Rozdział 16. Powiedz mi wszystko.
Wydostawszy się wreszcie ze szponów swojej przyjaciółki, która wczepiała się w niego jak kleszcz zawodząc na temat: "jak mogłam dostać tak Nędzne oceny" i jeszcze na bis:"Jak ty mogłeś dostać lepsze, a nawet prawie najlepsze?" Harry szybko uciekł na ślizgońską stronę korytarza.
Uznał, że jedynym sposobem by jej umknąć jest trzymanie się Malfoya, takie towarzystwo na pewno ją zniechęci.
Tyle że kiedy już dotarł do Ślizgona okazało się, że trafił z deszczu pod rynnę. Draco powitał go bowiem słowami:
- Jak mogłeś, Potter? Jak mogłeś tak do mnie powiedzieć! - Był święcie oburzony i jak wskazywało nazwanie go znowu "Potterem" zraniony, zraniony głęboko.
Harry przez chwilę próbował dociec, o co mu chodzi? W końcu uznał, ze prościej zapytać.
- Co ci powiedziałem?
Draco rzucił mu kolejne posępne spojrzenie pod tytułem: "dobrze wiesz", ale łaskawie wyjaśnił.
- Nazwałeś mnie idiotą.
O bogowie, kolejna primadonna. Spróbował więc sposobu, który zwykle działał na wszystkich, w tym i na Voldemorta.
- Ależ Draco, nie nazwałem cię idiotą. Nie nazwałbym cię tak, bo to nie jest prawdą. Po prostu użyłem słowa, które wiedziałem, że zwróci twoją uwagę. - Patrzył mu prosto w oczy, a szczerość aż biła z każdego jego słowa.
Chłopak przez chwilę przyglądał mu się uważnie, podejrzliwie i w końcu się rozpogodził.
- W porządku, wybaczam ci. - Pociągnął nosem. - Tylko nie mów tak więcej. To było przykre.
Harry przewrócił oczami (w myślach) wciąż utrzymując poważną, szczerą twarz, odparł stanowczo, chociaż teraz dodał też nutę niedowierzania.
- Przecież to oczywista nieprawda. Jak mogłeś uznać, że mówię serio? - Skrzywił się. - To przykre, że tak o mnie myślisz.. - Odwrócił kota ogonem, jeżeli Draco chce się tak bawić, to niech teraz sam go przeprasza.
Ślizgon osłupiał, wpatrując się z Harry'ego z niedowierzaniem. Najwyraźniej nikt jeszcze do tej pory nie ośmielił się mieć jakichkolwiek uwag do jego zachowania. Harry patrzył wyczekująco, z lekkim uśmieszkiem, unosząc brew i Draco nagle cały się zaczerwienił, otworzył usta chyba chcąc się odezwać, ale tylko złapał powietrze.
Na jego szczęście w korytarzu właśnie zjawiła się McGonagall oszczędzając mu upokorzenia.
Widząc ulgę na twarzy chłopaka, Harry nie mógł zareagować inaczej niż ze śmiechem objąć jego ramiona i popchnąć w stronę wejścia do klasy.
Rumieniec zawstydzenia zmienił się w rumieniec szczęścia i Draco uśmiechnięty jak słoneczko z błyszczącymi oczami triumfalnie wszedł do środka a kiedy Harry chciał go zostawić i iść na swoje miejsce obok Rona pociągnął go za rękę.
- Może usiądziemy razem?
To szczęście i nadzieja na jego twarzy trochę wystraszyły Harry'ego, jednak spojrzawszy na miejsce po drugiej stronie Rona, gdzie Hermiona ciągle prychała i mamrotała pod nosem zdecydował, ze jednak ta opcja jest lepsza i odpowiedziawszy uśmiechem poszedł za nim do ślizgońskich stołów.
O dziwo, Ślizgoni nie mieli nic przeciwko niemu i swobodnie rozmawiali z Harrym jak z jednym ze swoich - gdy profesor pozwalała na to (albo gdy patrzyła w drugą stronę) - chociaż może i nie dziwo: widać "Lord Malfoy" trzymał ich na krótkiej smyczy.
Za to przez całe zajęcia czuł na plecach ostre spojrzenia gryfonów szczególnie Hermiony, a myślał, ze przyjaciółka nie ma nic przeciwko jego "związkowi" z Draco, tymczasem Ron, który się tak burzył, teraz nie miał pretensji. Westchnął w duchu, nie wątpił, ze dziewczyna wyjaśni mu dokładnie i szczegółowo o co jej chodzi podczas lunchu.
