Betowała przecudowna Disharmonie.

Star1012, rose29, Nakurishi, Wieczna Panna, Mareen7, Heremita Acris i Megi1986 – bardzo, ale to bardzo dziękuję za komentarze! Ich czytanie rozpaliło wiele ciepła w moim sercu :)

Star1012, Harry bez wątpienia jest zdesperowany - choć na razie wychodziło mu to na dobre ;) A że wcieleniom powoli zaczyna na Harrym zależeć - zdecydowanie się zgodzę! Zresztą pięknie to też widać w poniższym rozdziale. rose29, cieszę się ogromnie, że Ci się podobało! Harry, powiedziałabym, ma i skłonności masochistyczne i brak instynktu samozachowawczego - więc właściwie się zgadza ;)

Miłego czytania!


Przeklęte pocałunki

Rozdział dwunasty

Moc ofiary

Harry splunął krwią na podłogę.

Wyjście z łóżka wydawało się teraz niemożliwe; żołądek paskudnie mu się ściskał, ilekroć się poruszył, choć wiele czasu minęło już przecież, odkąd cokolwiek do niego trafiło.

Miał mroczki przed oczami.

Rano musiał porozmawiać z Bestią – ale na razie miał ochotę tylko spać.

— Wyglądasz okropnie – stwierdził zza drzwi Potwór. Pojawił się znikąd, tak jak zawsze.

— Dzięki. – Harry zamrugał, próbując skupić na nim wzrok i zapragnął wciąż mieć w dłoni różdżkę Bezimiennego. Być może wtedy nie czułby się tak bezużyteczny lub bezbronny.

Było jednak jak było, a drań spoglądał na niego szyderczo ze swojego obrazu.

Głowa Harry'ego pulsowała bólem.

Dowiedział się już, że tylko ludzie posiadający magię potrafili używać różdżek, ale o ile było mu wiadomo, w Little Hangleton nie mieszkał żaden czarodziej czy czarownica. W przeciwnym wypadku dawno już zaprzestaliby składania ofiar wiszącemu nad miasteczkiem cieniowi.

A może było to po prostu coś, co nabywało się automatycznie wraz z mianem Ofiary? Nie miał pojęcia.

Bezimienny nazwał go „szlamą", co ponoć oznaczało czarodzieja zrodzonego przez nieposiadających magii rodziców. Choć pewnym niedomówieniem wydawało się komentowanie przez Bezimiennego czyjejkolwiek krwi, skoro on sam był pieprzonym gadającym obrazem. Niemniej Harry nie zamierzał jak na razie wszczynać na ten temat kłótni.

Boże, kręciło mu się w głowie.

Przynajmniej wyglądało na to, że Potwór wciąż nie mógł wejść do pokoju, skoro pozostał poza jego progiem.

Harry trzęsącą się ręką wytarł z czoła krople zimnego potu. A potem z jękiem bólu przewrócił się na łóżku, aby nie musieć patrzeć na obserwującego go uważnie Potwora.

— Myślałeś może o mojej ofercie? – zapytał stwór.

— Nie ucieknę z tobą. – Nie było w ogóle takiej mowy. Harry ledwie zdołałby w tym stanie doczołgać się do drugiego końca korytarza, nie mówiąc już o przebyciu całego lasu.

— Obawiam się, że nie przeżyjesz spotkania z Przepowiednią. – To wyznanie wypowiedziane zostało bardzo cicho, ale Harry natychmiast zesztywniał.

— Pieprzcie się. Wiecie, że wierzenie w kogoś to kolejny aspekt miłości?

— A ty uwierzysz w moje dobre intencje, jeśli poproszę, abyś wyszedł z pokoju? – zapytał Potwór. Jego paznokcie wbiły się w drzwi.

Harry musiał się przesłyszeć. Przewrócił się znowu z grymasem na plecy, czując, jak robi mu się coraz to bardziej niedobrze.

— Co takiego?

— Nie przeżyjesz tej nocy. Wiem to z doświadczenia. Mogę ci pomóc… ale tylko, jeśli wyjdziesz lub zaprosisz mnie do środka. Przepowiednia wciąż nie pozwala mi dostać się do twojego pokoju.

Czy Potwór naprawdę myślał, że jest na tyle głupi, by się na to nabrać?

— Wcześniej nie wydawałeś się zbytnio zainteresowany udzieleniem mi pomocy – wychrypiał Harry.

— Wcześniej miałeś przed sobą jeszcze konfrontację z wieloma wcieleniami i istniało duże prawdopodobieństwo, że Bezimienny zniszczy cię, zanim opuścisz jego portret – oświadczył Potwór. – Śmiem twierdzić, że nie zabił cię tylko dlatego, iż chciał zobaczyć, czy naprawdę posiadasz moc Ofiary. Głupotą z mojej strony byłoby przyjście ci wtedy z pomocą.

Boże, co za dupek. Harry zmrużył oczy.

— Och, no cóż, zbyt długo zwlekałeś ze swoją pomocą.

— Słucham? – Palce Potwora zacisnęły się na ramie drzwi, a jego ciemne oczy mocno na nim skupiły. – Naprawdę zamierzasz teraz odrzucić moją pomoc ze względu na jakąś upartą dumę…?

— Choćbym chciał, nie dam rady się stąd teraz ruszyć. Od razu wyplułbym sobie płuca – syknął Harry. Dotarcie do drzwi wydawało się w tej chwili równie niemożliwe, co ucieczka przez las.

Potwór wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym skierował wzrok na Bezimiennego. Portret uniósł brwi.

— Nie będziesz przecież patrzył, jak umiera – oświadczył Potwór, jak gdyby w odpowiedzi na jakieś niewypowiedziane stwierdzenie. – Lubisz go.

— A co mam niby zrobić? – odparł Bezimienny. – Najpierw musi stawić czoła Bestii. W przeciwnym wypadku pojawią się tego konsekwencje.

Harry zmarszczył brwi, uważnie się im przyglądając. Stawić najpierw czoła Bestii? No tak, jeśli chodziło o kolejność odblokowywania poszczególnych części, ale…

— Jeśli pozwolę, by Potwór mi pomógł, będzie to liczyło się jako danie mu tego, czego chce? Jakim niby cudem?

O tym właśnie mówili, czy może Harry zupełnie źle zrozumiał ich rozmowę?

— Mógłbyś wykorzystać tę swoją magiczną różdżkę do odwrócenia uwagi Przepowiedni – powiedział obrazowi Potwór.

Bezimienny zachowywał się, jakby go w ogóle nie usłyszał.

— Potwór zabiera poprzez pocałunki.

Harry zmarszczył brwi.

— Już wcześniej go pocałowałem, a nie zmienił się jakoś magicznie w lepszą osobę. – Chociaż… była też inna… fizyczna strona miłości, której jak do tej pory tak naprawdę jeszcze nie tknął. Zaschło mu w ustach. – Co? – zapytał, zauważając ich spojrzenia.

— Pocałunki mają zwyczaj eskalowania – oznajmił delikatnie Bezimienny.

