Rozdział 23. Jestem dzielny - samodzielny.
Dom Potterów z zewnątrz wyglądał nie tak strasznie, jak Harry się obawiał, biorąc pod uwagę jak długo juz stał pusty, czyli co najmniej od czasu, kiedy jego rodzice przenieśli się do Doliny Godryka, ale może i wcześniej.
Miał na sobie zaklęcia odwracające uwagę, proste i nie wymagające wiele mocy: "Nie widzisz mnie" i "Nie ma tu nic interesującego".
Na pusty budynek były wystarczające, ale jeżeli ma tu zamieszkać... - Harry pokręcił głową.
Ten kto go tak zostawił miał rację – bardziej konkretne osłony tylko niepotrzebnie zwracałyby na niego uwagę. Teraz jednak sytuacja się zmieniła - dom Harry'ego Pottera wymaga solidnych zabezpieczeń.
Przyjrzał się uważniej elewacji – ktoś o nią dbał przez te lata. W jednym z okien na piętrze zauważył jakiś ruch za firanką - czyli i w tej chwili ten ktoś tu był. Miał nadzieję, że to jego nowy – pierwszy własny skrzat domowy, a nie dzicy lokatorzy. Podszedł do drzwi, ale zanim zdążył dotknąć klamki same się otworzyły i wypadło zza nich mizerne i o wiele gorzej wyglądające niż samo miejsce, wyraźnie zaniedbane ale uszczęśliwione stworzenie.
- Pan Potter! Nareszcie! Zgzytek taki szczęśliwy! Zgrzytek wiedział, że Pan przyjdzie, Zgrzytek czekał. - Skrzat pociągnął nosem i otwarł mokrą od łez twarz starą serwetką, w którą był ubrany.
Harry delikatnie odsunął go i starając się dotknąć czystszego miejsca zaprowadził skrzata za ramię do domu.
Nie ma co tak stać i czekać aż ktoś zwróci na nich uwagę. Co prawda wydawało się, że są sami, ale kto wie…
Snape wszedł za nimi do domu i zamknął drzwi. Od razu też przeszedł do konkretów:
- Skrzat sam powitał cię jako Pottera, ale dobrze by było gdyby złożył formalną przysięgę jako Panu Domu, Harry i kiedy rzucisz Fideliusa obejmiesz także i jego. Dopiero potem, jak już będzie na pewno bezpiecznie możemy obejrzeć dom.
Skrzat wpatrzony w swojego Pana, nie zwrócił uwagi na drugiego czarodzieja. Harry uznał więc, że powinien go przedstawić.
- To Mistrz Eliksirów Hogwartu, Zgrzytku profesor Severus Snape. Jest moim przyjacielem, będzie mnie tu często odwiedzał. Masz słuchać jego poleceń. - Skrzat skłonił się Snape'owi i wrócił do wpatrywania się w chłopaka.
Profesor był trochę oszołomiony jego oświadczeniem, owszem już od jakiegoś czasu uważał się za przyjaciela Harry'ego ale zaskoczyło go usłyszenie tego od niego, tak po prostu, zwyczajnie powiedzianego. Nawet nie zauważył kiedy i jak do tego doszło, ale to fakt - teraz są przyjaciółmi.
To nieustanne intensywne spojrzenie skrzata było dla Harry'ego trochę denerwujące, chociaż na szczęście, przynajmniej nie rzucał się by go obejmować, co stanowczo zbyt często zdarzało się Zgredkowi. Może chodziło o to, że Zgredek nie był oficjalnie jego sługą, a ten tu i owszem, dlatego zachowywał dystans i szacunek.
Odwrócił się od niego, rozważając słowa Mistrza Eliksirów.
Miał rację, on też chciał zacząć od zaklęcia Fideliusa, żeby już się nie martwić, czy ktoś ich nie zauważył i znienacka nie wejdzie tu za nimi. Ruszył przez wąski ciemny korytarz w stronę salonu. W domu nie było magicznych kul i najwyraźniej zabrakło też świec.
Skrzat nie został przez swoich panów zaopatrzony w gotówkę potrzebna do zadbania o dom, ale i tak widać było, że się starał. Na pewno nie była to w najmniejszym stopniu tak odpychająca nora, w jaką w czasie uwięzienia Syriusza zmienił się dom na Grimauld Place.
Salon był przestronny i wystarczająco zadbany, by bez obaw mgli dotykać wszystkich sprzętów.
- Czy w domu nie ma nikogo oprócz ciebie, Zgrzytku? - Zaczął od podstawowej sprawy. Nie chciał zrobić nikomu krzywdy, a w momencie rzucania zaklęcia wszyscy nieproszeni goście - nie tylko czarodzieje, ale także mugole i magiczne istoty padną jego ofiarą tracąc pamięć, a jeśli go potem szybko nie opuszczą - życie.
