Betowała najwspanialsza Disharmonie.

Itami Namida, Ziebuszka, Star1012, rose29, Nakurishi, Kinetsuko, Milosz i CreepyMary – bardzo, ale to bardzo dziękuję Wam za poświęcenie czasu na napisanie komentarzy. Stały się, bez wątpienia, podporą moich chęci do dalszej pracy i publikacji. Naprawdę ogromnie dziękuję.

Star1012, Potwór tak naprawdę zawsze był dziką kartą, po prostu wcześniej niewykorzystaną przez Harry'ego ;). Ogromnie się cieszę, że to, w jaki sposób potoczyła się akcja, przypadło Ci do gustu :). rose29, haha, miło słyszeć, że rozdział się podobał! Na pewno akcja potoczyła się w tym rozdziale w innym kierunku niż wcześniej. Pozostaje mi mieć nadzieję, że poniższy rozdział spełni Twoje nadzieje. Kinetsuko, bardzo się cieszę, że miło Ci się poprzedni rozdział czytało! No i że przypadła Ci do gustu Przepowiednia, bo to bardzo specyficzna postać. Milosz, bardzo się więc cieszę, że udało mi się wybrać do tłumaczenia tekst, który tak Ci się spodobał! :)

Miłego czytania!


Przeklęte pocałunki

Rozdział trzynasty

Honorarium przewozowe

Bezimienny w jednej sekundzie się obok niego pojawił, ujmując jego głowę, gdy Harry próbował złapać z trudem powietrze.

— Uratowałeś mi życie… — powiedziała Przepowiednia. – Przecież mnie nienawidzisz. Dlaczego mi pomogłeś?

— Każdy zasługuje na… — zaczął Harry.

— Żadnych inspirujących przemówień. – Bezimienny ścisnął jego dłoń. W oddali rozbrzmiały odgłosy bitwy, krzyki, wycie Bestii i szczęk noży. – Teraz, Harry. Nadeszła pora. Wypowiedz moje imię…

Krew spłynęła Harry'emu z kącika ust.

— Jesteś Tom… Marvolo… Riddle. Lord Voldemort. Zawsze… zawsze nimi oboma.

Pomieszczenie wypełniło białe światło, oślepiając cały świat.


Bolało. Bardziej niż cokolwiek, co Tom kiedykolwiek w swoim życiu czuł – paliło jego klatkę piersiową, pożerając go w całości.

Kręciło mu się w głowie. Nagle złączyło się ze sobą ostatnie pięćdziesiąt lat jego życia; wspomnienia rozkwitły na nowo w jego umyśle, gdy wcielenia ponownie splotły się ze sobą w jedną całość.

Niezliczone ofiary, które tak naprawdę niczego nie ofiarowywały. Ludzie, którzy próbowali i ludzie, którzy patrzyli na niego, na nich, jakby widzieli tylko Bezimiennego Potwora, Bestię, osądzając go na podstawie jego przeszłości, a nigdy tak naprawdę nie rozumiejąc. Jak gdyby nie miał przed sobą żadnej przyszłości – i mógł być tylko skazanym na zniszczenie przeciwnikiem.

Niezwykle dziwnie było stać się tak nagle świadomym swojej własnej samotności, mimo że dalej z całego serca gardził myślą, iż miałby na kimkolwiek polegać.

Dzwoniło mu w uszach. Był niczym i zarazem wszystkim, a potem TomemMarvoloRiddle'emLordemVoldemortem.

Dyszał na posadzce rezydencji, z czcią badając swoje ciało. Powoli jego twarz rozświetlił uśmiech, a oczy zalśniły.

— Udało ci się, Harry! Naprawdę ci się udało!

Nie liczyli się już dla niego w ogóle mieszkańcy wioski, gdy przeczołgał się do chłopaka, klękając przy nim.

— Harry?

W jego klatce piersiowej wciąż zionęła dziura. Nie było w niej żadnego serca – ani nawet róży.

Oczy miał szklane niczym u lalki. Puste, niewidzące.

Tom czuł się, jakby stanęło mu serce.

— Harry? Ofiaro? Harry Potterze? – Potrząsnął nim mocno. – Harry Jamesie Potterze. – Czy to była zemsta? Jakiś żart? Zdecydowanie nie czuł się rozbawiony…

Nic.

Ściany rezydencji wciąż się rozpadały, a na skórze Toma rozbłysnął prawdziwy blask świtu. Ciepłe, ożywcze światło słoneczne, którego nie widziano tu od całych dziesięcioleci.

Poczuł ucisk w klatce piersiowej, a jego umysł pracował na najwyższych obrotach.

Harry nie mógł nie żyć. Nie było absolutnie żadnej mowy, aby po tym wszystkim Harry Potter leżał tutaj martwy. Musiał tylko…

W bajkach zawsze pojawiał się książę budzący pocałunkiem miłość swojego życia.

Bez chwili zastanowienia zmiażdżył ustami wargi Harry'ego, gładząc ciemne kosmyki jego włosów; westchnął z ulgą.

Nic.

Spojrzał z góry na chłopaka, podnosząc z podłogi wysuszony płatek róży. Ten rozpadł się pod wpływem jego dotyku.