Gdyby Harry nie miał wrażenia, że mogłoby to go zabić, krew napłynęłaby mu pewnie mocno do policzków.

— Ja… och. On chce… no jasne. A nie mogę go tylko pocałować, pozwolić zdjąć klątwę i zostawić to na później?

Zastanawiał się, jak świadczyło to o Tomie Riddle'u Seniorze i Meropie Gaunt, skoro uczucia poprzedzał szybki seks.

— Czuję się urażony, że wydaje się to dla ciebie aż tak odpychające. – Niemniej głos Potwora był równie lekki i melodyjny, co zawsze.

Harry natomiast wciąż się na nich krzywił.

— Nie mogę nawet przekroczyć teraz pokoju, nie czując się przy tym, jakbym czołgał się po stercie gwoździ. To nie… Wiesz, że nigdy tego wcześniej nie robiłem, więc przestań tak na mnie patrzeć! Nie masz, dupku, absolutnie żadnego prawa do wywoływania u mnie wyrzutów sumienia!

— Nie zmuszam cię do seksu.

— Ale pieprzona klątwa twojej matki tak! – Jego głos podniósł się o oktawę.

— Moja matka uwiodła swojego męża eliksirem miłosnym – stwierdził Potwór, spoglądając na niego swoimi ciemnymi oczami. – Już wystarczająco wiele razy komentowałeś nasz nie do końca romantyczny pogląd na romantyczność.

Harry chyba powinien się tego spodziewać. W końcu Potwór nie krył swojego... zainteresowania, zwłaszcza że od samego początku dość dosłownie konsumował poprzez pocałunki.

W porównaniu do miłości, umysłów i dusz, szybki seks nie wydawał się nawet taki trudny. Serce waliło mu tak mocno, że miał wrażenie, iż krew powinna szumieć mu już głośno w uszach.

To też nie tak, że nigdy o tym nie myślał. Kiedy już miał, w każdym razie, czas trochę pomyśleć.

Harry przełknął z trudem ślinę.

— Myślałem, że tobie chodzi o wspomnienia, a to Bestia ma fioła na punkcie części ciała…

— Przyprawiłbyś najpewniej staruszka o zawał… — zaczął Potwór, zanim skurczył się i błysnął oczami pod wpływem ostrego spojrzenia Bezimiennego. Po chwili skupił się znów na Harrym. – Zaproś mnie po prostu do pokoju, zanim umrzesz. To, co być może będziesz musiał zrobić, nie może być chyba gorsze od śmierci?

Harry zawahał się – ale nie mógł sprzeczać się z siłą tego argumentu. Dzięki, ale zdecydowanie podobało mu się życie. Przesunął wzrokiem po szkarłatnych ustach, tak wyróżniających się na ogólnie całkowicie czarno-białym Potworze.

— Ja, um, zapraszam cię? – Szybko się zreflektował. – Ale tylko na dzisiaj.

Potwór w jednej chwili pojawił się u jego boku, paląc swoimi gorącymi palcami lodowaty policzek Harry'ego.

— Przejdziemy teraz do śpiącej królewny, tak? – spróbował zażartować Harry, przełykając z trudem ślinę, kiedy jego wzrok po raz kolejny skierował się na usta Potwora.

— Wolę cię chyba rozbudzonego – stwierdził ten, przesuwając kciukiem po jego szczęce. – Wyglądasz na przerażonego.

— Nie jestem przerażony. Tylko… hmm… nie do końca tak wyobrażałem sobie mój pierwszy raz – wykrztusił w końcu Harry.

— No cóż, przynajmniej daliśmy ci róże.

Harry sapnął ze śmiechu, mimo że całe jego ciało zawyło natychmiast z bólu.

— Nie rozśmieszaj mnie… próbujesz mnie zabić?

— Przepraszam. – Usta Potwora wykrzywiły się w uśmieszku. W jego czarnych jak przestrzeń kosmiczna oczach bez wątpienia krył się niezmierzony głód. Zza ostrych zębów wychyliła się końcówka czarnego, wężowego języka.

— Nie gryziesz, prawda? – zapytał Harry. – Bo nie jestem pewien, czy mogę pozwolić sobie teraz na stracenie choć odrobiny krwi.

— Powstrzymam się z tym, póki nie odzyskasz zdrowia – obiecał Potwór. Materac opadł trochę, gdy kolano stwora oparło się o jego brzeg, kiedy ten się nad nim pochylał. – Więc… mogę?

— Pytasz, zamiast sobie to po prostu wziąć? – Harry zamrugał ze zdziwienia. – Pierwszym razem przyszpiliłeś mnie do ściany i pocałowałeś, gdy tylko wystawiłem nogę na korytarz.

— Pewien idiota imieniem Harry Potter bezustannie mnie poucza, że nic się nie liczy, o ile nie zostanie własnowolnie ofiarowane. Nie oferuję świec i jedwabnych pościeli, ale przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić. Spójrz na siebie; nie zaryzykuję nieudanego pocałunku.

No cóż, można by to nawet uznać za poniekąd romantyczne. Harry'ego ścisnęło za gardło.

— Powiedziałeś… że muszę stawić najpierw czoła Bestii. – Oblizał wargi. – Czy nie pojawią się pewne… konsekwencje, jeśli to teraz zrobimy? Ostatnim razem, gdy spieprzyłem kolejność, Riddle wydostał się ze swojego portretu, co doprowadziło ostatecznie do pocałowania mnie przez Bezimiennego.

— Tak – powiedział Potwór. – Konsekwencje dotyczyć będą albo Bestii, albo Przepowiedni. Najpewniej Przepowiedni.

— To znaczy, że… nie będzie już związana? – Harry'ego aż zmroziło.

Biorąc pod uwagę, że Przepowiednia próbowała go wczoraj zabić, nie było mowy, aby mogło się to dobrze skończyć.

— Tak czy siak zginiesz, jeśli ci tej klątwy nie zabiorę – oznajmił Potwór. – Rozumiesz to, prawda?

— A skąd wiesz? Nie możesz być przecież pewien…

— Umrzesz. – Palce Potwora zacisnęły się na jego włosach. – Nie bądź idiotą.

Harry przełknął z trudem ślinę, spoglądając na Potwora, który znów się poruszył, umieszczając kolana po obu stronach jego bioder. Jego ręce spoczęły obok jego głowy.

— To, co zabierasz, staje się częścią ciebie, mam rację? – Zmarszczył brwi, obolały. – Hermiona słyszała na przykład, jak z twoich ust wydobywa się jej śmiech. Czy to… – No cóż, czy to nie znaczy, że Potwór weźmie na siebie również konsekwencje nieudanego pocałunku?

— Tak – oznajmił Potwór.

— Będziesz cierpiał.

— Jestem nieśmiertelny. W przeciwieństwie do ciebie, prawdopodobnie to przeżyję.

Harry'ego ścisnęło za serce.

— Prawdopodobnie?

Potwór zmrużył oczy.

— Więc pozwolisz, bym cię uratował, czy nie?

Harry'emu dzwoniło w uszach. Ciężar ciała Potwora przygniótł jego biodra, a gorące uda ocieplały jego boki, odpędzając nieprzyjemny chłód.

