Rozdział 22. Złoty Manipulator.

Po pożegnaniu Harry'ego Voldemort usiadł na fotelu, co chwilę zerkając na swoją dłoń i zdobiący ją pierścień. Z jednej strony chciałby jak najszybciej wymienić go na ślubny, ale z drugiej... Wcale się z tym nie spieszył i nie chodziło tylko o to, że chciał się nim nacieszyć.

Kiedy zwiąże się ostatecznie ze Złotym Chłopcem nie miał zamiaru tego ukrywać,.

Tylko jak na razie Harry musiał / chciał skończyć szkołę, a jeżeli przyzna się do niego to nie ma po co pojawiać się w Hogwarcie. Co prawda była jeszcze opcja, że mógłby się po prostu przenieść do Durmstrangu, tyle że na nią Harry nigdy by się nie zgodził...

Westchnął ciężko. Zresztą i on sam też: lepiej mieć narzeczonego blisko siebie niż męża na drugim końcu Europy.

Poczeka...

Albo...

...Weźmie się skuteczniej do roboty i kiedy przejmie władzę Hogwart będzie jego.

Tak. To zdecydowanie lepsze rozwiązania. - Rzucił kolejne radosne / uszczęśliwione spojrzenie na pierścień i energicznie wstał ruszając w stronę swojego biurka. - Musi dokładniej przejrzeć raporty i gazety.

Świat już zbyt długo czeka, aby go wziął.


Kiedy Harry coś sobie postanowił to zwykle się tego trzymał. Ponieważ w tę sobotę zespół Gryfonów nie miał meczu, ani też nie odbywał się żaden inny, który powinien oglądać, a po sprawdzeniu u Snape'a wiedział, że także dyrektor nie ma żadnych spotkań w Szkole ani poza nią, podszedł do Dumbledore'a tuż przed śniadaniem z prośbą, czy może się z nim spotkać po posiłku: w osobistej, bardzo istotnej dla niego sprawie.

Staruszek, wielce zadowolony z tego, że Złoty Chłopiec chce z nim porozmawiać o swoich sprawach natychmiast się zgodził.

Kiedy dowie się o co chodzi na pewno już nie będzie taki zadowolony... - Harry pomyślał sobie udając się do stołu Gryfonów, oczywiście jego wścibska z natury przyjaciółka nie mogła tego pominąć.

- Nie mówiłeś nam, że masz jakąś sprawę do dyrektora, Harry? - Hermiona próbowała brzmieć neutralnie, ale słabo jej wyszło.

Ostatnio przyjaciel miał coraz więcej spraw, o których nie chciał z nimi rozmawiać, coraz częściej też znikał nic nie mówiąc - i nie chodziło tu tylko o spotkania z Malfoyem!

Kiedy udał się do Gringotta po ten swój pierścień, też nic nie mówił, a przecież gdyby wiedziała mógłby jej przy okazji kupić potrzebną na Antyczne Runy księgę w Esach Floresach i nie musiałaby jej zamawiać sową, nie mając pewności, że dotrze na czas.

Chłopak oczywiście widział, jak zżera ją ciekawość i jak bardzo jest zazdrosna, że już nie mówi z nią o wszystkim co go dotyczy, ale to był jej problem. Nie miał zamiaru ryzykować dzieląc się z nią swoimi planami, a tym bardziej swoją tajemnicą - już nieraz pokazała, że nie może jej zaufać.

Jeśli uważała, że Harry robi błąd to przekonana o swojej własnej nieomylności bez skrupułów donosiła na niego profesorom, a w kwestii Voldemorta na pewno też by tak uważała i od razu by poleciała z nowiną do dyrektora.

Dlatego uśmiechnął się tylko, odpowiadając:

- Przykro mi Herm, to sprawa osobista, potrzebuję jego zgody i pomocy w pewnej sprawie. - Widząc po jej minie, że nie ma zamiaru tego przyjąć i już otwiera usta, by domagać się szczegółów, uściślił. - Rodzinnej, to nie dotyczy ani was ani szkoły.

- Przecież ty nie masz żadnej rodziny. - Wypaliła, jakże delikatnie.

Harry skrzywił się i sprostował.

- Tak się składa, że mam żyjącą rodzinę, mugolską. Chociaż faktycznie nie o nich mi chodzi, to sprawy Potterów i jak mówiłem: ciebie to nie dotyczy. - Skończył twardo i przekręcił się, odwracając do niej tyłem, a po chwili wstał i usiadł po drugiej stronie Rona, między nim a Seamusem.

Stwierdzenie dziewczyny sprawiło mu przykrość i nie miał zamiaru dłużej z nią o tym dyskutować.