Toma ścisnęło coś mocno w żołądku. Pochylił się, by jeszcze raz Harry'ego pocałować, drżącymi rękami przeczesując jego włosy i gładząc twarz.

Nie działało, bo skończył mu się czas? Bo rozpłynęła się magia klątwy?

A może dlatego, że nawet teraz, będąc w jednym kawałku, jego dusza i serce były zbyt przegniłe, by pisana im była prawdziwa miłość?

Poczuł ucisk w gardle.

— Harry, proszę. – Zacisnął palce na bezwładnym ciele, cierpiąc każdym kawałkiem swojej wciąż przeraźliwie poszarpanej duszy.

— I żyli długo i szczęśliwie.

Głos dobiegł zza jego pleców i jego znajomość rozlała po jego ciele przyjemne ciepło. Należał do Harry'ego.

Odwrócił się tak szybko, że strzyknął mu kark, podczas gdy otaczający go dworek wciąż rozpadał się w drobny pył. Chwilę później poczuł się, jakby ktoś walnął go mocno w żołądek. Zacisnął szczękę.

— Eurydyka.

Chłopiec wydawał się na pierwszy rzut oka uosobieniem niewinności – zwłaszcza ze swoimi roztrzepanymi włosami. A także uroczymi, zielonymi oczami, które, odkąd Tom po raz pierwszy je zobaczył, kiedy jego ofiara przekroczyła bramę, wyrażały tak wiele… jakby ktoś naprawdę był w stanie czuć na raz aż tyle emocji.

Eurydyka ciągnęła za sobą obszarpany portret Ofiary. Zdawał się wyblaknąć – kolorowa farba spływała z niego na podłogę niczym krew.

Tom nigdy wcześniej w swoim życiu nie czuł do kogoś tak wielkiej nienawiści jak do tej marnej parodii tego, co właśnie stracił, zwłaszcza jak jej zielone oczy błyskały raz po raz czerwienią.

Skierował ponownie wzrok na spoczywające na ziemi zniszczone ciało swojego Harry'ego. Krew poplamiła Tomowi dłonie i usta.

— Czego chcesz? – zapytał.

— Nie chodzi o to, czego ja chcę – powiedziała Eurydyka.

— A więc o co? – splunął.

— O umysł, ciało i duszę. – Dziecko przysunęło się do niego, pochylając na bok głowę z niemal ptasią ciekawością. Drobne palce przeczesały włosy Toma. – O ciało ofiary. Umysł ofiary… i duszę ofiary. Tego właśnie zawsze domagałeś się w miłości.

— Nie rozumiem.

— Co za niespodzianka. Co za nowość. Rozumiesz przecież tak wiele na temat miłości, nie mam pojęcia, jakim cudem złożoność tego może być ponad twoje możliwości – stwierdziła Eurydyka.

Spojrzał na nią spod byka.

— Umysł ofiary. – Eurydyka stuknęła palcem w zniszczony obraz. – Inwersja, która odzwierciedla wizualnie to, co dzieje się z fizycznym ciałem. – Spojrzała na leżącego na ziemi chłopaka.

Tomowi zaschło w ustach.

— A… dusza ofiary?

Zarówno obraz Ofiary, jak i ciało Harry'ego były wyniszczone wszystkim, co się wydarzyło.

— Kiedy kogoś kochasz, mówi się, że dajesz mu cząstkę swojej duszy – wymamrotała Eurydyka. Zielone oczy błysnęły znowu czerwienią. Tom zamarł.

W jednej chwili skoczył na równe nogi, zaciskając mocno pięści, czując, jak serce wali mu w piersi. Już zapomniał, jak to jest je czuć – serce. Choć nie był jeszcze do końca pewny, czy podoba mu się posiadanie go, szczególnie że miał obecnie wrażenie, jakby wbijały się w nie głęboko ostre kolce.

— Możesz przywrócić go do życia?

— To nie ja o tym decyduję – powiedziała Eurydyka, uśmiechając się. – Ale mogę dać ci szansę go odzyskać, jeśli zechcesz oglądnąć się za siebie.

— Zamienię się w kamień.

Eurydyka wzruszyła ramionami.

— To twój wybór. Zrobił swoje, możesz odejść. Stać się Lordem Voldemortem, nic cię już przed tym nie powstrzymuje. Oddał ci ciebie samego, czy aby na pewno potrzebujesz jakiegoś szlamowatego chłopaka, który był na tyle głupi, aby dla ciebie umrzeć?

Voldemort w mgnieniu oka rzucił się do przodu i po rezydencji rozniosło się dźwięczne uderzenie. Jego ręka zapiekła, a policzki dzieciaka rozkwitły czerwienią niczym płatki róży.

Eurydyka wyszczerzyła do niego zęby, a jej oczy zalśniły, gdy przesunęła językiem po zębach.

— Miłość bywa czasem prawdziwą trucizną, czyż nie? Ale może go również uratować. – Chłopiec wyciągnął do niego rękę, machając palcami. – Co gotów jesteś zrobić dla miłości, Tomie Marvolo Riddle'u?

Tom ujął w ramiona ciało Harry'ego, blisko go do siebie przyciągnął i podążył za Eurydyką w głąb obrazu.