Wyglądał tak szczerze, ostrożnie go z mroku obserwując. Trzy palce zacisnęły się wokół pasma jego włosów, kiedy czekał – niczym istne uosobienie ciemności.

Ratując Harry'emu życie, możliwe że kosztem swojego własnego.

Z drugiej strony – był odpowiednikiem Riddle'a. Riddle'a, który rzucił się pomiędzy Harry'ego i opętaną Bestię.

Tomem Riddle'em, który próbował ostrzec go jako Przeszłość i zabić jako Przepowiednia. Jedną osobą, rozszczepioną ponad męki, bo zapragnął żyć wiecznie.

A teraz – mimo że tylko w małym stopniu – ryzykował tę wieczność. Dla niego.

Harry podniósł drżącą dłoń i przesunął palcami po porcelanowej twarzy Potwora, śledząc doskonale widoczne na jej powierzchni czarne żyły.

— Czasami naprawdę nie jesteś taki zły, jakiego udajesz, prawda?

Potwór pochylił się, aby go pocałować.

Harry odwrócił głowę i stwór zamarł w powietrzu, wciąż nad nim wisząc, a jego wargi zatrzymały się kilka cali od kącików jego ust. Palce zacisnęły się mocno na poduszce obok jego głowy, wbijając w nią pazury tak mocno, że Harry słyszał, jak ich delikatna tkanina się pod nimi rozrywa.

— Co tym razem? – syknął Potwór.

Harry wziął głęboki oddech, a żołądek podszedł mu do gardła. Zacisnął mocno oczy.

— Nie.

— Nie? Jak to „nie"?

Nie. Nie pozwolę, abyś zamiast mnie umarł.

Panująca przez moment cisza była ogłuszająca.

— Nie umrę. Choć raz w życiu nie bądź takim upartym głupcem! To najpewniej jeden jedyny raz, ofiaro, gdy jesteś całkowicie zwolniony z obowiązku zgrywania szlachetnego bohatera. Nie musisz udawać, że ci na nas zależy.

Harry zamrugał. Coś ścisnęło mu się w klatce piersiowej.

— Ja niczego… niczego nie udaję.

— Chodzi mi o to, że będziesz miał większe szanse na złamanie klątwy, jeśli to zrobimy. To nie jest zły ruch… no cóż, będzie z nim trochę bałaganu, bo nie trzyma się kolejności. Ale Bezimienny poradzi sobie z Przepowiednią, gdy będę osłabiony. Martwy niczego nie zdziałasz. Gdy nastanie poranek, Przepowiednia najpewniej spróbuje położyć łapska na twoim truchle i zamienić je w główną bazę. Słuchaj, całkiem nieźle całuję. Pochłonąłem wiele różnych pocałunków…

— Nie mówię o pieprzonej klątwie lub twoich umiejętnościach do całowania! – charknął Harry. – Mówię o tobie.

Potwór wyglądał, jakby Harry właśnie uderzył go w twarz. Usiadł prosto i zmrużył oczy, wpatrując się w niego.

— Czyżby kolce dotarły do twojego mózgu?

Harry prychnął, po czym skrzywił się, niemal krztusząc własną krwią. Spróbował przekręcić się na łóżku.

Potwór w jednej chwili z niego zszedł i owinął rękę wokół jego ramion, by pomóc mu usiąść.

— Słyszałeś, jak mówiłem, że niedługo umrzesz?

Harry wzruszył ramionami i z czystego wyczerpania się o niego oparł. Potwór, ku jego zdziwieniu, tylko bliżej go do siebie przyciągnął. Dłoń Harry'ego drżała na jego kolanach.

— Szczerze mówiąc, już pierwszej nocy się tego domyśliłem. Miałem tylko nadzieję, że nikogo ze sobą nie pociągnę. – Zacisnął mocno oczy. – Zresztą i tak nie byłbym obecnie najlepszym partnerem. Najpewniej bym się na ciebie zrzygał – a to nie jest zbyt seksowne. – Zmusił się do uśmiechu.

— Musisz mieć w miasteczku wielu przyjaciół. Rodzinę. Ludzi, którzy cię kochają. Wydajesz się jedną z takich właśnie osób.

— Moja matka jest teraz lalką w portrecie Przeszłości, a Bóg jeden wie, co stało się z moim ojcem.

— Wszczął walkę z Bezimiennym i błądzi teraz jako duch po obrazie Przeszłości – oświadczył Potwór.

Harry otworzył znowu oczy i na niego spojrzał.

— Jako duch?

— W historii nie ma miejsca dla tych, którzy pozbawieni są imienia – oznajmił Potwór, gładząc jego ramię. – Wszystkiego, co mogłoby pozostawić ich przy życiu. Stają się więc duchami. To właśnie robi Sam-Wiesz-Kto. Gubią się w ciemnościach, nie odnajdując drogi powrotnej.

Harry'ego ogarnęło zimne przerażenie.

— Wszystko pójdzie na nic, jeśli teraz umrzesz – stwierdził Potwór. – Próbowali ułatwić grę tym, którzy po nich przybędą.

Harry wbił sobie paznokcie w dłoń.

— Pieprz się. Próbuję cię ocalić.

— Mnie? Jestem Potworem – który dość dosłownie pożywia się każdym, kogo napotka na swojej drodze.

— Tylko dlatego, że imiona mają w sobie moc i tobie nadano właśnie takie nie oznacza, że tylko taki musisz być – stwierdził Harry. – Ktoś kiedyś powiedział mi, że to nasze decyzje definiują, kim tak naprawdę jesteśmy. Mamy prawo odrzucić nadane nam imiona. Tak przecież zrobił Voldemort, czyż nie?

— Nie prosiłem, byś bronił mojego charakteru – mruknął Potwór, wsuwając palce pod jego przepoconą koszulkę. – W naszym przypadku nasze imiona są… wszystkim. Miałeś rację, kiedy powiedziałeś Sam-Wiesz-Komu, że pocałowanie mnie nie zamieni mnie magicznie w lepszą osobę. Nawet jeśli złamiesz klątwę, nie stanę się księciem z bajki. Nigdy nim nie byliśmy. Tom Riddle zawsze miał w sobie trochę z Potwora. To dlatego istnieję.

— Co próbujesz mi powiedzieć?

— Prawdziwa miłość to bujda. Tworzy wyjątki, nic więcej. Wyjątki zrodzone z samolubstwa, bo ostatecznie doprowadza do niej właśnie pragnienie trzymania przy sobie tych, których się kocha. Większość ludzi poświęca się dla swoich ukochanych, bo myśl o tym, że mieliby bez nich żyć, jest gorsza niż to, co ofiarowują. To czysta, zimna logika, nie altruizm.

Harry westchnął. Jego głowa opadła na zgięcie szyi Potwora, pozwalając otoczyć się cieniom.

— Miłość nie musi być poświęceniem. – Zamknął znowu oczy. – Może być akceptacją. Wcale nie musi chodzić w niej o dawanie czegoś lub zabieranie, jeśli się tego nie chce. Czasami polega po prostu na byciu z drugą osobą.

