie wszczynać z tobą kłótni – oświadczył. Uścisk jednak tylko się wzmocnił.
— Nie.
— Powtórzę raz jeszcze: sam wybrałem sobie taki los i żaden z was nie będzie mówił mi, co mam robić. – Harry spojrzał na niego wściekle. – Tak czy siak umieram, co mi da bezczynne leżenie w łóżku, skoro wciąż jestem jeszcze w stanie się poruszać? – Zmusił się do uspokojenia i spojrzał łagodniej na Riddle'a, obejmując jego policzek. – Nic mi nie będzie. Zaufaj mi. Jak dotąd udało mi się przeżyć każde spotkanie z wami, czyż nie?
— Wyrażam swoje zaniepokojenie.
— I ogromnie je doceniam, a także zapewniam, że nie przeszło niezauważone, ale naprawdę nie jest konieczne. Poza tym, Przepowiednia już mnie tobie obiecała, mam rację? – Harry przewrócił oczami. Był niemal całkowicie pewien, że Riddle powiedziałby teraz cokolwiek, byle tylko nigdzie nie poszedł. – Jeśli tak się martwisz, chodź ze mną. – Posłał swojemu towarzyszowi dokuczliwy uśmieszek. – Ochroń mnie przed wszystkimi Potworami, Tom.
Riddle spojrzał na niego paskudnie, ale w żaden sposób tego nie skomentował. I być może Harry powinien wyciągnąć jakieś wnioski z tego, że ostatecznie nie zdecydował się z nim pójść.
Gdy znalazł się nareszcie na drugim końcu korytarza, pozwolił sobie opuścić w końcu nieco fasadę siły. Tak czy owak musiał jednak jeszcze przed świtem dotrzeć do portretu Przeszłości i przez niego przejść, bo Bóg jeden wiedział, że naprawdę nie chciał znaleźć się przez przypadek w obrazie Eurydyki. Jeśli miał w tej kwestii w ogóle coś do powiedzenia.
Wstęgi owinęły się wokół niego, gdy potknął się na schodach.
— Uważaj – westchnął wprost do jego ucha Potwór. – Spadnięcie ze schodów byłoby najżałośniejszą śmiercią, jaka spotkała dotąd ofiarę.
Harry natychmiast przybrał beznamiętny wyraz twarzy.
Gdy jednak się odwrócił, po Potworze nie było nigdzie śladu.
Ruszył więc bez przeszkód dalej i wszedł do obrazu Przeszłości.
Pokój Przepowiedni wyglądał tak samo, jak ostatnim razem.
Białe oczy otworzyły się, gdy tylko wszedł i skupiły na nim z równie wytrącającą z równowagi bielą.
— Nie dawaj mu różdżki – powiedział dzieciak.
Harry oblizał wargi.
— Wiesz, gdy mówisz takie rzeczy, zaczynam zastanawiać się, czy aby na pewno pragniesz złamać klątwę. – Wkroczył głębiej do pokoju i okrążył go, bez przerwy zachowując od łóżka bezpieczną odległość. Próbując odnaleźć ten pieprzony, magiczny badyl.
— Nie chcę, by ją zdobył. – Tym razem chłopiec brzmiał na niemal nadąsanego.
Harry postanowił go jak na razie zignorować, kontynuując swoje poszukiwania. Szybko jednak musiał się uchylić przed rzuconym w jego stronę nożykiem, który chwilę później z całkiem niepokojącą dokładnością ponownie skręcił gwałtownie w kierunku jego głowy.
— Dlaczego?
Znów minął go niemal o włos. W powietrze wzniosła się także komoda i pomknęła ku niemu przez pomieszczenie. Harry rzucił się na ziemię, co w jednej chwili pozbawiło go tchu w piersiach. Przetoczył się, gdy kilka przedmiotów po raz kolejny próbowało go uderzyć – tworząc w podłodze wgniecenia w miejscach, gdzie jeszcze chwilę temu leżał.
Musiał jak najszybciej odnaleźć tę różdżkę.
Gdzie mogła się podziewać? Pod łóżkiem? Wśród pościeli? W tej po trzykroć pierdolonej komodzie, która próbowała zbić jego głowę na miazgę?
Zresztą właśnie znów ruszyła w jego stronę i Harry rzucił się ku łóżku. Wpadł pod nie, zewsząd otoczony kurzem, kaszląc i macając w ciemnościach, podczas gdy pnącza irytująco się wokół niego owinęły. Jedno chwyciło go nawet za stopę, próbując zaciągnąć ponownie w stronę zabójczego mebla.