Spod przykrywy deszczu wyłonił się szary, roztaczający raczej nieprzyjazną aurę sierociniec. Choć, jeśli miał być szczery, promieniowałby nią nawet w blasku najjaśniejszych letnich dni.

Tom zesztywniał i wzmocnił uścisk, gdy ciało Harry'ego zniknęło nagle z jego ramion.

W ciągu kilku sekund ubrania przykleiły mu się do skóry.

Czy to była kara? Zrobił coś źle? Czy Harry pojawi się gdzieś indziej?

Serce zabiło mu szybciej, gdy ruszył ku Eurydyce, ściskając dłonie, jakby wciąż zamienić się mogły w ostre szpony.

— Gdzie on się podział? – zapytał ostro. – Obiecałeś…

— Umarł – oświadczyła Eurydyka. – A teraz musisz go odzyskać.

— Jak?

Eurydyka tylko się do niego uśmiechnęła i ruszyła prosto w otwarte drzwi sierocińca.

Paznokcie wbiły się Tomowi mocno w dłoń, gdy wciągnął głęboko powietrze. Ostrożnie za nią podążył – uważnie przyglądając się swojemu otoczeniu. Czuł, jak napływające wspomnienia ściskają mu żołądek i przemykają przed oczami.

Ściana, na którą pchnął go Dennis Bishop. Szczelina, zza której po raz pierwszy usłyszał, jak Billy Stubbs nazywa go dziwakiem.

Jakim cudem miał odzyskać tu Harry'ego? Jego wzrok nigdy nie skierowałby się na tak ponure miejsce, a żadne tak czyste serce jak jego nie mogło przebywać w otoczeniu tych murów.

Jego oczy zabłysły.

Szedł korytarzem, uchodząc z drogi duchom dzieci. Jego ramiona napięły się, gdy usłyszał z gabinetu pani Cole szczęk szklanych butelek od ginu.

Oczywiście bez problemu odnalazł drogę do swojego starego pokoju, pustego nawet w tym wspomnieniu. Otworzył skrzypiące drzwi. Jego nos załaskotał kurz, a po kręgosłupie przebiegł dreszcz.

Myślał, że już nigdy nie ujrzy ponownie tego miejsca.

Wszystko wyglądało tak, jak zawsze… i nigdzie nie było ani śladu Harry'ego Pottera. To głupota! Nie miał pojęcia, co powinien robić.

Eurydyka pojawiła się na jego łóżku, podrzucając czarne kamyki.

Tom zmrużył oczy, rozważając swoją sytuację.

— Jak mam znaleźć tu niby Harry'ego? – Miał się on chować pod pieprzonym łóżkiem, czy co?

— Frustrujące, prawda? – powiedziała Eurydyka.

— Zmuszasz mnie do oglądnięcia się za siebie na moją przeszłość, do przemienienia w kamień. Chcesz mnie ukarać.

— Większość świata i tak sądzi, że masz serce z kamienia. Może nawet ci to pasuje.

Tom niemal rzucił się bachorowi do gardła.

— W niczym nie przypominasz Harry'ego. Harry by czegoś takiego nie zrobił… co z ciebie za szkaradztwo?

— Spróbuj w szafie.

Tom otworzył z rozmachem drewniane drzwiczki, nawet nie wzdrygając się na widok wiszącego na drążku na ubrania martwego królika. Na dnie spoczywało znajome pudełko. Zerknął na Eurydykę, która znów wysłała mu swój cholerny promienny uśmiech.

Chwycił za pudełko i otworzył jego wieczko.

Pierścień. Dziennik. Medalion. Czarka. Diadem. Kieł węża. I bijące serce, które zalało wszystko krwią.

Jego dłoń uniosła się nad nimi i nie do końca wiedział, co powinien z nimi zrobić.

— To ma być niby moja zagadka? – zapytał.

— To twoje życie — oświadczyła Eurydyka. – Życie czy śmierć, wszystko wymaga swego honorarium. Honorarium przewozowego, że tak to ujmę. Żądałeś opłat; ja też mam swoje.

— Chcesz, bym coś ci z tego dał? Nie jest dla ciebie wystarczającą zapłatą zamienienie mnie w pieprzony kamień?

— Chciałeś ciała, umysłu, duszy i serca ofiary... domaganie się wspomnień pierwszego pocałunku i kilku palców było zatem tylko małym dodatkiem? – odparła Eurydyka.

Tom zacisnął mocno szczękę, na przemian rozprostowując i zginając palce.

— To nie jest moje serce – oświadczył po chwili.

Pięćdziesiąt lat trzymał je w szklanym pudełku na kolanach, oczywistym więc było, iż potrafi je rozpoznać. To serce nie należało do niego.

— Nie, nie jest – zgodziła się Eurydyka.

Tom przyglądał się mu przez moment, przechylając głowę. Jego palce zacisnęły się mocno wokół pudełka.

— Należy do Harry'ego. – Czy to znaczyło, że mógł robić z jego sercem, co tylko chciał?

Uśmieszek wykrzywił jego usta, a oczy błysnęły.

Eurydyka rzuciła w niego kamykiem.