Skrzat zadowolony, że Pan zapamiętał jego imię pokiwał głową trzęsąc uszami.
- Tak, Panie Potter, Zgrzytek sam zajmuje się domem i pilnuje, żeby nikt tu nie wszedł. Nie ma żadnych obcych stworzeń.
Harry pochwalił go, obdarzając uśmiechem. Wyglądało na to, że Zgrzytek był idealnym sługą, wszystkie obawy, jakie mu przychodziły do głowy, od kiedy postanowił tu zamieszkać okazały się niepotrzebne. Mając Zgrzytka nie będzie potrzebował już od nikogo pomocy.
- To bardzo dobrze, jesteś dobrym skrzatem. – Zgrzytek wyprostował się, unosząc dumnie uszy, gdyby jeszcze zadbał o siebie tak jak o dom… Odwrócił się do Snape'a, nawiązując do jego rady.
- Czy jest jakaś specjalna formuła takiej przysięgi dla skrzatów?
- Nie, musi tylko uznać cię za Pana Domu Potter i obiecać posłuszeństwo. Jesteś ostatnim z rodu, więc masz go na wyłączność.
Harry spojrzał na skrzata, ale zanim zdążył otworzyć usta, uszczęśliwione stworzenie samo zaczęło:
- Pan Harry Potter to jedyny Pan Potter, wszystko co należy do rodziny Potter jest jego własnością. Zgrzytek przysięga służyć tylko Panu Harry'emu Potterowi, Zgrzytek zrobi wszystko, co Pan Harry Potter zażąda.
Krótkie spojrzenie na Snape'a, ten skinął głową - to wystarczy.
Można się więc wziąć za to, po co przyszli. Wyciągnął z kieszeni szaty wielką księgę: „Kompendium zaklęć niezbędnych do przetrwania wśród wrogów." Profesor oczywiście natychmiast podszedł obejrzeć, co tam ma.
- Nigdy nie widziałem tego w naszej bibliotece... - Zmarszczył brew, podejrzewając kolejne dzieło z Mrocznego Zamku.
- Może po prostu była dla ciebie za jasna, żebyś ją zauważył? Ale faktycznie powinieneś się nią zainteresować, jak na razie tylko dyrektor ją wypożyczał. - Harry wzruszył ramionami, w międzyczasie otwierając księgę, potrzebne zaklęcie miał zaznaczone zakładką. Podniósł wzrok. - Tak przynajmniej twierdzi pani Pince.
- Nie dziwiła się, po co ona tobie?
- Przestań, jestem Złotym Chłopcem, najbardziej zagrożonym z zagrożonych. Tytuł wskazuje, że to dzieło dokładnie dla mnie, powinienem nie tylko ją przeczytać, ale wykuć na pamięć.. - Zamyślił się. - Zastanawiam się za to, czy powinienem / czy mogę Jemu ją pokazać? - Spojrzał pytająco na profesora. - Czy to będzie tylko dbanie o przetrwanie partnera - czy już zdrada?
Chłopak był naprawdę zmartwiony, chciał chronić Voldemorta, ale przecież sam mu powtarzał, ze nie chce brać udziału w tej wojnie, a to byłoby otwarte zdradzanie wrogowi metod obrony Jasnej strony.
- Księga jest ogólnie dostępna, jestem pewien, że sam może ją zdobyć. - Uspokoił Harry'ego, jednocześnie postanawiając, ze sam zapyta Czarnego Pana, czy taką posiada. Rzeczywiście było dziwne, że sam dotąd nie zwrócił na nią uwagi - to kompendium na pewno zawierało większość, jeżeli nie wszystkie zaklęcia, które będą musieli złamać, żeby dostać się do Ministerstwa i innych twierdz Jasności. To prawdziwy skarb.
- Lepiej zaczynaj, Harry, już dość długo tu jesteśmy. – Wrócił do tematu, odciągając uwagę chłopaka od tej kwestii.
Westchnąwszy Harry przyłożył karty księgi figurką lwa znajdującą się na stole, żeby mu się nie zamknęła w trakcie rzucania zaklęcia.
- Słusznie. Zgrzytku, podejdź do mnie, ty też profesorze. - Wziął głęboki wdech.
- Ja, Harry James Potter, jedyny właściciel tego domu i wszystkiego co w nim jest czynię go niewidzialnym dla wszystkich poza mną, moim sługa Zgrzytkiem i Mistrzem Eliksirów Severusem Snapem. - Wykonał skomplikowany taniec różdżką i salon zaczął się wypełniać zielonkawą mgiełką, która rozpełzała się po całym domu i okrywała go także z zewnątrz. Kiedy poza oknami nie było widać już nic poza zieloną poświatą, mówił dalej.
