Rozdział 24. Gość w dom…
Harry chciał wykonać całość wybranych zabezpieczeń w ciągu tego weekendu, zatem jak dzień wcześniej także i w niedzielę od razu po śniadaniu pożegnał się z przyjaciółmi i kolejny raz skorzystał z uprzejmości Dumbledore'a, by wybrać się na Pokątną. Przy sobie miał torbę z rzeczami, które sobie rano przygotował - nie było tego wiele.
Zajrzał więc jeszcze po drodze do kilku sklepów, kupując brakujące przybory do gabinetu / pokoju do nauki i trochę gotowych, dopasowujących się ubrań. Nie miał za wiele porządnych ciuchów po Dudleyu a nowych do tej pory nie kupował, bo podczas wakacji musiałby je zabrać na Privet Drive i Dursleyowie od razu by się zainteresowali - skąd wziął na to pieniądze?
Teraz nareszcie mógł sobie na to pozwolić, mógł kupować wszystko, czego potrzebował i trzymać to w swoim domu. Ale jeszcze nie dzisiaj, na razie jednak musiał się trochę hamować - nie miał czasu na buszowanie po sklepach i nie miał aż tak wiele gotówki.
Oczywiście dyrektor na pewno bez problemu zabierze go do Gringotta, żeby mógł wziąć fundusze na ten cel, ale Harry nie chciał, żeby Dumbledore wiedział ile i na co wydaje.
Trzeba było skorzystać z okazji ostatnim razem i zamiast kilku woreczków z galeonami wziąć porządny wór. Chociaż gdyby nie uwaga profesora to nie miałby nic, bo przejęty znalezionym pierścieniem i papierami w ogóle o tym zapomniał.
Ale jest jak jest, niestety, dopóki nie skończy siedemnastu lat musi akceptować opiekę Dumbledore'a, Czarodziej przyzwyczajony jest do buntowniczego charakteru Złotego Chłopca, ale na całkowite spuszczenie go z oka na pewno nie przystanie.
Gdy wreszcie dotarł z pakunkami do swojego domu Snape już tam był i właśnie kończył przygotowywać dla niego kolejne zestawy składników potrzebnych do dzisiejszego planu zaklęć.
Najpierw Harry zawołał Zgrzytka i oddał mu swoje rzeczy polecając rozłożyć je w sypialni i gabinecie, a potem wypiwszy kilka eliksirów, które według Snape'a musiał wziąć, żeby sobie poradzić i nie paść z wyczerpania, wrócił do zabezpieczania swojej siedziby.
Przez kolejne godziny, z krótkimi przerwami, w domu rozlegały się tylko świsty i kliknięcia z towarzyszącymi im rozbłyskami aktywujących się kolejnych zabezpieczeń. Snape patrzył na niego z podziwem i z dumą, sam był w tym tylko jego pomocnikiem: chłopak w ciągu weekendu był w stanie sam wykonać pracę, która normalnie kilku czarodziejom zajmowała tygodnie.
W tym samym czasie, kiedy Harry zajmował się swoim domem, Lord Voldemort zajmował się Ministerstwem, to znaczy próbami wymyślenia, jak wreszcie Ministerstwo opanować.
Najlepszy jak dotąd plan, by zdobyć oryginalne świstokliki niestety został pokrzyżowany przez głupotę Lestrange'a, a zrobienie ich na własny użytek nie było możliwe, dzięki zaklęciom ochronnym. Nawet tak uzdolniony w tym temacie Malfoy nie dał rady obejść tej blokady.
Niestety, innego takiego magazynu Ministerstwo nie przygotowało, a choćby zabrali pokonanym Aurorom, jeden, dwa, czy nawet pięć świstoklików, to nie wystarczy do przeprowadzenia akcji przejęcia Ministerstwa.
Musiał znaleźć coś innego.
Powiększył zatem kilkakrotnie swój stół roboczy, który najpierw przeniósł z aneksu w sypialni do gabinetu i rozłożył na nim plany Ministerstwa. Samego budynku, z wykazem wejść; spisy wszystkich pracowników, z wydzieleniem tych, których mogliby wykorzystać - o ile by się zgodzili z nimi współpracować.
Niestety mimo ataków na tych, którzy odmówili Śmierciożercom i tak dogadywanie się z nimi szło opornie.