— Przestań się tak uśmiechać, to przerażające. Ale tak, możesz w ramach honorarium oddać jego serce. Przeżyje. A na ciebie nie spadną żadne konsekwencje.

Wybór wydawał się oczywisty. Zdecydowanie oczywisty.

Musiał kryć się w tym wszystkim jakiś haczyk, to wydawało się zbyt proste.

Przesunął palcami ponad bijącym organem, tłumiąc głód, który tak czy siak rozpalił jego ciało.

— A Harry? Czy on odczuje jakieś konsekwencje?

— Oczywiście. Nie będzie miał w końcu serca. Metaforycznie rzecz ujmując.

Tom nie był do końca przekonany, czy aby na pewno można uznać to za konsekwencję, a nie dar.

Czy Harry naprawdę tak okropnie potrzebował serca? Sam był żyjącym przykładem, że człowiek może się bez takowego obejść. Całkiem dobrze dawał sobie z tym radę – o ile fizyczne serce rzeczywiście znajdowało się tam, gdzie powinno, nie odczuwał żadnego bólu.

Czy ryzykowanie zamienienia się dla Harry'ego w kamień nie było już z jego strony wystarczającym poświęceniem? Co miał jeszcze zrobić, poświęcić swoje własne dziedzictwo? Swoją własną moc? Bez cienia skrupułów oddałby własne serce, ale najwyraźniej taka opcja nie wchodziła w ogóle w grę.

Choć może… Zmarszczył nos.

— Mógłbyś wziąć w zamian moje serce.

— Cena to cena.

— Negocjuję.

— Cena to cena.

Tom zmrużył oczy. Na twarzy Eurydyki nie widać już było uśmiechu, chłopiec zamiast tego obserwował go w milczeniu, przechylając na jedną stronę głowę. W tych zapierających dech w piersi, znajomych oczach kryło się coś bliżej niesprecyzowanego, jak gdyby Harry miał jakiekolwiek prawo go osądzać. Podjął decyzję.

— Tak czy siak mnie nie kocha, więc serce nie jest mu tak naprawdę w ogóle potrzebne – oznajmił Voldemort. Raczej nie sądził, by był w stanie znieść patrzenie na to, jak Harry oddaje swoje serce komuś innemu. Na przykład tej rudowłosej dziewusze z jego wspomnień.

O nie. Skoro on sam nie mógł mieć serca ofiary, dlaczego tak drogocenny skarb miałby posiąść ktoś inny?

— Owszem, nie kocha – zgodziła się Eurydyka. – Jeszcze.

Tom obrócił w palcach kieł węża, zaniepokojony sposobem, w jaki patrzyła na niego Eurydyka. Harry.

— A czy to możliwe? – By w ogóle ktokolwiek go pokochał?

Grymas Eurydyki się nie zmienił. I wciąż wydawał się na twarzy Harry'ego – szczególnie tak młodego – absolutnie nienaturalny.

— Dokonaj wyboru, a się przekonasz. Myślę, że lepszym pytaniem jest: za co ty sam go kochasz?

Tom wykrzywił się. A następnie sięgnął do pudełka i opłacił honorarium.


Głowa Harry'ego pulsowała ostrym bólem. Zamrugał kaprawo, czując, jak na czole zasycha mu powoli lepka krew.

— Harry! Harry? Wszystko w porządku? – Zawisła nad nim twarz Rona. A także wielu, wielu innych osób.

Skrzywił się, gorączkowo wszystko przetwarzając. Ostatnie, co pamiętał, to mieszkańcy atakujący dwór Riddle'ów i nóż, który trafił go prosto w serce. Pomacał się dłonią po piersi, spodziewając się zastać tam ziejącą pustką dziurę.

— Co się stało?

Zamiast tego na jego szyi wisiał na łańcuchu złoto-czarny pierścień.

— Stary, spadłeś z posągu – oznajmił Ron.

— Tysiąc razy ci mówiłam, abyś na niego nie właził – powiedział ktoś inny.

Posąg? Jaki, kurwa, posąg? To wszystko nie miało żadnego sensu! Niemniej Harry podążył wzrokiem za ich palcami wskazującymi na górujący ponad wszystkim kamień.

Momentalnie zaschło mu w ustach, a oczy szeroko się rozwarły.

Każde wcielenie – Przeszłość, Przepowiednia, Riddle, Potwór, Bestia i Bezimienny. Uwięzieni na wieczność w kamieniu tworzącym posąg na samym środku rynku w Little Hangleton.

Czy to znaczyło, że… Tom nie żyje?

Czuł się, jakby wokół klatki piersiowej zacisnęły mu się kolczaste łodygi, na nowo przebijając przez żebra.

— Ale klątwa…

— Klątwa? – Ginny zmarszczyła brwi i przechyliła głowę.

Dookoła rozległy się szepty „to przecież opowiastka", „jak mocno uderzył się w głowę?", „czy aby na pewno wszystko z tobą w porządku?".

Harry natomiast nie mógł oderwać wzroku od posągów. Serce, jak oszalałe, waliło mu boleśnie w piersi.

Tom był prawdziwym dupkiem i zmarło przez niego wiele osób, ale… no cóż, jakby nie patrzeć, pod koniec stał się trochę dupkiem Harry'ego, czyż nie?

