Rozdział 7. Niepokonany.

"Wielka księga miłosnych zaklęć" nie była wielka tylko z nazwy. Zajmowała prawie cały blat stołu do pracy w sypialni Pana Mrocznego Zamku. Normalnie zajmował się takimi lekturami w bibliotece lub gabinecie, ale od kiedy dał Harry'emu świstoklik wolał być na miejscu, gdyby chłopak się pojawił.

Przeglądał dział o miksturach do lubrykacji szukając czegoś nowego na spotkanie z Harrym. Jednak nie mógł się skupić. Przez cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień załatwiał różne pilne sprawy i uznał, że zasłużył sobie na trochę samolubstwa. Ale w głowie wciąż dźwięczały mu wczorajsze słowa Harry'ego: "że już na niczym mu nie zależy, że ma znowu być sobą..."

Harry mówił ostro nie bawiąc się w półsłówka. Niestety miał rację. Lord spojrzał na księgę. Nie tym powinien się zajmować. Był Czarnym Panem - powinien przejmować władzę nad światem a nie tylko myśleć o seksie. Jak to powiedział Harry? "Pokonać Dumbledore'a, zniszczyć Ministerstwo, wybić mugoli..."

Wypisał to na pergaminie, który wziął dla zrobienia notatek. Hmm, tak... Harry wystarczająco wyraźnie powiedział co myśli o ostatnim punkcie - wykreślił go.

Zatem pierwszy: pokonać Dumbledore'a.
Dopóki dyrektor był w szkole był poza zasięgiem. Jak go wywabić? Przypomniał sobie, jak przy pierwszym "porwaniu" zaproponował Harry'emu, żeby podsunąć dyrektorowi, gdzie go ukrywa...
Na samą myśl o reakcji Harry'ego dzwoniło mu w uszach a potem przed dwa dni... i noce za każdym razem gdy się do niego zbliżał - chłopaka bolała głowa.

Harry nie chciał brać udziału w ich konflikcie. Wciąganie go w to nie przyniesie nic dobrego.

Zatem, nie. Harry jako przynęta prawdziwa, czy fałszywa zdecydowanie odpadał. Ale jest inny sposób, by Starca ściągnąć. Na pewno się nie oprze okazji złapania i/ lub zabicia samego Voldemorta, przy tej okazji może też załatwić kilku Aurorów - co mu pomoże i przy drugim punkcie...

Nagle poczuł łaskotanie magii. Tylko jedna osoba mogła się tu zjawić, bez uprzedzenia. Harry chyba chciał, żeby zamiast niego zajął się swoimi planami? W porządku, bardzo zajęty udawał, że go nie zauważył. Chłopak bezszelestnie podszedł do stolika i zajrzał przez ramię do czytanej przez niego księgi.

- Tłuszcz ze szcuroszczetów? Fuj! Po co komuś mikstura z czymś takim?

- To składnik lubrykantów, dodaje kremom miękkości i jedwabistości. - Odpowiedział szczerze.

Oj, zły pomysł.

Harry zmrużył oczy i wyraźnie zaczynając być coraz bardziej zły pokręcił głową.
- Nigdy więcej... - zaczął ostro, ale nie dokończył, bo usta zamknął mu pocałunek.

Kiedy złapał oddech, nie był już taki zły. Voldemort nie wypuścił go z objęć śmiejąc się z jego miny.
- Żartowałem Harry. Nic takiego bym w życiu nie użył. - Wzruszył ramionami niemal przepraszająco, chowając swoje notatki do księgi i zamykając ją (okładką do dołu) i odsyłając do gabinetu. Już poważniej dodał. - To nie jest twoja sprawa, kochanie.

Harry pokiwał głową ze zrozumieniem. Jego kochanek coś knuł. Nareszcie! Też się do niego uśmiechnął.

Czarny Pan przytulił go mocniej i jeszcze raz ucałował. Potem głęboko odetchnął, szczęśliwy, choć także zaniepokojony. - Nie spodziewałem się ciebie tak szybko. Tak... bardzo... się... cieszę... - Przy każdym słowie go całował ale zaraz odsunął się patrząc z uwagą. Jednak był zaniepokojony. - Czy coś się stało, że tu jesteś?