Przeglądał też najważniejszy spis: wykrytych zabezpieczeń, szukając sposobu jak je obejść, ale niestety nawet wysoki urzędnik jak Malfoy nie wiedział na jakiej zasadzie działają a tylko znał ich rezultaty. Z przejściem niektórych barier zresztą sam miewał problemy, z uwagi na mroczny charakter i intencje, które musiał ukrywać pod osobista niechęcią do Fudge'a - na jego szczęście dość powszechną wśród pracowników.
Mimo wykorzystania przez Czarnego Pana dość sporej ilości eliksirów i zaklęć na koncentrację żaden cudowny pomysł nie przychodził mu do głowy. Czytał, przeglądał, analizował - i nic. Wtedy rozległ się cichy dzwonek – jego słudzy pojawiali się w Sali Audiencyjnej na umówione zebranie – może przyniosą jakieś dobre / pożyteczne wieści?
Niestety jego nadzieje okazały się płonne, szybko zakończył spotkanie ze Śmierciożercami, nakazując im zintensyfikowanie wysiłków w pracy nad urzędnikami Ministerstwa i pokazowo redukując do pulpy czarodzieja, któremu szło to najgorzej. Trochę poprawiło mu to humor, ale na prawdziwą karę nie miał czasu.
Odesłał ich i wrócił do gabinetu, biorąc się znowu do pracy, jedna ręką przesuwał swoje papiery, palcami drugiej nerwowo postukiwal w blat. Co jakiś czas unosił głowę spoglądając przez otwarte szeroko drzwi do sypialni, by nasłuchiwać i wypatrywać Harry'ego.
Nie byli umówieni, ale spodziewał się, był pewien, że chłopak mając wolne dni pojawi się u niego, aby kontynuować świętowanie kolejnego kroku w ich związku, tymczasem sobota minęła a po nim ani śladu.
Wieczorem zniecierpliwiony spróbował sięgnąć do jego umysłu, musiał, mimo obawy odkrycia tego, co mogło tak pochłonąć Harry'ego, ze o nim zapomniał i przekonując się - kolejny raz, że niepotrzebnie się boi - Harry i jego przyjaciele byli zajęci nauką.
Chłopak czując jego zaniepokojone myśli, odpowiedział lekkim rozbawieniem i z mentalnym pocałunkiem, zapewnił go, że zobaczą się jutro.
A teraz było już jutro, Voldemort bladym świtem zapędził skrzaty do zrobienia porządku w Zamku, ubrał się odświętnie i ponieważ Harry nie powiedział, o której godzinie go odwiedzi już od rana był gotowy na jego przybycie.
Gdy minęła pora śniadania powrócił do swoich dokumentów, próbując odwrócić swoją uwagę od czekania. Niestety, czas płynął, Harry się nie pojawił także w porze lunchu, ani obiadu i coraz trudniej mu było myśleć o czymś innym.
Wreszcie zbyt rozdrażniony na myślenie o czymkolwiek poza brakiem obecności swojego chłopca, zostawił to wszystko i wrócił do sypialni, siadając w fotelu i wpatrując się w okolice kominka, gdzie zwykle materializował się jego młody narzeczony.
Był tak pochłonięty wyczekiwaniem Harry'ego, że w pierwszej chwili zlekceważył lekki nacisk, jakby postukiwanie w jego znak. Gdy już skojarzył, co się dzieje zmarszczył brwi i skoncentrował się na nim, zastanawiając się, który z jego sług odważył mu się przeszkadzać, odpowiedź nie była aż tak zaskakująca - to Severus Snape prosił o audiencję.
Voldemort westchnął - niestety wciąż nie był zajęty. Przeszedł z sypialni do gabinetu i zająwszy miejsce na fotelu za stołem przybrał bardzo zapracowaną minę i przycisnął różdżkę do znaku przywołując czarodzieja do Mrocznego Zamku. W pierwszej chwili nie spojrzał nawet na niego z uwagą wczytując się w pergamin - zanim się nie zorientował, że jest pusty - to był jego zwój na notatki. Zwinął go i wreszcie spojrzał na Severusa: pytająco i ponaglająco.
Mistrz Eliksirów zgięty w ukłonie podszedł do stołu, spojrzał na leżącą na nim tuż przed jego oczami listę zabezpieczeń i przypomniał sobie użytą wczoraj przez Harry'ego księgę.