Wyczuwając jego zdecydowanie pogorszony nastrój Ron też się przesunął uniemożliwiając swojej dziewczynie dalsze zaczepianie ich przyjaciela, a kiedy wciąż próbowała się zza niego wychylić, powiedział wprost.

- Hermiono, daj spokój, nie musisz wszystkiego wiedzieć... I nie musisz być taka wredna, dlatego, że Harry ma swoje sprawy... Rodzinne. - Zaakcentował ostatnie słowo, mimo że sam nie był wzorem taktu i dla niego ta jej uwaga była zbyt chamska i złośliwa.

Hermiona w końcu ustąpiła, chociaż nie dlatego, że poczuła się winna. Po prostu się obraziła - na nich obu i dlatego też się przeniosła, siadając obok dziewcząt z ich roku.

Ron spojrzał za nią zagryzając wargę.

- Chyba mi teraz nie pomoże w pracach domowych, nie Harry? - Spytał, a raczej stwierdził ponuro.

Ponieważ to było z jego powodu i Ron stanął za nim, Harry poczuł się obowiązany mu pomóc.

- Spróbujemy sami, a jakby nam nie szło to poproszę o pomoc Draco, na pewno poradzi sobie lepiej niż Hermiona.

Poczuł lekkie ukłucie winy, ze tak wykorzystuje Ślizgona, wiedząc doskonale, na co ten liczył, ale w końcu ich układ był nie całkiem jego pomysłem - to Malfoy ojciec pierwszy wymyślił całą uwodzicielską intrygę i tylko dzięki ich umowie Draco miał z nim spokój.

Po tym stwierdzeniu Ron już zupełnie się uspokoił, a nawet ucieszył. Z tego, co mówił mu Harry o swojej nauce z Malfoyem, chłopak miał talent i był o wiele przyjemniejszy i skuteczniejszy niż jego dziewczyna. Jego pracom i ocenom może to wyjść na dobre a z Hermioną jakoś się w końcu przeproszą - chociaż lepiej się z tym nie spieszyć - jeżeli się pogodzą Harry może wycofać propozycję pomocy.

- Super pomysł, kumplu. Dzięki. - Poklepał przyjaciela po ramieniu. - Nie przejmuj się nią, jest przewrażliwiona, ale tylko my z nią wytrzymujemy, na pewno za jakiś czas zrozumie swój błąd i wróci przepraszając.

- Pewno masz rację. - Harry zacmokał kiwając głową i wzruszył ramionami. Ron miał rację, dziewczyna była przewrażliwiona na swoim punkcie i niewrażliwa na innych, ale zawsze jak się pokłócili, to potem przepraszała - nie żeby przyznawała się do błędu, ale przyznawała, że chce być z nimi w zgodzie.

Zaczął pogryzać przygotowaną wcześniej kanapkę i myśleć o bardziej interesującej kwestii: jak zacząć rozmowę z Dumbledorem i jak zakończyć ją zgodnie z jego życzeniami?


Dyrektor czekał na Harry'ego w holu przed Wielką Salą, może bał się, że chłopiec zmieni zdanie?

Nie ma szans, był zdecydowany dzisiaj to załatwić!

Staruszek objął go ramieniem, prowadząc w stronę swojego gabinetu.
- Tak się cieszę, mój chłopcze, że się do mnie zwracasz, od dłuższego czasu już sobie nie rozmawialiśmy.

Harry przytaknął, to był bardzo dobry czas i chwalił go sobie, niestety były wciąż rzeczy, które musiał z nim załatwiać. Jeżeli nie chciał, by Obrońcy Jasności za bardzo zaczęli zagłębiać się w jego życie i nie dajże Boże szukać jego sekretów.

Chcąc podkreślić prywatny, swojski charakter ich relacji Dumbledore wskazał mu miejsce na fotelu przy małym stoliku w rogu gabinetu i sam usiadł obok, nalewając im obu herbatę i stawiając przed Harrym talerzyk z miodowymi ciastkami - chłopak zwykle je lubił, ale u dyrektora wszystko zawsze było przesłodzone, więc wziął jedno, żeby Starzec się odczepił i ugryzł najdrobniejszy kęs, rozpuszczając w ustach, zanim z oporami przełknął.

Spełniwszy obowiązek przeszedł do rzeczy.
- Dziękuję panie profesorze, że opiekował się Pan rzeczami moich rodziców i że pozwolił mi Pan ostatnio samemu jechać do Londynu i wziąć ten mój pierścień. Harry spojrzał na swoją rękę uśmiechając się bezwiednie. - To dla mnie naprawdę ważna sprawa.