Harry zaczął lekko wydymając usta, udając że się dąsa. - Masz coś przeciwko? Mogę sobie pójść. - Ale szybko spoważniał. - Nie wiem, czy będę mógł tak często do ciebie przychodzić.

Jego kochanek spochmurniał i przyciągnął go mocniej do siebie.
- Obiecałeś. - Powiedział tylko to jedno słowo: gorzko, z wyrzutem.

Harry westchnął ciężko i oparł głowę na ramieniu mężczyzny, tak by nie widział jego oczu.
- W Domu zauważono, że często znikam, ktoś może się tym bardziej zainteresować i jeszcze zaczną mnie śledzić, czy coś. Nie powinniśmy tak ryzykować... - Znowu westchnął. - Gdybym miał jakiś wiarygodny powód by się wymykać... Nikt nie uwierzy, że aż tyle się uczę... sam... nie jestem geniuszem...

Poczuł jak Voldemort spina się i nieruchomieje. Chyba zaczął coś planować. Za wcześnie. Harry uniósł głowę i potrząsnął nią, jakby chciał pozbyć się złych myśli, uśmiechnął się dzielnie patrząc na niego i zaczął całkiem już poważnym tonem.

- Nie myślmy o tym. Na razie w szkole są ciekawsze plotki. - Na pytające spojrzenie wyjaśnił. - Draco był ze mną, kiedy mnie porwano. Wszyscy uważają, że maczał w tym palce. Podejrzewają jego i jego ojca. - Zacmokał kręcąc głową. - Mogą mieć kłopoty.

Czarny Pan się zasępił. Malfoy był jednym z najlepszych jego sług. Niedobrze byłoby, gdyby był spalony.
- Może gdyby młody Malfoy oficjalnie pokazał, że jest po twojej stronie? - Kombinował.

Harry uwolnił się z jego ramion i usiadł w pustym fotelu.
- Jasne. - zaczął z kpiącym uśmiechem. I poważniejąc, uzupełnił: - Wszyscy wiedzą, że Malfoy mnie nienawidzi, z wzajemnością. W życiu nic takiego nie zrobi. Nawet gdyby ojciec mu groził pobiciem.

Zamyślone spojrzenie i szeroki uśmiech.
- To bardzo dobry pomysł, Harry. - Harry zrobił krzywą minę i rozłożył ręce. "Nic nie rozumiem". - Lucjusz w stroju Śmierciożercy zaatakuje Draco. To pokaże, że chłopak nie jest po mojej stronie.

- A jak niby Draco pokona Śmierciożercę? To tylko zwykły dzieciak. I to ma być wiarygodne, że Śmierciożerca go zaatakuje a potem zrezygnuje, bo się wystraszy - czego niby?

- Bo nie zrezygnuje bez powodu. - Tryumfalny uśmiech i wskazanie palcem w stronę Harry'ego. - Ty mu pomożesz!

- Jasne, już lecę. Pokaż gdzie mam startować.

- Harry... - Voldemort się nastroszył i ostrzegawczo zmarszczył brwi.

Harry tylko się roześmiał. Radośnie i szczerze. To naprawdę było zbyt łatwe.

Czarny Pan jeszcze bardziej się zmarszczył. - To nie jest śmieszne. Ten plan jest idealny. Pokaże, że obaj jesteście za sobą... i przeciwko mnie.

Chłopak roześmiał się jeszcze bardziej.
- Za sobą... Może jeszcze ze sobą. Weźmiemy się za rączki i odmaszerujemy razem w lepsze jutro.

Słysząc jego sarkazm Voldemort skrzywił się ale zaraz potem się rozjaśnił, wpadłszy na nowy pomysł. Harry natychmiast spoważniał i ostro zaczął protestować.
- O nie. Nawet nie ma mowy. Nie będę udawał, że jestem z Malfoyem. - Machnął lekceważąco ręką. - Zresztą nikt w szkole w to nie uwierzy. Cały czas lata za dziewczynami, nigdy nikogo nie przekonamy, że jest gejem.