I nadal nie znalazł nigdzie żadnej różdżki.
Kopnął mocno róże, gdy coraz więcej pnączy próbowało go uwięzić i przytrzymać. Był to najgwałtowniejszy atak, jaki do tej pory przeżył, nawet przebywając w tym domu od tak dawna.
Serce waliło mu jak oszalałe, żołądek podchodził do gardła i skracał czas reakcji. Komoda złowieszczo się nad nim uniosła.
— Tom, nawet się nie waż – syknął Harry. – Jeśli mnie zabijesz, na wieczność pozostaniesz przykuty do tej ściany. Jestem ci potrzebny żywy.
Komoda wisiała nadal w powietrzu, gdy Przepowiednia najwyraźniej rozważała zmiażdżenie mu czaszki. Chwilę później szafa wróciła z powrotem na swoje miejsce, a pnącza miotnęły nim przez pokój z powrotem w stronę obrazu Przeszłości. Wylądował z impetem na ziemi, waląc z jękiem głową o znajdującą się tam ścianę. Spojrzał morderczo na cholernego bachora.
— Idź sobie – powiedziała Przepowiednia.
— Nigdzie bez różdżki nie pójdę.
— Zranię cię.
— Nie byłbyś pierwszy. – Harry pchnął się na nogi, gdy pnącza zwinęły się niczym przygotowujący się do ataku wąż. Odgarnął z czoła przepocone włosy, czując, jak drży mu całe ciało.
Różdżki nie było pod łóżkiem. Gdzie się zatem chowała?
Rzucił się w stronę szuflad, otwierając je z rozmachem i przeszukując. Niemal natychmiast walnęły go w kolana, a chwilę później prosto w żołądek, ostrzegając, aby się do nich nie zbliżał.
Z trudem powstrzymał grymas bólu – ale siniaki były niemal niczym w porównaniu do cierpień, jakie przeżywało już jego ciało.
— Rozkazuję ci stąd wyjść! On nie może zdobyć tej różdżki! – oświadczyła Przepowiednia.
— Ach tak? Tak się akurat składa, że nie słucham niczyich rozkazów – wykrztusił z siebie Harry, mocno wciągając i wypuszczając powietrze… Aha!
Jego palce zacisnęły się wokół wąskiego, drewnianego kijka, a na jego twarzy rozkwitł wielki uśmiech. Choć szybko zniknął, gdy nożyk popędził przez powietrze w jego stronę.
Harry uciekł przez obraz.
Skoro naprawdę tylko tyle zrobić mu była w stanie Przepowiednia, nie rozumiał, dlaczego wszyscy tak strasznie się nią martwili.
Niemniej westchnął głęboko z ulgą, gdy portret zamknął się za jego plecami.
Przetarł drżącą dłonią czoło, czując jak mizernie drży mu serce. Oparł się ciężko o ścianę malowidła – tylko na chwilę, aby złapać oddech.
Lecz nie mógł tutaj zostać. O świcie obraz Przeszłości zamieni się w Eurydykę.
Zatoczył się do przodu pod czujnym okiem Przeszłości.
Chłopiec był blady i przygryzał wargę, a jego oczy pociemniały.
— Nie wychodź – poprosiła Przeszłość.
— Muszę.
— Zabije cię.
Harry się jednak nie zatrzymał, nie dając się zastraszyć. Nie miał czasu na wahanie – był tak blisko końca tej zagadki, że niemal miał go już na wyciągnięcie ręki! Bezimienny, Bestia, Potwór i Przepowiednia. Jak tylko odda różdżkę Bezimiennemu, zostaną mu jeszcze tylko trzy wcielenia. Czyż nie?
Będzie w połowie drogi!
I, miał nadzieję, wciąż żywy.
Wyszedł z portretu mimo błagalnych nawoływań Przeszłości i z ulgą spostrzegł, że wciąż było jeszcze ciemno. Choć jego ulga zniknęła, gdy nagle wyłonił się przed nim uważnie obserwujący go Potwór.
Boże, Harry naprawdę nie wiedział, czy ma na tyle sił, by w tak krótkim czasie stoczyć aż dwie bitwy. Spróbował zebrać się w sobie.
— Bierz sobie z moich wspomnień, co chcesz i zejdź mi z drogi – wychrypiał.
— Nie powinieneś tutaj być – oznajmił Potwór. – Choć irytowanie Przepowiedni jest moim zdaniem szalenie zabawne, wolałbym raczej, by życie źródła mojego pożywienia nie zostało nagle brutalnie zakończone.