Dumbledore zaczął się mitygować, że to żaden problem i takie tam, Harry go nawet nie słuchał, czekając aż skończy, by móc kontynuować.
- W tej samej skrzynce, w której go znalazłem było też dużo rodzinnych papierów. - Dyrektor zmarszczył brwi, ale nadal uśmiechał się zachęcająco. - Na przykład akty własności do ich domu w Dolinie Godryka. - Zagryzł wargę, opuszczając głowę. To wciąż bolało, teraz nawet bardziej...

Wziął głęboki oddech, podnosząc głowę i odchrząknął, patrząc z determinacją w migoczące oczy czarodzieja.
- Był tam też akt na drugi dom - w Londynie. Myślę, że już wystarczająco długo stał pusty, chciałbym go odnowić i zamieszkać w nim, gdy będę musiał opuścić Hogwarts - już od najbliższych ferii. - Wyrzucił z siebie wprost, owijanie w bawełnę nic tu nie da.

- Ależ Harry, nie możesz mieszkać sam. - Chłopak prychnął.

- Jestem już wystarczająco duży by dać sobie radę sam, zresztą wujostwo też wcale się mną nie zajmowali, nie tylko sam musiałem dbać o siebie ale jeszcze pomagać ciotce dbać o dom, jestem prawie tak dobry jak każdy inny skrzat domowy. - Mówił dosadnie, dyrektor dobrze wiedział jak Dursleyowie go traktują, nie ma co udawać.

- Harry, może mugolscy krewni cię nie kochają, ale ten dom daje ci ochronę. - Harry znowu prychnął: "może".

- To jest ochrona krwi, prawda? - Dyrektor przytaknął. - A Voldemort ma teraz moją krew więc chroni go tak jak mnie? Może sobie spokojnie wejść do Dursleyów i dom będzie obu nas tak samo bronił. - Mówił zrezygnowanym, zmęczonym głosem, czując się trochę zażenowany, że musi tłumaczyć czarodziejowi, który uważał się za najmądrzejszego w świecie sprawy oczywiste nawet dla wioskowych głupków.

Nie żeby na jego naiwność narzekał - gdyby nie to nigdy Voldemort nie spotkałby się z nim sam na sam, a ponieważ w domu ciotki nie mogli walczyć zaczęli rozmawiać, rozmawiać; potem znowu, wreszcie mógł mówić co naprawdę myśli, nie dbając o maniery i zaczęli się rozumieć, lubić i... Czarny Pan stał się stałym gościem na Privet Drive - dopóki nie zabrano Harry'ego do Kwatery.

Naprawdę wtedy za nim zatęsknił, dopóki czarnoksiężnik nie wpadł na pomysł, by go porwać, ten pierwszy raz - ich pierwszy raz, gdy się przekonali, że obaj tak samo tęsknią za sobą.

No i dzięki tej dyrektorskiej naiwności mogli te spotkania, tę znajomość pogłębiać, aż do dzisiaj.

Westchnął i już z uśmiechem mówił dalej:

- Nawet jeśli w ostatnie wakacje udało mi się przetrwać, nie chcę dłużej liczyć tylko na łut szczęścia. Mam możliwość zapewnić sobie prawdziwe bezpieczeństwo i nie odrzucę jej. Nie może mnie pan zmusić do mieszkania u ciotki, jeżeli będę musiał po prostu ucieknę.

Dyrektor przyjrzał mu się, próbując dociec, czy mówi poważnie. Chyba doszedł do wniosku, że tak i z niechęcią ustąpił.
- Dobrze, jeżeli chcesz mój chłopcze nie musisz jechać do ciotki. Co powiesz na zamieszkanie w Kwaterze Zakonu? Jestem pewien, że twój ojciec chrzestny będzie bardzo ucieszony z twojego towarzystwa.

Harry bynajmniej ucieszony nie był.
- To wcale nie jest bezpieczniejsze miejsce! Co z niego za sekret, skoro aż tyle osób o nim wie?

- Ależ, mój Harry. Wiedzą o nim tylko członkowie Zakonu - sami jaśni czarodzieje. Przyjaciele twoich rodziców.

Chłopak zazgrzytał zębami. Nie jestem twoim Harrym!
- Dobrze o tym wiem i wiem, że to przyjaciel i członek Zakonu zdradził moich rodziców. Chyba, że pan chce powtórki?! - Spytał bezlitośnie grając na uczuciach Starca.