— Strzeż się wojny, gdy cień spotka się z jasnością – mruknął Potwór. – Nie cierpię, gdy drań ma rację. Najwyraźniej mamy naprawdę okropny gust. Było przed tobą tak wiele lepszych ofiar.

Harry otworzył usta, by zaprotestować, krzywiąc się mocno, ale chwilę później wargi Potwora zmiażdżyły jego.

Zaskakująco miękkie.

Palce owinęły się wokół jego włosów, a materac opadł pod wpływem nowego ciężaru, gdy Potwór ponownie porządnie nad nim zawisł, otulając jego głowę.

Było to zupełnie inne doświadczenie niż całowanie Bezimiennego.

Mimo że usta Potwora promieniały zaciekłym gorącem, to przyjemność, a nie ból, roztoczyła się powoli po ciele Harry'ego. Koiły niczym balsam, przesuwając się po jego szczęce i wzdłuż gardła.

Harry zapomniał, jak się oddycha.

— Dupku, powiedziałem „nie".

— A ja powiedziałem, że prawdziwa miłość to bujda. Żadnego z nas nie uszczęśliwia, czyż nie? – Potwór zawisł ponownie nad jego ustami i zmusił do położenia się na łóżku. – Rozluźnij się. Proces się rozpoczął – już mnie nie uratujesz, bohaterze.

Harry spojrzał na niego spod byka.

— Dlaczego tak usilnie starasz się mnie uratować? I co w ogóle, do cholery, oznacza to „strzeż się wojny, gdy cień spotka się z jasnością"? Myślałem, że odnosi się do tego, jak zmieniacie się między dniem a nocą…

— Wiszący nad wioską cień. Bez względu na to, czy panuje dzień, czy noc, ja... my jesteśmy stworzeniami ciemności. Jak w ogóle wpadło ci do głowy, że którykolwiek z nas mógłby być jasnością? – Potwór wyglądał, jakby miał ochotę przewrócić oczami, jednak ostatecznie tylko wymownie na niego spojrzał. – Cień spotka się z jasnością.

— Sugerujesz, że to ja jestem jasnością. – Harry'emu zaschło w ustach.

— W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, moja ofiaro.

Ich usta znów się ze sobą spotkały, tym razem delikatniej.

Nim nastał poranek, Potwór przepędził z niego chłód i truciznę.


Harry obudził się w pustym łóżku przy akompaniamencie rozbijanego szkła.

Zamrugał, po raz pierwszy od wydawałoby się długiego, długiego czasu czując lekkość. Nic go nie bolało – niemal jakby latał!

A pośrodku jego sypialni leżał kamień. Harry usiadł i odwrócił głowę, skupiając wzrok na małej dziurze w oknie, od której, niczym pajęcza sieć, odchodziły pęknięcia.

— Musimy ruszać – powiedziała Bestia, kulejąc przez pokój w stronę okna, za które wyjrzała, nawet nie racząc go spojrzeniem. – Ubieraj się.

Na horyzoncie jaśniał świt.

Harry'emu zabiło mocniej serce – niesamowicie teraz silne, zupełnie przeciwne temu, co działo się z nim przez ostatnie kilka dni. Podziałało, Potwór naprawdę go ocalił.

Czuł się fenomenalnie.

Bestia, natomiast, wyglądała po prostu okropnie. Zawsze była blada, ale teraz jej skóra przybrała chorowity, woskowy odcień, ruchy spowolniły niczym u zniszczonego życiem staruszka, niesłychanie wręcz cherlawego.

Na róży ostał się jeden, pojedynczy płatek.

— Co się, u diaska, dzieje? – zapytał Harry, podnosząc wyżej kołdrę, by przykryć swoje nagie ciało. – Czy z Potworem wszystko w porządku?

— Umiera – rzuciła lekceważąco Bestia, jak gdyby nie było to nic wielkiego. – Przybyli twoi przyjaciele. Ruszaj się.

Harry wygramolił się z łóżka, aby się ubrać, podczas gdy kolejne kamienie stuknęły z brzdękiem o jego okno. Stanął pośpiesznie obok Bestii, wpatrując się z góry w powoli wspinające się po niebie słońce.

Mieszkańcy wioski ryczeli przy bramie, tłumnie się wokół niej zbierając. Krzycząc w stronę domu, dzierżąc w dłoniach różnorakie bronie. Harry stał zbyt daleko, aby móc rozpoznać twarze, ale bez wątpienia rzuciły mu się w oczy rude włosy.

Zaschło mu w ustach.

— Nie rozumiem… — Zamarł, spostrzegając oczy Bestii. Lśniły czystą bielą.

Bestia uśmiechnęła się do niego zdecydowanie zbyt uroczo i ścisnęła jego ramię.

— Chodź, Ofiaro. Nie mam zamiaru dla ciebie umrzeć.

Harry wyszarpał swoje ramię i odsunął się. W jego żyłach zawrzała krew.

— Nigdzie z tobą nie idę, ty rozpieszczony… — Nie, nie rozpieszczony. Przepowiednia nigdy nie była przez nikogo rozpieszczana czy otoczona czułą opieką. Harry zacisnął zęby. – Co ty takiego, kurwa, do mnie masz?

— Wystarczy, że znam twoje szanse – oświadczyła Przepowiednia. – Nie rozumiesz, że skończył się czas? Miałeś już swoją przyszłość, teraz czas na moją. Dokonałeś decyzji, kiedy się zgłosiłeś.

Harry zacisnął mocno szczękę i cofnął się, gdy opętana Bestia znów spróbowała go chwycić.

— Spójrz na niego… spójrz… — Wskazał na ciało Bestii. – Mogę mu pomóc!

— Nie mamy na to czasu – stwierdziła Przepowiednia. – Atakują mnie.

Och.

Przepowiednia połączona była z domem – a ktoś właśnie niszczył jego okna kamieniami. Nadciągało zagrożenie, szarpiąc i tłukąc o srebrne bramy, a ogród dziko i zaciekle próbował się przed tym bronić.

Przepowiednia, bardziej niż ktokolwiek inny, dosłownie była tym domem.

Tak czy inaczej.

— Oddaj Bestii serce, a z tobą pójdę – oznajmił Harry, czując, jak oddech więźnie mu w gardle. – Potrzebuje go. Róża niemal już umarła, a jest przecież zegarem. Niszczysz go!

Naprawdę bolało go obserwowanie Voldemorta w takim stanie. Harry często nazywał go draniem lub innymi podobnymi obelgami, ale musiał sam przed sobą przyznać, że to, jak niesamowicie zdawał się teraz słaby było… niepokojące. Zupełnie do niego niepodobne. Voldemort – podobnie jak Bezimienny – nie powinien być odzierany ze swojej mocy.

A Przepowiednia ją właśnie im wszystkim – z wyjątkiem Potwora – zabrała. Potwora, który przez Harry'ego był teraz bez wątpienia na wpół martwy w konsekwencji przeklętego pocałunku.

Potwora, który być może mógłby sprzeciwić się zrzędzącej w swoich więzach Przepowiedni.