- Jeżeli mogę, Panie? – Zaczął z wahaniem, przepraszająco, że ośmiela się wtrącać w jego badania. - Jest w Hogwarcie taka księga: „Kompendium zaklęć niezbędnych do przetrwania wśród wrogów" - widziałem w niej najważniejsze zaklęcia ochronne Jasności. - na pewno mogłaby pomóc w uzupełnieniu wykazu ministerialnych zabezpieczeń.
Czarny Pan wstał, podnosząc dłoń do ust i postukał palcem w dolną wargę, wpatrując się w niego uważnie.
- Nigdy o niej nie słyszałem... - Zmrużył oczy w zamyśleniu. Mając opis rzucania zaklęcia, byłoby łatwiej znaleźć sposób na jego złamanie. - Czy możesz ją dla mnie zdobyć?
Snape pokręcił głową, zagryzając wargę.
- Niestety tylko sam Dumbledore do tej pory z niej korzystał. Nie ma w niej żadnych zaklęć na poziomie nauczania w Hogwarcie, żeby mogła być mi potrzebna. Jeżeli teraz ją wypożyczę dowie się o tym i zacznie zadawać pytania. Jednak mogę sprawdzić inne dostępne mi biblioteki i księgarnie – a może Malfoy mógłby się rozejrzeć u siebie w Ministerstwie...?
Lord Voldemort sposępniał: kolejny świetny pomysł, którego nie może zrealizować. Chociaż... Na pewno są inne egzemplarze tej księgi - W innych Jasnych bibliotekach: w urzędach i Dworach. Znajdzie ją! A na razie...
- Czy to w tej sprawie chciałeś się ze mną widzieć, Severusie? - Spytał z kwaśną miną.
- Nie, Mój Panie. Przyszedłem tutaj na życzenie Harry'ego. - Czarnoksiężnik od razu się ożywił i jego posępny nastrój zmienił w radośnie oczekujący, chociaż też i zaskoczony. - Harry chce się z Tobą spotkać w Londynie a ja mam się tam z Tobą udać, bo znam to miejsce.
Czarny Pan był tym poważnie zdziwiony, ale w końcu on sam myślał o świętowaniu, może Harry ma na to inny pomysł - nigdy dotąd nie wychodzili razem na miasto, jednak chłopak na pewno znalazł bezpieczne miejsce. Skinął głową ciesząc się, że jego chłopiec specjalnie dla niego zaplanował niespodziankę.
Mistrz Eliksirów skłonił się, ale jeszcze nie wyciągnął ręki, ponownie z przepraszającą miną mówiąc mu, co ma zrobić..
- Aportujemy się na mugolskiej ulicy. Musimy wcześniej rzucić Kameleona.
Jeszcze bardziej zaintrygowany czarnoksiężnik rzucił zaklęcie na ich obu, aby mogli nadal widzieć siebie nawzajem i Snape wreszcie ujął jego dłoń.
- Ruszamy. Trzy, dwa, jeden...
Ulica, na której się znaleźli nie różniła się od innych londyńskich ulic, nie było to centrum miasta, bo mimo wczesnej godziny nie widział wielu przechodniów, ani samochodów. Cicha, spokojna okolica, stare wiktoriańskie domy, w otoczeniu starych drzew.
Rozejrzawszy się już pobieżnie wokół siebie, Voldemort spojrzał na swojego towarzysza, który wpatrywał na domy po drugiej stronie ulicy, odwrócił się więc w tym samym kierunku i wtedy Snape nachylił się ku niemu. Zanim zdążył zareagować, usłyszał:
- Dom Harry'ego Pottera znajduje się pod numerem 13 przy ulicy Róż.
Rozszerzył oczy i zastygł zaskoczony, nie odrywając oczu od ścieśniającego się mugolskiego budynku tworzącego miejsce dla innego, wyłaniającego się zza niego. Kiedy pojawił się cały, Jego sługa odchrząknął.
- Mój Panie... - Wskazał ręką na dom, samemu nie ruszając się z miejsca.
Voldemort skinął mu głową i ruszył przez ulicę. Wciąż był oszołomiony tą niespodzianką - a więc Harry miał swój dom, a co ciekawsze był on pod Fideliusem i to Snape go chronił...