- Jedynie Ja Harry James Potter, mój sługa Zgrzytek i Mistrz Eliksirów Severus Snape będziemy widzieć ten dom i będziemy mogli do niego wejść. Zamykam wszelkie drogi dostępu: fizyczne i magiczne. - Mgła zaczęła się przesunąć coraz bardziej na zewnątrz domu tworząc wzdłuż granic jego posesji solidną zieloną ścianę.
- Każdy, kto kiedykolwiek wiedział o tym domu, zapomni gdzie on był i do kogo należał i wszystkie wspomnienia mogące go doprowadzić do tego miejsca. Jedyną osobą, która może komukolwiek udzielić informacji o nim i jego lokalizacji jest Mistrz Eliksirów Severus Snape, którego niniejszym czynię Strażnikiem Tajemnicy. - Ostatni ruch różdżką, tym razem krótki, wiążący zaklęcie z tym miejscem.
Ściany zieleni rozbłysły. Potem zielona tafla uniosła się z ziemi i przecięła cały dom kończąc wysoko na niebie, by po chwili wrócić na dół znikając w podłogach, zapewne przeszywając tez piwnice, aż do głębokości, gdzie nie było już nic należącego do domu.
Po kilku sekundach wszystko znowu rozbłysło i koniec - zrobione, a potem rozległ się trzask i coś spadło z szaty Harry'ego, schylił się podnosząc małego błyszczącego żuka. Znał go już dość dobrze z czwartego roku.
- To Rita Skeeter, musiała nas zauważyć na ulicy i się do mnie przyczepiła szukając sensacji, - Szturchnął palcem nieruchomego owada, zero reakcji. Nie wyglądał na martwego, ale z obawą w oczach spojrzał na profesora szukając potwierdzenia.
Snape skinął głową.
- Zaklęcie wyczyściło jej ostatnie wspomnienia, jak na takie małe stworzonko to wielka moc, będzie przez jakiś czas nieprzytomna, ale jeżeli ją usuniemy z domu, przeżyje. - Jesteś pewien, że nie chcesz jej teraz rozgnieść? - Zaproponował ze złośliwym uśmieszkiem, dobrze wiedział ile ta kobieta napsuła krwi Harry'emu w zeszłym roku, jednak Złoty Chłopiec nie był aż tak mściwy.
- Gdyby zaklęcie przypadkiem ją załatwiło to bym się nie załamał, ale z zimną krwią nie mogę. - Pokręcił głową, a potem ze smutkiem nią pokiwał - skoro żuka zauważył to musi ją uratować.
Snape niczego innego się po nim nie spodziewał.
- W porządku, zatem wezmę ją do kieszeni i wyrzucę w jakimś zaułku po drodze do Dziurawego Kotła.
- Dom już zniknął wszystkim z oczu, więc na razie możemy zrobić przerwę. - Chłopak spojrzał na skrzata i wyciągnął jeden z worków z galeonami zabranych wcześniej z krypty podając mu go - skoro już ogłosił się Panem tego domu, czas coś z nim zrobić.
- Masz tutaj pieniądze na zakupy, Zgrzytku - kup wszystko, czego nie możesz zrobić przy użyciu magii a co jest potrzebne, by utrzymać dom w cywilizowanym stanie i jakieś porządne jedzenie dla siebie i dla mnie. (Nawet nie chciał myśleć, jak skrzat sobie radził, kiedy był tu sam przez tyle lat, bez funduszy). – Spojrzał na starą brudną serwetkę, w którą był ubrany skrzat i na równie brudne uszy i twarz, kończynom wolał się nie przyglądać.
- Ale najpierw porządnie się umyj i oczyść też i zaceruj swoją serwetkę, masz wyglądać czysto i schludnie. – Skrzat wyglądał na trochę zdezorientowanego, skrzywiony, że po tylu latach samowoli ktoś znowu mówi mu co ma robić a jednocześnie uszczęśliwiony – z tego samego powodu.
Harry wiedział, że Hermiona pewnie by go potępiła za takie wykorzystywanie tego stworzenia, ale nie był aż takim idealistą, ani głupcem, by go od razu uwolnić. Skrzat wyglądał na wiernego i oddanego, ale wcale go nie znał, a za to Zgrzytek znał wszystkie tajemnice tego domu i rodziny Potterów. Gdyby dał mu wolność, szybko mógłby tego pożałować.
Zresztą nie martwił się Hermioną, bo nie miał zamiaru jej tu zaprosić, ani żadnego innego z przyjaciół i znajomych. To miejsce jest jego - tylko jego, żadnych nieproszonych, niezapowiedzianych gości, żadnych wścibskich gryfonów, którzy uwielbiają wtykać nos w nie swoje sprawy. Ten dom będzie otwarty tylko dla Snape'a i Voldemorta.