Aż mu się odechciewało jeść na samą myśl o jej marudzeniu.
Hermiona była bardzo wyczulona na niesprawiedliwość, co prawda kiedy Snape jego dołował a ona sama miała dobre oceny reakcja nie była aż tak silna. Ale dzisiaj, to że on dostał dobre oceny, a ona Nędzne na pewno jeszcze podsyci jej gorycz (chociaż w życiu się nie przyzna, że o to jej chodzi - chce tylko sprawiedliwości!).
Harry szczerze ją kochał jako przyjaciółkę, ale czasem naprawdę zastanawiał się dlaczego. Dziewczyna bywała nie do wytrzymania.
W połowie zajęć z transmutacji do drzwi zastukał jakiś pierwszoroczny Ślizgon i wielce przejęty, patrząc z uwielbieniem na Draco, poinformował, że dyrektor chce go natychmiast widzieć, a potem takie samo spojrzenie skierował na Harry'ego, dodając, że pana Pottera też i podał mu kartkę z hasłem.
McGonagall chrząknęła, próbując zwrócić na siebie uwagę dzieciaka.
- Panie Green. - rzuciła ostro i sucho. - Mały speszył się i spojrzał na nią ale na widok jej miny opuścił wzrok, czując, że czeka go reprymenda. - Takie informacje należy przekazywać profesorowi prowadzącemu zajęcia, a nie uczniom.
Mały Green się zaczerwienił:
- Przepraszam, pani profesor.
McGonagall z surową miną pokręciła głową.
- Może pan odejść.
- A- ale dyrektor... - Wyraźnie zdenerwowany uczeń zaczął się jąkać, jednak nie chciał po prostu wyjść. - O- on p-powiedział... - Spojrzał błagalnie i płynnie dokończył. - Że to pilne i mają natychmiast przyjść. - Po czym uciekł z klasy na korytarz.
Profesor spojrzała na nich pytająco marszcząc brew, Harry wzruszył ramionami - nie miał pojęcia, o co może chodzić. A raczej nie powinien mieć pojęcia. McGonagall machnęła ręką.
- Dobrze, idźcie. Na następne zajęcia macie opanować to zaklęcie.
Chłopcy szybko się spakowali i wyszli, kiwając głowami, że: tak, rozumieją i na pewno się nauczą.
Gdy już szli w stronę gabinetu Draco spojrzał na niego z podobną miną jak wcześniej ich profesor.
- Ciekawe, o co może chodzić. Jak myślisz Harry?
Harry ponownie tylko wzruszył ramionami.
Miał swoje podejrzenia od chwili, kiedy wchodząc do Sali Transmutacji poczuł w głowie radosny, triumfalny syk, jego Czarny Pan był bardzo zadowolony.
- Haarry... - Na ten głos aż mu dreszcz przebiegł po kręgosłupie i chciał natychmiast biec do jego właściciela.
Wniosek był oczywisty - dzisiejsza akcja Śmierciożerców skończyła się sukcesem, a że ostatnio Harry bardzo się przejął tym że nie powiedziano mu o ataku, teraz dyrektor od razu chce go poinformować.
Tylko po co woła także Draco?
- Dobrze, że już jesteście, chłopcy. - Dumbledore wstał zza biurka, kiedy weszli i wskazał ręką fotele wokół niskiego stoliczka. - Siadajcie. - I sam zajął tam miejsce, obok Snape'a, który już siedział sącząc herbatę.
Robi się coraz ciekawiej. Harry zaczął się zastanawiać, czy jednak nie był w błędzie, ale jeżeli tak - to co się tu dzieje?
- Herbatki? - Dyrektor uniósł czajniczek, ale obaj chłopcy pokręcili przecząco głową. Żaden normalny człowiek nie zniesie takiego przesłodzonego ulepku.
Harry spojrzał na Snape'a i wzdrygnął się, kiedy ten wziął kolejny łyk. Pewno chroni go wrodzona zgorzkniałość - albo rzucił zaklęcie zmieniające ją w whisky...
Dyrektor tymczasem siedział przez chwilę zaplatając ręce i Harry zaczął się mimowolnie denerwować.
W końcu to Snape miał dość tej ciszy i się odezwał.
- Zginął twój wujek, panie Malfoy. - Chłopak zastygł. - Rudolf Lestrange. - …i zanim Draco zdążył się odezwać wyjaśnił dokładniej.