Przepowiednia obdarzyła go uważnym spojrzeniem.

— Serce Bestii napędza ten dom. – Stanowiło baterię, podczas gdy Przepowiednia sterownik.

Harry wziął głęboki oddech, zanim zrobi coś, czego będzie później żałować. Nie mógł przecież dać sprowokować się napadowi złości dziesięcioletniego psychopaty.

— Chcesz, bym zastąpił cię w tym obwodzie. Ani przez chwilę nie zamierzałeś oddać mu serca. – Jego gardło ścisnęło się na tę myśl, na tę bezczelność. Że też Przepowiednia miała czelność przejmować władzę nad jego przyszłością i skazywać innych, mimo że wcale nie musiała. Mimo że mogła oszczędzić Bestii jej wielkiego bólu.

Gdy nienawidzili innych ludzi, gdy sobie z nimi bezwzględnie pogrywali, Harry był w stanie to zrozumieć. Nie był jednym z nich. Jednak to, w jaki sposób nieustannie kłapali na samych siebie zębami i pozostawiali na niemal pewną śmierć…

— Niech więc będzie. – Harry wyprostował się dumnie. – Zamknij moje serce w pudełku i połącz moje ciało z waszą klątwą. Weź umysł, ciało i duszę. Przecież tego właśnie od samego początku pragnąłeś.

Jakiegoś pokręconego wypaczenia ofiary, tego, co z własnej woli oddawało się w miłości.

Przeszłość chciała zdobyć przyjaciela. A Przepowiednia pragnęła przyszłości i niech szlag weźmie wszystko i wszystkich, którzy stanęli jej na drodze – nawet jeśli były to inne wersje jej samej.

Białe oczy spojrzały na niego oceniająco, zimniejsze niż powinno posiadać jakiekolwiek dziecko.

— Harry, nie.

Obejrzał się i ujrzał wychodzącego ze swojego portretu Riddle'a, dzierżącego w dłoniach różdżkę Bezimiennego.

Bestia – Przepowiednia – wygięła palce.

— Zawarliśmy układ, Riddle. Pozwoliłem wyjść ci z obrazu, ale mogę cię z powrotem w nim uwięzić.

Znajdujące się w rezydencji pomieszczenia zaskrzypiały, a nożyk do otwierania listów uniósł ze stołu w powietrze.

Harry spojrzał raz na jednego, raz na drugiego i w jednej chwili między nich wkroczył, chwytając wiszący nożyk.

— Nie czas na to, byście wszczynali między sobą walkę. Mieszkańcy wioski was zabiją!

Po tym wszystkim, co się wydarzyło, po długich latach gromadzącej się rozpaczy i bezsilności, toksycznego żalu wobec rządzącego nimi i wykorzystującego ich bez zawahania lub konsekwencji Pana dworku… nie miał wątpliwości, że jeśli tylko poczują, że są w stanie to zrobić, gołymi rękami rozniosą to całe przeklęte miejsce na kawałki.

— Nie spędzę reszty mojego życia pod jego pantoflem – oświadczył Riddle. – I ty też nie, Harry. Liczy się ofiara, wybór. A nie los czy przepowiednia – wypluł z siebie to słowo, jakby było jakąś chorobą.

Cholera.

— To nie jest Przepowiednia, tylko w dalszym ciągu Bestia. Jeśli go zaatakujesz, odegra się na tobie Bezimienny. Nawzajem się pozabijacie!

— A zwycięzca dostanie ciebie – oznajmił Riddle, którego oczy przyciemniły się niczym u Potwora. – Powiedziałbym, że to uczciwa nagroda.

Harry przełknął ślinę.

— Nie jestem nagrodą. Słuchajcie… pozwólcie podejść mi do bram, pokazać im, że nic mi nie jest i przekonać, aby zostawili nas w spokoju. Potrzebujemy więcej czasu.

— Nigdzie nie idziesz – sprzeciwiła się Przepowiednia. – Powiedziałeś, że wszystko mi dasz.

Wciąż potrzebował Bestii i Przepowiedni – no ale co miał zrobić, wykroić sobie serce nożykiem do listów? Nie było to ryzyko, które zamierzał w tej chwili z tak nikłą nadzieją na sukces podjąć.

Jego wzrok spoczął ponownie na sponiewieranej róży. Tak absurdalnie kruchej, pozbawionej nawet swojej kolczastej ochrony. Marniejącej. Nie było mowy, by przetrwała kolejną walkę między wcieleniami.

A wtedy wszystko byłoby skończone. Nie tylko dla niego, ale i całego świata.

Nie miał czasu!

— Nie chcę, abyś ich skrzywdził! Mieszkańcy miasteczka nic ci nie zrobili!

— Atakują mnie! – Nożyk wyrwał się z ręki Harry'ego, wywołując u niego głośny syk, gdy mocno rozciął mu przy tym dłoń.

— To ty ich pierwszy zaatakowałeś!

— Gdybym tego nie zrobił, już dawno by się na mnie rzucili – powiedziała Przepowiednia. – Gdyby się mnie nie bali, a ja nie trzymał ich w ryzach. To przez ciebie. Wszystko zniszczyłeś! Przez ciebie myślą, że mogą mnie skrzywdzić… osłabiłeś nas. Nawet zgładziłeś już Potwora!

Harry odskoczył niczym oparzony.

— Zgładziłem Potwora? – ledwie wyszeptał. Ich ostatni pocałunek załaskotał jego usta. Osłabił? O co w tym wszystkim chodziło? – To nie ja mam tutaj śmiertelne pocałunki.

— Nie? – Przepowiednia spojrzała na niego morderczo.

— Ja nie… nigdy nie planowałem… — Harry'emu zabrakło tchu. Spojrzał na Riddle'a w poszukiwaniu pomocy, czegokolwiek.

— Nikt nigdy nie planuje się w nikim zakochać – powiedział miękko Riddle. – Świat byłby znacznie lepszym miejscem, gdybyśmy mogli to kontrolować.

— Gdzie jest Potwór?

— Harry…

Gdzie on jest? – Znów chwycił wiszący w powietrzu nożyk.

— Jeszcze nie zrozumiałeś? Jest dziką kartą.

Harry wpatrywał się w Riddle'a ze zmarszczonymi brwiami i kompletnie wysuszonymi ustami. Pokręcił głową. Nie miał zielonego pojęcia.

— Migotanie? – podpowiedział Riddle, zbliżając się do niego o krok. – Zamienianie między dniem a nocą?

— Wiem, że jesteś odpowiednikiem Potwora – oświadczył Harry.

— Ale czy którykolwiek z nas tak jak on migota? – zapytał Riddle, wyciągając dłoń i głaszcząc kciukiem jego policzek.

— Nie mamy na to czasu – oznajmiła Przepowiednia. – Mieliśmy umowę. Jeśli o mnie chodzi, możesz mieć go dla siebie na całą wieczność… tylko to zakończmy, zanim ta hołota przedrze się przez bramę.