Oczywiście miał nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy nie będzie musiał już dłużej kłamać, ale obawiał się, że kiedy już wszystko wyjdzie na jaw, to grono jego przyjaciół - poza wyżej wymienionymi - znacznie się przerzedzi - niewykluczone, że do zera. Już Ślizgona Malfoya jego Gryfoni z trudem zaakceptowali - sam Dziedzic Slytherina na pewno będzie nie do przełknięcia.
Przeczesał włosy, wypuszczając powietrze, a z nim smutne myśli. Nie czas na to.
Na razie znalazł swoje schronienie, gdzie może być sobą nic nie ukrywając. Uśmiechnął się do czarodzieja stojącego przy oknie obserwującego ulicę.
- Dzięki, profesorze.
Snape uniósł kpiąco brew.
- Robię tylko to, co każe mi dyrektor.
- Jak my wszyscy. - Harry zaśmiał się radośnie. - Wiem, że jesteśmy już niewidzialni, ale wolałbym jednak rzucić jeszcze inne zaklęcia ochronne. - Wyciągnął z kieszeni kolejną księgę i rozłożył ją na stoliku.
Profesor podszedł, aby zobaczyć co ma zamiar wykonać, podniósł okładkę i na głos przeczytał tytuł:
- "Tajemne tajemnice - zabezpieczenia bez granic". - Spoważniał, patrząc pytająco na chłopaka. - To już na pewno nie są jasne zaklęcia. Skąd masz tę księgę?
- A jak myślisz? - Harry uniósł brew. - Kiedyś zauważyłem ją u Niego, więc wczoraj specjalnie jej poszukałem, myśli że potrzebowałem czegoś do szkoły, bo na razie nie powiedziałem mu o tym domu - chcę najpierw go dokładnie zabezpieczyć.
- Na pewno będzie pod wrażeniem. - Snape zapewnił go z poważną miną.
Harry zmarszczył czoło podejrzewając kpinę, ale zaraz rozjaśnił się w uśmiechu.
- Lepiej żeby był, albo drugi raz go nie zaproszę. - Pokiwał głową udając powagę. - Pomożesz mi z tymi osłonami?
- Oczywiście. - Mężczyzna skinął potwierdzająco. - Mogę ci pomóc z formułami i ukierunkowaniem mocy, ale to twoje sanktuarium więc musisz wszystko pieczętować swoją mocą. - Przerzucał kolejne karty. - Zresztą większość z tych zaklęć wymaga mocy, której nie posiadam. Tylko wy dwaj moglibyście je rzucić, a skoro nie chcesz Jego pomocy...? - Przechylił głowę patrząc pytająco.
Chłopak pokręcił głową przecząco. Snape za to głową pokiwał.
- ...Oczywiście, musisz tu wszystko zrobić sam. - Rozejrzał się po salonie i podszedł do kominka. Na półce stała miseczka z proszkiem fiuu. - Uprzedzę dyrektora, że chcesz tu zostać dzisiaj i jeszcze może jutro.
- Jutro to chciałbym tez zostać tu na noc. - Harry zarumienił się i Snape od razu się domyślił, że nie chce nocować sam. Faktycznie, dom trzeba "ochrzcić". Nie skomentował tego, wracając do bieżących spraw.
- Najpierw pokaż mi, które osłony chcesz postawić i pójdę na Pokątną, żeby zwykłą drogą wrócić do Hogwartu. Lepiej niech dyrektor uważa, ze zrobiłem swoje i zostawiłem cię z tym bałaganem.
Harry przyznał mu rację, on sam ma powód, żeby tu zostać, ale Snape nie - Dumbledore nie powinien myśleć, że z własnej woli mu pomagał, jeżeli zacznie szukać powodu tej nagłej sympatii może coś znaleźć...
- Wezmę ze swojego magazynku potrzebne ci składniki i eliksiry a po lunchu tu wrócę. Myślę, że tę podstawową osłonę najlepiej żebyś rzucił jeszcze dzisiaj, to w nocy sobie odpoczniesz a jutro zrobimy resztę. Ale na razie, jak mnie nie będzie otwórz dla mnie Kominek, żebym nie musiał potem chodzić po mieście, tylko mógł przyjść tutaj bezpośrednio z moich komnat.
- Dobry pomysł. - Szybko przejrzał "Tajemne tajemnice..." pokazując profesorowi, o które zaklęcia mu chodzi i w jakiej kolejności. Snape wszystko notował samopiszącym piórem na wyjętym z kieszeni zwoju.
Tymczasem Harry przeglądał znowu pierwszą księgę, szukając odpowiedniego zaklęcia dla sieci fiuu. Uśmiechnął się triumfalnie unosząc wzrok.