- Śmierciożercy napadli dziś rano na posterunek Aurorów w jego miasteczku i wybili ich wszystkich do nogi. Kilka klątw trafiło też w mieszkańców - twój wuj musiał znaleźć się na drodze śmiertelnego zaklęcia.
Zrobił zamyśloną minę.
- Może miał nadzieję zobaczyć się z żoną, która po uciecze z Azkabanu wróciła do Voldemorta? – Wzruszył ramionami. – Celowo, czy przypadkiem dostał zabójcze uderzenie. Przykro mi, Draco. Twój ojciec niedługo się tu pojawi, żeby zabrać cię do domu.
Draco zrobił smutną minę, śmierć wuja Rudolfa go nie zmartwiła, ale myśl, że będzie musiał zostawić Harry'ego, na pastwę wielbicieli była bardzo przykra.
Harry także oficjalnie się zasmucił, historia była przekonująca, tylko że ten Rudolf Lestrange też był Śmierciożercą – pewno oberwał i go zostawili, zabierając strój roboczy.
A co z innymi?
- A wiadomo co ze Śmierciożercami? – Zwrócił się do Snape'a, skoro to on tu udzielał informacji.
- Martwi cię los sług Lorda Voldemorta? – Profesor odparł drwiąco.
Czyli z nimi wszystko w porządku, o czym też świadczyła radość samego Czarnego Pana. Harry znowu poczuł łaskotanie w głowie i kolejny - naglący syk.
- Haarrry… - Najwyraźniej jego ukochany bardzo chciał jak najszybciej pochwalić się przed nim swoim sukcesem.
A skoro Snape sam się prosi…
- Raczej to pana można o to podejrzewać. – Odparł ostro i bezczelnie.
Mistrz Eliksirów od razu załapał o co mu chodzi i zanim Dumbledore zdążył się odezwać i go skarcić zareagował oczekiwanym.
- Może kolejny szlaban pomoże ci zrozumieć fakty. Mam dostawę jadu tentaculi do zafiolkowania i rozłożenia w magazynie składników. Dzisiaj wieczorem. – Dostrzegł cień w oczach chłopaka i lekki ruch głową. Dobrze, a zatem…
- A może lepiej zajmiesz się tym od razu. – Cień zniknął. - Wiem, że zajęcia z profesor Sprout są dziś odwołane więc będziesz miał czas do obiadu - jeżeli nie uda ci się z tym uporać, dokończysz wieczorem
- Ale... - Jęknął Draco jednak na mordercze spojrzenie Opiekuna Domu zamknął usta, dzisiaj już wystarczająco go rozdrażnił, występując w sprawie Harry'ego.
Dumbledore nie miał takich obiekcji i mimo że sam był oburzony taką odzywką Złotego Chłopca zaprotestował.
- Ależ, profesorze Snape, przynajmniej pozwól Harry'emu zacząć po lunchu. - Z troską patrzył na swojego Bohatera. - Nie powinien opuszczać posiłków.
Snape skrzywił się, też mu się przyglądając. Fakt, chłopak często znika w trakcie posiłków, pewno uważa, że to bezpieczniej niż opuszczać lekcje ale samą miłością nie wyżyje. Jadowicie wycedził.
- Jak sobie życzysz, dyrektorze. - Zanim Dumbledore zdążył odetchnąć z ulgą, wezwał szalonego skrzata chłopaka. - Zgredku, przynieś do mojego gabinetu lunch dla Pottera, będzie potrzebował sił przed szlabanem.
Kiedy skrzat z ukłonem zniknął, uśmiechnął się wrednie.
- Czy to cię zadowala, dyrektorze? - Starzec westchnął i pokręcił głową, ale tego już nie skomentował. - Jeżeli nie masz już nic więcej do Pana Pottera, pożegnamy panów. Idziemy, Potter. - Zamaszyście załopotał szatą i ruszył w stronę drzwi nie oglądając się na nich.
Harry pochylił głowę, skrywając uśmiech i zaskakująco potulnie podążył za profesorem.
Jeżeli Harry myślał, że gdy przyjdą do Gabinetu Mistrza Eliksirów natychmiast uda mu się wymknąć wprost do Czarnego Pana, srodze się zawiódł.
Kiedy tylko wyjął świstoklik Snape od razu zaprotestował.
- Hej, hej. A lunch? Powiedziałem dyrektorowi, że zjesz. – Wskazał ręką na wielki talerz z kanapkami i drugi z ciastkami oraz dzbanki z sokiem dyniowym i herbatą.