- Jakbym myślał, że jest gejem to nigdy bym mu nie pozwolił się do ciebie zbliżać. - Przysunął się, robiąc przymilną minkę. - Będziesz mógł znikać, kiedy tylko zechcesz, żeby się ze mną spotykać. - Nachylił się przesuwając dłońmi po rękach Harry'ego od ramion do nadgarstków, aż splótł ich palce. - Nikt z gryfonów nie będzie sprawdzał, co robicie z Malfoyem. - Harry na to prychnął a właściwie fuknął ze złością ale nie odsunął się od kochanka, który uznał to za znak, że da się przekonać.

- Jak się postarasz to na pewno wszystkich przekonasz. Możesz wszystko, Harry, - Czarny Pan jednym ruchem poderwał go z fotela i przyciągnął do siebie. - W końcu mnie do siebie przekonałeś. - Wyszeptał mu prosto w usta popychając w stronę łóżka.

Harry uznał, że dalsze protesty będą zbyt podejrzane i z westchnieniem poddał się, oplatając ramionami jego kark. Tak naprawdę właśnie tego pragnął i także po to przyszedł. Żeby z nim być. Potarł ich nosy w eskimoskim pocałunku.
- Kocham cię, ty draniu, ale za to będziesz mi dłużny i to naprawdę poważnie... - Wyszeptał zanim zagarnął jego usta.


Przed świtem Harry'ego obudziły delikatne pocałunki, kiedy zaczął odpowiadać Voldemort oparł czoło o jego i cicho, smutno powiedział.
- Powinieneś już iść. Zaraz skrzaty zaczną wstawać i chodzić po szkole. - Harry tylko westchnął nie poruszając się, ale po chwili przeciągnął się i po lekkim całusie zaczął wstawać. Rozejrzał się za swoim ubraniem, jednak widząc plątaninę szat porozrzucana wokół łoża poddał się i po prostu przywołał je do siebie i zaczął nakładać.

Czarny Pan oparł się na łokciu obserwując go.
- Wiesz, że to dobry pomysł. - Nawiązał do wczorajszej rozmowy.

- Tak, wiem. - Harry uśmiechnął się pod nosem. - Postaram się to jakoś uzgodnić z Malfoyem. - Obejrzał się na kochanka unosząc kącik ust. - Ale ty będziesz mi to musiał wynagrodzić. - Marudnie wydął usta.

- Nic nie musisz z nim uzgadniać, po prostu powiem jego ojcu, że mają tak zrobić.

Harry zrobił zamyśloną minę. - Lepiej nie. - Pokręcił głową. - Im więcej osób wie, tym więcej może coś wygadać. Lepiej jak ustalę to z młodym. Niech Lucjusz myśli, że ma tylko zaatakować syna, żeby uratować jego reputację a ja zupełnym przypadkiem się wtrącę. Lepiej żeby i on uwierzył, że naprawdę się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. - Wstrząsnął się z obrzydzeniem wymawiając ostatnie słowa.

- Dlaczego tak nie lubisz młodego Malfoya? - Voldemort był wyraźnie zaintrygowany i zdziwiony.

- Bo to wredny mały gnojek, który mi zatruwał życie, kiedy tylko mógł. - Harry odparł bez wahania. Wstał skończywszy się ubierać, nałożył i poprawił szatę.

Voldemort też wstał i przysunął się obejmując go od tyłu. Wsunął mu ręce pod szatę i nachylił do jego ucha.
- Wynagrodzę ci to, - szeptał kusząco przesuwając usta po jego małżowinie.

Harry odprężył się opierając o niego i westchnął rozkosznie, ale zaraz wysunął się z jego objęć.
- Masz rację, muszę iść. - Powiedział ze smutnym uśmiechem i złożył usta, posyłając mu pocałunek.
Jednocześnie przekręcił pierścień.

Tym razem na szczęście trafił od razu na miejsce.


Następne kilka dni minęło niemal niepostrzeżenie. Harry co prawda nie spodziewał się, żeby ich plan tak szybko doszedł do skutku jednak kiedy spotykał Malfoya, rzucał mu dyskretnie pytające spojrzenia. Ślizgon równie dyskretnie leciutko kręcił przecząco głową. Harry więc dalej sobie spokojnie żył i się uczył.