- Mam: "Jak Kominki zabezpieczone Fideliusem można otworzyć dla wybranych miejsc, blokując przejście dodatkowo przed użyciem go przez osoby niedopuszczone do tajemnicy?".
Wczytał się uważniej.
- Nie trzeba żadnych dodatkowych elementów, tylko sama inkantacja... - Przeczytał jeszcze coś mrucząc pod nosem i spojrzał z uśmiechem na Snape'a. - Prosta sprawa, załatwię to w dwadzieścia minut, zostaw mi tylko to pióro albo jakiś inny obiekt, potrzebuję coś z twoją magiczną sygnaturą.
Profesor podszedł i podał mu je, zaglądając przy tej okazji przez ramię do księgi.
- Proste, ale potrzebuje sporej rezerwy magicznej. - Machnął głową zachęcająco, odsuwając się na bok. - Bierz się do roboty, Mistrzu. A ja teraz cię pożegnam. - Skłonił się i ruszył do drzwi, wychodząc znikąd na ulicę.
Wiedząc, ze dyrektor z niecierpliwością czeka na jego raport z tej wyprawy Severus nie udał się z Dziurawego Kotła do swoich komnat, tylko do jego gabinetu, z którego rankiem wyruszyli razem z Harrym.
Tak jak się spodziewał, Albus natychmiast na jego widok odłożył czytane właśnie papiery i wskazał mu miejsce na krześle po drugiej stronie biurka.
- No i jak tam wam poszło, chłopcy?
Nie powinien mieć wątpliwości, bo po rzuconym zaklęciu musiał zapomnieć o wyglądzie i lokalizacji Domu Potterów, ale skoro sobie życzył, Severus poda mu więcej informacji.
- Dom jest zadbany i czysty, skrzat Potterów naprawdę świetnie się spisał – można tam bez problemu natychmiast zamieszkać. Potter od razu po przybyciu rzucił Fideliusa i prosi cię o pozwolenie, żeby tam zostać do wieczora i jutro na cały dzień, może także na noc – chce jeszcze rzucić na wszelki wypadek inne zaklęcia ochronne i postawić osłony.
Dyrektor zacmokał kiwając głową. Słuszna decyzja.
- A z jakiej księgi korzysta? – Wcześniej w wirze konwersacji zapomniał chłopaka o to zapytać.
- "Kompendium zaklęć niezbędnych do przetrwania wśród wrogów."
- Tak, znam to dzieło. Dobrze, że to z niego korzysta, jest tam naprawdę duży wybór zaklęć. – Kolejne kiwnięcie głową. – Harry ma rację chcąc się porządnie zabezpieczyć. Jeśli ktoś spróbuje przełamać, czy obejść Fideliusa to dzięki temu i tak będzie bezpieczny, a przynajmniej na pewno go nie zaskoczą.
Jego oczy zwilgotniały na wspomnienie rodziców Harry'ego, którym nie zapewnił żadnych dodatkowych zabezpieczeń. Sami nie mieli takiej mocy, jak Złoty Chłopiec, ale on miał i powinien o to zadbać.
- Dziękuję ci, Severusie za to, że mu pomogłeś. – Powiedział smutnym zmęczonym głosem.
Mistrz Eliksirów skinął głową, demonstracyjne powstrzymując się od prychnięcia: „że niby miał w tym wybór?" i od skomentowania nadmiernej troski dyrektora o Złotego Chłopca. Aby nie sprawiać wrażenia, że się śpieszy, zrezygnował z kominka i normalnie wyszedł z gabinetu postanawiając przejść się do swoich Komnat.
Miał wystarczająco wiele czasu, by zebrać i spakować wszystkie potrzebne do zaklęć Harry'ego komponenty i zabrać je ze sobą do Casa Potter od razu, gdy wróci z lunchu.
Kiedy profesor zniknął, Harry od razu zajął się udostępnieniem mu kominka, a potem korzystając z wolnego czasu, postanowił obejrzeć swoją siedzibę. Kiedy chodził po pokojach od czasu do czasu słyszał z kuchni i salonu trzaski aportacji – skrzat znosił do domu zakupione przez siebie produkty.
Postanowił, ze w tej sprawie da mu wolną rękę. Zgrzytek był wystarczająco kompetentny, by utrzymać dom, nie mając żadnych funduszy, zatem na pewno będzie też wiedział lepiej od niego, na co należy je wydać i co jest najbardziej potrzebne.
W końcu po to bierze się skrzata, żeby samemu się tym nie przejmować. Czarodzieje są od czarowania.
Dom Potterów, był mniej więcej takiej wielkości, jak ten Syriusza. Postanowił zacząć zwiedzanie od samego dołu. W piwnicach znajdowała się małą pracownia eliksirów – nie było tam żadnych nowych składników, ale nie było też żadnych przeterminowanych a stoły i wszelakie sprzęty też były wyczyszczone.