— Uratował mnie…

— Co? – Ron przyjrzał się mu badawczo. – Słuchaj, dasz radę wstać? Trzeba zabrać cię do pani Pomfrey.

Żołądek podskoczył mu się do gardła, gdy niepewnie podniósł się na nogi. Wciąż patrząc bacznie na pomnik.

Tom nie był skory do poświęceń. Tego jednego Harry był całkowicie pewien po tym całym czasie, jaki z nim spędził. Po prostu nie. No i ostatecznie… jedna ogromna ofiara nie rekompensowała tego wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatnie pięćdziesiąt lat.

Niemniej Tom się dla niego poświęcił.

Harry zacisnął mocno szczękę – i, Boże, czyżby zapiekło go nagle w oczach? Poczuł ucisk w gardle.

— Harry? – Ginny dotknęła jego ramienia. Wszyscy się wokół niego zgromadzili – zbyt wielki tłum, zbyt mało powietrza. Ludzie, których nigdy wcześniej nie widział i o których nawet nie słyszał. Całe miasteczko wręcz kwitło życiem.

Słońce świeciło tak jasno, że parzyło mu skórę… nie wiedział nawet, że może być takie promienne. Że trawa może rosnąć tak gęsto i przybierać aż takie odcienie zieleni. Że kwiaty potrafią tak rozkwitnąć nie tylko na kilka marnych tygodni.

A Tom Riddle nie mógł tego zobaczyć.

Rozbrzmiewały wokół niego głosy, ale nie był w stanie wychwycić tworzonych przez nie słów. Dzwoniło mu w uszach. Dotknął dłonią czoła, po czym okazało się, że jego palce pokryte są czerwienią. Poplamione krwią.

— Nie martw się. – Ginny próbowała się do niego uśmiechnąć. – Nadal uważam, że jesteś bardzo przystojny.

— Blado wyglądasz – doszedł go czyjś zaniepokojony głos. – Może powinieneś znowu usiąść?

Harry'emu drżały kolana. Jednak wyprostował się, bo skoro jakimś cudem przetrwał w domu Riddle'ów, nie było mowy, by teraz zasłabł. To byłoby po prostu śmieszne.

Najwyraźniej przeklęte pocałunki stanowiły tylko legendę.


— Harry… o mój drogi, co ci się stało w głowę? – zapytał ktoś.

I Bóg jeden wiedział, kim ten ktoś był. Harry w tej chwili tylko się uśmiechał i kiwał każdemu głową. Próbując nie zapomnieć, jak się oddycha.

— Niezłe, co nie? – Ron wyszczerzył się do niego w uśmiechu. – Wygląda jak pieprzona błyskawica!

Harry zakrył szybko czoło grzywką, kiedy w jego stronę obrócili się wszyscy klienci… hmm, wyglądało to trochę jak gospoda Pod Wisielcem, ale widniejący na zewnątrz szyld twierdził, iż jest to pub Pod Trzema Miotłami. Zresztą Pod Wisielcem rzeczywiście nigdy nie było tak wesoło.

Rozgorzała dyskusja na temat blizny w kształcie błyskawicy. Harry miał ochotę zapaść się pod deski podłogowe; zaszyć w jakimś cichym miejscu, w którym byłby w stanie w końcu porządnie przetworzyć na spokojnie to, co się wydarzyło.

— Szukał cię jakiś młody dżentelmen – rzuciła barmanka, Rosie lub coś w tym stylu, najwyraźniej przypominając sobie, co miała wcześniej powiedzieć, podając im zarazem przez ladę lemoniadę.

Wyszło na to, że Harry miał w kieszeni jakieś drobniaki, podczas gdy Rona – w czym nie było niczego dziwnego, przynajmniej niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniały – świeciła pustkami. Tak czy owak szklanka ochłodziła cudownie jego pulsujące bólem czoło.

Uniósł wzrok, usłyszawszy jej słowa, na nowo otwierając oczy.

— Co?

— Dżentelmen? – prychnął Ron. – A od kiedy to znasz jakichś dziwnych dżentelmenów.

Oddech uwiązł Harry'emu w gardle, gdy z trudem rozpalił się w nim mały promyczek nadziei.

— Jak wyglądał? Mówił, jak się nazywa?

— Powiedziałam mu, że znajdzie cię przy posągu – stwierdziła Rosie… Rosmerta.

Harry skoczył na równe nogi, podczas gdy Ron tylko jeszcze mocniej zmarszczył brwi, wpatrując się w niego ze zdumieniem.

— Zostawił ci to – kontynuowała, sięgając za ladę.

Harry zamarł, czując się, jakby coś nadepnęło mu na klatkę piersiową, kiedy wyciągnęła kwiat. Jedną różę. Kwitnącą szkarłatem i pięknem, przyozdobioną kolcami, które ukłuły go mocno w kciuk, kiedy ją od niej zabrał.

Ktoś krzyknął coś w stylu: „ooo, Potter ma adoratora".

Harry przełknął z trudem ślinę, oszołomiony.