— W ogóle nie macie wiary w moje zdolności przetrwania – stwierdził Harry. Bez ogródek przepchnął się obok Potwora. – Skoro niby jesteś o mnie tak strasznie zmartwiony, dlaczego nie wyssiesz ze mnie tego pieprzonego pocałunku? Sam-Wiesz-Kto twierdzi, że byłbyś w stanie to zrobić.
— Ten pocałunek to trucizna. Nie mogę w żaden sposób wypluć tego, co pochłonę – to w końcu nie tak, że siedzę sobie grzecznie przy stole na kolacji.
Harry przewrócił oczami. No jasne.
— No chyba że, oczywiście, tak się jakoś przypadkiem złożyło, że mnie kochasz? – Potwór znów zmaterializował się tuż przed jego twarzą.
Harry uniósł brwi.
— Jeszcze nie, wybacz.
— Niedogodne.
— Tak to już zwykle jest z miłością – stwierdził Harry.
— Ach tak?
— Tak przynajmniej zawsze mi mówiono. – Harry znów przepchnął się obok niego, czując wzrastający niepokój. – Dzięki, ale wolałbym jeszcze dziś załatwić sprawy z Bezimiennym.
— Chcesz, aby zdobył niewyobrażalną wręcz moc? – zapytał Potwór.
Harry zerknął na niego, wbijając sobie mocno paznokcie w spód dłoni. Nagle stał się niezwykle świadomy spoczywającej w jego kieszeni różdżki.
— Chcę złamać tę klątwę, najlepiej przy tym nie umierając – oświadczył.
— I jesteś gotów ofiarować w tym celu, poświęcić w tym celu wszystko?
Harry zmrużył oczy.
— A mam jakiś wybór?
— Być może – stwierdził Potwór. – Jeśli naprawdę jesteś Ofiarą. Reszta nie miała. Klątwa słabnie, nie przeszło ci przez myśl, aby uciec?
Harry zamarł i odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz z Potworem. Od czasu pierwszej nocy taka myśl nawet na chwilę nie zaprzątnęła jego głowy.
— Gdzie miałbym niby uciec?
— Gdziekolwiek. Gdyby udało ci się przetrwać grasujące w lesie wilki, powinieneś być w stanie opuścić teraz Little Hangleton. Skoro Riddle może wyjść ze swojego obrazu.
Harry'emu zaschło w ustach.
— Ale wciąż zabiłby mnie pocałunek.
— Chyba że byłbyś w kimś zakochany.
Harry zawahał się i przesunął stopą po podłodze.
— Dlaczego mi to mówisz?
— Już ci powiedziałem: nie chcę zniszczyć twoich wspomnień. Jeszcze z tobą nie skończyłem.
— Lecz nie znajdowałbym przypadkiem poza twoim zasięgiem, gdybym odszedł?
— Byłaby to może prawda, gdybym wciąż był przywiązany do domu – oznajmił Potwór, a potem pochylił się, nagle bardziej zdeterminowany, i oblizał wargi. – Miałbyś większe szanse na ucieczkę, gdybym ci pomógł. Znam tę okolicę, wszystkie znajdujące się tu przejścia i sekrety. Jakby nie patrzeć, pożywiam się najskrytszymi tajemnicami i nadziejami innych ludzi. Moglibyśmy razem odejść.
— Pytasz, czy z tobą ucieknę. – Harry'emu kręciło się w głowie. – A co z resztą?
— A co ma z nimi być? – Potwór zamrugał. Najpierw jednym okiem, a potem szybko drugim. W upiornie gadzi sposób.
— Chcesz, abym ich tu tak po prostu zostawił? – Harry zdziwił się, że krew mu zawrzała, a broda wysoko uniosła. – Że, kurwa, co?
Potwór przechylił głowę.
— Nie masz powodu, aby tutaj zostać.
— Obiecałem, że im pomogę.
— Jesteś mój.
— Pieprz się – warknął Harry. – Nie możesz się tak po prostu pojawiać po tym, jak ignorowałeś mnie Bóg jeden wie jak długo i zostawiłeś na pewną śmierć, a potem twierdzić, że jestem twój. Zrzekłeś się swojego roszczenia. Obiecałem, że im pomogę, nie mogę ich teraz porzucić.
— Mimo że próbują cię zabić i nie chcą twojej pomocy? – Oczy Potwora pociemniały niesłychanie. – Jesteś głupcem.