- Właściwie to powiedziałeś, żeby Zgredek go tu przyniósł, a nie że ja go zjem. – Profesor zmarszczył brew, nie uważając tego za zabawne. – No nie. Czy ja wyglądam na zagłodzonego? – Spytał święcie oburzony.
- Owszem. I masz to zjeść. – Twarde, bezkompromisowe polecenie.
Chłopak spojrzał na niego z niedowierzaniem i widząc, że nie żartuje z westchnieniem usiadł i nalał sobie soku a potem chwycił pierwszą z brzegu kanapkę z bekonem i pomidorem. Zaczął ją żuć, ale po chwili przerwał, by zwrócić się do niego z podobnym pytaniem.
- A ty, profesorze? Nie musisz jeść? Też wyglądasz nie za dobrze, a tego tutaj starczyłoby dla drużyny quidditcha.
- Dziękuję, pójdę na lunch do Wielkiej Sali.
Na wątpiącą minę chłopaka skrzywił się i poddał, mamrocząc pod nosem o bezczelnych gówniarzach.
- Zadowolony? – Wziął jedną kanapkę ze stosu i nadgryzł.
- W ekstazie.
Severus zakrztusił się, gdy umysł podsunął mu widok chłopaka, faktycznie w ekstazie. Harry przyjrzał mu się z zainteresowaniem, jednak (dzięki Merlinowi) nie drążył tematu.
- Jesteś. – Ledwo Harry zdążył zmaterializować się w Mrocznym Zamku Voldemort natychmiast zerwał się z fotela i podbiegł do niego, chwytając w ramiona i unosząc z ziemi a nawet okręcając się z nim po pokoju, a potem mocno do siebie przycisnął. - Nareszcie.
Chłopak musiał się roześmiać na ten niespotykany pokaz uczuć.
- Przyszedłem, gdy tylko mogłem, chyba nie oczekujesz, że tak po prostu zniknę z zajęć, dlatego że mnie wołasz? To nie jest usprawiedliwienie dla profesorów w Hogwarcie. Muszę najpierw coś wymyślić i zorganizować.
- I co wymyśliłeś?
Harry przyjrzał mu się z uwagę. Dawno nie widział go w takim wyśmienitym humorze. Może to jest właściwy moment?
Już i tak zbyt długo o tym wiedział, jeżeli Czarny Pan uzna, że go oszukiwał, będzie bardzo źle...
- Snape dał mi szlaban.
Voldemort natychmiast zrozumiał, spochmurniał i spojrzał na niego oskarżycielsko.
- Powiedziałeś mu!. - Wypuścił go z objęć. - Cholera, Harry, mówiłem ci, że tego nie chcę.
- Nic mu nie powiedziałem. - Mężczyzna sceptycznie wygiął usta. - Sam wiedział. Nie wiem skąd, nie pytałem, nie rozmawialiśmy o tym. Po prostu od pewnego czasu zaczął mnie trochę inaczej traktować i krył mnie przed dyrektorem. - Zrobił przerwę, obserwując reakcje kochanka, Voldemort nic nie mówił, tylko patrzył spode ba.
- Może zobaczył cię w Hogwarcie - mówiłem, ze za bardzo ryzykujesz. - Nie mógł się powstrzymać przed tą szpilą. - A może mnie tutaj? Nie wiem, ale już przed ostatnim porwaniem zachowywał się inaczej, więc zacząłem go obserwować, a on mnie... - Przysunął się znowu do kochanka i objął go w pasie, unosząc twarz by patrzeć mu w oczy.
- Naprawdę możesz mu zaufać. Nadal jest wrednym Mistrzem Eliksirów dręczącym Harry'ego Pottera, ale kiedy jesteśmy sami jest zupełnie inaczej.
Voldemort dalej stał sztywno, nie unosząc rąk, by objąć jego i jeszcze bardziej zmarszczył czoło, gdy do złości dołączyła podejrzliwość.
- Jak bardzo inaczej?
Harry zamrugał, nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi i wreszcie zrozumiawszy rozjaśnił się w uśmiechu, a po chwili wręcz roześmiał.
- Ty jesteś zazdrosny?! - Patrzył na niego z niedowierzaniem. - Jesteś zazdrosny o Snape'a! O bogowie. Naprawdę myślisz, że mógłbym się nim interesować? - Skrzywił się przechylając głowę. - Albo on mną? Nie jestem w jego typie.
- Jesteś dokładnie w jego typie. - Czarnoksiężnik wciąż był naburmuszony, ale chyba gniew już zaczął odpuszczać, bo objął go zaborczo.