Trochę tęsknił za swoim ukochanym ale ten miał jakieś swoje plany więc Harry nie chciał mu przeszkadzać. Był naprawdę zaciekawiony, co też jego Czarny Pan wymyślił i czekał na informacje w Proroku, lub od Zakonu.
W końcu się doczekał, choć nie była to informacja, na jaką byłby gotowy.


Kiedy kolejnego dnia stawił się na kolacji zobaczył zadowolone twarze wszystkich uczniów a gryfonów w szczególności. Ciekawe, co się mogło stać - może Dumbledore odwołał egzaminy? Spojrzał na stół nauczycielski - ani Dumbsa ani Snape'a nie było. To już go nieco zaniepokoiło. Podszedł do stołu i opadł ciężko na miejsce obok Rona.

- Co się dzieje przyjacielu, że taka radość dookoła? - Zagaił nieco pompatycznie - uznał, że skoro ma być z Malfoyem powinien nieco podciągnąć się w eleganckiej konwersacji. Ron przez chwilę gapił się na niego mrugając, wreszcie załapał sens i odpowiedział.

- Zakon rozwalił Sam Wiesz Kogo! - Rudzielec wyszczerzył się radośnie. Harry'ego zamurowało, kilka razy otworzył usta jak ryba, zanim wychrypiał.

- Co?

- Śmierciożercy napadli na jakiś posterunek Aurorów na prowincji i zaczęli walczyć z nimi - ci ściągnęli posiłki, no to Śmierciożercy tak samo i pojawił się Sam Wiesz Kto. Przez chwilę nawet nasi przegrywali ale wtedy przyleciał prawie cały Zakon z dyrektorem i wszyscy zaczęli walić w Sam Wiesz Kogo zaklęciami. Padł jak ścięty ale zanim Dumbledore do niego dotarł jego sługi go porwali i wszyscy zniknęli.

Harry zrobił się blady jak ściana. Ron natychmiast pośpieszył go uspokoić.
- Nie martw się Harry, podobno zanim go zabrali to już nie dychał i był cały we krwi. Na pewno już po nim. Nareszcie będziesz bezpieczny.

Harry podniósł się sztywno zza stołu i wyjąkał, jakby z trudem zbierając słowa.
- Ja... ja muszę iść... muszę zapytać... - Spojrzał na stół profesorów. Snape na pewno coś wie. Kiedy już wstał nabrał tempa i biegiem ruszył do drzwi a potem coraz szybciej popędził do lochów.

Walił pięściami w drzwi do komnat Mistrza Eliksirów ale nikt mu nie odpowiedział. Dyrektor! On na pewno wie a może Snape jest u niego. Szybko popędził w górę schodów. W biegu rzucił hasło, przeskoczył schody w kilku krokach i bez pukania wpadł do gabinetu.

Dumbledore siedział za stołem, nie tak radosny jak uczniowie. Dobry znak. Harry zatrzymał się i zgiął wpół opierając dłonie o kolana i próbując złapać oddech. W końcu udało mu się odezwać.
- Dyrektorze. Co.. się stało...? - Musiał przerwać na chwilę. - Co z Voldemortem? - Patrzył uważnie na starego czarodzieja próbując wyczytać z jego twarzy stan sytuacji.

Dyrektor ze smutkiem pokręcił głową.
- Niestety obawiam się, że nie jest tak dobrze, jak mówią plotki. Voldemort nam uciekł a przed chwilą wezwał profesora Snape'a. On żyje Harry i jest wystarczająco przytomny i silny.

Chłopak opadł na fotel, wciąż trupioblady ale już spokojniej łapał powietrze. Po chwili wstał i wziąwszy kolejny głęboki oddech odezwał się powoli, słabym głosem.
- Nie czuję się dobrze, profesorze. Ta cała sytuacja... - Pokręcił głową i spojrzał prosząco. - Niedobrze mi i słabo, czy mogę wziąć zwolnienie z zajęć? Muszę odpocząć i się uspokoić.