— Przepraszam… muszę iść…

— To głupota – oznajmił Draco Malfoy z irytująco wszechwiedzącym błyskiem w oczach. – Poza tym nie słyszałeś, o czym gada całe miasteczko? Gdzieś ty był? – W jego głosie pobrzmiewała kpina, a usta szyderczo się wykrzywiły. – Pan dworu wystawia jutro bal. Na pewno będzie na nim każdy dziwny, młody dżentelmen. To w końcu wydarzenie roku.

Harry miał wrażenie, że stanęło mu serce.


Stanął przed otwartymi bramami rezydencji Riddle'ów, czując się absurdalnie śmiesznie. Wygładził garnitur i spróbował ujarzmić włosy.

Te, oczywiście, nie wykazywały chęci pozostania w jednym miejscu. To też najwyraźniej była jedna z tych rzeczy, które się nigdy nie zmieniały.

Wyglądało na to, że Pan dworu bardzo rzadko w ogóle w nim przebywał, a jeszcze rzadziej wystawiał przyjęcia. A już zwłaszcza takie dla okolicznych mieszkańców.

Cała rodzina była ponoć bardzo zamknięta w sobie i nieczęsto się o nich cokolwiek słyszało.

W przeciwieństwie do jego pierwszej podróży do rezydencji, tym razem rozpalone zostały wszystkie światła, otulając swoim blaskiem pobliski, zadbany ogród. Nie czuł się obserwowany. Otaczające go ciemności wydawały się zbyt jasne – nie miał zielonego pojęcia, jak ludzie byli w stanie w ogóle spać przy takiej ilości światła.

Wytarł spocone ręce o spodnie i wyprostował się dumnie.

— Harry – zawołała Ginny, marszcząc brwi. – Wchodzisz?

Przeszedł prowadzącą przez ogród krętą ścieżką, tym razem nie musząc przedzierać się przez wijące pnącza i różane krzewy.

A mimo to – choć mógł się mylić – dałby sobie rękę uciąć, że w powietrzu wciąż wibrowała magia. Że te pozornie normalne pnącza przesuwały się lekko, gdy je obserwował, zanim znów zamierały w bezruchu. Choć być może był to tylko wiatr.

Drogę oświetlały kolorowe światełka, migające w świetle księżyca. Bardziej przypominało to teraz pałac księcia z bajki niż leże bestii.

Harry nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć.

Hol wejściowy lśnił, wypolerowany od podłogi po sufit. Przypominał Harry'emu trochę rezydencję, którą widział w portrecie Riddle'a – tę sprzed pojawienia się klątwy. Co poniekąd miało sens.

Tyle że ta klątwa miała przecież miejsce.

Harry przyłapał się na tym, że masuje się dłonią po klatce piersiowej.

Wkrótce ich oczom ukazała się także wielka, zapierająca dech w piersiach sala balowa – pokój, w którym jadał w czasie swojego pobytu. Nad ich głowami wisiał diamentowy żyrandol, mieniąc się nad zgromadzonym tłumem.

Szyfon, jedwab i wystawne tkaniny, pióra, korale i starannie zawiązane krawaty. Nigdy w swoim życiu Harry nie widział jeszcze czegoś tak majestatycznego. Nigdy. Ani równie barwnego.

W miasteczku wszystkie ubrania były do granic możliwości cerowane i przekazywane kolejnym pokoleniom. Łachmanami. A przynajmniej w miasteczku, w którym dorastał. Teraz był to zupełnie inny świat.

Harry nie potrafił powstrzymać się przed wędrowaniem wzrokiem po tłumie w poszukiwaniu gospodarza. Jego czarnych lub szkarłatnych oczu, bladej, wężowej sylwetki lub kurtuazyjnej przystojności Riddle'a. Oblizał wargi.

Oddech uwiązł mu w gardle.

— Pięknie, prawda? Chcesz zatańczyć? – zapytała Ginny, ściskając jego dłoń. – Wielu weszło już na parkiet.

Miał ochotę się napić.

— Jasne.


Tancerze wirowali wokół nich z rumieńcami na twarzach, a muzyka rozpływała się po ogromnym pomieszczeniu. Było zbyt ciepło i tłoczno.

Harry czuł się przytłoczony. Przy linii jego włosów osiadły kropelki potu, a z każdą mijającą sekundą, w trakcie której nie udało mu się wypatrzeć spośród tłumu Toma, jego ramiona coraz to bardziej się napinały.

Otaczało go zbyt wielu ludzi. Zdecydowanie zbyt wielu ludzi – rozmawiających przy stolikach z alkoholem lub przy bufecie równie dorodnym, jak wszystkie posiłki, jakie Harry spożył wcześniej w rezydencji.

Potrzebował świeżego powietrza.

Na jego ramieniu spoczęła dłoń, przerywając dotychczasowy, przyprawiający o mdłości taniec.

— Mogę prosić?

Rozpoznałby ten głos wszędzie. Lavender wyglądała na lekko oszołomioną.

W żołądku Harry'ego rozgorzał ogień.

— Oczywiście – odparła z uśmiechem Lavender. – Będę zaszczycona…

Jej entuzjazm opadł, gdy ramię owinęło się wokół pasa Harry'ego i gładko pociągnęło go w nieprzerwany rytm walca. Poczuł, jak palce owijają się mocno wokół jego dłoni, gdy zaczęli wirować.