Harry naprawdę był pod coraz większym wrażeniem. Skrzat nie mógł przecież wiedzieć, że jego Pan się dzisiaj zjawi a wszystko było w jak najlepszym porządku.
Szkoda, że nie mógł mu dać jakiegoś przyodziewku, żeby sam się równie dobrze prezentował, ale Snape mógłby, chyba… Musi go zapytać, jak to dokładnie działa. Hermiona rozkładała w Hogwarcie czapki skrzatom, ale one należały do szkoły a dziewczyna była uczennicą.
Zgrzytek był jego a Snape ani nie był jego rodziną ani tu nie mieszkał, chyba że uczynienie go tu Strażnikiem Tajemnicy mogło mieć znaczenie. Trzeba to ustalić, kiwnął głową potwierdzając podjętą decyzję i zajrzawszy jeszcze do dwóch malutkich magazynów, w których nie było nic ciekawego wrócił na parter.
Tutaj był tylko salon, który już widział i kuchnia. Kiedy tam dotarł okazało się, że faktycznie, cała jest pełna paczek i woreczków, które już wymyty skrzat owinięty w czystą, chociaż pocerowaną serwetkę rozpakowywał i rozkładał rzeczy po szafkach i w spiżarni.
Uznał, że nie ma po co mu przeszkadzać i wycofał się, żeby obejrzeć piętra. Na pierwszym piętrze nad salonem znajdowała się główna sypialnia, urządzona w barwach gryfońskich, miał tam łóżko, szafkę, komodę i dużą szafę w ścianie oraz łazienkę.
Na razie poza meblami i dywanem oraz zasłonami pokój był pusty, tak jak i łazienka, ale Harry nie wątpił, że skrzat zakupił także nowe pościele, ręczniki, mydła i co tam jeszcze potrzeba, żeby się w niej zadomowić.
W kolejnym pokoju nad kuchnią znalazł bibliotekę z dużym kominkiem, ale tego już postanowił nie otwierać do sieci, im więcej punktów rozluźnienia osłon, tym większe ryzyko. Biblioteka była dość bogato wyposażona, ale już na pierwszy rzut oka widział, że były tu tylko dozwolone księgi.
Potterowie byli naprawdę Jaśni do szpiku kości..
Ale to się teraz zmieniło, wprowadzi tu trochę urozmaicenia.
Przy bibliotece był gabinet do pracy z ciężkim dębowym biurkiem i szafami i komodą na dokumenty i przybory do pracy. W żadnym z pomieszczeń Harry nie widział obrazów, widać jego przodkowie poważnie traktowali niebezpieczeństwo porozumiewania się między sobą przez ich rezydentów. Tego akurat nie planował zmienić.
Na drugim piętrze domu miał cztery małe sypialnie, dla rodziny i gości, także puste poza meblami, a na ostatniej kondygnacji poddasze, było tam małe wyraźnie używane łóżeczko, trochę mebli i dziwacznych drobiazgów – musiało to być miejsce zamieszkania skrzata.
Harry postanowił, że skoro nie może go sam lepiej ubrać, to przynajmniej powinien dać mu nowe meble i jakiś dywanik i zasłonki. Pracowite stworzenie zasługiwało na nagrodę.
Obchodzenie domu trochę mu zajęło, kiedy rzucił Tempus okazało się, że już czas na lunch i faktycznie, gdy zszedł do kuchni znalazł zastawiony dla siebie stół. Podziękował Zgrzytkowi i uprzedził, że zostanie tu do wieczora, ale na kolację musi już być w szkole. Jutro rano wróci i też spędzi w domu cały dzień, a także będzie miał gościa i obaj zostaną na noc.
Na razie wołał nie mówić, kto nim będzie, ale wiedział, że będzie musiał Zgrzytka o tym uprzedzić. Nie wiadomo jak skrzat może zareagować na widok Czarnego Pana, widział jak Zgredek bez problemu odrzucił Malfoya stając w jego obronie. Jeżeli jego skrzat zaatakuje tak Voldemorta ten go zabije, a na to nie mógł pozwolić,
Zgrzytek, wielce ucieszony tym, że dom wraca do życia zniknął biorąc się do dalszej pracy, a Harry wziął się za jedzenie - musiał nabrać sił, bo także i przed nim jest dużo ciężkiej pracy.
Nieobecność Harry'ego na lunchu nie była niczym nadzwyczajnym, ale kiedy nie mógł go także później znaleźć, Ron zaczął się niepokoić - Harry obiecał mu wspólną naukę i miał nadzieję, że o tym nie zapomniał.