— Choć ten jeden raz wypluj to z siebie bez zagadek. – Harry zacisnął zęby. Jego ręce owinęły się mocno wokół nadgarstków Riddle'a. – Co miał na myśli przez to, że zgładziłem Potwora? Przecież jest nieśmiertelny, jest…

— Grałeś kiedyś w karty, Harry? Wiesz, co robi dzika?

— Ona… jak joker reprezentuje najwyższą kartę lub jakąkolwiek inną, jakiej się w danej chwili potrzebuje. – Nie wiedział dlaczego, ale nagle ścisnęło mu żołądek.

— I ty właśnie nią zagrałeś. Karta została rozegrana, karta opuszcza talię. Gra nigdy nie jest tak wybredna jak miłość, co?

— Jak to „karta opuszcza talię"? – Harry'emu kręciło się w głowie. Oczywiście wiedział, co to znaczy, ale… musiał coś źle zrozumieć, ponieważ Potwór nie mógł być…

— Potwór nigdy tak naprawdę nie żył – warknęła Przepowiednia. – Jest abominacją. Dziką kartą, która całą tę grę rozpoczęła. To dlatego migocze.

Harry roześmiał się.

— Ostatniej nocy zdecydowanie wydawał się prawdziwy.

— Rozgrywamy kartę Potwora. Tym właśnie jesteśmy – powiedział ci przecież: Tom Riddle zawsze miał w sobie trochę z Potwora – oznajmił Riddle, uważnie mu się przyglądając. – Wchłania swoje ofiary. Odzwierciedla je. W talii były dwa jokery: nasz, którego, jak przed chwilą powiedziałem, rozgrywamy. I twój, którego wykorzystałeś zeszłej nocy.

— Nie ma mowy – stwierdził Harry, potrząsając głową. – Jesteś odpowiednikiem Potwora. Więc co, zaraz mi może powiecie, że Bestia też nie jest prawdziwa? Jak mam połączyć ze sobą części układanki, skoro jedna z nich w ogóle nie istnieje?

— Nigdy nie powiedzieliśmy, że nie jest prawdziwy. Stwierdziliśmy, że nigdy nie żył – oznajmił Riddle.

Harry poczuł ucisk w żołądku i suchość w ustach.

— Gdzieś przecież musi być.

— Wszystko gdzieś jest – powiedziała Przepowiednia. – Liczy się tyle, że nie ma już teraz żadnej mocy.

Harry odsunął się od ściskającego go ramienia, od Riddle'a.

— Czy złamanie klątwy go przywróci?

Przepowiednia zmrużyła oczy.

— Przyjmuję twoją ofertę, Harry Potterze. Daj mi to, co obiecałeś.

Bramy zatrzęsły się obrzydliwie głośno za oknem.

Świat, mimo że przecież świtało, pogrążył jakiś dziwny zmierzch.

Harry skinął głową i wyprostował się stanowczo. Odpowiedź Przepowiedni tylko utwierdziła go w nowym przekonaniu.

— Wybacz, ale nie będzie żadnej umowy – powiedział. – Gra trochę się zmieniła, czyż nie? Obiecałem, że go uratuję… nie mogę go teraz zostawić.

Na twarzy Riddle'a pojawił się uśmieszek.

Będę miał przyszłość. – Przepowiednia zbliżyła się do niego o krok. Podłoga zaczęła łamać się Harry'emu pod nogami i wszystko pogrążyła ciemność.

Riddle wycelował różdżką i uniósł brew, kładąc Harry'emu jedną rękę na ramieniu.

— Słyszałeś naszą ofiarę. Powiedział „nie".

Dobiegające zza okna krzyki narastały i Harry usłyszał stukot stóp, okrzyki.

— Więc sam się również o to prosisz – stwierdziła Przepowiednia.

Bestia upadła na podłogę.


— Nic mi nie jest – powiedział Voldemort, odsuwając od siebie rękę Harry'ego i kuśtykając w głąb korytarza. – Mamy większe problemy na głowie. Bramy długo już nie wytrzymają. Daj mi moją różdżkę.

Harry chwycił go za ramię, zmuszając do gwałtownego zatrzymania się.

— Nie możesz ich skrzywdzić. Oni się tylko boją.

— Ludzie robią straszliwe rzeczy, gdy się „tylko boją" – oznajmił Riddle, spoglądając na niego swoimi ciemnymi oczami. – Spotkałeś przepowiednię. To ich nie usprawiedliwia.

Harry wrócił wzrokiem na ostatni pozostały płatek róży. Brązowiał powoli i marszczył się na brzegach. Żołądek podszedł mu do gardła. Czuł się rozdarty, był już przecież tak blisko, a jednak…

Nie chciał, by mieszkańcom wioski stała się krzywda. A nie uniknie tego, jeśli nie zaprzestaną ataku. Może mógłby z nimi porozmawiać? Miał na to w ogóle czas?

Czas…

— Zamień się ze mną.

Bestia zatrzymała się niczym wrośnięta w ziemię i zmrużyła oczy.

— Słucham?

— Moje serce za różę – oznajmił, oblizując wargi. – Potrzebne jest ci serce. A mnie większa ilość czasu, więc oddaj mi zegarek.

— Naprawdę tak strasznie tęsknisz za obezwładniającym bólem? – Riddle zmarszczył brwi. – Dopiero co ledwo wymknąłeś się śmierci.

Harry wpatrywał się w Bestię.

— Nie możesz mówić poważnie – kontynuował Riddle. – Jeśli czujesz się winny tego, co stało się z Potworem…

— Umowa stoi – powiedział Voldemort. Harry wiedział, że nie będzie w stanie się temu oprzeć.

Otaczający ich dom zatrząsł się złowieszczo. Pierwsi mieszkańcy wioski zdołali wyskoczyć za bramę.

Riddle westchnął i wcisnął mu różdżkę w dłoń.

— Zanim się to skończy, chcę ją znów odzyskać, Harry Potterze. Ale na razie będziesz jej potrzebował.


— Proszę – oznajmiła Bestia. – I jak się teraz czujesz?

Harry doszedł do wniosku, że miewał absolutnie najgorsze pomysły na świecie. Mógł sobie tego oszczędzić, zwłaszcza po tym wszystkim, co poświęcił Potwór, aby go uratować.

Wszelkie kolory zniknęły z jego twarzy, gdy przyglądał się uważnie kruchej łodyżce znajdującej się obecnie w jego klatce piersiowej. Ziejąca tam głęboka dziura wywoływała u niego mdłości.

Z jakiegoś powodu spodziewał się, że róża się odnowi, nabędzie trochę więcej życia.

Na policzkach Bestii pojawiły się zdrowe rumieńce, a jego ciało napełniła nowa siła.

— Jakby Bezimienny znów uraczył mnie swoim pocałunkiem śmierci – oświadczył lekko Harry. A przynajmniej próbował. – Pomożesz mi wstać?

Nie mógł się teraz poddać. Nie mógł zatrzymać się i odpocząć – spocznie dopiero, gdy mieszkańcy wioski będą znowu bezpieczni, a klątwa zostanie złamana. Już tak daleko zaszedł.