Nie chciał ale nie mógł się powstrzymać od przypomnienia sobie tej nocy, kiedy to Glizdogon podął mu adres schronienia rodziców Harry'ego. Pewno Snape też o tym pomyślał, dlatego nazwał go Domem Harry'ego, a nie Potterów.
Czy Harry też o tym myślał? A mimo to zaprosił go tutaj. Kolejny dowód, jak go kochał i ufał, a on sam wciąż nie potrafił do końca uwierzyć w to szczęście.
Idąc, uważnie obejrzał dom, był stary, ale zadbany, metalowe ogrodzenie wypolerowane, bez śladu rdzy, trawnik przycięty, a sama elewacja też wyczyszczona, bez plam, czy zacieków od deszczu. Ciekawe, jak długo Harry w nim mieszkał?
Wszedł po schodkach i zastukał kołatką. Drzwi otworzył skrzat domowy i nie widząc nikogo odsunął się na bok, pozwalając mu wejść. Kiedy drzwi się zamknęły Lord zrzucił Kameleona. Skrzat nie okazał zdziwienia, skłonił się jak należy, chociaż spojrzenie jakie mu posłał nie było przyjazne.
- Pan Potter czeka w salonie, - wskazał mu kierunek i zniknął. Voldemort wzruszył ramionami i poszedł korytarzem, po drodze oglądając / oceniając otoczenie.
Dom był bogato urządzony, w szerokim korytarzu oświetlonym magicznymi kulami stała komoda i postumenty z różnymi bibelotami: jakieś posążki, magiczne artefakty, ale na ścianach nie było żadnych obrazów. Podobnie w salonie, chociaż tu się nie rozglądał, od razu zauważając Harry'ego.
Chłopak stal przy stole, poprawiając idealnie ustawione kielichy. Gdy usłyszał jego kroki odwrócił się i uśmiechnął się szeroko, natychmiast ruszając w jego stronę.
Harry wiedział, że jako szacowny Pan Domu powinien lekko skłonić głową na powitanie gościa i wskazać mu miejsce przy stole, ale już to, że wysłał do drzwi skrzata było dla niego dużym ustępstwem. Ignorując etykietę, szybkim krokiem podszedł do Voldemorta, który też widząc go przyspieszył krok i objął go, mocno.
- Witaj, kochany. Tak tęskniłem. - Zamruczał, przytulając się, szczęśliwy, że znowu są razem i zaraz odsunął się ze swoim firmowym promiennym uśmiechem rozkładając ręce. - Jak ci się podoba mój dom?
Czarnoksiężnik nie przestając wpatrywać się w niego z uwielbieniem, przechylił głowę i pokiwał nią z uznaniem.
- Jest wspaniały - pasuje do ciebie.
Harry zarumienił się leciutko i z entuzjazmem kontynuował.
- Znalazłem akt własności, gdy szukałem pierścienia i przekonałem dyrektora, że musi mi pozwolić w nim zostać. - Wyprostował się z dumą. - Sam rzuciłem wszystkie zaklęcia i osłony - jasne i mroczne.
I tu w głowie Czarnego Pana kliknęło: to tutaj Snape widział to Kompendium, o którym mu mówił. I zrozumiał też, dlaczego nie mógł go dla niego zdobyć.
Niestety jego też to dotyczyło - on nie miał sumienia, ale Harry tak - nie może wziąć jego księgi, bo jego chłopiec czułby się za to odpowiedzialny. Jemu na pewno Harry potrafiłby to wybaczyć, ale nie sobie.
Voldemort westchnął w duchu: Nie może mu tego zrobić! – Czyli chyba jednak ma sumienie? – Nie ucieszyła go ta myśl.
Ale przyszła mu też do głowy kolejna sprawa:
- Pierścień dałeś mi w tym tygodniu, od kiedy masz ten dom? - Rozpuścił dookoła swoją magię. - Osłony są imponujące. - Naprawdę tak myślał, z podziwem kręcąc głową.
Harry rozpromienił się z jeszcze większą dumą i oczy mu rozbłysły, gdy odpowiadał. Jego czarnoksiężnik nie mógł nie wpatrywać się w niego zachwyconym spojrzeniem.