Na obiedzie chłopaka dalej nie było i jego niepokój znacznie wzrósł. Hermiona, która już zaczynała się łamać i usiadła znowu na swoim miejscu, kiedy Harry nie pojawił się po piętnastu minutach posiłku zapomniała całkiem, że była na Rona obrażona i zaczęła z nim rozmowę:
- Już dość długo nie ma Harry'ego - nie mówił ci, gdzie się wybiera? - Ron pokręcił przecząco głową, skoro jego dziewczyna udawała, że nic się nie stało, to nie miał zamiaru z nią o tym dyskutować. Niewykluczone, że jednak będzie potrzebował jej pomocy. - Dumbledore wygląda na spokojnego. - Zagryzła wargę, myśląc intensywnie. - Ale nie zaszkodzi jeżeli go zapytamy, gdzie jest Harry. - Stanowczo skinęła głową.
Jak mówiła tak zrobiła, po obiedzie podeszła do stołu profesorskiego, zanim dyrektor zdążył wstać do wyjścia.
- Czy mogę z panem porozmawiać, profesorze? - Spytała z poważną, zaniepokojoną miną. Ron stał przy niej, trochę wycofany - nie chciał się w to mieszać, ale nie zostawi jej samej.
Siedzący obok dyrektora Snape prychnął drwiąco kręcąc głową, dobrze wiedział, ze ta wścibska dziewucha chce wyciągnąć od dyrektora, gdzie jest Harry. Miał nadzieję, że skoro chłopiec sam tego nie zrobił to dyrektor uszanuje jego decyzję i też jej nic nie powie.
Bez słowa wyminął gryfonów, nie miał na nich czasu, mieli jeszcze z Harrym sporo do zrobienia. Jeżeli Złoty Chłopiec miał wrócić na kolację musiał mu szybko donieść kolejną porcję eliksirów. Tych do zaklęć ale i innych - dla niego samego: wzmacniających i odnawiających magiczną rezerwę - ten dzień był dla chłopaka wyczerpujący.
Ponieważ pozostali profesorowie także zdążyli opuścić Wielką Salę, Dumbledore skinął na Hermionę, że może mówić.
- Harry'ego nie ma od rana, panie profesorze, niepokoimy się o niego. - Mówiła w liczbie mnogiej, chociaż stojący za nią Ron w żaden sposób nie dawał do zrozumienia, że ją popiera. - Wiem, że z panem rozmawiał po śniadaniu...?
Dyrektor przez chwile tylko na nią patrzył, uważnie, jakby chcąc zobaczyć jej prawdziwe intencje. Hermiona wyprostowała się: nie miała nic do ukrycia, szczerze martwiła się o przyjaciela (i bardzo chciała wiedzieć, o czym nie chciał jej powiedzieć).
- Pan Potter był u mnie rano, prosił o pozwolenie na wyjście w celu załatwienia swoich prywatnych spraw. Pozwoliłem mu na to, ma wrócić wieczorem.
Dla dziewczyny to nie wystarczyło.
- Prywatne sprawy?
Do tej pory uśmiechnięty z iskierkami w oczach czarodziej spoważniał i rzucił jej karcące spojrzenie.
- Panno Granger, skoro pani przyjaciel nie powiedział wam, w jakiej sprawie wychodzi to ja też nie mogę tego zrobić. Jeżeli będzie uważał to za stosowne, sam wszystko wyjaśni. Czy to wszystko? - Zakończył już zupełnie surowo.
Hermiona chciałaby dalej dyskutować, ale Ron pociągnął ją za rękaw i wyszedłszy przed nią po raz pierwszy się odezwał.
- Tak, panie profesorze, to wszystko. Dziękujemy za rozmowę. Do widzenia. - Ukłonił się odwracając się do niej i piorunując ją wzrokiem, żeby zrobiła to samo.
Ron rzadko próbował nią radzić, ale kiedy mu się to zdarzało, zawsze osiągał zamierzony efekt. Może przez zaskoczenie, a może lubiła, kiedy był stanowczy? Nie wnikał, wystarczy, że dała spokój dyrektorowi i pozwoliła mu się wyprowadzić.
Za drzwiami zresztą od razu chciał się rozstać, Hermiona planowała się wziąć za lekcje a Ron z chłopakami miał polatać. (Wciąż liczył na to, że jednak uczyć się będzie z Harry'm i Draco).
Dziewczyna po szybkim namyśle uznała, że równie dobrze może czytać na trybunach i w końcu poszli razem.
Kiedy Snape zjawił się z potrzebnymi dodatkami obaj z Harry'm wzięli się ostro do pracy – zaklęcie za zaklęciem, omal nie przegapiając pory obiadu, na który profesor wrócił do zamku, a Harry zjadł u siebie dodając do niego też przyniesione przez Mistrza eliksiry i korzystając z przerwy trochę odpoczął.