Voldemort owinął wokół niego ramiona, wbijając mu w biodra palce niczym imadło. Harry zapomniał już, jak niezwykle był silny, gdy po raz pierwszy się spotkali. Na tyle, by całkowicie sprawować władzę nad jego ruchami, a nie przygaszony do tego stopnia, że można go było odepchnąć nawet wtedy, gdy przybierał formę dzikiego, śliniącego się stwora.

Jak wiele czasu minęło, odkąd to wszystko się zaczęło? Harry nie miał bladego pojęcia. Przestał go już liczyć.

— Co zrobisz z Przepowiednią? – mruknęła do jego ucha Bestia. – Ta róża cię osłabia. Nie zostało ci już wiele czasu. Co chcesz, abym dla ciebie zrobił?

Harry słyszał wrzeszczących mieszkańców, a także skrzypiący i jęczący dom, jak gdyby on również krzyczał. Przełknął ślinę.

— Z Przepowiednią? Wciąż zastanawiam się, co, u diaska, powinienem zrobić z tobą…

— Dawno już powiedziałem ci, co musisz ze mną zrobić, Harry. – Bestia wykrzywiła usta. – Pragnę twojego serca. I ty mi je właśnie dałeś, choć nie w sposób, jakiego się spodziewałem.

Harry zamrugał.

— Wciąż uważam, że powinno się rozumieć to całkowicie, kurwa, metaforycznie.

Ale to nie był czas, aby się nad tym roztkliwiać.

— Proszę, powstrzymaj Riddle'a, zanim kogokolwiek skrzywdzi. – Podniósł się nieco, by pocałować tym razem ciepły policzek Bestii. – Muszę zobaczyć się z pewną Przepowiednią.

— Och, nie martw się, Harry. – Bestia zacisnęła palce na jego ramieniu. – Sama do ciebie przyjdzie. Przeszłość kupiła ci trochę czasu.

Harry przełknął z trudem ślinę.

W powietrzu rozbrzmiały krzyki Riddle'a.


Harry przeszedł szybko rozpadającymi się korytarzami rezydencji Riddle'ów, czując każdy nierówny oddech.

Wpadł z impetem do holu wejściowego, wypełnionego otaczającymi Riddle'a mieszkańcami wioski. Eleganckiego, przystojnego, prawdziwego młodego lorda, gdyby nie wykrzywiająca jego twarz gniewna brutalność. Wycofującego się, łypiącego na wszystkich oczami dzikimi niczym u Bestii.

Bestia przemieniła się z obrzydliwym trzaskiem i chwilę później zeskoczyła ze schodów, po czym skuliła u boku Riddle'a, odstraszając zgromadzonych mieszkańców wioski.

Dym wił się ciężko w powietrzu, noże błyszczały w dłoniach, a blade światło słoneczne przedostało się przez wyważone, niegdyś wielkie drzwi.

Ziemia trzęsła się pod ich stopami, drzwi trzaskały.

Znajome dawniej Harry'emu twarze wykrzywiły się niemal nie do poznania z nienawiści, gdy zbliżali się do dwóch wcieleń, rzucając oskarżeniami i zniewagami.

Harry krzyknął trzykrotnie, próbując zwrócić na siebie ich uwagę, zanim trzymana przez niego różdżka wydała przeolbrzymi huk.

Pomieszczenie ucichło, gdy wszyscy skierowali na niego swoje spojrzenia.

Wciągnął głęboko powietrze i wyprostował się, po czym zaczął schodzić powoli ze schodów. Byłoby to naprawdę bajkowe, gdyby nie fakt, że wszyscy próbowali się nawzajem pozabijać i wyglądali na absolutnie przerażonych.

— Harry… o Boże, twoja pierś… — Myślał, że nigdy już nie usłyszy głosu Ginny. – Co oni ci zrobili?

Zakładał, że wszyscy poczują ulgę, gdy go zobaczą. Najwyraźniej jednak się przeliczył.

— Nic mi nie jest – oświadczył. – Ofiarowałem się.

Jednak wyglądało na to, że nikogo to nie uspokoiło.

— Rzucili na ciebie jakiś urok? – zapytał oskarżycielsko Ron.

Harry przesunął się ostrożnie, aby stanąć obok Riddle'a i Bestii, po czym położył dłoń na głowie Voldemorta, kiedy ten zjeżył się niemiłosiernie, gotów skoczyć Ronowi do gardła.

— Nie – powiedział. – Wszystko ze mną w porządku. Nie było tak źle. – No dobra, czasem bywało naprawdę okropnie, ale już prawie udało mu się to wszystko zakończyć. – Po prostu… sobie pójdźcie, dobra? Nad wszystkim panuję.

Przepowiednia powinna w każdej chwili do nich dotrzeć.

— Pójdźcie? – powtórzyła Ginny. – Harry, przecież cię tutaj nie zostawimy. On… to, co zrobił, bez względu na klątwę…

Warkot Bestii zagłuszył resztę jej zdania.

I Harry potrafił to sobie wyobrazić. Tę ich gotującą się krew w żyłach, przepełniającą całe ciało potrzebę sprawiedliwości.

Położył dłoń również na klatce piersiowej Riddle'a, kiedy ten wykonał krok do przodu. Boleśnie świadomy, jak straszną mieszkańcy mieli przewagę liczebną.

— Słyszeliście, co powiedział chłopak – oznajmił Riddle. – Wybiera nas.

— Nie. Myśli po prostu, że musi z wami zostać, aby nas chronić! To żaden wybór! – Głos Ginny nieco się załamał. – Harry, proszę. Nie musisz tu dłużej zostawać.

Powietrze wypełniło również wiele innych głosów, których właściciele w większości nie potrafili oderwać wzroku od jego klatki piersiowej. Mówiących o tym, jak cień wyraźnie go zabija, że słońce zaczęło jaśniej świecić, że dość już się poświęcił.

Ale to tylko ze względu na słabnącą klątwę znaleźli w sobie na tyle odwagi, by zaatakować rezydencję, czyż nie? I porywający, wściekły niepokój. Zbiorowe przerażenie i chęć odzyskania tego, co stracili.

Nie posłuchają niczego, co im powie.

— Proszę! – Harry uniósł w górę swoje trzęsące się ręce. – Musicie natychmiast stąd pójść. Nie możecie w taki sposób wnosić do tego domu broni!

Dwór zadrżał.

Harry domyślał się, że gdyby Przepowiednia miała swoją dawną siłę – taką jak wtedy, gdy to wszystko się zaczęło – dawno już opętałaby wszystkich mieszkańców domu i zmasakrowała atakujących ją ludzi.

Ponad huczącymi krzykami, szczękającą bronią i żądaniami rozbrzmiało upiorne, dziecięce nucenie.

W powietrzu roznosiła się coraz to głośniej i głośniej miękko śpiewana kołysanka.

Mieszkańcy wioski zamarli.

— Czy to… dziecko? – zapytała pani Weasley.

— Proszę, idźcie – powiedział Harry. Poczuł ucisk w gardle i jego palce owinęły się mocniej wokół różdżki.

— Dlaczego jest tu dziecko? Czy ono…

Harry wskazał dzierżoną w trzęsącej się dłoni różdżką na tłum, unosząc wysoko brodę.