- To niemożliwe. - Chłopak stwierdził stanowczo. - Snape nie mógłby być zainteresowany mną - Harrym Potterem, a już na pewno nie mógłby się zainteresować Twoim Harrym Potterem. - Po przerwie dodał. - Nie jest idiotą... Ani samobójcą.
Voldemort wciąż nie wyglądał na przekonanego, zatem wspiął się na palce i przyciągnął jego twarz,
- On nie patrzy tak na mnie a ja nie patrzę tak na niego, nikogo nie widzę w ten sposób. Jesteś tylko ty. - Pocałował go, delikatnie i czule, bez pasji ale z mnóstwem uczucia. - Jestem tylko twój.
Mężczyzna wreszcie przestał wyglądać sztywnie i podejrzliwie, więc Harry ciągnął dalej.
- To dzięki niemu ostatnio tak często mogłem cię widywać. Ten twój pomysł z przyjaźnią z Malfoyem jest dobry, ale nie chcę tego zbytnio przyśpieszać, a szlabanów u Snape'a nikt nie sprawdza. Zresztą kilka razy, gdy byłem tu na noc, powiedział Dumbsowi, że widział jak idę do Pokoju Życzeń, a że właśnie tam przenosi mnie twój świstoklik, ta wymówka nigdy się nie zestarzeje.
Puścił Voldemorta, unosząc dłoń że świstoklikiem i obaj się w niego przez chwilę wpatrywali. W końcu już zupełnie uspokojony mężczyzna przyciągnął go mocniej, trochę marudnie ciągnąc temat.
- Ale i tak uważam, że nie musiałeś mu nic mówić.
Harry przewrócił oczami.
- Nic mu nie mówiłem. Jednak on nie jest głupi, umie połączyć drobne wskazówki. - Przechylił głowę. - Dlatego go wybrałeś, jest dobrym sługą, bo jest bystry i lojalny. Nigdy o tym z nim nie rozmawiałem, ale wiem, że on wie, a on wie, że ja wiem, że on wie. - Skrzywił się, na taką konstrukcję zdania, ale o to przecież chodziło.
- I ty też wiesz! Nie chciałeś mu mówić, ale dobrze wiedziałeś, ze się domyślił. - Dodał, wiedząc, że ma rację. Voldemort nie mógłby tego przegapić, po prostu wypierał tę wiedzę. Nie słysząc protestów i będąc już całkiem pewny, że wszystko gra, kontynuował.
- Nie mówię, że musisz mu dziękować za pomoc, czy coś. - Czarnoksiężnik się obruszył na samą myśl o czymś takim, ale Harry nie przerwał. - Tylko nie miej do niego pretensji. Nie zrobił nic z tą wiedzą, poza służeniem Tobie.
Patrzył uważnie, aż kochanek z westchnieniem skinął głową.
Wiedział, że robi się zbyt miękki, ale nie potrafił mu odmówić.
- Dobrze. - A potem skrzywiony niechętnie dodał. - Możesz mieć rację, to jest dla nas korzystne.
Harry jeszcze bardziej się rozpromienił i znowu go pocałował, tym razem już bardzo namiętnie i wysunął się z jego objęć, siadając w ich ulubionym fotelu. Najwyższy czas zmienić temat.
- No to teraz opowiedz mi wszystko o swoim zwycięstwie. - Wiedział, że triumfujący Czarny Pan wprost nie może się tego doczekać. - Dumbledore mówił, że roznieśliście ich w pył. - Wolał już nie wspominać, że technicznie to Snape im o tym powiedział.
Voldemort nie dał się prosić i zaczął swą opowieść, bardzo zadowolony z siebie bo nie tylko Jego plan się powiódł, ale też On sam osobiście wykonał najcięższą robotę – Harry powinien być pod wrażeniem i oczywiście był, doceniał go dokładnie tak jak powinien.
Chłopak rozsiadł się wygodniej i patrzył, jak jego ukochany krąży po pokoju, gestykulując, z błyskiem w oku, dumny i szczęśliwy, uwielbiał go takim – co też okazywał odpowiednią miną i komentarzami.
Sięgnął po kubek stojący na stoliku i spróbował - kawa, może być.
Jednocześnie zwracając się do Voldemorta. - Jesteś niesamowity. – W odpowiedzi otrzymał kolejny promienny uśmiech i dalszy ciąg historii.
Czarny Pan umiał posługiwać się słowem, a kiedy był tak podniecony i zadowolony jego barwna opowieść sprawiała, że Harry czul się jakby naprawdę tam był, widział rozbłyski klątw i przeciwników padających jak muchy.