Dumbledore się wzdrygnął i Harry szybko kontynuował, nie dając mu dojść do siebie.
- Chcę być bezpieczny w miejscu, które sam zabezpieczę: wszystkimi zaklęciami ochronnymi, jakie znajdę a najpierw rzucę Fideliusa. - Nie pozwolił dyrektorowi sobie przerwać, kończąc twardo. - I nie uczynię Strażnikiem żadnego z moich przyjaciół ani osób, które otwarcie walczą przeciw Voldemortowi. To od nich zacząłby poszukiwanie dojścia do mnie.

Czarodziej wyraźnie się zasępił, z trudem się godził z tym, że Harry nie ustąpi w kwestii swojego domu, ale liczył chociaż na to, że to on rzuci zaklęcie i pomoże mu wybrać Strażnika.
- Ależ, drogi chłopcze, to bardzo skomplikowane zaklęcie i wymagające wielkiej mocy. - Próbował jeszcze.

- Nie! - Odparł twardo Harry, - sam pan zawsze powtarza, że mam przecież wielką moc, potężniejszą niż Czarny Pan. Dam radę. Dokładnie już zbadałem Zaklęcie Fideliusa i przećwiczyłem jego poszczególne elementy. Jestem pewien, że mogę je prawidłowo rzucić.

Był uparty, ale Dumbledore też nie zamierzał mu całkowicie ustąpić, miał jeszcze jeden pomysł.
- Jeżeli nie chcesz, żeby dopuścić do Tajemnicy swoich przyjaciół, to co powiesz na profesora Snape'a? - Harry prychnął i zmrużył oczy, otwierając usta, gotów obrzucić kandydata wyzwiskami.

- Snape, ten zdrajca i sługus Voldemorta?! On mnie nienawidzi i sprzeda przy pierwszej okazji...

- Profesor Snape... - Dyrektor niezrażony jego wybuchem spokojnie wyjaśniał swoje swój pomysł, podając nieodparte argumenty. - ...Nie nienawidzi cię, musi udawać, żeby Voldemort wierzył, że jest mu wierny. Profesor zawsze cię chronił, wiesz o tym i spełnia twoje warunki: nie jest twoim przyjacielem i nie walczy otwarcie z Voldemortem. A ja mu bezgranicznie ufam.

Co dowodzi, że jesteś starym głupcem - mając zabezpieczony przez Czarnego Pana umysł Harry mógł swobodnie to szczerze pomyśleć.

- Nie lubię go... Ale może pan mieć rację... - Zaczął powoli, z wahaniem.

Dumbledore nie czekał, aż całkowicie przyzna mu rację. Postanowił kuć żelazo póki gorące - zanim Harry zauważy, że wcale się na to nie zgodził - i natychmiast rzucił się do kominka, wywołując komnaty Severusa Snape'a.


Severus miał lepsze sposoby na spędzenie wolnego dnia ale uprzedzony przez Harry'ego siedział w salonie przed kominkiem, popijając herbatę i czekając na wezwanie od dyrektora.

Chociaż w sumie, mógłby się zając swoimi sprawami, przekonanie Albusa do tego pomysłu na pewno trochę chłopakowi zajmie. Odstawił filiżankę i wtedy rozległ się szum, a potem w zielonych płomieniach pokazała się mówiąca głowa:
- Severusie, mój chłopcze. - Snape skrzywił się, to "mój chłopcze" po tylu latach coraz bardziej działało mu na nerwy. - Czy możesz przenieść się do mojego gabinetu, mam do ciebie bardzo ważną sprawę.

Mimo całej uprzejmości, to wcale nie było pytanie. Skinął głową, bez słowa i gdy jego kominek był znowu pusty rzucił Tempus - dopiero dwadzieścia minut po śniadaniu? Harry jest bez wątpienia Mistrzem Manipulacji!

Wziął głęboki wdech i skrzywił się paskudnie, przygotowując na spotkanie drugiego gościa Dunbledore'a po czym rozluźnił trochę minę i ruszył w drogę. Kiedy wyszedł z kominka ujrzał Pottera i wzmocnił wyraz.
- O co chodzi, dyrektorze? Miałem swoje plany na dzisiaj.- Zapytał, poza tą wstępną reakcją całkowicie ignorując osobę Gryfona.

Albus usadził go w fotelu, wciskając mu w rękę talerz z ohydnie przesłodzonymi miodowymi ciasteczkami i zaczął tłumaczyć...

- Chcesz, żebym to ja był Twoim Strażnikiem Tajemnicy? - Wprowadzony przed niego w temat Severus zwrócił się do Harry'ego okazując oczekiwane po nim zdziwienie.

- Nie. Takie było życzenie dyrektora. - Złoty Chłopiec stwierdził ostro nie ukrywając swojej niechęci do osoby Snape'a i do pomysłu Dumbledore'a.