— Natychmiast stąd idźcie. Albo wszyscy zaraz zginiecie.

Drzwi prowadzące do lewego skrzydła domu otworzyły się z rozmachem. Łańcuchy zaklekotały i brzdąkały o podłogę, niemal pochłaniając małe stópki, które przeszły spokojnie na szczyt schodów, ostatecznie pozwalając dziecku spojrzeć z góry na całkowicie zszokowane pandemonium.

Towarzyszył mu odór krwi i kulejąca obok Przeszłość.

Harry zacisnął mocno zęby.

Głowa Przepowiedni ledwie sięgała ponad poręcz – małego dziecka i jego przerażająco białych oczu, które przyglądały się im wszystkim jakby oceniająco. Uśmiechnęło się.

Chwilę później podniosło jedną zakrwawioną dłoń, której palce zaciśnięte były wokół serca Bestii.

Harry poczuł ukłucie w klatce piersiowej i jego oczy rozszerzyły się, gdy znajdujące się w niej kolce zaczęły się poruszać. Otaczając krępująco różę, zamiast ją chronić. Pnącza owinęły się również wokół jego gardła.

Riddle chwycił go, zanim opadł na kolana.

— Przestań! – syknął Tom.

— Poddajcie się albo go zabiję – powiedziała Przepowiednia. – A wtedy nikt go nie dostanie.

Kilku mieszkańców wioski cofnęło się, dochodząc najwyraźniej do wniosku, że przybycie tutaj było jednak złym pomysłem.

— Ale nie, nie, nie odchodźcie! – Przepowiednia ścisnęła serce i krew pociekła z niego na podłogę, podczas gdy Harry krzyknął. – Od wieków nie bawiłem się z tak wieloma ludźmi! Niezmiernie miło jest mi was wszystkich poznać.

— Harry… — Jeden z Weasleyów ruszył w jego stronę, ale Bestia kłapnęła zębami, zaledwie o cale mijając gardło Ginny.

— Nie podchodźcie! – wykrztusił Harry. – Po prostu… po prostu się nie ruszajcie.

— Widzicie, Ofiara wie, co robić – oznajmiła Przepowiednia. – Przemówiła. Słuchajcie go.

Dwór pochłonęły ciemności. Niemal namacalne, które wypełniły każdą szczelinę i zatkały Harry'emu płuca.

Ściany zatrzęsły się i wygięły, a kości zaczęły wypełzać spod desek podłogowych, gdy Przepowiednia uniosła dłoń.

— Zostaw ich w spokoju – powiedział Harry.

— Powinieneś zawrzeć ze mną umowę, kiedy miałeś na to szansę – odpowiedziało dziecko. – I nie zachowywać się tak niegrzecznie. – Skierowało wzrok na Bestię. – Przyprowadź go do mnie.

Ta się nawet nie ruszyła, tylko błysnęła swoimi szkarłatnymi oczami. I wyszczerzyła zęby.

Wyraz twarzy Przepowiedni ani odrobinę się nie zmienił, gdy martwi rzucili się na krzyczących w niebogłosy żywych.

Ogarnięty mdłościami Harry rozpoznał w niektórych z nich gnijące ciała wcześniejszych ofiar. Odepchnął od siebie wspierającą go dłoń Riddle'a i na własną rękę ruszył w stronę Przepowiedni.

— Nie – szepnęła Ginny. – Harry, przestań… nie możesz…

Uśmiechnął się do niej.

— Wszystko w porządku – powiedział. – Zaufaj mi. – Posłał zarazem Riddle'owi i Bestii stanowcze spojrzenie.

Ruszył w górę schodów, opierając się mocno o poręcz i wciąż ściskając w dłoni różdżkę.

Zatrzymał się przy Przeszłości, po czym ukląkł i ścisnął jej ramię – zupełnie ignorując Przepowiednię.

— Nic ci nie jest?

Przeszłość pokręciła głową i zerknęła na Przepowiednię.

Harry ujrzał po prawej części domu wzburzone cienie i wyłaniające się z nich niewidzące oczy, świecące w mroku szkarłatem. Bezimienny. Harry skinął mu głową, wciągając głęboko powietrze.

Przeszłość – przyjaciel.

Riddle – ktoś, z kim można porozmawiać, dobrze się dogadać.

Bezimienny – uznanie.

Potwór…

Bestia – serce.

Przepowiednia – przyszłość.

Udręczone części, wynaturzone niczym marionetki w gierkach jednego znudzonego dziecka, które nie troszczy się o nikogo, prócz samego siebie.

Spojrzał ostatecznie na Przepowiednię – i bez strachu ujął jej twarz w dłonie.

— Naprawdę takiej właśnie chcesz przyszłości?

Jeszcze raz.

Chłopiec wyrwał się z jego uścisku.

— Nie spędzę reszty swojego życia w pokoiku dla dzieci – syknął. – Miałeś swoją szansę. Teraz moja kolej!

Harry zamknął na chwilę mocno oczy i pozwolił opaść swojej ręce, zanim się wyprostował.

— Tom – zwrócił się do Przeszłości. – Dziękuję.

— Nie. – Pokręciła głową. – Nie! Przyszłość zawsze opiera się na Przeszłości. Mówiłem ci przecież, nie możesz… nie… nie pozwolę ci.

Przepowiednia roześmiała się.

— No dalej, Harry Potterze. Pobaw się ze mną.

Harry zerknął na rozciągający się pod nim hol wejściowy. Tym razem nie potrzebował Przepowiedni, by wiedzieć, co się wydarzy. Rozlew krwi, rzeź, czy to z rąk Przepowiedni, szponów Bestii lub Riddle'a

Żaden z nich nie wybaczy takiego ataku na swoje życie.

— Nie! – Usłyszał zza pleców głos Ginny. – Nie, nie możesz go wziąć. Nie po raz kolejny. – Głos jej się załamał.

Niczym odległe marzenie usłyszał na schodach stukot kroków.

Odwrócił się powoli, akurat by zobaczyć, jak Bestia w mig rzuciła się do jej gardła.

Ale nie przed tym, jak rzuciła nóż.

Nie miał czasu się zastanowić.

I tak naprawdę nie zrobił tego nawet dla Przepowiedni. Może był po prostu zbyt przyzwyczajony do ratowania życia innych ludzi, a może to dziecko faktycznie zasługiwało na przyszłość. Gdyby tylko znalazł się w ich życiu ktoś, kto by wierzył w lepszą.

Nawet całkiem podobało mu się takie wytłumaczenie.

Ale nie miał czasu się zastanowić.

Rzucił się w tor lecącego ku Przepowiedni noża, nawet nie czując, jak ten ugodził go prosto w żołądek.

Wszystko zamarło. W uszach mu dzwoniło. Nie był nawet świadomy, że jego kolana uderzają o podłogę, a Przepowiednia patrzy się w niego szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, puszczając na ziemię trzymane w zakrwawionych dłoniach serce Bestii.

Och – mruknął cicho Harry.

W tym samym czasie ostatni płatek uderzył o podłogę.