— Wiesz, co w tym wszystkim najzabawniejsze? – Harry zrobił krok do przodu. Mimo że wszystkie jego instynkty wręcz wrzeszczały, by zachował dystans między sobą a tą zbudowaną z cieni postacią. Oblizał wargi, czując, jak przechodzą go ciarki. – Byłeś już wcześniej kochany. Gdy chcecie, potraficie być szalenie czarujący i widziałem we wspomnieniach Przeszłości, jak wielu ludzi stawało na rzęsach, aby się z wami zaprzyjaźnić. Zanim zaczęła się ta klątwa.
Grymas Potwora pogłębił się.
— Czy aby na pewno chodzi w tym wszystkim o to, abym was pokochał, czy może raczej o to, abyście nauczyli się choć trochę, kurwa, zainteresować kimś, kto nie jest wami? – fuknął Harry.
— Kochali bajeczkę, Harry Potterze. Od zawsze przeklętą.
Rozjaśniał poranek.
Bestia w kilka sekund pojawiła się na miejscu Potwora i nigdy wcześniej Harry nie był tym aż tak rozwścieczony. Bo z całą pewnością nie pogniewałby się o wyjaśnienie tych ostatnich słów.
Jej oczy były białe.
Harry zesztywniał i wykonał duży krok w tył – czując, że zaczyna robić mu się niedobrze.
— Różdżka – oznajmiła Bestia… choć może rozmawiał tak naprawdę z Przepowiednią? – Oddaj ją.
Taaa, zdecydowanie była to Przepowiednia.
— Naprawdę spodziewałeś się, że się na to zgodzę, choć przed chwilą niemal zamordowałeś mnie meblami?
Jego towarzysz milczał przez chwilę, a następnie ciało Bestii wydało z siebie przyprawiający o mdłości trzask. Jej kończyny wykręciły się, a oczy Harry'ego rozszerzyły, podczas gdy żołądek mocno zacisnął. Paznokcie stojącego przed nim stwora przekształciły się w ostre pazury, a głowa pomarszczyła i zmieniła w coś bardziej… bestialskiego.
Harry nie wiedział, że coś takiego jest w ogóle możliwe.
Wtedy właśnie zdał sobie sprawę, że powinien jak najszybciej wiać.
Automatycznie skierował się ku swojemu pokojowi. Tylko że… to właśnie Przepowiednia sprawiała, iż był bezpieczny. W tej chwili nie znajdowało się w tym domu tak naprawdę żadne miejsce, w którym mógłby się ukryć.
Kręciło mu się w głowie. Każdy stawiany przez niego krok wywoływał w jego ciele kolejny wstrząs przeszywającego bólu. Świat zaczął rozmazywać mu się przed oczami.
Słyszał za sobą dziki warkot, ale nie śmiał się odwrócić.
Myśl. Myśl. Myśl. Gdzie mógł się ukryć? W jakiejś wąskiej przestrzeni, gdzie nie będzie w stanie sięgnąć go Bestia?
Stwór zderzył się z nim z niesłychaną wręcz siłą. Harry bez wahania kopnął w jego rozwarte szczęki. Chwilę później poczuł na włosach gorący oddech i stróżka śliny kapnęła mu na nogę, gdy próbował się cofnąć.
Nie było teraz w Bestii niczego ludzkiego – choćby krztyny racjonalności w oczach. Pozostały równie blade, co jego pozbawione włosów, zniekształcone szkaradnie ciało. W którego klatce piersiowej zionęła wielka dziura skrywająca ociekające krwią różo-serce.
Podłogę zarysowało kilka głębokich szram.
— Voldemort… — zaczął.
— Harry! – dobiegł zza jego pleców krzyk. Rzucił się na nogi, o włos umykając kolejnemu ugryzieniu, a znów uderzona w twarz Bestia zaskomlała.
Riddle chwycił go za ramię, ciągnąc za sobą jego poturbowane ciało, podczas gdy Bestia powoli zbierała się do kupy.
— Trochę ci zajęło przyjście mi z pomocą. – Harry mógłby go ucałować. – Co tu się, do diaska, dzieje?
— Zirytowałeś Przepowiednię. Schowaj się za mną i uciekaj. Zobaczę, czy uda mi się kupić ci trochę czasu. Skryj się gdzieś. W jakimś małym miejscu, do którego nie będzie w stanie wejść.