- Harry... - Starzec zaczął, zdaniem profesora zbyt błagalnym tonem, w końcu teoretycznie to on był tu szefem, a nie Potter.

- Wiem dyrektorze. - Chłopak wszedł mu w słowo. - Pan tylko jemu ufa, ale ja jednak wcale nie aż tak bardzo.

Troszkę zdziwiony Severus pokazowo zmrużył oczy, zachowując urażone milczenie. Przecież Harry właśnie tego sobie życzył, a teraz wciąż aż tak ostro oponuje, zamiast z oporami się zgodzić. Ciekawe, co ten chłopak znowu wykombinował?

- Chcę żeby zanim, tak jak Pan sobie życzy... - Zaakcentował, że spełnia wolę dyrektora, jak grzeczny chłopiec, jakim z pewnością nie był. - ...Zostanie moim Strażnikiem złożył mi przysięgę... Wieczystą... - Chwila milczenia i jeszcze bardziej stanowcze. - ... Że nie wyjawi mojego adresu nikomu, jeżeli na to nie pozwolę wskazując imiennie taką osobę.

Mistrz Eliksirów był pod wrażeniem.

Chłopak mówił z sensem i niby zgodził się na życzenia Starego Czarodzieja, ale jednocześnie zabrał mu możliwość wyciągnięcia przez niego od Severusa tej informacji. I słusznie, gdyby Dumbledore mu wprost kazał, nie miałby jak się tłumaczyć z odmowy - teraz już będzie mógł: przysięgą.

Zaprotestował jednak, ze świętym oburzeniem.

- Co ty sobie wyobrażasz, gówniarzu! - Epitety zawsze dodają szczerości wypowiedzi. - Nie mam zamiaru składać ci żadnych przysiąg!

Przewidująco, zanim zdążył się rozkręcić dyrektor natychmiast zaczął uspokajać sytuację.

- Ależ mój chłopcze, nie bądź obrażony, Harry ma swoje powody, by nikomu nie ufać. To całkiem naturalne życzenie i jeżeli tak postanowił myślę, że powinniśmy się zgodzić.

Snape milczał z odpowiednio ponurą miną. Wszystko szło dokładnie tak, jak Harry sobie wymyślił – naprawdę był mistrzem manipulacji. Wcale nie był zdziwiony zachowaniem Albusa - jak najbardziej słusznie pomyślał, że jeżeli nie zgodzą się na jego warunki Złoty Chłopiec po prostu wyparuje stąd oburzony i sam to zrobi, w końcu zawsze był bardzo samodzielny - tylko, że wtedy już bez żadnej kontroli z jego strony.

- Jak rozkażesz, dyrektorze. - Powiedział w końcu, równie wyraźnie jak Harry akcentując, że nie robi tego dla chłopaka, a tylko na jego polecenie. Niech Dumbledore się cieszy, że wszystkimi rządzi.

Starzec udał, że nie widzi niechętnych spojrzeń rzucanych sobie wzajemnie i także jemu przez obu swoich gości i ucieszony zatarł ręce.

- Wspaniale, że się zgadzamy, chłopcy. - Obaj jego chłopcy zamruczeli coś niepochlebnie pod nosem, ale nie skomentowali. - To kiedy chcesz to zrobić, Harry? To skomplikowany obrzęd, ale mam tu odpowiednią księgę.

- Jak już mówiłem sam znalazłem odpowiednią księgę w bibliotece i przygotowałem się do rzucenia Fideliusa. Jeżeli teraz będzie pan świadkiem przysięgi Pana Profesora Snape'a. - Złośliwy grymas pod adresem wyżej wymienionego. - To zaraz po tym mogę się z nim udać kominkiem na Pokątną a stamtąd obaj pójdziemy do mojego domu i przeprowadzimy rytuał.

Chłopak wyraźnie zaznaczył, że Dumbledore nie jest zaproszony: chociaż nawet gdyby tam był, to i tak po rzucenia zaklęcia zapomniałby lokalizacji.

Severus zastanowił się - chyba, ze zostawiłby tam coś do zaczepienia zaklęcia śledzącego, Harry naprawdę dobrze się do tego przygotował.

Dyrektor ukrył skrzywienie ust, ale jak każdy z profesorów Hogwartu dobrze wiedział, że naciskanie na Pottera zwykle odnosiło odwrotny skutek, więc poddał się i ze zwyczajowym radosnym uśmiechem znowu zatarł dłonie – jakby wszystko szło po jego myśli.

- Dobrze, zatem nie ma co zwlekać - zaczynajmy.