- Od wczoraj, Rozmawiałem z dyrektorem w wolny dzień, żeby móc od razu tu przyjść, zanim zmieni zdanie. – To naprawdę budziło podziw i szacunek, chłopak był z siebie zadowolony, jednak chyba nie w pełni zdawał sobie sprawę ze swojej mocy. – Dom od lat stał pusty i zajmował się nim skrzat domowy Zgrzytek - naprawdę świetnie o wszystko dbał i od razu mogłem się tu zadomowić - naturalnie po rzuceniu Fideliusa.
Tu skrzywił się z bólem i spojrzał w ziemię, cicho mówiąc.
- Oczywiście kazałem Snape'owi złożyć wieczystą, ze nie powie o nim nikomu poza osobami, które wskażę imiennie, ale nie ma zaklęć niezawodnych, więc rzuciłem wszystkie inne z obu stron, najsilniejsze, jakie znalazłem.
Voldemort nie wiedział, co powinien teraz zrobić, przysunął się więc i znowu go przytulił, całując delikatnie, bez słowa - no bo co mógłby powiedzieć? Rozmawiali o tym – jeden raz i nigdy więcej. Od tamtej chwili każdego dnia, tysiące razy dziękował Salazarowi, że tamtej nocy mu się nie udało.
Chłopak przylgnął do niego, a po chwili wziął głęboki wdech i odsunął się, czarnoksiężnik zauważył jego wilgotne oczy i otarł je.
Harry uśmiechnął się do niego, trochę smutnawo i wskazał na elegancko zastawiony stół.
- Zapraszam na obiadokolację. Potem pokażę ci dom. - Klasnął w dłonie i pojawił się skrzat z kilkakrotnie większą od niego tacą, rozstawiając na stole różne talerze i półmiski.
Kiedy skończył Złoty Chłopiec podziękował mu z uśmiechem i odesłał.
- To wszystko, Zgrzytku. Dzisiaj już nie będziesz mi potrzebny. - Skrzat co prawda był dobrze wyszkolony i wierny, więc nie skomentował tego, że jego Pan zaprosił do siebie Mrocznego Lorda, ale Harry widział, że to nie było dla niego łatwe. Nie wymagał więc od niego usługiwania Voldemortowi, niech się stworzenie powoli przyzwyczaja.
Zanim dotarli do deseru czarnoksiężnik stracił jakiekolwiek zainteresowanie i obiadem i domem. Coraz częściej i dłużej wpatrywał się w chłopaka, wciąż wracając wzrokiem do jego ust, Harry też musiał mieś podobne myśli, najpierw bardzo starannie oblizując wisienkę z tortu, zanim ją przełknął i a potem równie dokładnie oblizując łyżeczkę, po każdym kęsie tortu.
Voldemort sam nawet nie spojrzał na swój talerzyk łakomym wzrokiem pochłaniając ten widok. W końcu chłopak zlitował się nad nim i odłożył łyżeczkę, odsuwając talerzyk.
- To może zrezygnujemy z kawy i pokażę ci pokoje? - Zaproponował szelmowsko unosząc brwi.
Zanim skończył mówić, jego gość już okrążył stół i odsuwał jego krzesło. Radośnie śmiejąc się wstał i pocałował go krótko, chwytając za rękę i prowadząc za sobą do holu, a potem schodami na piętro.
- Tu jest główna sypialnia. - Harry wskazał ręką drzwi i pisnął zaskoczony, gdy narzeczony wziął go na ręce i kopniakiem otworzył drzwi, wnosząc go do środka. Szybko się rozejrzał idąc wprost do łoża, na które ostrożnie go opuścił, od razu okrywając swoim ciałem.
Chłopiec nie miał nic przeciwko obejmując jego szyję i wzdychając rozkosznie zanim mrużąc oczy zetknął ich czoła, a potem pocałował, rozchylając wargi i owinął nogi wokół jego pasa, kołysząc biodrami.
To nie był ich pierwszy raz, ale pierwszy raz miał ukochanego / narzeczonego w swoim łożu, w swoim domu - jeszcze kilka dni temu nawet o tym nie marzył. Złapał oddech, oblizując wargi, gdy roziskrzonym wzrokiem wpatrując się w swojego Czarnego Pana.
To była złota chwila Złotego Chłopca - Miał wszystko!