Tego się już domyślił! Choć mocniej niepokoił go fakt, że Bestia zamieniła się w coś bardziej dosłownie pasującego jej imieniu i wydawała się całkowicie zaangażowana w rozerwanie go na kawałeczki. Zachwiał się, gdy Riddle pchnął go za siebie i wyprostował się, stając oko w oko z Bestią.
Tym razem podeszła do nich wolniej, jak gdyby świadoma, że tak naprawdę nie mieli gdzie się schować. Oddychała ciężko i groźnie, gdy Harry się jej przypatrywał.
Nie wiedział, jak opisać tego stwora – coś z rodzaju psowatych? Tyle że nie wydawało się to w pełni oddawać tego, co widział. No i nie pojawiła się też na nim żadna dziwna sierść.
Harry przełknął z trudem ślinę przez swoje zaciśnięte gardło.
— Domyślam się, że ty raczej nie potrafisz zmieniać w taki sposób kształtu?
— Uciekaj.
— Nie zostawię cię na pewną…
— Możesz pozachwycać się moim heroizmem później, jeśli przeżyjesz. Będę oczekiwał od ciebie pełnego uwielbienia. Ale teraz idź. To nie mnie próbuje zabić, a będziesz mi tylko przeszkadzał. Idź!
Bestia rzuciła się na nich.
Riddle zaatakował jej serce. Odsłonięte, pulsujące, chronione tylko stworzonym z kolców labiryntem.
Harry stał niczym wrośnięty w podłogę. Oni się pozabijają. Oni naprawdę zaraz się pozabijają.
Riddle wrzasnął, gdy szczęki zacisnęły się na jego szyi, a Bestia zawyła, kiedy palce owinęły się wokół więdnącej róży.
Co się stanie, gdy umrze jedno z wcieleń?
Chwilę później Riddle został rzucony na ścianę niczym szmaciana lalka.
Białe oczy spoczęły na Harrym.
O kurwa.
Harry wykonał kilka chwiejnych kroków w tył, podczas gdy z gardła Bestii ponownie wydobył się głęboki warkot. Wzniósł ku górze ręce.
— Voldemort, naprawdę nie chcesz tego robić. Tom. Próbuję ci pomóc.
Stwór znów na niego skoczył i Harry rzucił się na podłogę w stronę leżącego Riddle'a. Próbując zmusić się do myślenia – może rzeczywiście powinien uciec, gdy miał jeszcze ku temu okazję. Bestia szybko się odwróciła.
— Różdżka. – Głos Riddle'a był słaby, ale na całe szczęście nie stracił świadomości. – Daj mi moją różdżkę.
Harry sięgnął do kieszeni. A stwór zaatakował ponownie, wychylając swój wężowy język spomiędzy ostrych jak brzytwa zębów. Serce waliło Harry'emu jak młot.
Różdżka wylądowała na podłodze, poza zasięgiem któregokolwiek z nich. Białe oczy błysnęły, natychmiast się na niej skupiając.
Harry bez zastanowienia zerwał się z podłogi i skoczył w jej stronę w tym samym czasie, co Bestia. Zderzyli się ze sobą i ciężkie ciało przygniotło go do ziemi, a ostre zęby znalazły kilka cali od jego twarzy. Płatek róży opadł z nieprzyzwoitą delikatnością na jego żołądek.
— Harry! – Nigdy jeszcze nie słyszał z ust Toma takiego wrzasku.
Szaleńczo macał podłogę w poszukiwaniu czegoś – czegokolwiek – czym mógłby się obronić. Boże, proszę, byle się to wszystko tutaj nie skoczyło… i poczuł coś pod dłonią, więc bez zastanowienia dźgnął tym wprost przed siebie.
Bestia uderzyła z impetem o przeciwległą ścianę.
Na straszliwą chwilę wszystko zamarło. Harry myślał, że zaraz zobaczy kogoś, kogokolwiek, kto coś zrobił. Może Riddle zaatakował znowu Bestię. Ale gdy zerknął w stronę Toma, ten wciąż leżał bez sił na ziemi. I się w niego ze zdumieniem wpatrywał. Na jego dłoń.
Harry opuścił wzrok.
Czubek kija świecił. Różdżka… magiczna różdżka.
Harry roześmiał się głośno, beztrosko. Łzy napłynęły mu do oczu, gdy ścisnął zęby, drżąco podnosząc się lekko w górę i opierając na jednym łokciu. Cały obolały podczołgał się ku Riddle'owi i opadł obok niego, podczas gdy farba poplamiła jego palce.
Wciąż wskazywał różdżką na Bestię, oddychając głęboko.