- Oczywiście, mój chłopcze. To zrozumiałe. Wiem, że pewno już miałeś nadzieję, że to koniec ale Voldemort znowu nam uciekł.

Harry opuścił wzrok, by Dumbledore nie widział jego oczu. W tej chwili naprawdę nienawidził Starca. Cicho szepnął.
- Czy mogę iść, profesorze? - I dodał jeszcze. - Przepraszam, że tak tu wbiegłem, ale chciałem wiedzieć... - Dyrektor lubił gdy był grzeczny i przepraszał.

- Tak, oczywiście. Możesz iść Harry. Powinienem sam ci o tym najpierw powiedzieć, ale to działo się tak szybko - nie pomyślałem... Idź chłopcze, idź, odpocznij sobie.

Nie podnosząc głowy Harry odwrócił się i wyszedł spokojnym, zrezygnowanym krokiem. Jednak po schodach zszedł już dużo bardziej energicznie a na korytarzu znowu zaczął biec, coraz szybciej aż wpadł jak burza do Pokoju Życzeń, gdzie nie czekając aż drzwi za nim się zamkną nałożył swój pierścień i przekręcił.

Powinien od razu tak zrobić zamiast marnować czas na rozmowy z dyrektorem, tylko, że wtedy zaczęliby go szukać i zadawać pytania.


Kiedy Harry przeniósł się do sypialni w Mrocznym Zamku znowu ledwo dyszał. Na łóżku leżał jego ukochany, miał przymknięte oczy i oddychał ciężko i chrapliwie. Gdy Harry się pojawił - powoli i z trudem otworzył zasklepione krwią powieki. Zresztą cały był pokryty krwią. Harry miał tylko nadzieję, że nie cała była jego.

Podszedł powoli i przysiadł na łożu wyciągając dłoń, by go dotknąć, ale ręka mu opadła. Obawiał się, że mógłby sprawić mu ból. Rozejrzał się po pokoju. Na stoliku stała taca z eliksirami, ale nie było ani śladu Snape'a. Voldemort domyślił się, o co chce zapytać i wyświszczał.
- Snape został w salonie, sam wziąłem te eliksiry i tu przyszedłem.

Harry aż otworzył szeroko oczy, zaskoczony i wstrząśnięty.
- A co mu jest, że nie może się tobą dobrze zająć? - Zrobił wściekłą minę. - Zaraz ja sam się nim zajmę. - Chciał wstać, ale Voldemort wyciągnął rękę i oparł na jego.

- Zostaw, ja sam. - przymknął oczy, zmęczony a jego dłoń zsunęła się na przykrycie zostawiając krwawy ślad.
- Wiedziałem, że tu przyjdziesz i zabroniłem mu. - Otworzył oczy i próbował się uśmiechnąć. - Ty... tylko ty... możesz tu wejść.

Harry'ego znowu zatkało.
- Ojejku, to takie urocze... - uśmiechnął się słodko, niebezpiecznie słodko, po czym błyskawicznie spoważniał i marszcząc brwi wrzasnął. - Czy ci bogowie rozum odebrali? Rezygnujesz z opieki bo twój Severus może mnie tu zobaczyć? I co się stanie? - Uspokoił się i już normalnym, choć wciąż gniewnym tonem dokończył. - Może najwyższy czas żeby się dowiedział. Chyba przez te lata udowodnił ci już, że umie dochować tajemnicy?

- Nie. - Padła krótka stanowcza odpowiedź. Harry tylko pokręcił głową i westchnął wzniósłszy oczy do nieba. Wiedział jednak, że dyskusja nie ma sensu - jak ten się na coś uprze, nie ma szans by go przekonać.

Chwyciwszy tacę z eliksirami szybko je przejrzał. Najpierw podał mu te najogólniejsze, doustnie. Kiedy Voldemort przestał już wyglądać jakby miał rozpaść się na jego oczach, jednym zaklęciem wyczyścił krew z niego i ubrań oraz pościeli i ściągnął poszarpane resztki ubrań.