A potem znowu rzucanie zaklęć. Na kolację i na noc Harry także miał wrócić do Hogwartu, ale już na godzinę wcześniej Snape kazał mu przerwać i coś zjeść popijając eliksirami. Na jego protesty wyjaśnił krótko.
- Bez obaw, zanim wrócimy do Zamku znowu zgłodniejesz, a teraz musisz się wzmocnić. Dyrektor wie, czym się dzisiaj zajmujesz, ale inni uczniowie nie – jeżeli pojawisz się wyglądając jak śmierć na chorągwi zaczną się niepotrzebne plotki.
Harry zmarszczył się, owszem z tym ostatnim miał rację, ale co do dyrektora…
- A co, jeśli Dumbledore się zainteresuje czemu tak dobrze wyglądam? Czy nie lepiej, żebym się tak u niego zjawił i niech sam przygotuje albo każe tobie coś mi podać przed kolacją.
Po chwili zastanowienia Snape pokręcił głową.
- Lepiej nie. Jeżeli będziesz dobrze wyglądał to albo pomyśli, że się za bardzo nie wysilałeś, albo że jesteś jeszcze potężniejszy niż myślał – obie wersje są dla ciebie korzystne.
Harry poddał się i zjadł więc posiłek przyniesiony na polecenie Mistrza Eliksirów przez Zgrzytka, a ponieważ nie chciał, żeby dyrektor wiedział, że częściowo odblokował kominek nie skorzystali z prostszej drogi, tylko poszli ze Snapem (który nie chciał go puścić samego) do Dziurawego Kotła i stamtąd Harry wrócił do gabinetu Dumbledore'a profesor do siebie
Dokładnie tak, jak przewidział Snape, na jego widok dyrektor po dokładnym przyjrzeniu się zaczął dociekać, jakie zaklęcia dodatkowe postanowił rzucić, chłopak jednak odparł, że nie może mu tego powiedzieć.
- Za dużo jest portretów w pana gabinecie, profesorze. To że poinformują kogoś, ze mam dom i go zabezpieczam raczej mi nie zaszkodzi ale informacje o konkretnych zaklęciach wolałbym zachować dla siebie.
Nie spodobało się to dyrektorowi, ale poza surowym spojrzeniem, na które Harry nawet nie mrugnął nie próbował go naciskać.
Mając jeszcze dziesięć minut do rozpoczęcia kolacji Harry udał się do Wieży, po drodze mijając uczniów, którzy już schodzili do Wielkiej Sali. Trudno, znowu się spóźni, ale musiał się umyć i przebrać. A wieczorem powinien wybrać część ubrań i inne rzeczy, które nie są mu koniecznie potrzebne w szkole, ale nie mógł ich zostawić u Dursleyów i przenieść je jutro do domu.
Dom, jak to pięknie brzmi - jego prawdziwy, własny dom.
Oczywiście pierwsze spojrzenie po wejściu na Wielkiej Sali Harry skierował na Malfoya, witając go uśmiechem - w końcu to jego chłopak, no i będzie go jeszcze dzisiaj potrzebował. Podszedł do stołu Slytherinu i pochylił się opierając jedną rękę o dłoń Draco leżącą na stole a drugą obejmując jego ramiona i szepcząc mu coś do ucha. Kiedy odchylił się, jego Ślizgon entuzjastycznie pokiwał głową.
Obdarzywszy go kolejnym uśmiechem posłał mu całusa i wypełniwszy obowiązek ruszył w stronę stołu gryfonów. Od razu zauważył, że Ron i Hermiona siedzą razem - czyli dziewczyna już przestała być obrażona, co niestety wcale nie oznaczało że nie będzie go znowu wypytywać.
Dla bezpieczeństwa usiadł między Ronem i Seamusem. Uprzedzając pytania Rona, sam pierwszy zapytał:
- Gotowy do nauki, czy może już sam się tym zająłeś?
Ron spojrzał na niego, jak na głupka, odpowiadając przewidująco.
- Jasne, dwa razy. - Skrzywił się. - Za kogo mnie masz, Harry? Umówiliśmy się, więc czekałem na ciebie.
- W porządku, chciałbym dzisiaj zrobić wszystko, bo jutro znowu muszę wybyć i wracam w poniedziałek przed lekcjami. Od razu po kolacji idziemy po torby i do biblioteki. Poprosiłem Draco, żeby do nas dołączył, kiedy będzie mógł.
Ronowi to wystarczyło do szczęścia: Zrobią dzisiaj wszystko, więc jutro będzie miał znowu wolny dzień na latanie, a że od razu ma przyjść Draco, to na pewno szybko skończą. Dzięki Merlinowi, że Harry umawia się z tym Ślizgonem.