Ta się nie ruszyła. Także białe oczy skupiały się na jego ręce, otwarte równie szeroko, co u Riddle'a.
— Też potrafisz czarować?
Nigdy wcześniej Harry nie myślał, że ogarnie go taka ulga, gdy usłyszy głos Voldemorta lub zobaczy, jak białe oczy przyciemniają się znów do krwawego szkarłatu.
Zamrugał.
— To magiczna różdżka, czyż nie?
Nie miał pojęcia, dlaczego obaj tak się w niego wpatrywali. Nigdy nawet nie wyobrażał sobie, że zobaczy taki wyraz na ich twarzach, zwłaszcza że zwykle z wielkim sceptycyzmem odnosili się wobec tego, że uda mu się ich przeżyć.
Ten wyraz jednak… przedstawiał szacunek. Lub zachwyt, lub coś tym stylu.
— To nasza różdżka. Powinna być lojalna… ty… jesteś mugolem!
— Jednym z tych nieposiadających magii ludzi, na których narzekacie bez przerwy w waszych wspomnieniach?
Zignorowali jego pytanie. Harry niepewnie pozwolił opaść swojemu pulsującemu z bólu ramieniu, skoro wydawało się, że zniknęło już bezpośrednie zagrożenie.
Ciało Bestii powróciło do swojego normalnego wyglądu. Choć wciąż było zniszczone, poturbowane przez walkę. Drżało.
Harry spojrzał na nich, całkowicie tą walką wyniszczonych. Walką wywołaną przez różdżkę, Przepowiednię i jakieś idiotyczne pragnienie władzy, którego Harry kompletnie nie rozumiał.
Żołądek jak nigdy podniósł mu się do gardła, a żółć zalała język. Nie mógł się jeszcze jednak poddać. Nie mógł. Róża także wyglądała gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Pozostało jej już zaledwie kilka brązowawych płatków. Riddle'owi musiało udać się w czasie walki wyrwać sporą ich część, bo także kolce zostały powyginane.
— Co mogę zrobić? – zapytał, spoglądając to na jednego, to na drugiego. – Cierpicie. – A Bezimienny tak czy siak pojawi się dopiero w nocy.
— Nie potrzebuję twojej pomocy – oświadczyła Bestia.
No tak, jasne. Niemniej Harry skierował wzrok na Riddle'a, którego usta wykrzywiły się w uśmieszku.
— Nie wisiałeś mi przypadkiem pocałunku za moją heroiczną akcję?
Harry poczuł absurdalny przypływ czułości.
No i proszę: szaleństwo było zaraźliwe.
Gdy zapadła noc, wkroczył do obrazu Bezimiennego, ściskając w dłoni różdżkę.
Riddle i Bestia najwyraźniej się z tego wykaraskają. Mniej więcej. Skoro były z nich takie nieśmiertelne dranie. Choć oczywiście nie zawracali sobie głowy przypomnieniem mu o tym przez długie godziny, które Harry spędził na zamartwianiu się o ich zdrowie. Skurwysyny.
Wyprostował ramiona, gdy natychmiast otoczyły go ciemności obrazu Bezimiennego.
— Mam twoją różdżkę. – Podał mu ją. – Proszę, nikogo nią nie zabijaj.
— …i Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie. Bo będzie on miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna.
Harry skrzywił się.
— Teraz nawet i ty raczysz mnie zagadkami?
Bezimienny przyjął różdżkę, zaciskając wokół niej swoje drżące palce.
Drżące palce. Mógł zobaczyć palce Bezimiennego. Przestały otaczać go już tylko nieprzeniknione ciemności! W Harrym rozpaliła się malutka iskierka nadziei.
— Może jednak masz mi coś do ofiarowana w tym świecie. Jesteś pełen niespodzianek.
Na twarzy Bezimiennego coś się pojawiło, jakieś zrozumienie. Harry zmrużył podejrzliwie oczy.
— Co? – zapytał. – Tylko mi teraz nie mów, że pragniesz, bym w następnej kolejności przemknął się przez trójgłowego psa do świata umarłych.
Bezimienny wzniósł w odpowiedzi różdżkę i Harry drgnął, przygotowując się na najgorsze. Ale Sam-Wiesz-Kto wypisał tylko w powietrzu ogniste litery.
Tom Marvolo Riddle
I am Lord Voldemort
— Myślę, że zasłużyłeś na przywilej zwrócenia się do mnie w taki sposób, Harry Jamesie Potterze, gdy przyjdzie na to pora.