Teraz dopiero zobaczył, jak bardzo był cały poparzony, poobijany i pocięty - właściwie całe jego ciało było jedną raną. Harry westchnął i otworzył resztę słoików po czym zaczął smarować jego skórę maściami i balsamami. Najpierw ręce i nogi potem ramiona, plecy, brzuch. Obrażenia, rany i siniaki znikały pod jego dotykiem.

Zanim dotarł do jego bioder Czarny Pan czuł się już na tyle dobrze, że sam zaczął jego dotykać, próbując zmienić proces uleczania w sesję pieszczot. Harry tylko strzepnął jego ręce sycząc ze złością i szybko dokończył. Odstawił puste fiolki na tacę i podniósł się odkładając ją na stolik.

Potem stanął naprzeciwko niego opierając ręce na biodrach, wciąż wyglądając na rozzłoszczonego.

Najwyraźniej jeszcze z nim nie skończył. Voldemort westchnął cierpiętniczo, ale naciągnął czystą szatę i usiadł na krawędzi łoża, czekając na kolejną tyradę - rozłożył ręce, wskazując Harry'emu, że może zaczynać.

Chłopak zmrużył oczy, znowu prychnął ze złością... i zaczął.

- Czy cię, do cholery do końca pogięło?! Żeby samemu pchać się na rajd i to na posterunek Aurorów? Życie ci niemiłe?

- Mówiłeś, żebym coś zrobił i że mam być drapieżnikiem, nie myszą. - Zdecydowanie urażony ton i jeszcze na koniec wydęcie warg.

Harry'ego tego dnia już kolejny raz na chwilę zatkało. Jak dziecko, cholera, jak dziecko!
- Czy ja coś mówiłem, że masz to robić osobiście? Jesteś Panem, masz przewodzić, planować. A nawet jakbym coś takiego powiedział, to nie musisz od razu tego robić, masz swój rozum. Jakbym ci powiedział, żebyś zwalił sobie sufit na łeb, to też byś to zrobił? - Harry nakrył twarz rękami a potem powoli przeciągnął je po włosach aż oparł na karku, westchnął ciężko. Merlinie ratuj. Spojrzał ostro. - Jesteś mężczyzną, czy nie?! - znowu wrzasnął.

Voldemort miał już tego dość. Może i zawalił akcję ale nie był aż taką sierotą.
- Zamknij się! - A co, on też mógł wrzeszczeć. Harry jeszcze bardziej zmrużył oczy i powoli wciągnął powietrze, ale Czarny Pan nie czekał na jego słowa, sam kontynuował. - Nie traktuj mnie jak dziecko. Sam wiem, co mam robić. Nie musisz na mnie wrzeszczeć i pouczać. - Mówił coraz wolniej i ciszej. Jak Harry się obrazi, to sobie pójdzie i szybko nie wróci.

Tymczasem Harry, który już otworzył usta - zamknął je aż trzasnęły zęby. Po czym niespodziewanie uśmiechnął się - szeroko. Szybko podszedł i pochylając się objął Voldemorta, popychając go z powrotem na łoże, warknął wywołując u niego przyjemny dreszcz. Pocałował go zachłannie. Voldemort odpowiedział równie namiętnie i szybko przekręcił ich kładąc się na Harrym i dociskając jego dłonie do materaca.

Chłopak przymknął oczy i westchnął, teraz już wreszcie spokojnie i z ulgą. Otworzył oczy patrząc na niego z miłością i troską, po czym uwolnił jedną z rąk i oparł o jego policzek. - Nie strasz mnie tak, nie mogę cię stracić. - Patrzył uważnie, nie spuszczając z niego oczu.

Voldemort wtulił twarz w jego dłoń, a potem ucałował ją i sam objął twarz Harry'ego.
- Nigdy więcej.

- Nigdy więcej. - powtórzył Harry, przyciągając go jak najbliżej.


Czekający w pokoju obok Severus słysząc krzyki Pottera uspokoił się. Jeżeli chłopak wrzeszczy zamiast załamywać ręce to znaczy, że z Czarnym Panem nie jest aż tak źle. Wcześniej trochę się niepokoił, bo Voldemort nie pozwolił mu się nawet obejrzeć tylko chwycił tacę i zamknął się w sypialni.