Ciepłe usta przysunęły się do jego ucha, a ciemne kosmyki połaskotały policzek.

— Witaj, moja ofiaro.

Harry niemal namacalnie słyszał w jego słowach uśmieszek.

— Nie jestem do końca pewien, jak powinienem cię w dzisiejszych czasach nazywać – odparł, czując, jak serce wali mu w piersi. – No chyba że w pobliskich pokojach ukrywa się jeszcze pięć innych twoich wcieleń.

Mężczyzna wyglądał na starszego niż Riddle, ale młodszego od Bezimiennego. Był równie blady co Bestia i miał jej szkarłatne oczy, a także te długie palce, które kiedyś Harry zobaczył jako pierwsze. Jego twarz przypominała jednak Riddle'a – była arystokratyczna i przystojna. Miał też jego ciemne włosy.

Harry'emu kręciło się w głowie.

— Publicznie mój panie lub Lordzie Voldemort. Prywatnie możesz mówić na mnie Tom – odparł Riddle. Jego ręka przywarła mocno do pleców Harry'ego, którego nos wychwycił zapach jakiejś drogiej wody kolońskiej.

Potwór pachniał jak… jak zakazany las.

— Co się stało? – Harry nienawidził tego, że lekko załamał mu się głos. – To znaczy… wszystko jest inne. Pamiętam nóż i…

— Oddychaj, Harry – powiedział Tom, wzmacniając uścisk.

— Umarłem.

— Owszem.

— A posąg na rynku…

— Oglądnięcie się za siebie oznacza przemienienie w kamień – mruknął Tom. – Ale to nie czas na takie rozmowy.

— Myślałem, że rozwiązanie zagadki miało odpowiedzieć na moje pytania, a nie ich namnożyć.

Klatką piersiową Riddle'a wstrząsnął śmiech, a otaczający ich świat dalej wirował. Rozmazywał się, gdy Harry wzmocnił uścisk, jakim trzymał tego… mężczyznę. Bo teraz z całą pewnością był już to mężczyzna – człowiek – prawda?

Udało mu się. Przełamał wiszącą nad rezydencją Riddle'ów klątwę.

Wszystko wydawało mu się surrealistyczne. Może śnił, wpadł w śpiączkę lub rzucał się niczym szalony, przywiązany do szpitalnego łóżka, podczas gdy cień rozprzestrzeniał się po świecie, a jego serce biło w szklanym pudełku.

— Posłałeś mi różę.

— Podobała ci się?

— Muszę się przewietrzyć.

Voldemort zmarszczył brwi, gdy Harry przerwał gwałtownie ich taniec i zaczął przedzierać się przez tłum.

Ruszył ku ogrodowi. Unoszącemu się w nim świeżemu powietrzu i opatulonemu blaskiem księżyca, który w dalszym ciągu wydawał się zbyt jasny i przedziwny.

Widział z zewnątrz okno swojego pokoju – jedyne, w którym nie paliły się światła.

Chłód nocy przeszywał jego płuca z każdym oddechem, kiedy uciekał od tych kolorowych światełek i zapachu wody kolońskiej.

Jednak nawet na zewnątrz muzyka walca przepływała słodko i melodyjnie poprzez zarośla.

Harry przysłonił uszy dłońmi i skupił się na oddychaniu.

To było dla niego zbyt wiele. Nigdy nie planował wygrać, wszystkiego zmieniać.

Dzwoniło mu w uszach.

— Przeziębisz się. – Dobiegł go jakiś czas później znów zza pleców głos Toma. – Masz. – Mężczyzna otoczył szatą jego ramiona, chwilę później obok niego stając. Jego głowa odchyliła się do tyłu, by obserwować ogrom świecących ponad nimi gwiazd.

— Przeziębię? – Harry zerknął na niego. – To najcieplejszy dzień w moim życiu. Wszystko jest takie… jasne. – Czuł się przez to odsłonięty, uwięziony ciągłym żarem jakichś wielkich reflektorów.

— Trochę mija, nim człowiek się do tego przyzwyczai – powiedział Tom.

— A ile ty już miałeś na to czasu?

— Nieco ponad pięćdziesiąt lat. Ja… czekałem na ciebie.

Usłyszawszy to, Harry odwrócił się, aby na niego spojrzeć. Całkowicie zaschło mu w ustach. Tom na niego czekał?

— Nie wyglądasz na pięćdziesięciolatka.

Usta Toma drgnęły.

— Jedna z zalet nieśmiertelności.

— A więc wciąż jesteś nieśmiertelny? Ale przecież… przecież twoja dusza znów jest w jednym kawałku.

— Prawie. – Tom przybliżył się do niego trochę, przesuwając wzrokiem po jego ustach. Harry oblizał je instynktownie, gdy kciuk Toma pogładził jego policzek. – W końcu gdy się kogoś kocha, daje mu się cząstkę swojej duszy, czyż nie?

— Jestem całkowicie pewien, że powinno się rozumieć to metaforycznie – szepnął Harry. Dotyk Toma nie był równie gorący, co Potwora, ale też nie tak lodowaty, jak Bestii. Wydawał się po prostu normalny.

A jednak spowodował u niego gęsią skórkę.

— To samo mówiłeś o daniu mi swojego serca. – Druga dłoń Toma spoczęła na jego biodrach, przyciągając go do siebie. – Powiedz, wciąż je mam? Twoje serce?

Harry podniósł się na palcach i zmiażdżył ze sobą ich usta, ściskając palcami włosy mężczyzny.

Oddech Toma owinął się wokół jego warg, a jego głowa przechyliła, aby pogłębić pocałunek. Kciukiem przyciskał staw żuchwowy Harry'ego.

Druga dłoń Harry'ego zacisnęła się na plecach Toma, marszcząc drogi materiał jego garnituru.

Odsunął się, pozbawiony tchu, z zaczerwienionymi i śliskimi od pocałunku ustami.

Źrenice Toma pochłonęły jego oczy czernią niemal przypominającą oczy Potwora. Były też nieco zaszklone.

— Czy to znaczy „tak"?

— To znaczy, że poświęciłem zbyt wiele, aby pozwolić ci teraz odejść – oznajmił Harry. – Na dolę i niedolę.

Ku jego zdumieniu, uśmiech Toma się powiększył. Mężczyzna pochylił się i pocałował jego szyję, po czym mocno ją ugryzł. Po kręgosłupie Harry'ego przebiegł gorący dreszcz, gdy ten stłumił jęk, mocniej się mężczyzny chwytając.

Tom złagodził językiem ten chwilowy ból.

— Wygląda w takim razie na to – stwierdził Tom – że powinienem zmienić swoje pytanie.

— Ach tak? – Harry przyglądał się mu uważnie, niemal spodziewając się dojrzeć błysk ostrych jak brzytwa zębów. Wręcz śmieszne było, że Tom wciąż roztaczał wokół siebie aurę kogoś, kto w mgnieniu oka byłby w stanie wyrwać człowiekowi płuca… choć może Harry był po prostu uprzedzony. Zważywszy że wiedział, jakie życie wcześniej wiedli.

Tom pocałował znajdującą się na jego czole bliznę, po czym się wyprostował.

— Dasz mi szansę, abym i ja cię w sobie rozkochał?

Harry nie powinien się uśmiechnąć. Ale zupełnie nie udało mu się przed tym powstrzymać, choć i tak udawał, że się nad tym głęboko zastanawia.

— Mam wrażenie, że chyba powinienem zatrudnić kilku płatnych zabójców lub coś w ten deseń, żeby, no wiesz… wyrównać trochę swoje szanse.

Tom roześmiał się.

I tym razem nie zrobił tego głosem należącym do kogoś innego.

Koniec.


Z żalem przychodzi mi rozstanie się z tym ficiem i wszystkimi występującymi w nim wariantami Toma - ale też cieszę się ogromnie, że mogłam przedstawić Wam w końcu ostatni rozdział tego tłumaczenia. Serdecznie dziękuję za Wasze wsparcie w postaci komentarzy, które bez wątpienia napełniało mnie wielkim przekonaniem, że to tłumaczenie nie poszło na marne. Dziękuję za czas, jaki poświęciliście na napisanie choćby kilku słów - naprawdę niezmiernie je doceniam.

Wielkie podziękowania należą się też Disharmonie, która tak niesamowicie dzielnie towarzyszyła mi przy tworzeniu tego tłumaczenia i poprawiała wszystkie robione przeze mnie błędy. Kochana, dziękuję z całego serca za poświęcony przez Ciebie czas, za stawanie na głownie, by zdążyć z moimi terminami. Nie mogłabym wymarzyć sobie lepszej bety :).

Niektórzy mogą być pewnie ciekawi "co dalej". Nic konkretnego nie jestem jednak w tej chwili na ten temat powiedzieć. Na chwilę obecną moim priorytetem będzie dokończenie różnych rozpoczętych już ficów, które (niektóre nawet od lat!) czekają cierpliwie, aż się nimi zajmę. Dopiero kiedy to będę miała z głowy, zajmę się czymś nowym. Wydaje mi się, że konwencja przetłumaczenia całego fica wcześniej i dopiero później publikacji jego rozdziałów w bardzo małych odstępach czasu przypadła Wam do gustu, więc może w przyszłości znów się na coś takiego zdecyduję. Najlepiej dajcie znać, co Wy o tym sądzicie - bo bez wątpienia mniejsze oczekiwanie na rozdziały wiąże się z dłuższym oczekiwaniem pomiędzy jednym ficiem a drugim.

Na moim chomiku pojawią się niedługo "Przeklęte pocałunki" do ściągnięcia w formacie pdf. Możecie tam znaleźć również resztę moich skończonych już tłumaczeń.

A dla zainteresowanych fanartami do "Przeklętych pocałunków" - ffnet uniemożliwia, niestety, publikację linków, ale większość z nich znaleźć można na moim tumblru (panna-mi - dokładny link w moim profilu) pod tagiem kisses-cursed lub przeklęte-pocałunki.

I, oczywiście, zachęcam jak najbardziej do komentowania tego fica - bez względu na jego status "Complete" i ilość czasu, jaka minęła od publikacji tego ostatniego rozdziału. Zawsze miło widzieć, że nawet po latach kogoś moje tłumaczenie dalej interesuje ;)