Kiedy krzyki przeszły w szepty, westchnienia i jęki uśmiechnął się już zupełnie uspokojony. Wszystko będzie dobrze.

Czas wrócić do zamku i poinformować dyrektora, że jego wróg znowu wymknął się śmierci, a co więcej już z nim wszystko w porządku. Zrobił ponurą minę i aportował się na drogę przed bramą do szkoły. Szkoda, że on też nie może aportować się do środka, jak Potter i Czarny Pan. Z ciężkim westchnieniem otworzył bramę i powoli ruszył w stronę szkoły. Ta konieczność chodzenia na piechotę była naprawdę denerwująca.

Może powinien aportować się do Malfoyów i stamtąd kominkiem do siebie. Głupi idiota! Podsumował sam siebie. Idąc był coraz bardziej zły i ponury. Na pewno wywoła na dyrektorze odpowiednie wrażenie - że to ozdrowienie Czarnego Pana rozczarowało go i załamało.


Po kilku godzinach Harry był już zupełnie rozluźniony i ze spokojem mógł porozmawiać o fiasku planów swojego kochanka. Oparł się o niego wygodnie i zapytał.
- No to powiedz mi, co zaplanowałeś i co poszło źle.

Voldemort się skrzywił. To był naprawdę świetny plan!
- Wysłałem grupkę Śmierciożerców na przynętę, Aurorzy wezwali posiłki i myśleli, że ich zgniotą. Wtedy to pojawiłem się tam z resztą naszych i zaczęliśmy ich szatkować. Naprawdę szło nam świetnie...

- ...Aż się rypło... - Wtrącił Harry. Jego ukochany westchnął i jeszcze bardziej się skrzywił, drapiąc się po głowie.

- Wtedy pojawił się Zakon... I Dumbledore.

- A ty nie mogłeś tego przewidzieć? - Harry był autentycznie zdziwiony, aż się uniósł by spojrzeć mu w twarz.

Voldemort obrażony zadarł nos.
- Oczywiście, że to przewidziałem. - Opuścił wzrok i schował głowę w ramiona, pocierając nos palcami. - Oni mieli walczyć ze Śmierciożercami a ja bym załatwił Starca... - Ucichł na chwilę.

Harry odczekał kilka sekund, a potem sam dokończył.
- Ale zamiast tego wszyscy zaczęli rzucać zaklęciami w ciebie, aż padłeś i musieli cię aportować z pola walki.

- Upadłem, bo się potknąłem. - Voldemort próbował ratować honor ale Harry tylko pokręcił głową i skrzywił się z powątpiewaniem. Lord westchnął i przyznał się. - No dobra, powalili mnie i niemal straciłem przytomność. - Zaraz jednak uniósł głowę i się wyprostował. - Skąd miałem wiedzieć, że nie będą grać fair? To Jasne owieczki - nie powinni rzucać się wszyscy na jednego.

Harry tylko zacmokał.
- Jesteś największą plagą jaką zna ich świat. Naprawdę myślałeś, że będą grać fair? - Voldemort wzruszył ramionami. Harry westchnął kręcąc głową i z powrotem położył się wtulając w jego ramiona. - Nie ryzykuj więcej. Masz swoje sługi, niech oni walczą. Ty ruszaj tylko, kiedy faktycznie jesteś na sto procent pewien powodzenia. - Uniósł twarz znowu patrząc mu w oczy. - Obiecaj mi. - Powiedział miękko ale stanowczo.

Lord z powagą skinął głową i przytulił go mocniej, wtulając twarz w jego włosy. Wciągnął ich zapach a potem uniósł twarz.
- Obiecuję. Zawsze będę bezpieczny - nie zostawię cię. - Powiedział równie miękko i stanowczo. Dobrze wiedział, dlaczego Harry jest tak zdenerwowany. Zbyt wiele osób wokół niego, zbyt wielu ludzi, którzy go kochali zginęło.

Harry westchnął uspokojony i ułożył się wygodniej. Może powinien już wracać do szkoły ale nie dbał o to, potrzebował Voldemorta a ten potrzebował jego. Po chwili oddychał już równo i spokojnie, zapadając w sen. Czarny Pan szybko poszedł w jego ślady.